Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 38 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: "Skomplikowana konstrukcja cepa"

niki.jpg

Wydawałoby się, że jest dziś jasne, że XX Zjazd KPZR nie stanowił niczego więcej, jak rozgrywki w łonie samej biurokracji, po śmierci Stalina. Ta śmierć zachwiała kruchą równowagą systemu opartego na terrorze stworzonego i utrzymywanego przez wodza, któremu brakowało autorytetu merytorycznego jego poprzedników.

Posttrockistom zapewne wydaje się atrakcyjną analogia zrównująca NEP z reformami w kierunku ograniczonego „urynkowienia” gospodarki „socjalistycznej” lat 60-tych. W ten sposób każdy, kto dostrzega fakt, że odchodzenie od stalinizmu niekoniecznie z góry jest tożsame z dążeniem do komunizmu, jest uważany za twardogłowego stalinowca.

Tymczasem rzeczywistość bywa niekiedy bardziej złożona niż konstrukcja cepa.
O tym, że uwzględnianie złożoności nie wchodzi w ogóle w grę, świadczy późniejszy stosunek do ruchu „Solidarności” i do interpretowania upadku „realnego socjalizmu” wraz ze złodziejską prywatyzacją jako wyłącznie procesu demokratyzacji i to jeszcze demokratyzacji w sensie socjalistycznym jako jedynie możliwej, obiektywnej tendencji rozwoju politycznego (można to udokumentować tekstami, choćby Zbigniewa M. Kowalewskiego, z epoki, a także jego epigonów z lat 90-tych i współczesnych).

Paradoks historii polega na tym, że zarówno jedną, jak i drugą opcję rozumienia socjalizmu rozwijała biurokracja. Posttrockiści nie byli zdolni do wypracowania realnej alternatywy dla biurokracji, w czym zresztą nie byli odosobnieni. Wydaje się, że nikomu to się nie udało. Z różnych przyczyn, które należałoby zapewne przeanalizować poważnie. Pod warunkiem, że dopuszczono by myśl, że potrzeba takiej analizy w ogóle istnieje, na co się nie zanosi, ponieważ posttrockiści nie widzą konieczności przewartościowania swych koncepcji, które ujawniły w toku dalszego rozwoju historii swoją totalną niemoc i jałowość.

Jest to, skądinąd, przyczyną dzisiejszej atrakcyjności stalinizmu jako jedynej realnej alternatywy wobec kapitalizmu. Jest to, oczywiście, atrakcyjność bardzo względna, mierzona stosunkiem do atrakcyjności posttrockizmu, niemniej dla samej radykalnej lewicy bardzo bolesna.

Podobnie stosunek do wydarzeń na Węgrzech w 1956 roku niekoniecznie musi być tak jednoznaczny, jak sobie tego życzą posttrockiści. Cele i dążenia grup względnie zorganizowanych i posiadających świadomość polityczną nie były zbieżne z socjalizmem. W tej sytuacji interes społeczeństwa nie znajdował środków wyrazu i nie mógł zaistnieć. Sam uzasadniony protest przeciwko rządom autorytarnym nie stanowi jeszcze rewolucji socjalistycznej w treści.

Wydaje się, że opozycja wobec biurokracji w łonie społeczeństw „realnego socjalizmu” bardzo szybko po 1956 roku ewoluowała na pozycje ogólnodemokratyczne, zgodnie zresztą z linią ewolucyjną radykalnej lewicy na Zachodzie. Alternatywy socjalistycznej czy komunistycznej nie zbudowano. W krajach obozu świadomość społeczna rozwijała się nie w odniesieniu do problematyki zapoczątkowanej rewolucją socjalistyczną, ale w opozycji do tej problematyki jako takiej, jako fałszywej problematyki, nadającej się całkowicie do odrzucenia, a nie do refleksji.

Niegdysiejsi reformatorzy socjalizmu („rewizjoniści”), w latach 80-tych całkowicie już odeszli od tej problematyki, uznając gospodarkę rynkową za nie podlegający dyskusji aksjomat. W tym sensie nie różnili się oni od biurokracji, która przeszła podobną drogę ideową. Trudno się temu dziwić, skoro jej świadomość była kształtowana przez ideologów, którzy wyszli z jej łona, poczęcie swe zawdzięczając twardogłowemu stalinizmowi. Dlatego zresztą tacy myśliciele, jak w filozofii Kołakowski, w naukach społecznych Bauman, czy w ekonomii Brus, nie potrafili wymyślić niczego poza odrzuceniem własnych stalinowskich dogmatów wraz z ideą komunizmu utożsamianą z tymże stalinizmem. Nie skorygowali więc swojego rozumienia marksizmu i komunizmu, ale odrzucili te koncepcje jako jedyne możliwe urzeczywistnienie owych idei. Nie oni okazali się w młodości niedouczonymi głupcami, tylko komunizm okazał się totalitaryzmem.

Najciekawszą jednak rzeczą jest to, że posttrockiści, jako komuniści, nie potrafili tego dostrzec i zrozumieć, ale przyjęli to kuriozum jako święte objawienie. Każdy, kto usiłował reinterpretować marksizm w duchu – mówiąc skrótowo – powrotu do dyktatury proletariatu był klasyfikowany jako stalinowiec. Odchodzenie od stalinizmu odbywało się pod dyktando szerzenia kultu „młodego Marksa” jako przeciwstawionego „staremu”. Tak zresztą był redefiniowany trockizm, zastępując konkretną analizę stalinizmu atrakcyjnymi intelektualnie wywodami teoretycznymi. Reszty dopełniła rywalizacja grupek trockistowskich o popularność wśród bazy zastępczej. Ewolucja stalinowskiej biurokracji była wiernym odbiciem tego samego trendu ideowego.

Logicznym wydawało się, że w najgorszym razie społeczeństwa „realnego socjalizmu” staną się poczciwymi państwami socjaldemokratycznymi z nieco biedniejszym welfare. Można się zastanawiać, na ile wilczokapitalistyczny zamach był przygotowany przez narastający trend liberalny na Zachodzie i osłabienie lewicy w sytuacji kryzysogennej sytuacji spowodowanej problemami surowcowymi gospodarki światowej, a na ile – efektem erupcji antysocjalistycznego potencjału tworzonego przez rządy biurokracji w krajach obozu.

W każdym razie, efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania prawie całej śmietanki intelektualnej ówczesnego świata. A na pewno ostrzeżenia płynące ze strony takich, jak my, że grozi nam recydywa kapitalizmu, i to nie w wydaniu welfare state, były traktowane przez (post)trockistów jako dowód na nieprzezwyciężony, wręcz paleostalinizm.

Według nich można było albo zachwycać się postępem demokratyzacji, albo być stalinowcem. Wszystko, co postrzega świat w nieco bardziej skomplikowanej konfiguracji, jest automatycznie przez posttrockistów tradycyjnie etykietkowane w jeden sposób, którego efektywność udowodniła przeszłość.

Tekst pochodzi ze strony
http://www.dyktatura.info

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

dzierżyński