Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 22 gości.

O marksistowskiej teorii wartości

Marks.jpg

O marksistowskiej teorii wartości

Motto:

Dziś nawet ateizm uważany jest za culpa levis (lekki grzech) w porównaniu z krytyką tradycyjnych stosunków własności

Karol Marks

Jedną z podstaw marksistowskiej ekonomii jest teoria wartości oparta na pracy. Don Ernsberger, skrajny neoliberał, libertarianin, podjął się jej
krytyki w swoim artykule

http://www.libertarianworld.com/labortheory.html

Już na samym początku swego artykułu, pisząc o \"dwóch teoriach wartości - marksistowskiej i kapitalistycznej\", Ernsberger popełnia coś, co jest albo grubym błędem, albo też - co bardziej prawdopodobne - grubym fałszerstwem intelektualnym. Nieprawdą jest bowiem, jakoby ekonomia marksistowska zwracała uwagę jedynie na pracę włożoną w wyprodukowanie towaru, a ekonomia kapitalizmu - na zdolność zaspokajania potrzeb społecznych przez ten towar.

Ernsberger miesza tutaj - świadomie lub nie - dwie, a nawet trzy kategorie marksistowskiej ekonomii politycznej: wartość (wymienną), wartość użytkową i cenę na dodatek. To, że towar nie mający (w danych okolicznościach społecznych, miejscu i czasie) wartości użytkowej - nie znajdzie nabywcy, tym samym nie dojdzie do skutku transakcja kupna - sprzedaży, nie będzie więc mowy o cenie, a towar będzie miał zerową wartość wymienną, niezależnie
od tego, ile pracy włożono w jego wykonanie, jest zupełnie oczywiste - także i dla marksistów. 50 lat temu np. świetnie mogła prosperować fabryka radioodbiorników lampowych, a produkowany przez nią towar znajdował nabywców, zaspokajał ich potrzeby, miał wartość użytkową i wymienną.

A czy dzisiaj, gdyby jakieś przedsiębiorstwo (prywatne czy państwowe, to w danej chwili nieistotne) postanowiło produkować takie radia - znalazłoby nabywców? Najprawdopodobniej nie - nie kupiłyby ich nikt, gdyż po prostu wyszły one z użycia, zastąpione przez tańsze i lepsze radioodbiorniki tranzystorowe. Praca włożona w wyprodukowanie odbiornika lampowego - abstrahujemy w tej chwili od możliwych zmian w technologii ich produkcji - załóżmy, że jest taka sama jak 50 lat temu, jego wartość (wymienna) jednak diametralnie się zmieniła - stopniała do zera, ponieważ tak samo stopniała do zera jego społecznie określona, konkretna wartość użytkowa, czyli zdolność do zaspokajania ludzkich potrzeb. No więc co z tego wynika?

Czy to zadaje kłam marksistowskiej teorii wartości? Oczywiście nie. Marks bowiem - o czym Ernsberger nie wie, albo też udaje, że nie wie - wcale nie twierdził, że wartość (wymienna) towaru zależy od ilości konkretnej pracy włożonej w jego wyprodukowanie!

Od tego może co najwyżej zależeć cena, jaką by producent chciał uzyskać przy sprzedaży swego towaru. To, czy istotnie taka cenę uzyska, czy też będzie się musiał zadowolić niższą (pokrywającą koszty produkcji albo i nie - w tym ostatnim wypadku producent jest dobrym kandydatem na bankruta), zależy nie od ilości konkretnej pracy włożonej w wyprodukowanie towaru, lecz od ilości pracy społecznie niezbędnej do wyprodukowania towaru danego rodzaju i gatunku, zaspokajającego dane ludzkie potrzeby.

Pracy społecznie niezbędnej - ta kategoria jest jedną z podstawowych w marksistowskiej analizie teorii wartości, o czym Ernsberger \"zapomniał\", żeby ustawić sobie przeciwnika w wygodnej pozycji do bicia. Pozostając przy naszym przykładzie z radioodbiornikami, spadek do zera wartości (wymiennej) radia lampowego jest spowodowany tym, że stało się ono towarem niekonkurencyjnym (chyba Ernsberger jako zwolennik kapitalizmu wie, co to takiego?) wobec tańszego odbiornika tranzystorowego.

Tańszego przecież nie dlatego, że zaspokaja mniej potrzeb - na odwrót, radioodbiorniki nowej generacji są na ogół lepsze od starych, mają więcej użytecznych funkcji itd. Tańsze zaś mogą być dlatego, że zmniejszyły się ich koszty produkcji - to znaczy koszty pracy. Idźmy dalej. Poważne nadużycie intelektualne popełnia Ernsberger, pisząc: \"Która teoria jest właściwa? Obie naraz nie mogą, ponieważ prowadzą do diametralnie przeciwstawnych systemów ekonomicznych\". Po pierwsze, żadna teoria nie ma za zadanie \"prowadzenia\" do jakichkolwiek \"systemów ekonomicznych\". Zadaniem teorii jest - tylko tyle i aż tyle - objaśnienie fragmentu otaczającej nas rzeczywistości przyrodniczej lub społecznej, wyjaśnienie, dlaczego jest ona taka, a nie inna.

Po drugie, postawienie pytania \"która teoria jest właściwa\", a jeszcze bardziej dobór kryterium, jakim Ernsberger się kieruje szukając odpowiedzi na takie pytanie - wręcz go ośmieszają. Teoria nie może być \"właściwa\" ani \"niewłaściwa\", może być co najwyżej prawdziwa lub błędna. Błędna jest teoria taka, która jest albo sprzeczna wewnętrznie, albo wnioski z niej wynikające są sprzeczne z dostępnymi nam danymi. Żeby więc wykazać błędność teorii Marksa o tym, że wartość (wymienna) towaru zależy od społecznie niezbędnej ilości pracy włożonej w jego wyprodukowanie, musiałby Ernsberger wykazać, że są takie towary, których wartość jest odwrotnie proporcjonalna do ilości pracy społecznie niezbędnej do ich wykonania.

Żadnego przykładu takiego towaru jednak nie podał - bo też takiego towaru po prostu nie ma! Kapitalista dobrowolnie obniżający cenę sprzedawanego towaru mimo wzrostu kosztów pracy działałby wbrew swoim interesom, zmniejszając swój zysk. Podwyższając zaś cenę mimo spadku kosztów pracy naraża się zaś na to, że w starciu z konkurentami swego towaru w ogóle nie sprzeda. O czym zresztą Ernsberger wspomina w innym miejscu swego artykułu, ale momentami sprawia wrażenie, jakby sam nie rozumiał tego co pisze...

Dalej Ernsberger pisze: \"...fakt, że wiele rzeczy w naturze, w które nie włożono żadnej pracy, np. widoki, czysta woda, kamienie szlachetne i minerały, mają wartość ekonomiczną\".

"Jednakże forma ceny nie tylko dopuszcza możliwość ilościowej niezgodności między wielkością wartości a ceną, tzn. między wielkością wartości a jej pieniężnym wyrazem, ale może też kryć w sobie sprzeczność jakościową, tak że cena w ogóle przestaje być wyrazem wartości, jakkolwiek pieniądz jest tylko formą wartości towarów. Rzeczy, które same w sobie nie są wcale towarami, jak np. sumienie, honor itd., mogą być przez swych posiadaczy sprzedawane za pieniądze i w ten sposób otrzymać dzięki swej cenie formę towaru. Rzecz może więc posiadać formalnie cenę nie posiadając wartości. Wyraz ceny staje się urojony, jak pewne wielkości w matematyce. Z drugiej strony także i urojona forma ceny, jak np. cena ziemi dziewiczej, nie mającej wartości, gdyż żadna praca ludzka nie została w niej uprzedmiotowiona, może kryć w sobie rzeczywisty stosunek wartości lub stosunek pochodny

(K. Marks, Kapitał, t.1, w: K. Marks, F. Engels Dzieła, t. 23, w-wa 1968, s. 117,)

Jeżeli zastąpimy cudaczne sformułowanie \"wartość ekonomiczna\" przez \"wartość wymienna\" (bo o to tutaj chodzi), to natychmiast muszą się nasunąć poważne wątpliwości. Żeby w ogóle można było cokolwiek rozpatrywać jako mające wartość wymienną, to musi ta rzecz być przedmiotem kupna - sprzedaży. Załóżmy, że np. żona Billa Gatesa czy jakaś inna \"dama z wyższych sfer\" chce sobie kupić diamentową kolię - ot tak sobie, dla zaspokojenia kaprysu, żeby pięknie wyglądać na najbliższym balu charytatywnym. Idzie więc do jubilera i kupuje tę kolię - ale jubiler przecież ceny tej kolii nie wziął \"z sufitu\", tylko skalkulował ją tak, żeby mu się zwróciły koszty jej wyprodukowania (wykopania diamentów, transportu, oszlifowania, oprawienia, ubezpieczenia i zabezpieczenia całej operacji itd.) i jeszcze na tym zarobił - na jakiej podstawie twierdzić wiec, że w kamienie szlachetne nie włożono żadnej pracy? Jeżeli \"nie włożono\", to musi znaczyć, że jeszcze spoczywają w ziemi w stanie naturalnym - a takich przecież żadna dama na szyję nie założy...

Jeszcze bardziej jaskrawy jest przykład z czystą wodą i pięknymi widokami. Załóżmy, że jakiś kapitalista kupił mniejszy czy większy kawałek ziemi gdzieś w górach, gdzie jest czysta woda i powietrze, nieskażona przyroda, piękne widoki itd. Ale żeby to wszystko miało dla kapitalisty wartość wymienną, to musi zacząć sprzedawać te walory turystom - musi więc w tym miejscu wybudować i utrzymywać jakiś ośrodek turystyczny, hotel czy choćby mały, skromny pensjonat. I cena pobytu turystów w tym hotelu też nie będzie \"wzięta z sufitu\", tylko będzie się mieścić w widełkach między kosztami własnymi utrzymania hotelu a przeciętną ceną porównywalnych usług oferowanych przez innych hotelarzy. Chyba, że ta pierwsza kwota (koszty) będzie wyższa od tej drugiej (przeciętnej ceny), wówczas \"nasz\" hotelarz prędzej czy później po prostu zbankrutuje - czy p. Ernsberger nie rozumie elementarnych rzeczy? Ale to jeszcze nic... Idźmy dalej.

Szczytem wszystkiego jest twierdzenie: \"Jeżeli każda wartość wywodzi się z pracy, a wysiłek menedżera jest \"pasożytniczy\", kto miałby zajmować się inwestowaniem czasu i pieniędzy niezbędnych do budowania fabryk, planowania rozwoju produkcji lub organizacji procesu produkcji? Jeśli wszystkie zyski są \"wyzyskiem\", jaki bodziec ma ktokolwiek, by ryzykować inwestowanie w nowy i nie wypróbowany produkt czy usługę? Skąd weźmie się pieniądze na finansowanie nowych inwestycji w narzędzia?\"

Pomińmy już tę drażliwą kwestię, że Ernsberger bezzasadnie utożsamił \"menedżera\" z tak zwanym \"pracodawcą\", czyli kapitalistą, po prostu w dzisiejszym świecie coraz częściej się zdarza, że to są zupełnie rożne osoby. Załóżmy, że jest to jakieś przedsiębiorstwo o archaicznej strukturze organizacyjnej, gdzie kapitalista sam jest też \"menedżerem\", czyli mówiąc po naszemu dyrektorem, bezpośrednio kierującym całym procesem produkcji.

Czy o takim dyrektorze można powiedzieć, że on nie pracuje? Ano istotnie, nie można. On pracuje, organizując pracę innym, i w produkcie końcowym określony udział ma również jego praca. I co z tego? Czy to przekreśla marksistowską teorię wartości, w myśl której wartość produktu jest równa sumie wartości kapitału stałego (zużytych środków produkcji), kapitału zmiennego (płac, czyli ekwiwalentu pracy koniecznej do reprodukcji siły roboczej pracowników - niech będzie, że łącznie z kapitalistą-dyrektorem) i wartości dodatkowej (pracy nie opłaconej)?

Oczywiście, że nie przekreśla. Nie wiem, czy Ernsberger zdaje sobie z tego sprawę, ale nie tylko kapitalizm, lecz cała gospodarka towarowo-pieniężna opiera się na tym, że człowiek jest w stanie pracować (i pracuje) dłużej, niż. jest to konieczne dla reprodukcji jego siły roboczej (tzn. utrzymania jego i jego rodziny). Gdyby było inaczej, to ludzie musieliby konsumować wszystko, cokolwiek wypracują, a w takich warunkach niemożliwa jest jakakolwiek wymiana towarowa, nie mówiąc już o powstaniu takich kategorii społeczno-ekonomicznych jak pieniądz czy kapitał. Tu więc powstaje pytanie:

Czy p. Ernsberger byłby w stanie zaprzeczyć oczywistemu faktowi, że do powstania wartości dodatkowej (czyli różnicy między wartością produktu a wartością surowców, z których powstał) przyczynia się praca wszystkich pracowników, nie tylko mitycznego kapitalisty-dyrektora? Dlaczego więc, jakim prawem, to on ma być tej wartości dodatkowej wyłącznym właścicielem i dysponentem? Dalej Ernsberger pastwi się nad krajami, jak je nazywa, \"komunistycznymi\".

Pomijając już śmieszność samego określenia:
\"kraje komunistyczne\", nie zauważa on, że podobne zjawiska (\"sprzedawcy są zmuszani do wyceniania wszystkich towarów według pracy, która jest w nie włożona, a nie według tego, na ile są poszukiwane przez konsumentów. W ten sposób sklepy nie mogą żądać wyższej ceny za stare zagraniczne wino, niż za tanie wino miejscowe\" itd.) występują nagminnie także w kapitalistycznych jak najbardziej i odżegnujących się od spuścizny teoretycznej Marksa krajach Ameryki i Europy Zach., gdzie są znane od dziesiątków lat w postaci dotacji, subwencji, ceł i innych barier protekcjonistycznych, podatków akcyzowych itd. - zwanych ogólnie interwencjonizmem państwowym.

Być może Ernsberger nie zdaje sobie sprawy, że bez tego interwencjonizmu umarłby z głodu - po wycofaniu się kapitału z zacofanej i niewydajnej branży, jaką jest rolnictwo, i zaangażowaniu go zamiast tego np. w spekulacje giełdowe.

Przykładem podwójnego fałszerstwa intelektualnego jest zdanie: \"Engels, uczeń Marksa, napisał: >>Dla czystego społeczeństwa marksistowskiego, dobrowolna wymiana między jednostkami musi być zabroniona.<<" Po pierwsze Engels nie był uczniem Marksa, tylko jego najbliższym współpracownikiem, należącym do tego samego pokolenia. Po drugie Engels nic takiego nie napisał i nie mógł napisać, bo nie ma czegoś takiego jak \"społeczeństwo marksistowskie\", podobnie jak nie było i ma czegoś takiego jak np. \"społeczeństwo thatcherowskie\" albo \"społeczeństwo hitlerowskie\"... Marksistowska może być myśl, ideologia, nawet partia, nawet rząd, ale nie społeczeństwo.

Zakończenie artykułu Ernsbergera jest zaś tak głupie, że aż śmieszne. Pisze on tak: \"Prawdziwy wolnorynkowy kapitalizm, wolny od interwencjonizmu państwowego, zakazów, subsydiów i protekcjonizmu, oznacza ekonomiczne powodzenie i wolność dla wszystkich\".

Aż się ciśnie na usta pytanie: Gdzie? Łaskawy panie, gdzie jest (a może chociaż kiedyś był? gdzie? kiedy?) choć jeden taki kraj, w którym wszyscy cieszą się wolnością i jeszcze do tego ekonomicznym powodzeniem? Naturalnie Ernsberger nie popiera swojej konkluzji żadnym konkretnym przykładem, bo też takiego przykładu nie ma!!

W swoim absurdalnym artykule p. Ernsberger kilkakrotnie wraca do przykładu ze starym winem. Istotnie, stare wino to jest dobra rzecz. Engels też umiał to docenić. Kiedyś powiedział, że przykładem szczęścia jest dla niego napić się wina Chateau Margaux z rocznika 1848. A przykładem nieszczęścia - pójście do dentysty. Niestety, lektura artykułu Ernsbergera nie kojarzy się z piciem starego wina. Już prędzej może przyprawić czytelnika o ból zębów...

Gadanina o konieczności udowodnienia pojęcia wartości polega wyłącznie na zupełnej nieznajomości zarówno przedmiotu, o którym mowa, jak i metody naukowej.

Że każdy naród zginąłby z głodu, gdyby przestał pracować, nie powiem już na rok, ale choćby przez parę tygodni, o tym wie każde dziecko. Wie ono również, że dla wytworzenia masy produktów, odpowiadających różnorodnym potrzebom, niezbędne są różnorodne i ilościowo określone masy zbiorowej pracy społecznej. Otóż jest self evident (samo przez się oczywiste), że określona forma produkcji społecznej nie może bynajmniej znieść tej konieczności podziału pracy społecznej w określonych proporcjach; może się tylko zmienić sposób jej przejawiania się. Praw przyrody w ogóle nie można znieść.

(K. Marks, F.Engels, Dzieła, t. 32, W-wa 1973, s. 603-604)

Społeczność

Lenin 005