Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 23 gości.

Krzysztof Wójcicki: Polemika z Maciejem Stasińskim (W związku z wizytą Teodoro Petkoffa w Polsce)

1983-teodoropetkoff.jpg

Mieniący się obrońcą demokracji publicysta „Gazety Wyborczej” Pan Maciej Stasiński nieraz dał już do zrozumienia że chce uchronić Wenezuelę przed jej demokratycznie wybraną władzą i drogą rozwoju cieszącą się poparciem narodu. Tym razem - o dziwo – próbuje zaskarbić on sobie czytelników posiadających serce po lewej stronie. Prezentuje on na łamach dziennika artykuł biograficzny, jak to się o nim wyraża Pan Stasiński „głosu rozsądku latynoamerykańskiej lewicy” Teodoro Petkoffa.
 
 
 
Czy rzeczywiście ów człowiek zasługuje na miano „lewicowca”, można mieć niemałe wątpliwości. Rzeczony artykuł, opublikowany w „Gazecie” z 20-21 marca br. stanowi wszak reklamę dla spotkania z samym Petkoffem, w którym udział wzięły tak „lewicowe” osobistości jak m.in. Adam Michnik czy Leszek Balcerowicz. Ludzie, których „lewicowość” ogranicza się do rodzinnego bądź osobistego związku z niegdysiejszymi elitami PRL, a obecnie ich nazwiska stanowią niemalże symbol pro-waszyngtońskiej i pro-kapitalistycznej polityki. Petkoff spotkał się także z przedstawicielem polskich władz – marszałkiem senatu Bogdanem Borusewiczem.
 
 
 
Standardem w obowiązującej w mainstreamowych mediach wściekle antykomunistycznej publicystyce stało się straszenie czytelnika. Przekazanie rzetelnej informacji o danej tematyce schodzi na dalszy plan wobec konieczności przekonania czytelnika o słuszności swoich racji nie rzetelną argumentacją, ale „straszną” wyliczanką na samym początku tekstu, nakazującą czytelnikowi przyjąć tok myślenia autora.
 
 
 
„Zdrajca, renegat, agent CIA, sługus imperializmu, ropucha, neoliberał – lżą Teodora Petkoffa piewcy >>socjalizmu XXI wieku<<”. Petkoffa, który dla uwypuklenia kontrastu i zagrania na emocjach czytelnika otaczany jest bohaterską aureolą „jednego z pierwszych na latynoskiej lewicy, którzy zerwali z komunizmem” i „tyranią Chaveza”, określaną przez Pana Stasińskiego mianem „demagogicznej i populistycznej”.
 
 
 
Czym więc w takim razie jest, Panie Stasiński, jak nie zwykłą demagogią i graniem na emocjach czytelnika rozpoczynanie artykułu od tego jak zła ex definitio „tyrania” szkaluje beatyfikowanego już w nagłówku Petkoffa, „nawróconego grzesznika”.
 
 
 
Obraz postaci „nawróconego grzesznika”, „komunisty, który teraz jest dobry” przypomina nieco średniowieczne hagiografie m.in. św. Augustyna zmieszane z nutką bajkowej opowieści z happy endem, jak to po burzliwych perypetiach młodości wreszcie „dobro zwycięża” w Petkoffie i „godzi się on z demokracją parlamentarną i >>wolnym rynkiem<<.
 
 
 
„Radykał, który zaczyna powątpiewać w idee a w końcu staje się >>demokratą<<”. Czyż nie jest to życiorys, redakcji „Gazety Wyborczej”, szczególnie bliski? „Młody i głupi” komunista, który na starość zrozumiał, że „Marks i Lenin winni są wszelkiego zła na tym świecie” i stał się zwolennikiem „demokracji” a’la Ronald Reagan?Czyż nie taki był życiorys ojca Adama Michnika, Ozjasza Szechtera, „dobrego komunisty, który przejrzał na oczy”?!.
 
 
 
Krzewieniu obłędnego fukuyamowskiego mitu „końca historii”, twierdzącego jakoby „demokracja” i „wolny rynek” były stanami wiecznymi i doskonałymi - w którym dobitny udział miała właśnie „Gazeta Wyborcza” - niewątpliwie służy kreacja „bohaterów”, komunistów nawróconych na „jedynie słuszną” parlamentarno-„wolnorynkową” drogę. Niewątpliwie przysłuży się temu mitowi, upadającemu powoli wobec kolejnego kryzysu kapitalistycznej gospodarki, ów biograficzny artykuł. Mitowi mającemu swoje oparcie w głębokiej, naiwnej wierze w siły wyższe sterujące naszym losem wbrew naszej woli, mitowi idącemu wbrew faktom, skoro przywrócenie „demokracji” w Wenezueli w 1958 roku Pan Stasiński nazywa „cudem”.
 
 
 
W historii nie ma „cudów”, Panie Stasiński, choć widać bardzo by Pan chciał, żeby historia składała się z samych „cudownych zwycięstw demokracji i wolnego rynku” nad „rewolucyjnym skansenem” i „odurzającymi utopiami”. Historia rządzi się swoimi prawami. Przypominamy, że wielokrotnie demokratycznie wybrane rządy, kierujące się lewicowymi ideałami sprawiedliwości społecznej (np. Allende w Chile, czy Arbenza w Gwatemali) były obalane przez jak najbardziej pro-wolnorynkowych wojskowych puczystów.
 
 
 
W innym artykule pisze Pan o „straszącym widmie Pinocheta”, w którym słusznie i zgodnie z faktami nazywa Pan jego rządy wyjątkowo brutalną dyktaturą. Nie pomyślał Pan czasem, że Chile było właśnie modelowym przykładem „wolnego rynku”, nieskrępowanym żadnymi przeszkadzającymi wolnym przedsiębiorcom prawami pracowniczymi, czy właśnie ową sławioną przez Pana pod niebiosa demokracją, której miarą jest wpływ społeczeństwa na politykę władz. Czy nie ma Pan czasem wrażenia, że wyznawany przez Pana zestaw demoliberalnych dogmatów jest wewnętrznie sprzeczny?
 
 
 
Skąd w Pańskich artykułach taka Panika, kiedy piszę Pan o kolejnych poczynaniach demokratycznie wybranego i cieszącego się społecznym poparciem prezydenta Hugo Chaveza. Przecież demokracja znaczy tyle, co rządy ludu, miernikiem demokracji jest udział ludu we władzy.
 
 
Zgodzi się chyba Pan, że państwo, w którym władza posiada żywotny kontakt ze społeczeństwem, nie boi się realizować wyborczych interesów. Państwo gdzie władza aktywizując świadomość polityczną u tych dotąd nie posiadających jej, rozwija instytucje demokracji bezpośredniej, jest bardziej demokratyczne od państwa w którym kolejne rządy dbają tylko o interesy biznesowych elit i pomyślne wsparcie Waszyngtonu, które to właśnie należą do najwierniejszego grona zwolenników „wolnego rynku”.
 
 
 
Taki system rządów nazywamy nie demokracją, lecz plutokracją, od greckiego „rządy bogatych”. Reżim, który mimo formalnej otoczki wyborczej realizuje politykę nastawioną na nieliczne, biznesowe elity nie ma prawa nazywać się demokratycznym.
 
 
 
Tak, Panie Stasiński, Wenezuela jest bardziej demokratycznym państwem niż wiele tych, które Pan oznaczyłby tym szlachetnym przymiotnikiem, a które w rzeczywistości są plutokratycznymi dyktaturami burżuazji.
 
 
 
Wobec tego zastanawiające jest pytanie, czyje interesy wyraża owa „demokratyczna” wenezuelska opozycja, jeżeli nie kto inny jak jej przywódca, rekin biznesu, Pedro Carmona zorganizował wspierany przez USA, urągający wszelkim demokratycznym normom prawnym wojskowy pucz mający na celu obalenie jak najbardziej demokratycznie wybranego prezydenta Chaveza.
 
 
 
 
Tym samym „lewicowiec” Petkoff na starość wpadł w pułapkę . Mimo cały czas deklarowanej przez niego „troski o zaniedbanych i wykluczonych” stał się wyrazicielem interesów ludzi dla których racje zaniedbanych i wykluczonych, pracujących na cudze bogactwo stoją na przeszkodzie w dążeniu do powiększania własnego majątku i własnych wpływów.
 
 
Między ludźmi pokroju Carmony a ludem pracującym Wenezueli istnieje bowiem fundamentalny konflikt, konflikt interesów, nazywany przez marksistów walką klas, wyrażający się w tym, że w obecnym kapitalistycznym społeczeństwie jego niewielka część żyje z wyzysku (kradzieży owoców pracy) olbrzymiej większości.
 
 
Ameryka Łacińska połowy XX w., zdominowana przez USA, które uczyniły z niej półkolonię dla swoich korporacji, była miejscem, gdzie rozwarstwienie majątkowe pomiędzy nieliczną garstką bogaczy a ludem pracującym za kwoty rzędu 5-10 ówczesnych centów dziennie.
 
 
 
 Wszystko to powodowało ogromne niezadowolenie wśród mas pracujących i mobilizowało wielu młodych ludzi, takich jak niegdyś Petkoff, do walki o sprawiedliwość społeczną m.in. w oddziałach partyzanckich, czemu tenże poświęcił 20 lat swojego życia. Szkoda tylko że później skapitulował on w imię swoich własnych interesów.
 
 
Jeżeli rzeczywiście do dzisiaj troszczy się, przynajmniej w słowach, o wykluczonych, słabych i śmie się nazywać lewicowcem, czyni to tylko w słowach i nic nie znaczących gestach, na które już coraz rzadziej się zdobywa.
 
 
A jak wyglądają jego czyny? Petkoff daje do zrozumienia, że popiera przeprowadzony wbrew wszelkim demokratycznym normom i wenezuelskiej konstytucji wojskowy pucz z 2002 roku zorganizowany z inicjatywy plutokratycznych oligarchów przy poparciu USA. Nazwanie Petkoffa "demokratą" nawet w szerokim sensie znaczenia tego słowa jest nadużyciem i manipulacją.
 
 
Ot ten "lewicowiec" i "demokrata" lata na drugą stronę oceanu żeby spotkać się z tak charakterystycznym symbolem prawicowej polityki gospodarczej jak Balcerowicz. Tym samym zasługuje on nie na miano „bohatera żyjącego pod prąd”, lecz zwyczajnego konformistycznego hipokryty i pożytecznego idioty.
 
Tacy ludzie są bardzo potrzebni w ustanawianiu bezwzględnego wojskowego reżimu autorytarnego działającego pod protekcją USA, jakich już wiele doświadczyła Ameryka Łacińska.
 
Tym samym można na koniec pogratulować Panu Stasińskiemu głębokości spojrzenia i umiejętności wyciągania wniosków z historii.
 
Lekcja Pinocheta niczego Pana nie nauczyła.
 
 
 
 
Tekst Macieja Stasińskiego z "Gazety Wyborczej"
 
Revolution will not be televised - film dokumentalny o Wenezueli
 

 
 
 

Społeczność

Ochotnik