Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 13 gości.

Bożena Krzywobłocka: Opowieść o Feliksie - część trzecia

indeks.jpg

część pierwsza: http://1917.net.pl/?q=node/6191
część druga: http://1917.net.pl/?q=node/6208

NARODZINY REWOLUCJONISTY

Gdy 10-letni Feliks Dzierżyński zjechał ze swego rodzinnego Dzierżynowa do Wilna, miasto wydało mu się senne i spokojne, ale spokój ten był tylko pozorny. Rok 1887 zapisał się bowiem szczególnie w dziejach ruchu rewolucyjnego, a także w dziejach mieszkańców i grodu Gedymina — jak zwykli byli nazywać piękne miasto nad Wilią poeci i dziennikarze.

Wprawdzie carscy policjanci uważali, że wystarczy zamknąć do więzienia pewną ilość buntowników, a do Rosji nie będą już miały dostępu idee socjalistyczne i rewolucyjne. Ale gdy policja przy pomocy zdrajców i prowokatorów zadawała ostatnie ciosy Narodnej Woli — młodzież studencka składała hołd cieniom bohaterów straconych za przygotowanie zamachu na cara, S. Perowskiej, A. Żelabowa i Polaka — Ignacego Hryniewieckiego, który zginął w czasie tej akcji. Studenci przysięgali, że pójdą w ślady swych bohaterskich poprzedników. Narodna Wola była nielegalną organizacją młodzieży rewolucyjnej, powstałą w roku 1879. Jej program przewidywał obalenie caratu i ustanowienie w Rosji swobód demokratycznych. Zakładano koła rewolucyjne w wojsku, a także wśród robotników i studentów, starając się w ten sposób przygotować powstanie chłopskie. W sierpniu 1879 roku Komitet Wykonawczy Narodnej Woli wydał wyrok śmierci na cara Aleksandra II. Po kilku nieudanych próbach zamachu, które spowodowały srogie represje, 1 marca 1881 roku car zginął od bomby, rzuconej na ulicy.

Po procesie i egzekucji zamachowców nastąpiły dalsze aresztowania działaczy Narodnej Woli, co w praktyce zlikwidowało zupełnie tę organizację. Partia Proletariat była w stałym kontakcie z Narodną Wolą, nawet podpisała specjalną umowę o współdziałaniu.
W Petersburgu bardzo aktywnym działaczem wśród młodzieży studenckiej był Polak, wilnianin, Józef Łukaszewicz. Zrazu pełnił on w polskim kółku studentów funkcje kasjera kasy pomocy wzajemnej. Łukaszewicz zaprzyjaźnił się ze swym kolegą z uniwersytetu Piotrem Szewyriewem, człowiekiem pełnym temperamentu rewolucyjnego. Postanowili obaj rozpocząć szerszą działalność rewolucyjną. Łukaszewicz przy pomocy paru przyjaciół przygotował „wieczór muzykalno-taneczny" na rzecz skazanych w warszawskim procesie „Proletariatu". Obaj przyjaciele zorganizowali też kuchnię studencką na Wyspie Wasilewskiej — stołówka ta stworzyła możliwość spotykania się młodzieży akademickiej. Niezamożni koledzy otrzymywali obiady bezpłatne. Zaczęła się także rozwijać kasa pomocy wzajemnej. Niebawem młodzi organizatorzy znali już wielu swoich rówieśników. Wśród tych, z którymi spotykali się młodzi entuzjaści, znalazł się bardzo obiecujący i utalentowany młodzieniec, Aleksander Uljanow. Poufne rozmowy dotyczyły dróg rozpoczęcia walki z rządem samodzierżawia. Podzielono role: Szewyriew miał przystąpić do organizowania grupy terrorystycznej, a Łukaszewicz przyjął na siebie rolę fabrykanta bomb.

Jesienią 1886 roku w Petersburgu zjednoczyły się do wspólnej akcji luźne dotąd grupy regionalne rewolucyjnej młodzieży. Przygotowano demonstrację ku czci pisarza i myśliciela Mikołaja Dobrolubowa w 25 rocznicę jego śmierci. Policja nie dopuściła studentów na cmentarz, tylko nielicznej grupie pozwolono złożyć wieńce na grobie pisarza. Studenci wznosili okrzyki przeciw rządom, śpiewali pieśni rewolucyjne. Spod cmentarza udali się w kierunku Soboru Kazańskiego. W pobliżu Prospektu Newskiego manifestantów oczekiwały oddziały policji i wojska. Otoczono ich kordonem i wtłoczono na wielkie podwórze, gdzie legitymowano pojedynczo studentów. Przy tej okazji aresztowano 150 akademików.

Nieudana demonstracja, a zwłaszcza interwencja policji, wyzwoliły w młodzieży gorące pragnienie walki. Wyrażano przekonanie o konieczności odpierania gwałtu gwałtem. Zaczęły samorzutnie powstawać grupki terrorystyczne. Organizatorzy nadają im nazwę Frakcji Terrorystycznej Narodnej Woli. Program dla frakcji opracował Aleksander Uljanow, wydrukowano go w mieszkaniu Bronisława Piłsudskiego. „Frakcja" nie była bezpośrednią kontynuacją Narodnej Woli, w jej programie można dostrzec wiele elementów socjalnej demokracji. Młodzi ludzie postawili przed sobą program „terroru systematycznego". Sądzono bowiem, że tylko ciąg zamachów, wykonanych jeden po drugim, zmusi carat do ustępstw. Miano rozpocząć całą akcję od zamachu na cara Aleksandra III. Zorganizowano pierwszą grupę zamachowców, przygotowywano dalsze. Łukaszewicz produkował domowym sposobem materiały wybuchowe. On także wykonywał pociski. Jego koledzy prowadzili wywiad celem ustalenia godzin wyjazdów cara z pałacu.

W Wilnie działała już także komórka Frakcji Terrorystycznej Narodnej Woli, kierował nią Izaak Dembo-Brinsztejn. Członkiem grupy był między innymi Antoni Gnatowski, który z początkiem roku 1887 przybył z Wilna do Petersburga. Nawiązał kontakt z Frakcją i został wtajemniczony w plany zamachu. Gnatowski przy pomocy Bronisława Piłsudskiego postarał się o kupno w aptece pewnej ilości składników, potrzebnych do fabrykacji bomb. W początkach marca bomby były gotowe. Łukaszewicz ulepszył konstrukcję pocisków stosowanych przez Narodną Wolę. Dwa razy bezskutecznie grupa terrorystów wychodziła na Newski Prospekt z bombami, oczekując na przejazd cara do Soboru Issakowskiego — car nie przyjechał. Odłożono zamach na dzień 13 marca — w dniu tym przypadała szósta rocznica śmierci cara Aleksandra II i Aleksander III musiał być obecny na nabożeństwie żałobnym za swego poprzednika. Do zamachu jednak nie doszło, car opóźnił swój przyjazd o pół godziny na skutek zwykłego przypadku, a policja, również przypadkowo, aresztowała całą grupę spiskowców.
W początkach lutego policja przechwyciła nie podpisany list, który zawierał śmiałe myśli o przyszłości walki terrorystycznej. Aresztowano w Charkowie adresata listu, studenta Nikitina. Ten wyjawił nazwisko nadawcy, był nim student Andrejuszkin. Policja stołeczna podejrzewała już wcześniej Andrejuszkina o działalność rewolucyjną. Zaczęto go śledzić. Stwierdzono, że przechadzał się w towarzystwie pięciu młodych ludzi — nieznanych jeszcze policji członków grupy bojowej. W dniu następnym — a był to dzień 13 marca — młodzieńców spostrzeżono ponownie na Newskim Prospekcie i profilaktycznie aresztowano.

Nie zdawano sobie sprawy z przygotowań do zamachu tak dalece, że po aresztowaniu jednemu z piątki zamachowców, Osipanowowi, oddano „książkę" w okładkach grubego słownika lekarskiego. Osipanow rzucił tę książkę-bombę w chwili, gdy wprowadzano go w gmachu policji przed oblicze oficera. Niedostatecznie jednak odbezpieczył bombę i pocisk nie wybuchł. W jego wnętrzu Łukaszewicz umieścił 500 kapsli
ze strychniną — chodziło o to, by po słabym wybuchu i lekkim zranieniu zadziałała śmiertelna trucizna. Niestety, dwaj spośród spiskowców, Kanczer i Horkun, okazali się słabymi i chwiejnymi ludźmi. Załamali się psychicznie, zaczęli sypać i policja aresztowała prawie wszystkich spiskowców. Jedynie Gnatowskiemu i Dembo udała się ucieczka do Wilna i dalej za granicę.

Na przełomie kwietnia i maja 1887 roku przed sądem stanęło 15 oskarżonych, a wśród nich kilku Polaków z Wilna: Józef Łukaszewicz, Bronisław Piłsudski, Tytus Paszkowski, aptekarz, który sprzedał zamachowcom środki chemiczne. Rosjanie: Uljanow, Osipanow, Andrejuszkin, Szewerywiew, Generałow przyznali się do udziału w zamachu, zachowywali się przez cały czas po bohatersku, patrząc z pogardą śmierci w oczy. Łukaszewicz nie ukrywał przekonań rewolucyjnych, mówił o decyzji poświęcenia swego życia służbie dla ludu, uważał się jednak bardziej za socjaldemokratę niż terrorystę. Bronisław Piłsudski przyznał, że był przeciwnikiem terroru, ale swą pomoc dla towarzyszy uzasadniał słabością charakteru oraz brakiem sił do stanowczej odmowy. Władze zdawały sobie sprawę, że obowiązująca etyka rewolucyjna nie pozwalała się cofać przed udzieleniem pomocy towarzyszom, noszącym się z nieznanymi bliżej planami walki.

W pierwszej instancji wszyscy oskarżeni zostali skazani na śmierć, ale sąd zwrócił się do cara z prośbą o złagodzenie kary. Ostatecznie zginęło na szubienicy pięciu Rosjan, Łukaszewicz i Noworusskij zostali skazani na bezterminowe ciężkie roboty w Szlisselburgu, a reszta na katorgę syberyjską od 10 do 20 lat. Bronisław Piłsudski miał przebywać przez 15 lat na katordze, a jego młodszego brata, Józefa, administracyjnie skazano na 5 lat Syberii, mimo że o planowanym zamachu nic nie wiedział, jedynie przenocował Kanczera w swym wileńskim mieszkaniu.

Echa przygotowań do zamachu, ujawnione podczas rozprawy sądowej, rozeszły się szerokim echem po Wilnie, a rozpaczą napełnił sympatyków ruchu los aresztowanych, a zwłaszcza wyroki śmierci. Niebawem zaczął krążyć w polskich kołach rewolucyjnych wiersz o Aleksandrze Uljanowie. Nieudany zamach spowodował wielkie straty w ruchu. Działacze rewolucyjni zaczęli się zastanawiać nad celowością stosowania terroru.

W pierwszych miesiącach po aresztowaniach w Wilnie ruch rewolucyjny zamarł, ale niebawem zaczął się odradzać. Prowadzono agitację wśród robotników i rzemieślników miejscowych pod nowymi hasłami — związania teorii naukowego socjalizmu z masową walką proletariatu. W roku 1888 nowe aresztowania zerwały kontakty miejscowych działaczy z Królestwem Polskim, nie oznaczało to jednak przerwania pracy rewolucyjnej. W polskiej prasie socjalistycznej pojawiały się dość często korespondencje z Wilna, mówiły one nie tylko o wyzysku klasy robotniczej, ale także o formach jej walki.

Wiele miejsca w wileńskich korespondencjach do prasy socjalistycznej poświęcano problemowi szkolnictwa, bezwzględnej rusyfikacji młodzieży, łamaniu jej charakterów. W takiej właśnie szkole znalazł się dziesięcioletni Feliks Dzierżyński.

Mały Feliks szybko nauczył się nienawidzić szkoły. Dyrektor I Gimnazjum, Junicki, znany był nie tylko jako bezwzględny rusyfikator, ale i ordynarny człowiek. Przemawiając do uczniów Polaków, nazywał ich „swołoczami" i „zgniłymi jabłkami", a strofując wychowanków za używanie w rozmowach z kolegami języka polskiego przepowiadał: „Jak będziecie kiedyś wisieli i podrygiwali nogami — dyrektor wileńskiego gimnazjum będzie patrzył na to".

Gdy Junicki zmarł w lipcu 1893 roku, polska prasa socjalistyczna poświęciła mu wspomnienie pośmiertne, wyjaśniające przyczyny jego pedagogicznej kariery spowodowanej nie tyle talentem, ile protekcją teścia — popa z dworu carskiego. Junicki zmniejszył liczbę uczniów w gimnazjum o połowę, wyrzucił wszystkich postępowych nauczycieli.

Wiadomość o śmierci znienawidzonego dyrektora została przyjęta z radością, uczniowie i ich rodzice winszowali sobie z powodu jego zgonu. Inni nauczyciele byli godni swego zwierzchnika.

W takiej to szkole przyszło dojrzewać Feliksowi. Ale nie tylko atmosfera szkoły skłaniała do rozmyślań na temat przemocy i niesprawiedliwości.

Młodzież gimnazjalna organizowała tajne kółka patriotyczne, czytano tam poezje patriotyczne, wygłaszano referaty na temat historii Polski. Najbardziej myślący i wrażliwi członkowie kółek zastanawiali się nad przyczynami społecznej niesprawiedliwości, nędzą chłopów i ubogiej ludności Wilna.

Wyzysk i ucisk mas pracujących łączył się z niesprawiedliwością władzy carskiej. Młodzi chłopcy w wieku 12—14 lat rozpoczynali w handlu i rzemiośle pracę, trwającą od świtu do późnego wieczora. Byli tam stale głodzeni i bici. Przy okazjach ujawnienia ich losu w sądzie władze opowiadały się za pracodawcami. Podobnie było na procesie o „gwałty w Krożach". Zamiast morderców — przed sądem stanęli krożańscy chłopi. Ich oskarżycielami obok urzędników carskich stali się księża: Jastrzębski, Jawgiel i Możejko. Każdy z nich, składając fałszywe zeznania, posłał na ciężkie roboty kilku swych parafian.
Najbardziej wyzyskiwaną kategorią pracowniczą byli rzemieślnicy, pracowali bowiem w rozproszeniu w niewielkich warsztatach. Podejmowali oni próby strajków. I tak kobiety, które pracowały u krawców po 18 godzin na dobę, po parodniowym strajku wywalczyły sobie skrócenie czasu pracy do 12 godzin i zwiększenie płacy. Walczyli także o swoje prawa szewcy i garbarze.

W roku 1895, jesienią, wybuchł w Białymstoku potężny strajk robotników na znak protestu przeciwko wprowadzeniu przez rząd krzywdzących książeczek obrachunkowych. Zastrajkowało około dwunastu tysięcy ludzi bez różnicy płci i narodowości. Wprawdzie po paru tygodniach strajk został złamany represjami i głodem, ale echa masowej walki białostockiej klasy robotniczej rozeszły się szeroko, docierając także do Wilna.

W roku, w którym strajkowali tkacze białostoccy, w Petersburgu młodszy brat straconego Aleksandra Uljanowa, Włodzimierz, wraz z gronem najbliższych współpracowników założyli Związek Walki o Wyzwolenie Klasy Robotniczej. Od tej chwili wzrosła w Rosji masowa agitacja wśród proletariatu. Podobne związki zaczęły także powstawać w innych miastach wielkiego państwa rosyjskiego.
W sierpniu 1893 roku na ziemiach polskich rozpoczęła działanie Socjaldemokracja Królestwa Polskiego. Jednym z jej czołowych działaczy był wilnianin, Leon Jogiches „Tyszka". Jogiches, syn bogatego kupca, był dokładnie o dziesięć lat starszy od Dzierżyńskiego. Zerwawszy ze swą rodziną i opuściwszy gimnazjum, poszedł do pracy w warsztacie ślusarskim. Kierował siecią kółek socjalistycznych w Wilnie. Aresztowany w roku 1888, został skazany na cztery miesiące więzienia i rok nadzoru policji. W roku 1890 Jogiches uciekł z państwa rosyjskiego i w Szwajcarii, w Zurychu, podjął współpracę z grupą „Wyzwolenie Pracy", założoną przez Jerzego Plechanowa. Tutaj poznał Różę Luksemburg i przez kilkanaście lat był jej mężem. Został przez nią wciągnięty do pracy w polskim ruchu robotniczym; dopiero wówczas nauczył się języka polskiego. Poznał dzieje polskiego socjalizmu i stał się jednym z wybitnych publicystów polskiej i międzynarodowej prasy socjalistycznej. Losy obu wilnian: Jogichesa i młodszego Dzierżyńskiego miały ich zetknąć ze sobą i doprowadzić do bliskiej współpracy.

Na terenie Wilna istniały wówczas domy, których gospodarze działali w Polskich Gminach Socjalistycznych w Petersburgu lub byli członkami Partii Proletariat. Do tych domów nie trafił jednak gimnazista Feliks Dzierżyński ani żaden z jego najbliższych przyjaciół. Natomiast dyskusje w gimnazjalnych kółkach patriotycznych młodzieży wileńskiej zostały nieoczekiwanie wzbogacone o nowe treści dzięki dyskusjom z kolegami z innego kółka o bardziej skrystalizowanym programie lektur i dyskusji. Było to już kółko socjalistyczne. Kierował nim „Okularnik", Stanisław Trusiewicz.

Młodzież wileńska pod wpływem „Okularnika" zaczęła pilnie studiować nowe dla nich broszury Karola Kautskiego oraz jego „Program Erfurcki". Jednym z gorliwych czytelników książek socjalistycznych i dyskutantów na zebraniach kółka był Dzierżyński.

Stanisław Trusiewicz był starszy od Dzierżyńskiego o siedem lat; miał już za sobą spore doświadczenie konspiracyjne jako działacz II Proletariatu, więzień caratu oraz uczestnik demonstracji 1-majowych.
Na terenie Wilna pod koniec 1895 roku zaczęła się zarysowywać możliwość stworzenia organizacyjnych form ruchu robotniczego. Krzyżowały się tu wpływy agitatorów z głębi Rosji, miejscowych działaczy i delegatów działającej w Królestwie Socjaldemokracji Królestwa Polskiego oraz powstałej w 1892 roku Polskiej Partii Socjalistycznej.
Sytuacja narodowościowa w Wilnie była w ogóle dość skomplikowana. Żyli tam obok siebie Polacy i Litwini, Białorusini, Żydzi i Rosjanie. Niezależnie od ruchu robotniczego rodził się ruch narodowy białoruski i litewski, który miał niebawem przybrać jaskrawe formy nacjonalistyczne. Zrusyfikowani Żydzi zaczynali także myśleć o odrębnym ruchu żydowskim, który zapewniłby im — szczególnie prześladowanym na terenie Rosji — prawa, a zwłaszcza autonomię kulturalną.

Na terenie Wilna działały już nielegalne grupy PPS, jednym z jej czołowych działaczy był eks-zesłaniec syberyjski, skazany administracyjnie za współudział w nieudanym zamachu na cara Aleksandra III, „Ziuk" — Józef Piłsudski. Działacze litewscy organizujący pracę wśród robotników i rzemieślników zwrócili się do PPS z pytaniem, jakie miejsce przypadnie Litwie po upadku caratu. Wówczas PPS-owcy odpowiedzieli: „Litwa jest i nadal pozostanie prowincją Polski". Robotniczy działacze litewscy zaczęli wówczas myśleć o powołaniu własnej partii. Prace nad powołaniem partii socjaldemokratycznej na Litwie podjął doktor Andrzej Domaszewicz.

Początki ruchu robotniczego na Litwie zaczynały się od formowania kółek. Dzierżyński znalazł się w kółku Alfonsa Morawskiego. Jeden z jego późniejszych towarzyszy walki, Gulbinowicz, wspominał, że na jednym z zebrań kółkowych zobaczył młodego, wysokiego chłopca, który nosił pseudonim „Jakub". To był właśnie Dzierżyński.

Pasjonowali się wspólnie lekturą wszelkich nielegalnych broszur socjalistycznych, w tym także przychodzącej do Wilna prasy PPS „Robotnika" i „Przedświtu". Niektóre artykuły budziły sprzeciw Litwinów i Białorusinów. Domaszewicz miał kontakty z SDKP, a zwłaszcza z Różą Luksemburg, ale ściślejszym związkom z tą partią przeszkodziły osobiste animozje między Domaszewiczem a Różą. Według opinii „Tomasza", Edwarda Sokołowskiego, doktor nie lubił Róży, nie mógł znieść jej apodyktycznego sposobu bycia.

Wszyscy nowo wstępujący do nielegalnej partii musieli składać uroczyste przyrzeczenie: „Wstępuję do socjalistycznej organizacji robotniczej, ślubuję poświęcić jej wszystkie siły i pracować wraz z klasą robotniczą". Domaszewicz żądał, by Sokołowski złożył dodatkowo przysięgę, że będzie pracował zawsze tylko na rzecz Litewskiej Socjaldemokracji, ale „Tomasz" sprzeciwił się takiemu żądaniu. Sprawa wspólnej walki czy też akcji prowadzonych osobno miała jeszcze powracać wielokrotnie. Na razie czytano nielegalną literaturę, zachwycano się pracą Augusta Bebla Kobieta a socjalizm, borykano się z trudnościami przy studiowaniu dzieł Michała Bakunina. Zdobyto legalnie wydaną pracę Jerzego Plechanowa "O monistycznym pojmowaniu dziejów".

Pod wpływem lektur i dyskusji uczeń carskiej szkoły, Dzierżyński, doszedł do wniosku, że jedyną siłą, zdolną do prowadzenia skutecznej walki ze złem, jest klasa robotnicza.

Był on człowiekiem konsekwentnie wyciągającym wnioski praktyczne ze swych przemyśleń. Rozpoczął więc prowadzenie agitacji wśród terminatorów w warsztatach i fabrykach początkowo pod pseudonimem „Jakub". Ale szybko trzeba było ten pseudonim porzucić, bo młodzi działacze dowiedzieli się, że doniesiono policji o Jakubie agitującym kolejarzy. Dzierżyński zmienił wówczas „Jakuba" na „Jacka".
Maria Wojtkiewicz-Krzyżanowska wspomina, że pierwsze odezwy i ulotki drukowali razem z Feliksem i jej bratem, Witoldem, w podziemiach kościoła bernardyńskiego. Robili to nocą i czuli się dość nieswojo. Mrok, podziemia kościoła, konieczność zachowywania szczególnej ostrożności, nadsłuchiwanie, czy ktoś nie idzie — wszystko to powodowało szczególne napięcie. Powielanie ulotek metodą hektograficzną było pracochłonne, bo aby uzyskać 180 egzemplarzy odezwy, trzeba było trzy razy ręcznie wykaligrafować cały tekst.

Od roku 1895 Dzierżyński jest już członkiem Socjaldemokracji Litewskiej i sam ucząc się podstaw marksizmu — przekazuje swą wiedzę robotnikom a zwłaszcza terminatorom i uczniom rzemieślniczym. Miał znakomite wyniki, cieszył się sympatią swoich podopiecznych. Pieszczotliwie nazywano go „Feluk".

We wrześniu 1895 roku przyjechał do Wilna, przejazdem z zachodu Europy do Petersburga, Włodzimierz Uljanow. Przyjechał, by rozpatrzyć się w sytuacji ruchu robotniczego w Wilnie i nawiązać osobisty kontakt z członkami miejscowych kręgów rewolucyjnych, namówić ich do współpracy przy przerzutach przez granicę nielegalnej literatury, pisania korespondencji z terenu do rosyjskiego pisma „Robotnik".

Dzierżyński w tym czasie nadal pilnie studiował literaturę marksistowską. W jego kółku rolę przewodnika politycznego odgrywał były student medycyny z Charkowa, Serb, Vladymir Perazić. Członkami kółka byli poza Dzierżyńskim jego kolega Michał Goldman z dwiema siostrami Julią i Zofią. (Julia niebawem stanie się wielką miłością Feliksa.)
Przed śmiercią matki Feliks zamieszkał u swej ciotki, baronowej Zofii Piller von Pilchau, która mieszkała razem z sędziwą babką Januszewską. Feliks wspominał, jak to u babki w jej majątku Jodzie spotykały się ongiś przy okazji świąt cztery pokolenia Dzierżyńskich i Januszewskich. Z upływem czasu rozluźniały się związki rodzinne, które kultywowały matka i babka. Zabrakło spotkań rodzinnych w Jodzie. Młodzież rodziny Dzierżyńskich dorastała.
W roku 1897 nie żyła już siostra Wanda, która zginęła na skutek wypadku z bronią myśliwską, a gromadka młodych Dzierżyńskich rozjechała się po świecie. Tak mówił o jej losach sam Feliks w swych sądowych zeznaniach:
„Czterech braci, a imiennie: Stanisław, student Petersburskiego Uniwersytetu, i przy nim żyją dwaj małoletni bracia Ignacy i Władysław, uczniowie w Petersburgu w gimnazjum; Kazimierz służy w jakiejś mechanicznej fabryce w Warszawie. Siostry dwie: Aldona zamężna za Bułhakiem, żyje w jakimś majątku koło Bobrujska, mąż służy jako zarządca majątku; Jadwiga za mężem ziemianinem Kuszelewskim w Poniewieskim powiecie".
Feliks ciężko przeżywał długotrwałe cierpienie matki, a jej śmierć przyspieszyła prawdopodobnie decyzję zerwania z dotychczasowym życiem. Bezpośrednią przyczyną opuszczenia gimnazjum przez Feliksa, ucznia klasy VIII, była awantura, jaka wybuchła tuż przed maturą.

Jest parę wersji ostatniego starcia ze znienawidzonymi nauczycielami. Jedna mówi o tym, że grupa uczniów rozmawiała na korytarzu po polsku i otrzymała naganę za „sobaczy język". Wzburzony Feliks miał uderzyć nauczyciela w twarz, za co wydalono go ze szkoły. Druga wersja mówi o zetknięciu się ośmioklasisty z nienawistnym mu profesorem języka rosyjskiego, Rakiem, któremu oświadczył, że niesprawiedliwe traktowanie uczniów-Polaków zwiększa jedynie szeregi bojowników o wolność. Wreszcie trzecia wersja mówi, że nauczyciel Mazikow bezpodstawnie zarzucił Dzierżyńskiemu kradzież książki z biblioteki szkolnej. Wzburzony uczeń wykrzyknął: „Nie tylko ty, Mazikow, swołocz, ale i wy, wszyscy nauczyciele, jesteście łotry". Scena ta miała miejsce w pokoju nauczycielskim i rodzinie nie pozostawało nic innego, jak zabranie ze szkoły zarówno samego ucznia, jak i jego papierów. Odejście w taki sposób stwarzało dla hardego chłopaka możliwość ewentualnego zdawania matury.

Dyrekcja gimnazjum przesłała policji wileńskiej opinię o Feliksie, jako „politycznie podejrzanym"; przy okazji poinformowała, że również dwaj starsi bracia mają opinię podobną.

Po opuszczeniu szkoły na wiosnę 1896 roku Dzierżyński mógł się poświęcić całkowicie pracy rewolucyjnej. Baronessa Piller widywała dziwnych gości swego niezwykłego siostrzeńca, nie życzyła sobie jednak zapamiętania ich wyglądu ani też nie wyrażała ochoty, by przedstawiano jej bywalców własnego domu, co było szczęśliwe dla konspiracji, choć naruszało ogólnie przyjęte zasady dobrego tonu.

Na jesieni 1896 roku siostrzeniec pani Piller von Pilchau przeniósł się do robotniczej dzielnicy Wilna, Zarzecze, i tam zamieszkał, z jego też inicjatywy powstała w tej dzielnicy nielegalna drukarnia.

„Jacek" biegał po wąskich i krętych uliczkach Wilna, wspinał się na wzgórza nad Wilią i Wilejką, a urok wspomnień zielonych ogrodów i podmiejskich lasów będzie mu towarzyszył w celi więziennej i na katordze. Na razie jednak nie przejmował się zbytnio ewentualnością represji. Niczym było dla „Jacka" pobiec na spotkanie cztery wiorsty lub całą noc rozklejać odezwy. Ładniutkie szwaczki na zebraniach strzygły oczami za smukłym, długonogim chłopcem, ale on nie dostrzegał zachwyconych nim dziewcząt.
Około 1 maja 1896 roku w mieszkaniu wileńskiego lekarza, Andrzeja Domaszewicza, zebrał się I Zjazd Socjaldemokracji Litewskiej. W zjeździe tym uczestniczyło piętnaście osób, a wśród nich Dzierżyński. Feliks był ubrany jeszcze w gimnazjalny mundurek i wydał się uczestnikom zjazdu skromny i nieśmiały. Na zjeździe tym wywiązała się ostra dyskusja z powodu dość istotnej sprawy. Część zebranych, a wśród nich i Dzierżyński, żądała usunięcia z programu hasła separatystycznej rzeczpospolitej i zastąpienia go hasłem o wszechrosyjskiej konstytucji z autonomią Litwy.
W roku 1896 robotnicy, skupieni wokół Litewskiej Socjaldemokracji, mieli po raz czwarty obchodzić majowe święto. W przeddzień święta, nocą, członkowie partii rozklejali odezwy. Metoda rozklejania odezw była prosta: dwie odezwy posmarowane klejem składano kleistą stroną ku sobie i ładowano za pazuchę, a w upatrzonym miejscu naklejano blisko siebie. „Jacek" wziął się do roboty z dużym zapałem i w efekcie bardzo sumiennie wywiązał się z powierzonego mu zadania, ale ręce i brzuch wysmarował sobie klejem. Jeden z jego ówczesnych towarzyszy, Gulbinowicz, zwrócił uwagę zapalonemu propagandyście:
— Gdybyś wpadł w ręce policji, tobyś się nie wykręcił.
— Głupstwo — odpowiedział Dzierżyński — miałem przy sobie machorkę, tobym stójkowemu sypnął w oczy. Ponadto mam długie nogi — one by mnie w potrzebie ratowały.
W związku z 1 Maja Dzierżyński przemawiał na zebraniu uczniów rzemieślniczych. Po wielu latach historycy odnaleźli tekst przemówienia, które przygotował na ten uroczysty moment „Jacek". Mówił jednak nie tylko o znaczeniu majowego święta, ale agitował, by młodzież rzemieślnicza zwiększyła swą aktywność:

„Jesteśmy silni, młodzi, więc sił fizycznych nam wystarczy. Z tej strony nie ma żadnych wątpliwości, lecz każdy musi zwrócić uwagę na to, czy chce on być wykorzystanym dla swych braci i dla sprawy robotniczej. Więc postanówmy dzisiaj nie oddalać się od swych braci jeszcze nieświadomych, uważając ich za «niższych», lecz starać się o ile można, by i oni zrozumieli swe interesy za pomocą pogadanek i wskazywaniem sposobów walki codziennej ze swymi wyzyskiwaczami. Bo nie ma co wynosić się nad resztę swych braci: czyż my, zawdzięczając sobie samym, jesteśmy świadomi i rozumniejsi? — Nie — każdy z nas odpowie — jesteśmy świadomi dzięki swym braciom".

Dzierżyński zwracał uwagę swym młodym przyjaciołom na niekorzystne zmiany w charakterze produkcji kapitalistycznej, czekające w najbliższej przyszłości rzemiosło:

„Przecie tutaj, w Wilnie, rzemiosło jeszcze trzyma się, wszyscy prawie jesteśmy rzemieślnikami. Jednakże rzemiosło musi upaść wskutek konkurencji i rozwijającej się coraz więcej kapitalistycznej produkcji, więc jeżeli teraz nie będziemy pracować, by uświadamiać swych towarzyszy, upadek będzie strasznym, wielu z nas pójdzie z torbami po świecie, byt całej klasy robotniczej stokroć pogorszy się i przyszłość szczęśliwa oddali się od nas daleko, daleko. Więc i z tej racji, o ile mamy siłę, pracujmy sami, by zrozumieć należycie swe klasowe interesy, uświadamiajmy innych i razem z nimi walczmy za swoją sprawę."

Przemówienie to wygłosił Dzierżyński w lesie karolińskim. Na wysokiej gałęzi powiewał czerwony sztandar z odpowiednim napisem okolicznościowym. Po przemówieniu rozentuzjazmowani obecni porwali swego „Jacka" i Andrzeja Gulbinowicza na ręce i poczęli ich podrzucać do góry. Dzierżyński zbeształ wówczas wielbicieli swego oratorstwa. Młodzi rzemieślnicy tak się rozochocili wiecem, że w powrotnej drodze do miasta wyrwali drzewko z korzeniami, wołając:

„Tak wkrótce postąpimy z rosyjskim samodzierżawiem!"

Niedługo po 1 Maja 1896 roku w Socjaldemokracji Litewskiej nastąpił rozłam. Jeden z uczestników I Zjazdu i współorganizator partii, Stanisław Trusiewicz Zalewski, wystąpił z ostrą krytyką przedstawionego tam programu i powołał do życia nową partię: Związek Robotniczy. Program nowej partii ogłoszono zresztą dopiero w dwa lata później. Rzeczywiście pod względem programowym Socjaldemokracja Litewska wykazywała dużą chwiejność. W pierwszej wersji programu mówiła o federacyjnej rzeczpospolitej, złożonej z Polski, Litwy i Rusi, w drugim w ogóle o federacyjnej rzeczpospolitej, nie określając, kto miałby wchodzić w jej skład, tak że można by przez to rozumieć federację wszystkich ludów zamieszkujących ówczesną Rosję carską.
Socjaldemokracja Litewska wyraźnie określała konieczność walki robotników o konstytucję.

Związek Robotników również żądał konstytucji, nie myślał jednak o oderwaniu się od Rosji.

Między dwiema partiami istniały także różnice poglądów na tematy agitacji: czy ma być ona wyłącznie ekonomiczna czy także polityczna.

W lecie 1896 roku .Feliks pojechał na wieś na kondycję, czyli po prostu udzielać korepetycji dzieciom ziemianina Swolki, zamieszkałego w powiecie lidzkim. Otrzymywał za to po 50 rubli miesięcznie, a że pracował przez trzy miesiące, więc do kasy partyjnej wpłynęło 150 rubli.
Gdy wrócił po wakacjach do Wilna, natychmiast z nową energią zaczął organizować spotkania z robotnikami.
Nie zawsze sprawy agitacji wśród robotników należały do łatwych i prostych.

„Wśród robotników naszej organizacji toczyła się walka pomiędzy inteligencją a wybitniejszymi robotnikami, którzy żądali od inteligentów, aby im dali naukę, wiedzę itd., a nie pchali się do nas w nie swoje sprawy" — zanotuje Dzierżyński.

Robotnicy bardziej wyrobieni nie chcieli dopuszczać inteligentów na masowe zebrania. Chcieli natomiast skorzystać sami jak najwięcej — żądali, by inteligenci uczyli ich arytmetyki i sztuki pisania. Wtedy też pojawiły się wśród robotników antyinteligenckie nastroje, które będą ciągle wracać.

Dopiero, gdy powrócił do Wilna najbardziej doświadczony w grupie inteligentów działacz, Alfons Morawski, udało mu się przekonać robotników, że ruch robotniczy ma pozostać ruchem rewolucyjnym, a inteligencja ma w nim do spełnienia nie tylko zadania czysto oświatowe. Natomiast nauczanie robotników będą prowadzili specjalni lektorzy. Minęło jednak parę miesięcy wśród nieporozumień, nim rokowania doprowadziły do takiego właśnie układu.

Agitatorzy inteligenccy byli także narażeni na zupełnie niespodziewane przygody. Do najbardziej zacofanych pod względem społecznym należeli robotnicy z fabryki Goldsztejna, zwykle nie przyłączali się oni do strajków proklamowanych przez innych garbarzy. Na tym tle dochodziło do porachunków z goldsztejnowcami. Fabrykant dał swym robotnikom sporą sumę na piwo za to, że pobiją agitatorów. Ciemni ludzie schwytali braci Ławrynowiczów, pobili ich i wrzucili do rzeki. Działacze Litewskiej Socjaldemokracji postanowili wydać odezwę o niedopuszczalności bicia niewinnych ludzi, choć część zebranych uważała, że sprowadzi to policyjne prześladowanie na braci Ławrynowiczów. Na trzeci dzień po wydaniu odezwy Ławrynowiczów aresztowano i zesłano na Syberię. Była to bolesna lekcja konspiracji dla młodych działaczy Litewskiej Socjaldemokracji.

Porachunki z goldsztejnowcami wcale się nie skończyły na tym epizodzie, bójki trwały nadal. Ofiarą jednej z nich padli Andrzej Gulbinowicz i Feliks Dzierżyński, wracający razem z Sułtoniszek. Napadło na nich pięciu chuliganów z pałkami. Gulbinowicz zwalił się z nóg, ale Feliks stawił czoła napastnikom. Otrzymał w związku z tym parę ciosów nożem. Poranionego „Jacka" zszywał potem doktor Domaszewicz. Gulbinowicz — jak sam przyznał — zraził się do pracy z elementem tak nieuświadomionym, Dzierżyński natomiast nadal działał.

Awantury skończyły się po wielkiej bitwie na kije między wojującymi grupami. Wcześniej jednak robotnicy przetrącili kijem łapę jednemu z łamistrajków, a szpicla, zwanego „Rafałką", zabito. Z racji śmierci „Rafałki" wydano odezwę z rysunkiem. Śmierć „Rafałki" wywarła ogromne wrażenie na proletariuszach wileńskich.

Dzierżyński korzystał z różnych sytuacji, by prowadzić agitację socjalistyczną. Razem z Gulbinowiczem zachodzili na wieczorki do karczem, gdzie po pracy spotykali się robotnicy. Nie rozmawiano jednak z robotnikami na inne tematy niż sprawa ich położenia ekonomicznego. Sam Dzierżyński przyznawał potem, że wtedy nie rozumiał konieczności łączenia walki politycznej z ekonomiczną.
Z początkiem 1897 roku wybucha w Petersburgu wielki strajk robotniczy. Wieści o nim wzbudziły prawdziwy entuzjazm wśród proletariatu Wilna. Litewska Socjaldemokracja wydała odezwę z okazji strajku — kilkadziesiąt egzemplarzy tej odezwy rozrzucono po fabrykach. Robotnicy zareagowali tak żywo na ową odezwę, że młodzi agitatorzy szybko wyciągnęli właściwe wnioski z tego faktu: najłatwiej jest porozumieć się z robotnikami przemysłowymi za pomocą druku, nie zaś jak dotąd metodą indywidualnych lub grupowych rozmów.
Ze szczególnym zapałem drukowi odezw oddawał się Dzierżyński — zajmował się tą pracą w mieszkaniu Jadwigi Kasperowicz, siostry swego szkolnego kolegi Konrada, również działacza Socjaldemokracji Litwy. W drukowaniu odezw pomagał Dzierżyńskiemu robotnik Balcewicz. Po wydrukowaniu proklamacji rozklejali je obaj do białego ranka.

Ale Feliks nie chciał narażać stale Kasperowiczów, wynajął więc mieszkanie na ulicy Śniegowej, tuż przy cyrkule policyjnym. Tam też przeniósł hektograf. Odwiedził go tam Andrzej Gulbinowicz i wyraził zdziwienie, że ulokował się tak blisko posterunku policji.

— „Jacek", to chyba bardzo niebezpieczne — powiedział.
Dzierżyński wzruszył ramionami:
— Właśnie tu jest najbezpieczniej, bo im nawet na myśl nie przyjdzie szukać nielegalszczyzny tuż obok siebie.
Ale nie tylko samą pracą rewolucyjną żyje młody Feliks. W tym czasie Dzierżyński kocha chyba ze wzajemnością Julię Goldman, siostrę swego gimnazjalnego kolegi, Michała. Julia z zachwytem wspominała przemówienia Dzierżyńskiego, twierdząc, że zapalał słuchaczy entuzjazmem i wiarą w zwycięstwo rewolucji.

Na początku roku 1897 wśród członków SDL rozpoczęły się nowe dyskusje na temat spraw programowych. Szczególnie wiele zastrzeżeń wzbudzał punkt programu:

„Samodzielna, demokratyczna rzeczpospolita składająca się z Litwy, Polski i innych krajów na podstawie dobrowolnej federacji".

W sprawie wyjaśnienia wątpliwości programowych zwołano w początkach lutego 1897 roku II zjazd partii. Punkt programu budzący sprzeciwy części członków SDL zastąpiono innym, który brzmiał: „Dobrowolna federacja krajów z samorządem ustawodawstwa i zarządu ludu w państwie, kraju, prowincji i gminie". Ale spory o federacyjne państwo miały się ciągnąć jeszcze długo. Nie mógł już uczestniczyć w nich Dzierżyński, ponieważ został wysłany do Kowna, aby prowadzić tam pracę partyjną. W Kownie nie było wówczas organizacji socjaldemokratycznej, a niedawno rozbito aresztowaniami PPS. „Jacek" pożegnał się ze swymi przyjaciółmi — czeladnikami i uczniami szewskimi. Obiecywali sobie wzajemnie, że się jeszcze spotkają w walce.

Warunki życia Dzierżyńskiego w Kownie były opłakane. Już w Wilnie, patrząc na ciągle to samo ubranie Feliksa, towarzysze zastanawiali się, z czego on żyje. Jego ciotka, baronessa Piller von Pilchau, twierdziła, że dawał korepetycje. W nowym mieście trudno było o korepetycje, brakowało Dzierżyńskiemu znajomości.

Rozpoczął pracę w warsztacie introligatorskim i — jak sam przyznaje — klepał biedę. Był ciągle głodny i gdy przychodził w celach agitacyjnych do mieszkań robotniczych, w nosie mu kręciło od smakowitych zapachów. Niejednokrotnie chciano go częstować, ale zawsze odmawiał, twierdząc, że jest najedzony.

Jednym z pierwszych osiągnięć Dzierżyńskiego w Kownie było wydanie na hektografie pisma „Kowieński Robotnik". Pismo to było w całości dziełem młodego rewolucjonisty, nie tylko napisał artykuły o położeniu miejscowego proletariatu, ale przepisał je w całości, a wreszcie powielił. Sposób pisania artykułów był jasny i zwięzły, miały one odegrać rolę mobilizującą do walki o bardzo konkretne i wymierne sprawy. I tak radził metalowcom z fabryki Rekosza, aby żądali od właściciela zapłaty za wykonaną pracę takiej jak dawniej, bez obniżek, oraz wprowadzenia zgodnie z obowiązującym wówczas prawem 10 i 1/2 godzinnego dnia pracy, a także podwyższenia akordowej płacy. Radził także, by robotnicy domagali się od pracodawcy wypłaty zarobków dla chorych i poszkodowanych przy pracy z kasy fabrycznej, nie zaś z robotniczej „krank kasy", i to w pełnym wymiarze.

Żądania obejmowały ponadto dobrowolność składek do owej „krank kasy" oraz przyzwoitego traktowania pracowników.
Młody agitator uczył kowieńskich robotników prawideł walki. Pisał, że najlepszym środkiem prowadzącym do polepszenia warunków bytu jest strajk, ale do zwycięstwa konieczna jest solidarność robotnicza, polegająca na tym, aby wszyscy zgodnie rzucili robotę i by nie dopuścili łamistrajków. Strajk powinien być zorganizowany w odpowiednim momencie: „gdy jest dużo spiesznej roboty, wówczas łatwiej wygrać".

Przez pierwsze tygodnie Dzierżyński pracował w Kownie sam. Potem pojawił się Józef Olechnowicz.

W Wilnie groziło mu aresztowanie, ponieważ brał udział w zlikwidowaniu szpicla „Rafałki". Z zawodu szewc, znany był wśród ówczesnego aktywu jako człowiek bez reszty oddany sprawie robotniczej.

Od chwili przybycia do Kowna wileńskiego druha praca szła Feliksowi lepiej. Przed 1 Maja wydał odezwę do robotników kowieńskich. Była ona napisana po polsku, a jej zakończenie brzmiało: „Niech zginą więc tyrany, niech zginą zdziercy i niech zginą zdrajcy, a niech żyje nasza święta sprawa robotnicza. Śmiało tylko do walki, a zwycięstwo nas nie minie. Drużnie, bracia, naprzód". Za miastem zwołano wielkie zebranie robotnicze, które przysporzyło nowych członków ruchowi socjalistycznemu.
Na podstawie akt policyjnych możemy sobie odtworzyć, jak Dzierżyński zabierał się do pracy agitacyjnej. Podchodził do jednego spośród wychodzących z fabryki robotników i pytał, czemu tak późno kończą pracę. Za następnym razem prosił na piwo pod pozorem szukania miejsca w tej samej fabryce. Gdy robotnik wystarał mu się o pracę, wówczas kandydat decydował, że raczej pozostanie przy swym rzemiośle, ponieważ w tej fabryce są warunki pracy szkodliwe dla zdrowia, trzeba by walczyć o ich zmianę, mówił o możliwości zorganizowania strajku, wreszcie pożyczał robotnikowi książki do czytania. Dopiero wtedy rozpoczynał się kolejny, ważniejszy etap edukacji społecznej przyszłego działacza socjaldemokratycznego.
Dzierżyński, prowadząc agitację socjalistyczną wśród proletariuszy kowieńskich, dawał im do czytania różne broszury, ale także literaturę piękną, jak na przykład opowiadania Lwa Tołstoja czy wiersze litewskiego poety Piotra Armina. Broszury z początku miały charakter oświatowy, były ciekawe i frapujące, na przykład O wnętrzu ziemi czy O sławnym żeglarzu Magellanie. Chodziło bowiem o zachęcenie do lektury przez wyrobienie nawyku czytania. Następnie Feliks czytywał robotnikom litewskie broszury oraz tłumaczył z polskiego Litwinom książeczkę o przepisach fabrycznych. W agitacji posługiwał się często litewskim tłumaczeniem polskiej broszury Szymona Dicksteina Ojciec Szymon. Warto zanotować, że musiał się nauczyć niełatwego języka litewskiego, którego przedtem nie znał.

Biografowie Dzierżyńskiego zwracają uwagę, że już w latach kowieńskich pojął konieczność powiązania walki robotniczej o prawa ekonomiczne z walką o prawa polityczne. W roku 1897 ukazał się bowiem drugi numer „Robotnika Kowieńskiego". Feliks zamieścił w nim następujący tekst:

„Lepsza płaca, krótszy dzień roboczy — to hasło główne w walce z kapitalistami. Swoboda polityczna — to hasło nasze w walce z rządem. A gdy zwalczymy rząd carski, gdy wolno nam będzie połączyć się wszystkim i obradować głośno nad sprawami naszymi, gdy wolno nam będzie uświadamiać otwarcie ciemnych towarzyszy, wtedy coraz większa będzie solidarność i siła klasy robotniczej i tak jak położymy koniec panowaniu carskiemu, tak później jeszcze położymy koniec panowaniu kapitalistów".

Dzierżyński działał w Kownie niezbyt długo — od połowy marca do połowy lipca 1897 roku. Dwukrotnie w tych miesiącach przyjeżdżał do Wilna. Jego przyjazd na święta wielkanocne potwierdziła ciotka-baronowa. Nie rozmawiała nawet ze swym siostrzeńcem, bo ten, nie mogąc się doczekać wyjścia licznych gości z mieszkania — sam wyszedł z niego wcześniej. Jego drugi pobyt przypadł na lipiec. Czy widział się wtedy ze swą ukochaną Julią? Nie mamy żadnych wiadomości na ten temat, ale chyba nie odmówił sobie radości spotkania miłej sercu dziewczyny.

18 lipca 1897 roku Dzierżyński został aresztowany w Kownie. Wpadł w ręce wroga nie na skutek własnej nieostrożności, bo konspiratorem był już doświadczonym, wychował go pod tym względem Alfons Morawski, którego pseudonim „Zając" charakteryzował chyba w sposób dostateczny jego poglądy na konieczność zachowania zasad ostrożności. Feliks został wydany w ręce policji przez zdrajców. W aktach policyjnych zachował się dokładny opis jego aresztowania. Trzej robotnicy kowieńskiej fabryki Tilmansa: Michał Limas, Antoni Valinnas i Aleksander Betcher poszli z donosem do żandarmerii, że przychodził do nich jakiś nieznajomy osobnik i namawiał ich do buntu przeciw właścicielowi fabryki. Trzej zdrajcy umówiwszy się z owym osobnikiem na skwerze przy cerkwi wskazali go następnie żandarmom. Po aresztowaniu przy rewizji u nieznajomego znaleziono wycinki prasowe omawiające kwestię robotniczą. Aresztant oświadczył, że nazywa się Edmund Romualdowicz Żebrowski i jest ziemianinem z Mińska. Odmówił wskazania miejsca swego zamieszkania w Kownie. Pięć dni później Dzierżyński ujawnił swe prawdziwe nazwisko oraz adres kowieński. Prawdopodobnie towarzysze zdążyli oczyścić jego mieszkanie, ponieważ rewizja nie wykryła tam niczego nielegalnego. Znaleziono rosyjskie książeczki przeznaczone dla ludu, narzędzia introligatorskie, rękopiśmienny słowniczek polsko-litewski. Aresztant nie przyznał się do prowadzenia działalności nielegalnej wśród robotników, a swoją obecność w Kownie tłumaczył chęcią zdawania egzaminu dojrzałości.

Wkrótce po aresztowaniu Dzierżyńskiego znalazł się za kratami jego towarzysz, Kurszis, który nie przyznawał się do znajomości z Feliksem. Ale stopniowo policja zdobywała dowody rewolucyjnej działalności podziemnej. Podczas rewizji w mieszkaniu Dzierżyńskiego znaleziono kartkę z nazwiskami pięciu robotników, którą kiedyś Feliks otrzymał od Olechnowicza. Zidentyfikowano nazwiska i aresztowano ich nosicieli. Jeden przyznał się, że widywał Dzierżyńskiego i Kurszisa w towarzystwie ukrywającego się Józefa Olechnowicza. Olechnowicz miał mu wręczyć nielegalną gazetę „Sprawa Robotnicza". (Był to organ SDKP.) W ten sposób udało się zdobyć dowód „przestępczej działalności" Dzierżyńskiego i Olechnowicza. Udało się także ustalić, że Dzierżyński dostarczał robotnikom zakazane książki. Poszukiwany przez policję Olechnowicz został ujęty w Libawie 20 sierpnia.

Mimo że śledztwo przeciągało się, Feliks nie przyznawał się do niczego. Twierdził, że zajmował się wyłącznie udzielaniem lekcji. W więzieniu nie tracił ducha. Uczył się niemieckiego, sporo czytał. Utrzymywał także korespondencję ze swą ukochaną siostrą Aldoną. Pisał do niej w styczniu 1898 roku:

„Nazywasz mnie «biedakiem», mocno mylisz się. Prawda, nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem zadowolony i szczęśliwy, ale to nie dlatego, że siedzę w więzieniu. Mogę powiedzieć z przekonania, że jestem bardziej szczęśliwy od tych, którzy na wolności wiodą bezmyślne życie. I jeśliby mi przyszło wybierać: więzienie albo życie na wolności bez myśli, wybrałbym pierwsze, inaczej nie warto by egzystować. Dlatego ja, choć w więzieniu — nie smucę się, bo więzienie jest straszne tylko dla tego, kto słaby duchem".

Feliks pisząc te słowa miał zaledwie dwadzieścia lat i świadomość, że droga, którą wybrał, należy do najtrudniejszych, jakie sobie można wyobrazić. Czuł się źle, miał kłopoty z oczami.

Siedząc w więzieniu nie rezygnował z kontynuowania swej walki. Przesyłał potajemnymi drogami artykuły do prasy rewolucyjnej, drukowano jego korespondencje w „Echu życia robotniczego", pilnie śledził wydarzenia w ruchu robotniczym. Dowiedział się więc, że część kierownictwa Litewskiej Socjaldemokracji odmówiła swego uczestnictwa w I Zjeździe Socjaldemokratycznej Partii Robotników Rosji w Mińsku. Wysłał więc natychmiast ostry list do doktora Domaszewicza, protestując przeciwko tej decyzji.
Więzień Dzierżyński hardo zachowywał się wobec swych strażników, protestując przeciwko okradaniu go z papieru listowego i znaczków pocztowych. Był to pierwszy jego protest, ale odtąd zawsze będzie się dopominał o należne mu prawa, a także o prawa dla towarzyszy niedoli.
Władze carskie unikały stawiania rewolucjonistów przed sądem z paru powodów. Zdarzało się bowiem, że sędziowie nie znajdowali dość dowodów, by wydać wyrok skazujący. Oskarżeni podczas publicznej rozprawy wygłaszali długie przemówienia, uzasadniające wybór swojej drogi życiowej i piękno ideałów socjalizmu. Postawa oskarżonych na procesach zjednywała im nawet aparat sprawiedliwości i zdarzały się wypadki uwolnienia podsądnych. Aresztowanych skazywano więc często w trybie administracyjnym, aby nie mieć kłopotów z propagandą idei socjalistycznych na sali sądowej. W takim trybie skazano i Dzierżyńskiego na trzy lata zesłania do guberni wiackiej. Przy ustalaniu wysokości kary uwzględniono niepełnoletność oskarżonego.
13 czerwca 1898 roku wywieziono Dzierżyńskiego na zesłanie. Przed samym wyjazdem czekało go smutne widzenie z Aldoną. Siostra czekała przez całą noc pod bramą więzienia, by zobaczyć ukochanego brata. Ujrzała go zakutego w kajdany, ale Feliks zawołał do niej: „Nie smuć się, że jestem w kajdanach, wytrzymam wszystko, wkrótce się zobaczymy".

Długi i ciężki miał być szlak zsyłki Dzierżyńskiego z Kowna na miejsce zesłania w Nolińsku. Władze wysoko oceniły młodego rewolucjonistę — gubernia wiacka była miejscem zesłania wielu wybitnych poprzedników: polskich powstańców 1863 roku i rosyjskich rewolucyjnych demokratów, Hercena, Sałtykowa-Szczedrina, Korolenki. I znowu jechał do tej guberni młody człowiek z sercem pełnym buntu przeciwko niesprawiedliwości i żelazną wolą walki ze złem.

Bożena Krzywobłocka, "Opowieść o Feliksie", Warszawa 1979, str. 20-45.

Społeczność

Lenin 005