Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 13 gości.

Władysław Gomułka: Zabójstwo Leona Lipskiego

Gomułka młody

Korespondencja między Finderem a Dymitrowem nigdy nie była odczytywana na posiedzeniach sekretariatu lub KC PPR. Ustne relacje Findera na ten temat były zaś bardzo skąpe i dotyczyły - jak wiem to dzisiaj - tylko małej liczby wymienianych depesz. Nie mogę zatem stwierdzić z całą stanowczością, czy omawianą niżej sprawę Finder uzgodnił uprzednio z Moskwą, czy też działał z własnej inicjatywy, co wydaje mi się raczej nieprawdopodobne.
 
 
 
Chodzi o zabójstwo Leona Lipskiego, brata Ludwika i Antoniego Lipskich, którzy zostali straceni w Związku Radzieckim w 1938 r. wraz z likwidacją całej plejady przywódców i działaczy b. KPP, oskarżonych fałszywie o zdradę i prowokację. Mówiłem już o tym poprzednio, kiedy na kartach tych wspomnień opisywałem swoją przedwojenną działalność w Zagłębiu Dąbrowskim oraz majestatyczną postać poznanej w tym czasie "Babci" - Lipskiej z Dąbrowy Górniczej, matki wymienionych wyżej trzech braci Lipskich. W tamtym odcinku wspomnień zapowiedziałem, że okoliczności śmierci jej trzeciego syna - Leona - przedstawię później, co też obecnie czynię.
 
 

Leona Lipskiego ps. "Łukasz" osobiście nie znałem. Wiedziałem jednak o nim niemało już w okresie mojej pracy w Zagłębiu Dąbrowskim, kiedy przebywał on w więzieniu, zwłaszcza że znałem też zamieszkującą wtedy u jego matki ówczesną jego żonę Gienkę, działaczkę PPS - Lewicy, z którą - jak już opisywałem - zasiadałem na ławie oskarżonych przed Sądem Okręgowym w Sosnowcu. [...] 
 
 

W 1938 r. sumienie Leona Lipskiego, żarliwego działacza komunistycznego, znalazło się w konflikcie z Kominternem, nie chciało się pogodzić z decyzją o rozwiązaniu KPP. Nie wierzył, by partia została opanowana przez zdrajców i prowokatorów, przez nasłanych do jej centralnych ogniw kierowniczych agentów "defy" i "dwójki". Rozwiązanie partii uważał za jakieś tragiczne nieporozumienie, będące rezultatem wprowadzenia w błąd organów wykonawczych Międzynarodówki Komunistycznej. Był przekonany, że błąd ten wkrótce zostanie naprawiony, zatem nie wolno dopuścić do organizacyjnego zniszczenia KPP przez jej rozwiązanie. Sądzić tak można z tego, że w krajowym organie prasowym KC KPP "Czerwony Sztandar" zamieścił on artykuł, w którym, przy braku jakiejkolwiek krytyki Kominternu lub Związku Radzieckiego, nawoływał członków KPP, aby nie dawali wiary fałszywym wieściom rozpuszczanym przez podejrzane jednostki o rozwiązaniu partii i aby nadal kontynuowali swoją pracę partyjną.
 
 

Artykuł ten stanowił jedyną treść ostatniego numeru pisma ,, Czerwony Sztandar", liczącego jedną kartę druku. Niestety, ten ostatni numer organu KPP nie trafił do żadnego archiwum, widocznie zupełnie zaginął, a treść zamieszczonego w nim artykułu znana jest tylko z relacji Władysława Chabowskiego, któremu L. Lipski polecił wydrukować ten artykuł w "Czerwonym Sztandarze", ustalając jego nakład na około 200 egzemplarzy, które później odebrał od niego osobiście w celu kolportażu. Relacja ta, z dnia 12 kwietnia 1964 r., znajduje się w Centralnym Archiwum KC PZPR.
 
 
 
Tak wyglądało przestępstwo Leona Lipskiego, zakwalifikowane wówczas przez ślepo oddanych Kominternowi i Moskwie kapepowców jako stoczenie się na pozycje wroga. [...]
 
 

W 1939 r. po kapitulacji Warszawy Leon Lipski - podobnie jak wielu innych kapepowców - znalazł się w Białymstoku, gdzie podjął jakąś pracę. Jego dawni znajomi współtowarzysze - poza nielicznymi wyjątkami - spotkawszy go na ulicy demonstracyjnie odwracali się od niego lub unikali go jak zadżumionego. Oczywiście znaleźli się i tacy, którzy nie omieszkali złożyć na niego doniesienia do władz radzieckich, oskarżając go o przeciwstawianie się rozwiązaniu KPP. Oznaczało to, że stawał on w obronie prowokatorów, a więc najwidoczniej sam do nich należał. Potępiała go nawet jego szwagierka, która później, po rehabilitacji KPP, głęboko się tego wstydziła i ze łzami w oczach wyrzucała sobie, że mogła tak postąpić.
 
 

Pod koniec 1939 r. lub w początkach 1940 r. Leon Lipski został aresztowany. Najwidoczniej spodziewał się tego, czemu dał wyraz w rozmowie z napotkanym przypadkowo na ulicy dawnym współtowarzyszem partyjnym, odmawiając odwiedzenia go w domu, gdyż - jak mówił - "mogę ci zaszkodzić".
 
 

Z więzienia wydostał się na wolność dopiero w 1941 r. po wybuchu wojny między Niemcami a ZSRR. Nie wiem, gdzie siedział i w jakich okolicznościach odzyskał wolność. Przypuszczam tylko, że w tym czasie przebywał w więzieniu w Mińsku - podobnie jak inny członek b. KPP, późniejszy przywódca RPPS Teofil Głowacki - wolność zaś uzyskał podczas próby ewakuacji więźniów w związku z ofensywą wojsk niemieckich w rejonie Mińska, która uniemożliwiła przetransportowanie więźniów do innej miejscowości.
 
 

W Warszawie - dokąd powrócił - zetknął się z byłym kapepowcem odsuniętym od pracy partyjnej za sprzyjanie trockizmowi, Stanisławem Szczotem i obydwaj otworzyli sklepik mydlarski w bramie domu przy ul. Siennej 43. Obydwaj nie mieli kontaktu z PPR ani nie usiłowali go nawiązać. Nadal jednak pozostawali komunistami i nie zmienili swego pozytywnego stosunku do Kominternu i do Związku Radzieckiego. Leon Lipski uwidaczniał to w sposób szczególny. Od pracowników młyna przy ul. Brzeskiej na Pradze wykupywał wydawane im co miesiąc kilkunas-tokilogramowe deputaty płatków owsianych, przesypywał je do papierowych torebek, które wręczał najczęściej dzieciom szkolnym, aby rozdawały je jeńcom radzieckim prowadzonym przez Niemców do pracy lub z pracy po ulicach Warszawy. Natomiast St. Szczot, w kilka miesięcy po zabójstwie L. Lipskiego, związał się z wywiadem radzieckim, pracując w siatce F. Karwackiego.
 
 

O przebywaniu L. Lipskiego w Warszawie nie wiedziałem aż do momentu, kiedy Finder powiadomił mnie o jego zabójstwie dokonanym 21 czerwca 1943 r. W kilka dni po tej dacie spotkaliśmy się we dwójkę w jednym z naszych lokali. W czasie rozmowy powiedział mi wtedy w formie informacji: "Kazałem zlikwidować "Łukasza"". Początkowo nie zorientowałem się, o kim mówi. Wyjaśnił mi przeto, że chodzi o tego "Łukasza", który w 1938 r. stał na czele ostatniego tymczasowego zespołu kierowniczego KPP, a po otrzymaniu wiadomości o jej rozwiązaniu sprzeciwił się tej uchwale Kominternu i na łamach "Czerwonego Sztandaru" wystąpił z wezwaniem do organizacji partyjnych, by nadal kontynuowały swoją działalność.
 
 

Przypomniałem sobie wtedy, o kogo chodzi. Pogłoski na ten temat dotarły do mnie jeszcze w Sieradzu, gdzie wówczas siedziałem. A bliższych szczegółów dowiedziałem się podczas oblężenia Warszawy. Utrzymywałem wtedy kontakt z dawną bratową "Łukasza", tj. pierwszą żoną Antoniego Lipskiego - Heleną Frenkiel. Ona właśnie poinformowała mnie, że "Łukasz", czyli Leon Lipski -jak wiedziała chyba od Grudowej ps. "Gi" - po odwołaniu jej byłego męża Antka ze stanowiska kierownika Sekretariatu Krajowego KPP pod koniec 1937 r. (Jeszcze w 1936 r. była żoną Antka i wspólnie z ich synkiem przebywali w Moskwie) przejął po nim agendy sekretariatu i wraz z dwojgiem czy trojgiem innych towarzyszy wchodził w skład tymczasowego kierownictwa partii. Dalej, pełna oburzenia, opowiadała mi o zachowaniu się "Łukasza" po rozwiązaniu partii, potępiając jego próby podważenia decyzji Kominternu na łamach "Czerwonego Sztandaru", chociaż egzemplarz tego pisma z artykułem "Łukasza" do niej nie dotarł ani też nie znała jego konkretnej treści. Według niej "Łukasz" okazał się odszczepieńcem, niemal prowokatorem. Taka miała być opinia towarzyszy.
 
 

Nie polemizowałem z nią, a tylko zapytałem, czy wie coś o losach swego byłego męża Antoniego Lipskiego. Nie miała o nim żadnych wiadomości, podkreślała jednak swoje zadowolenie, iż rozeszła się z nim już prawie przed trzema laty.
 
 

Powyższe szczegóły tłumaczą moją reakcję na wyjaśnienie Findera dotyczące osoby "Łukasza". Głosem pełnym zdziwienia i oburzenia powiedziałem:
 
 

- Jak to, kazałeś zlikwidować Leona Lipskiego? Za co?
 
 

- A skąd ty wiesz, że "Łukasz" to Leon Lipski? Czy go znałeś?
 
 

- Jego osobiście nie znałem i nigdy nie widziałem, ale wiem o nim niemało. Poznałem kiedyś w Zagłębiu Dąbrowskim jego matkę oraz jego ówczesną żonę, która zamieszkiwała z nią, kiedy Leon siedział w więzieniu. W Moskwie poznałem także jego brata Antka. Przecież cała rodzina Lipskich znana była w Zagłębiu jako sztandarowi komuniści. Leon zaś to chyba jedyny kapepowiec, który na rozprawie sądowej wystąpił oficjalnie w imieniu Komunistycznej Partii Polski. I jego kazałeś zlikwidować? Za co? Za jego artykuł w "Czerwonym Sztandarze"?
 
 

Nigdy jeszcze z takim wewnętrznym wzburzeniem i nie skrywanym zarzutem nie rozmawiałem z Finderem jak wtedy.
 
 

On zaś z zastygłym, nie znanym mi dotąd kamiennym obliczem wysłuchał w milczeniu tego, co powiedziałem w formie protestu na niezrozumiałą dla mnie decyzję, którą mi zakomunikował - po czym rzekł:
 
 

- Nie wszystko wiesz o "Łukaszu". Nie za to został zlikwidowany, że po rozwiązaniu KPP podjął dywersyjną akcję przeciwko tej uchwale Kominternu - to ma tylko pośredni związek ze sprawą - ale za to, że obecnie przygotowywał akcję dywersyjną przeciwko PPR, zamierzał podważyć jedność naszej partii, zasiać zamęt w jej szeregach.
 
 

- Nic nie rozumiem. Nigdy na ten temat ze mną nie rozmawiałeś. W czym się to miało wyrażać?
 

- Zaraz zrozumiesz i sam dojdziesz do wniosku, że trzeba było zlikwidować go bezzwłocznie, zanim zdoła rozwinąć wrogą robotę.
 
 

Tu wyjaśnił mi, w czym sprawa i jakimi pobudkami się kierował, wydając polecenie jego likwidacji.
 
 

Otóż "Łukasz" w okresie rozwiązania partii zamieszkiwał w miejscowości Wesoła pod Warszawą, w domku zajmowanym przez rodzinę Szmigielskich. Właściciel mieszkania był członkiem KPP, z zawodu szewcem i w tym charakterze pracował w domu. Muszę to zauważyć, że kierownictwo PPR wykorzystywało mieszkanie Szmigielskich na spotkania i posiedzenia, a dysponentem mieszkania był Finder. Poczynając od lata 1943 r., po uzgodnieniu z Finderem i Szmigielskim, ulokowałem się wraz z żoną na poddaszu tego domku, gdzie zamieszkiwaliśmy około pięciu miesięcy.
 
 

Zanim jednak zakwaterowałem się w tym domku, w czerwcu, a może w maju 1943 r. zgłosił się do Szmigielskiego jego dawny lokator, tj. "Łukasz", który w 1938 r. po rozwiązaniu KPP i wydaniu ostatniego numeru "Czerwonego Sztandaru", zawierającego treść Jego artykułu, polecił zdemontować mieszczącą się wówczas w Miedzeszynie pod Warszawą drukarnię KPP, a jej akcesoria, głównie wszystkie zestawy czcionek drukarskich, przetransportował do zajmowanego przez siebie mieszkania w Wesołej, gdzie zapakował je do skrzynek odpowiednio zabezpieczonych przed przedostaniem się do ich wnętrza wilgoci i następnie w porozumieniu ze Szmigielskim skrzynki te zakopał w ogródku okalającym domek. Zgłosił się właśnie po to, by skrzynki te wydobyć i zabrać z nich potrzebne mu czcionki, co też uczynił.
 
 

Nie wiem, czy Szmigielski informował przedtem Findera o zakopaniu tych akcesoriów drukarskich w jego ogródku, przypuszczam, że nie. Ale po zabraniu czcionek przez "Łukasza" Szmigielski powiadomił Findera o całej tej historii w przekonaniu, że "Łukasz" zabrał trzcionki dla potrzeb PPR. Nie wiem także, czy Finder usiłował sprawdzić, komu i do jakich celów miały służyć czcionki zabrane przez "Łukasza". Po prostu nie pytałem go wówczas o to, on zaś w samym fakcie zabrania czcionek widział niezbity dowód przygotowywania przez "Łukasza" dywersyjnej akcji przeciwko naszej partii. ""Łukasz" - argumentował Finder - rozpoczął już montaż własnej drukarni (po to przecież potrzebne mu były czcionki) chciał więc wydawać odezwy, pisma ulotne, a może i jakąś gazetkę. Nie mógł tego robić sam, musiał działać w porozumieniu z innymi. Otrzymałem informację, że przygotowywał jakąś akcję na "Arbeitsamt". Podobnie jak w 1938 roku przeciwstawiał się uchwale Kominternu o rozwiązaniu partii, tak obecnie szykował dywersję przeciwko PPR. Nie wolno było czekać, nie mogłem dopuścić do podjęcia realizacji jego planów. Został więc zlikwidowany".
 
 

Do tego sprowadzała się w istotnej treści motywacja Findera mająca uzasadnić wydany wyrok śmierci na "Łukasza". Decyzję tę powziął Finder właściwie na tej podstawie, że "Łukasz" odkopał i zabrał czcionki dawnej drukarni KPP, której był dysponentem. Wszystko inne, czym Finder usiłował uzasadnić swój wyrok, leżało w sferze jego subiektywnych domysłów, nie znajdowało oparcia w jakichkolwiek przejawach działalności "Łukasza" o charakterze dywersyjnym, antypatryjnym czy antyradzieckim. Oczywiście czcionki miały służyć do potrzeb wydawniczych nie objętych naszymi ramami partyjno-organizacyjnymi. Nie przesądza to jednak ani społeczno-politycznego oblicza takich wydawnictw, ani też tego, czy "Łukasz" miał je redagować lub uczestniczyć w ich redagowaniu. Wykluczam jednak stanowczo użycie tych czcionek w celu ruchomienia wydawnictw ustosunkowanych wrogo do ruchu reprezentowanego przez naszą partię.
 
 

W publikacji "Bracia" Zofia Sielczuk pisze na ten temat, że: "Leon wydostał zakopaną pod ziemią maszynę z drukarenki KPP i oddał towarzyszom z PPR do użytku". Druga część tego zdania nie odpowiada prawdzie. Autorka zdawała sobie z tego sprawę. Swoją pracę oparła bowiem na materiałach Centralnego Archiwum KC PZPR. Jednakże nie pozwolono jej na opublikowanie całej prawdy, nie chcąc ujawniać okoliczności i sprawców zabójstwa "Łukasza". Stąd to świadome wprowadzanie w błąd czytelnika. 
 
 

Nie wiem, czy w materiałach archiwalnych znajdują się dowody na to, co zrobił "Łukasz" z omawianymi czcionkami. Wiem jednak z całą pewnością, że nie oddał ich "towarzyszom z PPR" do użytku. A więc komu? Według mojego zdania - swojemu współtowarzyszowi z więzienia w Mińsku, Teofilowi Głowackiemu.
 
 

T. Głowacki był członkiem KPP. Pracując w składzie redakcji radzieckiego czasopisma ukazującego się w Mińsku w języku polskim, został tam aresztowany i osadzony w więzieniu. Data i przyczyny aresztowania nie są mi znane. Niewątpliwie jednak były to przyczyny natury politycznej. Jeśli "Łukasz" po wybuchu wojny radziecko-niemieckiej wydostał się na wolność z więzienia w Mińsku "wspólnie z Teofilem Głowackim - a zdaniem moim wszystko za tym przemawia - to najprawdopodobniej jemu właśnie przekazał omawiane czcionki.
 
 

T. Głowacki, pod wpływem przeżyć w Związku Radzieckim, zerwał więzy ideologiczne łączące go dawniej z byłą KPP - oceniając ją jak i jej spadkobierczynię PPR jako partię agenturalną Moskwy pozbawioną wszelkiej samodzielności - jednakże nie przestał być nadal rewolucjonistą. Związał się z lewicą socjalistyczną, stał się jednym z jej przywódców. Pod jego redakcją zaczęło ukazywać się już pod koniec 1942 r. czasopismo społeczno-literackie "Lewą marsz", mające na winiecie motto Włodzimierza Maj akowskiego: "Kto tam znów rusza prawą? Lewa, lewa, lewa". "Łukasz" nie był związany organizacyjnie z grupą wydającą to czasopismo, lecz jego rewolucyjna treść mogła mu odpowiadać. Nie widział więc nic zdrożnego w dostarczeniu T. Głowackiemu czcionek dla drukarni tej lewicowej grupy.
 
 

Finder prawdopodobnie wiedział o przyjacielskich więzach łączących "Łukasza" i Głowackiego, lecz nie ujawnił tego przede mną. I chyba właśnie w ich wzajemnych kontaktach dopatrywał się organizowania dywersji przeciwko naszej partii. Nie wspomniał mi też o tym, że z odkopanych czcionek "Łukasz" wybrał tylko czcionki petitowe, a pozostałe zakopał z powrotem w ogródku Szmigielskiego. Dowiedziałem się o tym dopiero wiele lat później od córki Szmigielskiego. Petitowe czcionki "Łukasza" były zatem przeznaczone na uzupełnienie wyposażenia istniejącej już drukarni, a nie na tworzenie nowej. W tym ostatnim wypadku zabrałby bowiem wszystkie czcionki. Przemawia to tym bardziej za tym, że czcionki te dostarczył on drukarni, w której odbijano redagowane przez Głowackiego czasopismo "Lewą marsz" lub inne wydawnictwa grupy lewicowych socjalistów. W tym wszystkim nie było jednak niczego, co można by zakwalifikować jako wrogą, dywersyjną działalność wymierzoną przeciwko naszej partii.
 
 

Z. Sielczak przytacza w swej pracy "Bracia" także inne okoliczności zupełnie przemilczane przez Findera podczas rozmowy ze mną dotyczącej likwidacji "Łukasza". Pisze bowiem:
 
 

 
Po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej i zajęciu przez Niemców Białegostoku udało się Leonowi wrócić do Warszawy. Wielu towarzyszy [...] wysuwało również ten jego powrót do Generalnego Gubernatorstwa jako jeden z koronnych zarzutów przeciwko Leonowi.
 
 

 
Pracując jako I sekretarz KC PZPR nie miałem czasu na szperanie w   archiwalnych   materiałach  PPR   z   okresu   okupacji,   z   których Z. Sielczak zaczerpnęła powyższe informacje do swojej publikacji. Z publikacją tą zapoznałem się dopiero w latach siedemdziesiątych.
 
 

Z przytoczonego cytatu wynika, że:
 

a/ decyzję o likwidacji "Łukasza" powziął Finder w porozumieniu lub po zasięgnięciu o nim opinii u "wielu towarzyszy";
b/ wśród "koronnych zarzutów", czyli dowodów jego winy, uzasadniających skazanie go na śmierć, było jego aresztowanie przez władze radzieckie, które tylko na skutek wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej nie zdążyły wymierzyć mu "sprawiedliwej" kary, on zaś bez umorzenia stawianych mu przez NKWD zarzutów, wbrew woli władz radzieckich, wykorzystując sytuację wojenną znalazł się na wolności.
 
 

Finder w rozmowie ze mną w ogóle przemilczał te sprawy. Nie wiedziałem wówczas nawet o aresztowaniu "Łukasza" przez władze radzieckie i dotychczas nie jestem w stu procentach pewny, w jakim więzieniu przebywał on w momencie wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej -w Mińsku czy w Białymstoku. Ale nie to jest istotne. Najistotniejsze jest wprowadzenie przez Findera i współdziałający z nim w tej sprawie zespół ludzi do rejestru "przestępstw" "Łukasza" samego faktu aresztowania go przez władze radzieckie. U podstaw decyzji o jego likwidacji legło zatem rozumowanie: był aresztowany przez NKWD, zatem był winny; uszedł przed karą i znalazł się w naszym zasięgu, zatem na nas ciąży obowiązek wymierzenia mu kary, na jaką zasłużył - kary śmierci.
 
 

Powrót "Łukasza" do Generalnego Gubernatorstwa "wielu towarzyszy wysuwało jako jeden z koronnych zarzutów przeciwko niemu" - pisze Z. Sielczak. Chodzi tu z pewnością wyłącznie o ludzi pracujących po linii wywiadu, podlegających Finderowi lub współpracujących z nim. Zatem i ten wyrok śmierci na człowieka, który w dawnej KPP należał do sztandarowych jej członków i działaczy i przez całą resztę swego życia pozostawał komunistą, zapadł poza kierownictwem PPR. Najlepszym tego dowodem jest pominięcie mojej osoby -jako członka sekretariatu KC PPR - przy podejmowaniu tej decyzji, a tylko powiadomienie mnie przez Findera o likwidacji "Łukasza".
 
 

Argumentów Findera uzasadniających słuszność tej zbrodni wysłuchałem w milczeniu, z głębokim przygnębieniem. Nie wiedziałem przecież wówczas o "Łukaszu" wielu tych szczegółów, o których piszę obecnie. Toteż pod koniec rozmowy z Finderem zauważyłem tylko, że jednak powinien był przedtem postawić sprawę "Łukasza" na sekretariacie do rozpatrzenia i podjęcia wspólnej decyzji. Utrzymywał nadal, że decyzja nie mogła być inna, a ponadto o sprawie tej poinformował "Franka" (Jóźwiaka), który zgodził się z jego stanowiskiem, a także zorganizował wykonanie wyroku.
 
 

Do wykonania tego zadania Jóźwiak wyznaczył -jak poinformował mnie niedawno Loga-Sowiński - jednego z członków Specgrupy przy Sztabie Głównym GL, liczącego około 20 lat młodzieńca, który niedługo przedtem działał w Łodzi, skąd ze względu na grożące mu aresztowanie skierowany został do Warszawy. Likwidacja "Łukasza" nie należała do zadań trudnych. Prowadzony przez niego i przez Szczota sklepik przy ulicy Siennej 43 miał drzwi wejściowe nie z ulicy, lecz z bramy. W tej właśnie bramie podczas otwierania sklepiku "Łukasz" został zastrzelony 21 czerwca przez owego młodego człowieka. Bodajże w kilka dni później został on aresztowany pod zarzutem tego zabójstwa i zapłacił za nie własnym życiem.
 
 

Zgubiło go obuwie. W momencie zabójstwa miał na nogach jakieś charakterystyczne, dwukolorowe, tekstylne buty, które nabył normalnie w Łodzi, natomiast w Warszawie obuwia takiego w ogóle w sklepach nie było. Świadkami zabójstwa "Łukasza" były jakieś osoby. Po przybyciu policji na miejsce wydarzenia osoby te podzieliły się z nią swoimi spostrzeżeniami, opisując zwłaszcza obuwie zabójcy. Traf chciał, że na tejże ulicy, w pobliżu bramu wspomnianego domu, kilka dni później spotkał go jakiś Niemiec czy polski funkcjonariusz policyjny mający jego rysopis. Rozpoznał go natychmiast. Nosił on bowiem to samo co w dniu zabójstwa obuwie. Jak zachowywał się po aresztowaniu, w toku śledztwa, nie jest mi wiadome. Wiem jedynie, że wolności już nie odzyskał.
 
 

Nie wykluczam, że kręcił się po ulicy w pobliżu omawianego sklepiku, obserwując jego drugiego współwłaściciela Stanisława Szczota, jako następnego kandydata do likwidacji. Zabójstwo "Łukasza" zrodziło u Szczota głębokie obawy o własne życie. Nie mógł zrazu dociec, kto mógłby być zainteresowany tym zabójstwem. Usiłował to wyjaśnić u przedwojennego szefa warszawskiej policji politycznej Pogorzels-kiego, który go kiedyś przesłuchiwał i przyczynił się do zasądzenia go na kilka lat więzienia. Ten nie mógł mu nic konkretnego powiedzieć, jednakże wykluczał, aby z zabójstwem tym mogły mieć cokolwiek wspólnego organa Delegatury lub Komendy Głównej AK. Wyjaśnienie to skierowało jego podejrzenia w stronę naszej partii. Chcąc się zabezpieczyć przed losem "Łukasza", w kilka miesięcy później, to jest niedługo po aresztowaniu Findera, nawiązał kontakt z Franciszkiem Karwackim, z którym w latach przedwojennych przebywał wspólnie w więzieniu.
 
 

Tak oto zginął ostatni z trzech braci Lipskich, Leon Lipski, dzieląc losy swoich braci Ludwika i Antoniego. Różnice tu niewielkie. Dwaj ostatni zostali straceni przez NKWD w Związku Radzieckim. Nikt nie może wskazać miejsca, gdzie znajdują się ich prochy. Trzeci, Leon, zginął na ziemi polskiej. Zwłoki jego złożono na cmentarzu w Warszawie, gdzie spoczywa pod przybranym w okresie okupacji nazwiskiem Stanisław Łebkowski.
 
 

Bracia Lipscy zostali zrehabilitowani już przed wielu laty. Jednak dotychczas nie opublikowano tego wszystkiego, co towarzyszyło ich śmierci. Fakt ten rzuca ponury cień na radzieckich i polskich komunistów, którzy w zaistniałych po wojnie warunkach zdobyli się na rehabilitację niewinnie zgładzonych działaczy komunistycznych, lecz zabrakło im odwagi na ogłoszenie fałszywych oskarżeń i tych wszystkich okoliczności, które złożyły się na ich śmierć. Dopóki to nie nastąpi, dopóty dzisiejsze partie komunistyczne nie mogą nie poczuwać się do moralnej współodpowiedzialności za śmierć dawnych swoich przywódców i działaczy, za to wszystko, co obciąża ich hipotekę historyczną. Zerwanie ze stalinowskimi złymi tradycjami wymaga pełnego, publicznego obnażenia ich istoty, analizy ich treści i warunków, w jakich wyrastały. Uchylanie się przed takim krokiem politycznym, bez względu na motywację, oznacza samo przez się nawiązywanie do formalnie potępianych tradycji, ich swoistą kontynuację w bieżącej polityce partii.
 

W świetle faktu, że w wydaniu wyroku śmierci na Leona Lipskiego decydującą rolę odegrał P. Finder, uwidacznia się najwyraźniej nie znane mi wtedy jego agenturalne oblicze i mentalność polityczna.
 

 Opuszczono encyklopedyczną informację biograficzna o Leonie Lipskim. Dokładniejszy i obszerniejszy jego biogram został opublikowany w PSB t. 17.
 
 

 Zofia Sielczak, Bracia, Warszawa 1967. Nie wydaje się aby autorka zamierzała wprowadzać czytelnika w błąd. Relacje przyjaciół i współtowarzyszy zebrane w teczce osobowej Leona Lipskiego (nr 3579) w CA KC PZPR zawierają informację o przekazaniu drukarni "towarzyszom z PPR". Na tym oparła swoje sądy Sielczak, podobnie jak autor biogramu L. Lipskiego w PSB - Jan Kantyka. Relacja ta -jak każda relacja z pamięci - może być nieścisła. Materiały znajdujące się w CA KC PZPR nie zawierają żadnych wskazówek w sprawie sprawców śmierci L. Lipskiego. Relacja W. Gomułki stanowi więc pierwsze wyjaśnienie tej kwestii.
 

 Franciszek Karwacki kierował w okresie okupacji jedną z siatek wywiadu radzieckiego i w tym charakterze utrzymywał kontakt z kolejnymi sekretarzami KC PPR Nowotką, Finderem i Gomułką. Według ustaleń Ryszarda Nazarewicza jego nazwisko brzmiało Karawacki
 

 
 Tekst ukazał się na stronie Lewica Bez Cenzury

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

che rebel