Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 8 gości.

Afganistan a lewica (1980 r.)

logo L-DPA

Afganistan jest błyskiem światła, który wydobywa rzeczywiste kontury światowego krajobrazu politycznego. Rozsadził on ostatnie złudzenia o odprężeniu, by zdemaskować nieprzejednaną wrogość imperializmu Stanów Zjednoczonych do radzieckiego zdegenerowanego państwa robotniczego. Zerwał całą dyplomatyczną zasłonę z sojuszu Waszyngtonu z maoistowsko-stalinowskimi Chinami. I nieuchronnie skonfrontował lewicę z kwestią rosyjską: naturą państwa poczętego z rewolucji bolszewickiej i jego konfliktem ze światowym kapitalizmem.

Dla rewolucyjnych socjalistów nie ma nic zawiłego, nic dwuznacznego w wojnie w Afganistanie. Armia Radziecka i jej lewicowo-nacjonalistyczni sojusznicy zwalczają antykomunistyczny, antydemokratyczny melanż właścicieli ziemskich, lichwiarzy, kacyków plemiennych i mułłów, przywiązanych do masowego analfabetyzmu. I nie powiedzieć, że istnieje otwarte imperialistyczne wsparcie dla tych społecznych szumowin, jest przemilczeniem roku!

Amerykański "car" od bezpieczeństwa narodowego Zbigniew Brzeziński naprawdę pojechała na przełęcz Chajber i z karabinem w ręku podżegał powstańców: "Ta ziemia po tamtej stronie jest wasza i pewnego dnia wy tam wrócicie, ponieważ wasza sprawa jest słuszna i Bóg jest po waszej stronie". Instynktowną odpowiedzią każdego radykalnego lewicowca powinna być najpełniejsza solidarność z Radziecką Armią Czerwoną.

Jednak większość lewicy, z maoistami na czele tej paczki, przyłączyła się do imperialistycznej krucjaty przeciwko "radzieckiemu ekspansjonizmowi". Faktycznie oficjalna propekińska grupa w Stanach Zjednoczonych, Partia Komunistyczna (Marksistowsko-Leninowska) zaatakowała Doktrynę Cartera z prawa jako zbyt miękką wobec Rosjan.

Podobnie socjaldemokraci "trzeciego obozu", jak brytyjska grupa Cliffa, którzy w dniach odprężenia mogli utrzymywać pewną lewicową pozę, jeszcze raz zostali zdemaskowani jako socjaliści Departamentu Stanu. Ci lewicowcy, jakkolwiek by się nazywali, którzy zaprzeczają, że Związek Radziecki jest proletariacką władzą państwową (chociaż biurokratycznie zdegenerowaną), znajdują się, niektórzy bardziej chcąc, niektórzy bardziej nie chcąc, po tej samej stronie barykady, co imperializm Stanów Zjednoczonych.

Nie dziwota, że maoiści i socjaldemokraci dołączają się do imperialistycznej antyradzieckości, chociaż niektórzy mogą się oburzać, działając wspólnie z oszalałym antykomunistą Brzezińskim i jego afgańskimi podrzynaczami gardeł. Jednak dla trockistów poparcie dla Armii Radzieckiej w Afganistanie powinno być elementarnym odruchem politycznym. Ostatnia wielka walka frakcyjna Trockiego, w 1940 r. przeciwko opozycji "trzeciego obozu" Shachtmana/Burnhama w amerykańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej (SPR), została sprowokowana przez imperialistyczną kampanię przeciwko radzieckiej inwazji na "małą, demokratyczną Finlandię". Wykreślając najtwardszy kurs przeciwko socjaldemokratycznemu antykomunizmowi, Trocki deklarował: "Ochrona rewolucji socjalistycznej ma pierwszeństwo przed formalnymi zasadami demokratycznymi".

A radziecka interwencja w Afganistanie ma daleko bardziej postępową treść niż akcja Stalina w Finlandii w 1940 r., gdzie Kreml po prostu chciał kawałka terytorium dla obronnych celów wojskowych, co więcej, w kontekście sojuszu z nazistowskimi Niemcami. Zwycięstwo islamsko-feudalnego powstania w Afganistanie będzie oznaczało nie tylko wrogie, sprzymierzone z imperialistami państwo na południowej granicy ZSRR. Ono będzie oznaczało eksterminację afgańskiej lewicy i ponowne narzucenie feudalnego barbarzyństwa - kwefu, ceny za pannę młodą. Więcej, radziecka okupacja wojskowa podnosi możliwość rewolucji społecznej w tym łajdacko zacofanym kraju, możliwość która wcześniej nie istniała.

Jednak większość ruchu pseudotrockistowskiego w sprawie Afganistanu również tańczy tak, jak Carter im zagra. Najbardziej otwarcie kontr-rewolucyjnej jest stanowisko niestabilnej koalicji między stalinofobicznymi reformistami z francuskiej Komunistycznej Organizacji Internacjonalistycznej (OCI) i zwolennikami politycznego awanturnika Nahuela Moreno. Oni nie tylko domagają się wycofania oddziałów radzieckich, ale faktycznie solidaryzują się z reakcyjnymi islamskimi powstańcami (patrz: "Morenowcy wzywają do kontr-rewolucji w ZSRR", Spartacist nr 27-28, zima 1979-80).

Zjednoczony Sekretariat (ZS), co było dość łatwe do przewidzenia, w tej sprawie jest podzielony na troje. Pokaźna mniejszość, której czołowym rzecznikiem jest Tarik Ali, domaga sięn radzieckiego wycofania w imię samookreślenia dla Afganistanu. Kierownictwo skupione wokół Ernesta Mandela także potępia radziecką interwencję za naruszenie praw narodowych, ale niechętnie przyznaje, ze teraz apel o wycofanie równałby się poparciu dla wspieranej przez imperialistów kontr-rewolucji. Amerykańska SPR popiera radziecką akcję, ale świadomie umniejsza jej znaczenie.

SPR unika kwestii rosyjskiej

Od dawna dążąc do zostania grupą nacisku na liberalną burżuazję, SPR prezentuje sprzeciw wobec imperialistycznego militaryzmu Stanów Zjednoczonych prawie wyłącznie przez odniesienie do demokratycznego prawa do narodowego samookreślenia, najpierw bohaterskiej małej Kuby, a później bohaterskiego małego Wietnamu, przeciwko amerykańskiemu kolosowi. Rewolucja społeczna w świecie kolonialnym została sprowadzona do serii walk między różnymi trzecioświatowymi Dawidami a Goliatem - Stanami Zjednoczonymi. W ten sposób SPR naśladuje i umacnia liberalne pojęcie imperializmu jako wielkomocarstwowego zastraszania małych krajów i militarnej interwencji w nich.

Ale teraz to Jimmy Carter odwołuje się do liberalnego "antyimperializmu", a nawet trzecioświatowego nacjonalizmu w sprawie radzieckiej inwazji na "mały, niepodległy Afganistan". Imperialistyczne media piszą o "rosyjskim Wietnamie", wywołując sympatię dla biednych wieśniaków z ich prymitywnymi broniami, bijącymi się ze zmechanizowaną armią "supermocarstwa".

Jak SPR usprawiedliwia swe poparcie dla radzieckiej interwencji w Afganistanie bez konfrontacji z liberalnymi, antykomunistycznymi przesądami? Niełatwe to zadanie. SPR próbuje kursu, że Waszyngton reaguje raczej głównie przeciwko "afgańskiej rewolucji" niż radzieckiej ekspansji. To prawda. "Rewolucja afgańska" - oto światowodziejowe wydarzeni, które zagraża imperialistycznej dominacji w Azji!

"To nie rosnące wpływy Moskwy w Afganistanie zaalarmowały Waszyngton - chociaż tam było trochę zatroskania z tego powodu - lecz sama rewolucja afgańska i jej reperkusje w całej Azji Środkowej. Imperialiści sprzeciwili się zdobyczom społecznym, które zostały wywalczone przez afgańskich robotników i chłopów, i obawiali się, że rewolucja będzie postępowała ku obaleniu kapitalistycznych stosunków własności". ("Jak Waszyngton podżegał do kontr-rewolucji w Afganistanie", Intercontinental Press, 14 stycznia 1980 r.)

W ten sposób SPR może powtarzać swoją starą liberalną śpiewkę o "samostanowieniu dla rewolucji afgańskiej". Rola Związku Radzieckiego jest tu sprowadzona do czystego pomagania rewolucji w małym kraju atakowanym przez imperializm, roli porównywalnej z tą, którą odgrywał na Kubie i w Wietnamie: "W ten sposób problemem nie jest radziecka interwencja, lecz rosnąca interwencja Stanów Zjednoczonych-nacelowana na odebranie zdobyczy wywalczonych przez afgańskie masy-która w końcu zmusiła Związek Radziecki do reakcji" (Militant, 15 lutego).

Każdy wie, że oczywiście problemem jest radziecka interwencja, czy ściślej inkorporacja Afganistanu do bloku radzieckiego przez rewolucję społeczną od zewnątrz, jak w Europie Wschodniej.
Chociaż SPR napisała liczne artykuły o "rewolucji afgańskiej", trudno znaleźć tam klasową analizę tej rewolucji, rządu który z niej wyszedł albo państwa. Raczej, na modłę stalinowską czy burżuazyjno-nacjonalistyczną, rządy po kwietniu 1978 r. są opisywane jako rewolucyjne, ludowe, postępowe, antyimperialistyczne itd.

"Rewolucja" kwietniowa z 1978 r.: Co się wydarzyło?

Kluczem do zrozumienia, co od kwietnia 1978 r. wydarzyło się w Afganistanie, jest fakt, że od dziesięcioleci ten kraj jest państwem klientelnym Związku Radzieckiego. Duża część wąskiej wykształconej warstwy tego kraju była kształcona w ZSRR, i większość inteligencji uważała Związek Radziecki za źródło postępu społecznego. I słusznie. Afgański nauczyciel szkolny patrzący przez północną granicę na radziecką Azję Środkową, dwa pokolenia temu równie łajdacko zacofaną jak Afganistan, dzisiaj widzi piśmienne, stosunkowo nowoczesne społeczeństwo, gdzie kobiety nie są dłużej zdegradowanymi niewolnicami.

Generalnie proradzieckie sympatie afgańskiej inteligencji przejawiły się organizacyjnie w ustanowieniu w 1965 r. Ludowo-Demokratycznej Partii Afganistanu (L-DPA). Ta promoskiewska, radykalna partia drobnoburżuazyjna była złożona z nauczycieli szkolnych, studentów uniwersytetów, urzędników rządowych i, co nie najmniej znaczące, oficerów armii. Partia nie miała bazy wśród mas chłopskich ani wśród nielicznej miejskiej klasy robotniczej.

W 1967 r. L-DPA podzieliła się na frakcje: Chalk (Masy) kierowaną przez Nura Mohammada Tarakiego, jednego z najbardziej znanych poetów kraju, i Parczam (Sztandar), kierowaną przez Babraka Karmala. Różnica między frakcjami jest trudna do pojęcia, i być może była natury klikowej. Obie grupy, zgodnie z ich składem społecznym, popierały strategię przejmowania i radykalizacji słabego aparatu rządowego. Oficerowie lojalni wobec L-DPA-Parczam odgrywali dużą rolę w obaleniu monarchii w 1973 r., i partia uczestniczyła w pierwszym burżuazyjno-nacjonalistycznym rządzie Dauda.

Następnie Daud przesunął się na prawo i na początku 1978 r. zdecydował zmiażdżyć L-DPA, która niedawno odzyskała kruchą jedność. Kiedy policja zabiła jednego z przywódców L-DPA, a inni zostali aresztowani, w Kabulu wybuchły masowe demonstracje, złożone głównie ze studentów i pracowników urzędów państwowych. W rozgrywce, która z tego wynikła, wojskowa frakcja L-DPA zbrojną ręką odsunęła ludzi Dauda; sam Daud został zabity. W taki sposób narodziła się Demokratyczna Republika Afganistanu.

"Rewolucja" kwietniowa z 1978 r. była w istocie lewicowym puczem wojskowym z pewnym ludowym poparciem wśród intelektualistów. Niezwykłe było to, że oficerowie z L-DPA ustąpili główne stanowiska rządowe cywilnemu skrzydłu partii. Jednak rzeczywista władza pozostawała w rękach wojska. Jako silny człowiek nowego reżimu wyłonił się Hafizullah Amin, ponieważ poprzednio zajmował się robotą L-DPA w korpusie oficerskim.

SPR, gloryfikując "rewolucję afgańską" aż do umniejszania znaczenia radzieckiej interwencji, wyobraża sobie nieistniejące masowe powstanie robotników i chłopów:
"Wówczas, w kwietniu 1978 r., afgańskie masy powstały i walczyły o zmianę tych opresyjnych warunków. (...) Dziesiątki tysięcy afgańskich robotników i chłopów wyszły na ulice, część armii się zbuntowała i doszedł do władzy nowy rząd". (Militant, 18 stycznia 1980 r.)

Pod koniec 1978 r. wąska, elitarna baza społeczna nowego reżimu L-DPA została opisana przez znającego się na rzeczy radykalnego dziennikarza Freda Hallidaya. Chociaż Halliday jest zwolennikiem "rewolucji afgańskiej", inaczej niż szarlatani z SPR respektuje on empiryczną prawdę:
"To, co nastąpiło, to wzięcie władzy przez radykalny sektor w obrębie aparatu państwowego, kierowany przez cywilów (z których większość to nauczyciele albo innego rodzaju służba publiczna) wspomaganych przez oficerów armii. (...) Zakorzenienie nowego reżimu poza głównymi centrami miejskimi jest bardzo słabe, i nieuchronna będzie pokusa polegania raczej na siłach zbrojnych, niż na partii, by realizować politykę. (...) Równocześnie niższe szczeble aparatu państwowego - i cywilne, i wojskowe - pozostały nietknięte, a w szczególności było oczywiste, że możliwość kontr-rewolucyjnego oporu ze strony niższych szarż sił zbrojnych nie została wyeliminowana przez samo usunięcie czołowych oficerów". ("Rewolucja w Afganistanie", w: New Left Review, listopad-grudzień 1978 r.)

Lewicowo-nacjonalistyczna L-DPA doszła do władzy w jednym z najbardziej prymitywnych, przywiązanych do tradycji krajów na Ziemi. Według Rocznika Statystycznego Organizacji Narodów Zjednoczonych z 1978 r. spośród 17 do 20 mln ludności jedynie 35 tys. było zatrudnionych w manufakturach. Równocześnie tam było ćwierć miliona mułłów, opłacanych przez rząd, ogromna pasożytnicza kasta wysysająca krew z rozpaczliwie biednego ludu.

Tych parę danych statystycznych pokazuje ograniczenia dla zmiany społecznej od wewnątrz afgańskiego społeczeństwa. W Afganistanie, inaczej niż w sąsiednich Iranie czy Pakistanie, rewolucja proletariacka jest niemożliwa. Kraj jest zbyt absolutnie ekonomicznie zacofany. Z drugiej strony silna jest baza społeczna dla reakcyjnego oporu wobec nawet najbardziej umiarkowanych burżuazyjno-demokratycznych reform.

Pomimo to reżim L-DPA rozpoczął ambitną (jak na Afganistan) serię reform demokratycznych-reformę rolną, anulowanie chłopskich długów, redukcję ceny za pannę młodą do sumy nominalnej, obowiązkową edukację dla obu płci, posunięcia w kierunku rozdziału religii i państwa. To zwłaszcza kroki reżimu w kierunku równości kobiet najbardziej rozpaliły reakcyjne powstanie. I to jest przyznawane nawet przez burżuazyjnych dziennikarzy, którzy osłaniali afgańskich "bojowników wolności". W New York Timesie z 9 lutego reporter zauważył:

"Próby reformy rolnej podkopały ich wioskowych wodzów. Portrety Lenina groziły religijnym przywódcom. Jednak to przyznanie przez rewolucyjny rząd w Kabulu nowych praw kobietom popchnęło ortodoksyjnych muzułmańskich mężczyzn w pasztuńskich wsiach wschodniego Afganistanu do chwycenia za broń".

Lewicowo-nacjonalistyczny reżim oblężony

Według wszelkich sprawozdań reżim L-DPA działał metodami biurokratycznego komenderowania i arbitralności, które alienowały wielu spośród jego potencjalnych zwolenników, szczególnie wśród biedoty wiejskiej. Zwykle przywołuje się tu przykład anulowania chłopskich długów wobec właścicieli ziemskich. Ci zemścili się przez zatrzymywanie ziarna siewnego, a ponieważ rząd nie mógł go dostarczyć, chłopom ekonomicznie się pogorszyło.

Reżim na ogół nie czynił żadnych wysiłków, by zneutralizować swych licznych wrogów w społeczeństwie przez zmniejszenie tempa reform i równoczesne poszerzenie własnej bazy (na przykład wysłanie dużej liczby młodzieży na studia w ZSRR, szybkie powiększenie miejskiego proletariatu). Równocześnie mordercza klikowość, szczególnie ze strony Amina, wyeliminowała większość początkowego poparcia dla L-DPA. Coraz mniejsza grupa modernizujących intelektualistów była skłonna do występowania przeciwko masie ludu. W ten sposób reżim Tarakiego/Amina można oskarżyć o dużą dawkę utopijnego awanturnictwa, dążącego do wciągnięcia Afganistanu w XX wiek środkami czysto militarnymi, których co więcej nie posiadał.
Kiedy powstanie narastało, armia była trapiona dezercjami i buntami, a reżim L-DPA stawał się coraz bardziej zależny od radzieckiego wsparcia militarnego.

Latem 1979 r. Amin dowodził mniej więcej 5-tysięczną radziecką kadrą wojskową; oni obsługiwali skomplikowaną broń, szczególnie sprzęt lotnictwa wojskowego. Bez tych sił radzieckich jest więcej niż prawdopodobne, że radykalny rząd w Kabulu upadłby przed kontr-rewolucją.
Ci samozwańczy "marksiści", jak Tarik Ali, którzy teraz utrzymują, że afgańskim lewicowym nacjonalistom powinno się pozwolić walczyć z feudalnymi reakcjonistami bez zagranicznej interwencji, powinni byli logicznie domagać się wycofania oddziałów radzieckich dobrze przed grudniowym puczem.

Tu Chomeini i Brzeziński byli, jak zwykle, bardziej konsekwentni niż ich obecni lewicowi ogoniarze. W czerwcu zeszłego roku ajatollah wystosował do radzieckiego ambasadora notę protestacyjną z powodu interwencji jego kraju w "islamskim" Afganistanie. W miesiąc później Brzeziński, duchowy doradca Cartera, potępiał Związek Radziecki za próbowanie "narzucania obcych doktryn głeboko religijnym i narodowo świadomym ludom". (Londyński "Guardian", 6 sierpnia 1979 r.)

I w burżuazyjnej, i w lewicowej prasie były spekulacje, że Związek Radziecki obalił Amina, ponieważ był on "narodowym komunistą", początkującym afgańskim Tito. Nawet pomijając to, że rządził on za pośrednictwem części starego burżuazyjnego korpusu oficerskiego, to pojęcie jest całkowitym nonsensem. Radziecka obecność w Afganistanie rozszerzyła się właśnie wiosną 1979 r., wraz z objęciem przez Amina stanowiska premiera, jako że optował on za czysto militarnym rozwiązaniem problemu prawicowego powstania. Kreml na odwrót, bronił zmniejszenia tempa reform w celu minimalizacji potrzeby bezpośredniego radzieckiego wsparcia militarnego dla drobnoburżuazyjnych radykałów w Kabulu. Amin ewidentnie sądził, że w jakkolwiek wielkie kłopoty z kontr-rewolucją wpadnie, Rosjanie będą zmuszeni go wyręczać.

I w pewnym sensie byli, chociaż nie dokładnie w taki sposób, jakiego on oczekiwał. Tu mamy jedną z tych ironii losu, tak cenionych przez nieżyjącego już Isaaca Deutschera. Można by sobie zadać pytanie, czy duch Hafizullaha Amina doceni to, że on w końcu zwyciężył, chociaż kosztowało go to życie. On sprowokował sytuację, w której Związek Radziecki interweniował z siłą wystarczającą do zmiażdżenia reakcyjnego powstania, a więc i do narzucenia rewolucji społecznej zacofanemu, znajdującemu się we władzy mułłów Afganistanowi.

Rozszerzyć zdobycze społeczne rewolucji październikowej!

Wbrew Chomeiniemu i Brzezińskiemu Afganistan Tarakiego/Amina nie był "radzieckim komunistycznym satelitą", to jest zdeformowanym państwem robotniczym. Był on niestabilnym drobnoburżuazyjnym nacjonalistycznym reżimem, rządzącym poprzez chwiejną pozostałość starej armii. Stojąc w obliczu wydającej się nie do wygrania wojny domowej, część L-DPA mogła próbować się oswobodzić przez zwrócenie się ostro na prawo, wypędzenie Rosjan i zawarcie układu z zachodnimi imperialistami o ich poparciu przeciwko rebeliantom. Na ile znaliśmy bezwzględnego, oszalałego na punkcie władzy Amina, on był zdolny do naśladowania tego, co w 1927 r. zrobił Czang Kaj-szek, a w 1972 r. Anuar Sadat.

Pod koniec grudnia, wraz ze swą masową interwencją, radzieckie siły zbrojne stały się dominującą potęgą w Afganistanie, którego przeznaczenie obecnie będzie się decydować w Moskwie, nie w Kabulu. Oczywiście, konserwatywni biurokraci na Kremlu posłali 100 tys. żołnierzy do Afganistanu nie dla dokonania rewolucji społecznej, lecz po prostu dla zabezpieczenia niestabilnego, a strategicznie położonego państwa klientelnego. Niewątpliwie Breżniew i S-ka woleliby przyjazne państwo burżuazyjne, jak Finlandia. Jednak Afganistan nie jest Finlandią. Nie ma sposobu, żeby taki kraj mógł utrzymać coś choćby daleko przypominającego stabilną burżuazyjną demokrację.

W każdym razie prawicowi powstańcy i ich imperialistyczni poplecznicy są nieprzejednanie przeciwni wszelkiemu rządowi koalicyjnemu, który zaakceptowaliby Rosjanie. Możliwe, że Kreml mógłby zawrzeć układ z imperialistami o wycofaniu się z Afganistanu, na przykład w zamian za odwołanie przez NATO jego decyzji o rozmieszczeniu setek nowych rakiet nuklearnych w Europie Zachodniej. Ale to byłaby prawdziwa kontr-rewolucyjna zbrodnia przeciwko ludom afgańskim.

Bardziej prawdopodobna jest przedłużająca się okupacja Afganistanu przez Armię Radziecką i wraz z tym możliwość jego przekształcenia, śladem radzieckiej Azji Środkowej lub Mongolii. Społeczne posunięcia rewolucyjne (np. ziemia dla chłopów) byłyby niezbędne dla zniszczenia i przezwyciężenia poparcia biednych chłopów dla reakcyjnego powstania. Tylko lewicowcy zatruci burżuazyjno-nacjonalistyczną ideologią mogliby zaprzeczyć, że taka rewolucja społeczna, chociaż narzucona z zewnątrz i biurokratycznie zdeformowana, miałaby ogromne, wyzwoleńcze oddziaływanie na afgańskie masy. Nawet New York Times przyznaje, że mieszkańcy radzieckiej Azji Środkowej postrzegają interwencję militarną swego kraju w Afganistanie jako poparcie dla wyzwolenia ich zacofanych, uciskanych sąsiadów (patrz: "Mieszkańcy radzieckiej Azji Środkowej popierają interwencję w Afganistanie", Workers Vanguard nr 254, 18 kwietnia).

Różnicę między radziecką Azją Środkową a Afganistanem trzeba mierzyć nie na dziesięciolecia, lecz na stulecia. Podczas gdy w Afganistanie jest ponad 90 procent analfabetów, sąsiedni radziecki Uzbekistan ma prawdopodobnie wyższy stopień alfabetyzacji niż Georgia, rodzinny stan Jimmy'ego Cartera. Przeciętna długość życia w Uzbekistanie wynosi 70 lat w porównaniu z 40 latami w Afganistanie. Wielką tego przyczyną jest to, że w Uzbekistanie jeden lekarz przypada na 380 pacjentów, a w Afganistanie jeden na ponad 20 tysięcy. Wszystkie porównania społeczne i ekonomiczne wykazują to samo.

Marks i Engels, idąc za francuskim utopijnym socjalistą Charlesem Fourierem, utrzymywali że "w każdym danym społeczeństwie stopień emancypacji kobiet jest naturalną miarą emancypacji powszechnej". Status kobiet w radzieckiej Azji Środkowej jest nie tylko wyższy niż w jakimkolwiek islamskim kraju burżuazyjnym (już nie mówiąc o Afganistanie), ale pod pewnymi względami (np. Reprezentacja w rządzie) korzystnie wypada porównanie nawet z zaawansowanymi burżuazyjnymi demokracjami. Na przykład w Uzbekistanie kobiety stanową 18 procent wszystkich sędziów i 45 procent wszystkich członków legislatywy od szczebla wsi wzwyż.

Z pewnością robotnicy i chłopi radzieckiej Azji Środkowej cierpią te same nierówności i biurokratyczny ucisk, jak ich klasowi bracia i siostry w Rosji. Tam w Uzbekistanie, Tadżykistanie, Kirgizji itd. jest pewna presja na rusyfikację, i oczywiście moskiewski stalinowski reżim odmawia wszystkim narodowościom prawa do samookreślenia, to jest prawa do secesji i sformowania oddzielnego państwa. Gdyby Afganistan został przekształcony w radzieckiego satelitę, zdeformowane państwo robotnicze, możliwe jest, że przyszły rewolucyjny kryzys mógłby znaleźć afgańskich robotników i chłopów walczących przeciwko Armii Radzieckiej pod komendą kremlowskiej stalinowskiej biurokracji.

I w ogóle proletariacka rewolucja polityczna w bloku radzieckim będzie się przeplatała z walką o prawo do narodowego samookreślenia i inne demokratyczne prawa i swobody. Jednak dziś podnoszenie sztandaru "narodowego samookreślenia" dla Afganistanu oznacza dostarczanie demokratycznej osłony dla wspieranej przez imperialistów kontr-rewolucji społecznej najbardziej brutalnego, barbarzyńskiego typu.

Rewolucja, kontr-rewolucja i narodowe samookreślenie

"Rosja naruszyła narodową suwerenność Afganistanu"-krzyczą imperialiści ze Stanów Zjednoczonych, pekińscy staliniści, eurokomuniści. I ten krzyk jest posłusznie powtarzany przez Mike'a Klonsky'ego, Tony'ego Cliffa, Tarika Alego i im podobnych. To oskarżenie nie trzyma się nawet własnych terminów. Afganistan nie jest narodem, lecz feudalnego pochodzenia państwem złożonym z mozaiki narodowości, grup etnicznych i plemiennych.

Afgańska monarchia została skonsolidowana pod koniec XIX stulecia z miriady nie związanych ze sobą ludów jako państwo buforowe między carską Rosją a Indiami Brytyjskimi. Większość ludności wiejskiej nigdy nie żyła pod skuteczną kontrolą jakiejkolwiek władzy państwowej, lecz utożsamia się wyłącznie z poszczególnymi grupami etnicznymi, plemiennymi czy językowymi.

Imperialistyczni poplecznicy prawicowych powstańców lamentują, że pasztuńscy, hazarscy, tadżyccy itd. partyzanci nienawidzą sienie nawzajem równie mocno, jak wspieranych przez Związek Radziecki radykałów w Kabulu. Gdyby siły kontr-rewolucyjne zwyciężyły, tam prawdopodobnie nastąpiłaby kolejna wojna domowa, tym razem między grupami etnicznymi. Faktycznie, gdyby wzięto radziecką Azję Środkową za przewodnika, mniejszości etniczne w Afganistanie jako satelicie w bloku radzieckim cieszyłyby się bardziej autentycznymi prawami narodowymi niż pod pasztuńskim reakcyjnym reżimem.

Jednak na bardziej fundamentalnym poziomie politycznym wszystko to nie ma nic do rzeczy. Nawet gdyby Afganistan był homogenicznym narodem, rewolucyjni marksiści popieraliby zbrojną interwencję Związku Radzieckiego. I przed grudniowym puczem, i po nim, cała gadka o "narodowej suwerenności" Afganistanu była tylko przykrywką dla obrony klasowych i kastowych przywilejów właścicieli ziemskich, lichwiarzy i mułłów, zagrożonych przez drobnoburżuazyjny radykalny rząd w Kabulu. Dla imperialistów takie hasła są przeznaczone głównie do pozyskiwania ludowego poparcia dla odnowionego ataku przeciw "komunistycznej Rosji". Dla rewolucyjnych marksistów poparcie rewolucji społecznej, włącznie z obroną ZSRR przeciwko kapitalistycznemu imperializmowi, stoi wyżej niż burżuazyjno-demokratyczne prawo do narodowego samookreślenia.

Dążąc do usprawiedliwienia swego entuzjastycznego poparcia dla doktryny Cartera, niektórzy maoiści, jak Carl Davidson, zrobili z Lenina narodowego liberała, który rzekomo przeciwstawiał się co do zasady militarnym interwencjom dla poparcia rewolucyj w innych krajach. Wbrew temu stalinowskiemu bezsensowi jeszcze przed rewolucją bolszewicką Lenin utrzymywał, że zwycięski rząd robotniczy będzie zobowiązany nie tylko agitować za rewolucją proletariacką w krajach kapitalistycznych, lecz także, gdy to niezbędne, wesprzeć ją siłą zbrojną: "Zwycięski proletariat tego kraju, po wywłaszczeniu kapitalistów i zorganizowaniu u siebie produkcji socjalistycznej, stanąłby PRZECIW pozostałemu, kapitalistycznemu światu, pozyskując sobie klasy uciskane innych krajów, wzniecając w nich powstanie przeciwko kapitalistom, występując w razie konieczności nawet siłą zbrojną przeciwko klasom wyzyskującym i ich państwom" [podkreślenie w oryginale]. ["O haśle Stanów Zjednoczonych Europy" (1915), cyt. za: "Dzieła zebrane" t. 21, wyd. 1964].

Kiedy szaleje wojna domowa, liberalna postawa podnosząca narodowe samookreślenie do rangi ostatecznej zasady może stać się zupełnie zbrodnicza. Rozpatrzmy Węgry z 1919 r. W dużej części z powodu własnych błędów radziecki reżim Beli Kuna wyalienował się od prawdopodobnie większości chłopstwa Węgier i mniejszości narodowych. Bierna opozycja drobnoburżuazyjnych mas wobec rządu robotniczego w Budapeszcie przyczyniła się do zwycięstwa białej armii admirała Horthy'ego, wspieranej przez imperialistów, a wraz z nim do eksterminacji rewolucyjnej proletariackiej awangardy.

W ciągu czterech i pół miesiąca istnienia radzieckich Węgier rosyjscy bolszewicy czynili wszystko, co w ich mocy, by połączyć się z nimi militarnie. W kwietniu Lenin osobiście rozkazał dowódcom Ukraińskiej Armii Czerwonej:
"Posuwanie się naprzód w części Galicji i Bukowiny jest istotne dla kontaktu z radzieckimi Węgrami. Ten cel musi zostać osiągnięty szybciej i pewniej" ("Dzieła zebrane", t. 44).

Jednak ku wielkiemu nieszczęściu sprawy socjalistycznej ta kampania militarna nie zakończyła się sukcesem. Pod sam koniec lipca Lenin musiał poinformować Belę Kuna:
"Jesteśmy świadomi ciężkiej i niebezpiecznej sytuacji Węgier i robimy wszystko, co możemy. Jednak szybka pomoc jest czasami fizycznie niemożliwa. Próbujcie się utrzymać tak długo, jak możecie" (tamże).

Gdyby Ukraińskiej Armii Czerwonej udało się uratować Węgierską Republikę Rad, imperialistyczni rzecznicy i socjaldemokraci na całym świecie potępiliby "imperializm Rosji Radzieckiej" za deptanie narodowej niepodległości ludu węgierskiego. Niewątpliwie czyniono by analogie z okupacją Węgier przez carską Rosję podczas rewolucji z 1848 r.
Demokratyczna Republika Afganistanu nie jest dyktaturą proletariatu, jak Węgierska Republika Rad w 1919 r. (afgański proletariat jest znikomy).

Mimo to wojna domowa w Afganistanie jest walką społeczną, która nastawiła modernizującą inteligencję przeciwko feudalnej reakcji. Tu znaczące jest, że duża liczba grup lewicowych (na przykład umiarkowanie maoistowski Guardian i różne drobne sekty shachtmanowskie w Stanach Zjednoczonych) popierała reżim L-DPA przeciwko prawicowym rebeliantom, ale potem potępili radziecką interwencję i zażądali wycofania Armii Czerwonej. Kiedy lewicowo-nacjonalistyczny rząd burżuazyjny zwalcza reakcję, ci samozwańczy marksiści mogą go poprzeć.

Jednak kiedy tam jest rzeczywiście możliwość, że feudalno-kapitalistyczne stosunki własności zostaną obalone, kiedy kobiety mogą zostać uwolnione od kwefu - wtedy ci drobnoburżuazyjni radykałowie są przeciwko temu. Te popłuczyny po pronacjonalistycznej "nowej lewicy" i "trzecim obozie" złajdaczonej socjaldemokracji wolą kontr-rewolucję od wewnątrz niż rewolucję od zewnątrz!

See video

Gorzkie owoce nowolewicowości

Przed dziesięcioleciem dla każdego młodego radykała było pierwszą zasadą, prawie truizmem, to że imperializm Stanów Zjednoczonych jest prawdziwie potwornym głównym wrogiem ludów świata. Jednak dziś resztki nowolewicowych "antyimperialistów" z lat sześćdziesiątych XX w., będąc głównie maoistami tej czy innej odmiany, ponownie zjednoczyły się z amerykańskim imperializmem przeciwko "radzieckiej agresji". Jak do tego doszło?

Na początku i w połowie lat sześćdziesiątych, kiedy Waszyngton był bardziej wrogi Pekinowi niż Kremlowi, wyrosło nowe pokolenie radykałów krytycznych i wątpiących w stosunku do Chruszczowa/Breżniewa z punktu widzenia trzecioświatowego nacjonalizmu. Jednak dziś w sprawie Afganistanu to amerykańska klasa rządząca przywołuje retorykę narodowej niepodległości, atakując radziecki "hegemonizm" i "wielkomocarstwowość".

"Nowa lewica" uważała kwestię rosyjską, to jest społecznego charakteru ZSRR, za scholastyczny temat dyskusji wśród nieznaczącej "starej lewicy". Dla nich zimna wojna była martwa, Rosja stała się częścią bogatego świata białego człowieka, wspólnikiem Stanów Zjednoczonych w światowym konserwatyzmie. Rzeczywista walka była teraz między Trzecim Światem - Chinami, Wietnamem, Kubą - a imperializmem Stanów Zjednoczonych.

Ten pogląd został ujęty przez najbardziej prominentnego amerykańskiego nowolewicowego "teoretyka" Carla Oglesby'ego w jego pracy z 1967 r. "Powstrzymywanie i zmiana". Tu rewolucje chińska i wietnamska są przedstawiane po prostu jako reakcja na obcą dominację, nie mając wiele wspólnego, a może i nic, z walką: kapitalizm kontra komunizm. Rewolucja chińska "nie miała w ogóle nic wspólnego z komunizmem, lecz raczej z niezależną organizacją Chin i uzyskaniem przez nie nowoczesnej broni". O Wietnamie: "(...) Trzeba umieć jakoś wykazać, że problemem w Wietnamie nie była walka: zachodnia wolność kontra wschodnie niewolnictwo, lecz obca kontra lokalna kontrola nad Wietnamem".

O stosunkach amerykańsko-radzieckich Oglesby wyraził następującą opinię:

"Ze Związkiem Radzieckim przeszliśmy od konfrontacji do odprężenia. Stosunki nie są dłużej określane przez jego gniew i nieobliczalność. (...) Bezpośredniej konfrontacji militarnej obawiają się i unikają na równi obie strony, kryzysy są rozwiązywane na gorących liniach zamiast w gabinetach wojennych, i czasami zadajemy sobie pytanie, czy nie wisi w powietrzu coś jeszcze bardziej wiosennego: powolna konwergencja celów politycznych. Europejska zimna wojna nie znajduje dłużej Rosjan i Amerykanów patrzących na siebie nawzajem przez celownik. Zamiast tego mamy doświadczenie prawie zintegrowanych programów pomocy w Afganistanie [!] i Indiach".

Ten pogląd polityczny, który zrównuje globalne role Stanów Zjednoczonych i ZSRR, zawierał rudymenty doktryny "wielkomocarstwowej" jeszcze zanim "nowa lewica" rzuciła się w ramiona maoizmu i jego doktryny "radzieckiego socjalimperializmu".

Zachodni maoizm wyrósł z połączenia nowolewicowości i stalinizmu. Decydującym czynnikiem stwórczym była rewolucja wietnamska, w której udana walka przeciwko amerykańskiemu imperializmowi była prowadzona pod tradycyjnym stalinowskim kierownictwem. Dla impresjonistycznych nowolewicowców trzecioświatowi staliniści w porównaniu z radzieckimi wyglądali na rewolucyjnych. Stąd był tylko mały krok do doktryny Mao o rywalizujących supermocarstwach.
Niezliczone sekty maoistowskie były skłonne do pogodzenia się z sojuszem Pekin-Waszyngton, który rozwinął się od czasu podróżny Nixona do Chin w 1972 r., kiedy deszcz amerykańskich bomb spadał na Wietnam. W obliczu takich wydarzeń jak chińskie poparcie dla zaprojektowanej przez CIA południowoafrykańskiej inwazji na Angolę w latach 1975-76 wielu maoistów wycofało się, dążąc do powrotu do dobrych starych czasów "antyimperialistycznej jedności". Jednak w Angoli była to wojna zastępcza zamiast wojny między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim. Teraz stoją twarzą w twarz w Afganistanie i tu nie ma ucieczki. Trzeba wybrać, w czyim się jest obozie.

Wraz z raptownym podgrzaniem zimnej wojny i otwartym ogłoszeniem osi Waszyngton-Pekin maoiści zatoczyli pełne koło. Wydarzenia w Afganistanie jedynie podkreślają, że ci, którzy odmawiają obrony Związku Radzieckiego przeciwko imperializmowi Stanów Zjednoczonych, nieuchronnie zostaną wpędzeni w ramiona Departamentu Stanu i Pentagonu. Podczas gdy Stalin tłumił rewolucję proletariacką dla sojuszu z "postępową" burżuazją, dla maoistów front ludowy przeciwko "radzieckiemu socjalimperializmowi" może zostać zbudowany jedynie jako koalicja z najbardziej jadowitymi, antykomunistycznymi sekcjami imperialistycznych klas rządzących.

Rdzeniem stalinowskiej doktryny jest program "budowy socjalizmu w jednym kraju". To jest ideologia wąskiej, nacjonalistycznej biurokratycznej kasty, która opiera się na podstawach skolektywizowanej gospodarki, lecz przeciwstawia się programowi rewolucji proletariackiej. Usiłowanie przeciwstawienia Rosji Chin (lub Albanii) w charakterze socjalistycznej ojczyzny okazało się ślepym zaułkiem. Zbliżenie Chin z amerykańskim imperializmem wykazało, że Mao i Deng, pod płaszczykiem budowania "socjalizmu" w swoim kraju, są równie chętni sprzedać rewolucję, jak Stalin i Breżniew. Więcej, dziś pekińscy staliniści są złączeni w globalnym kontr-rewolucyjnym sojuszu z główną potęgą imperialistyczną przeciwko głównej antykapitalistycznej potędze państwowej-Związkowi Radzieckiemu. Gdyby imperializm Stanów Zjednoczonych obalił ZSRR (jak zachęcają propekińscy maoiści), to prowadziłoby także w krótkim czasie do zniszczenia Chin Ludowych przez tę samą potęgę.

Gorączka trzecioobozowa w ZS

Kryzys w Afganistanie, tak jak było do przewidzenia, wpędził pseudotrockistowski Zjednoczony Sekretariat Ernesta Mandela w całkowity polityczny chaos. Pod koniec stycznia na spotkaniu ZS zaprezentowane zostały trzy linie polityczne. Rezolucja prawicowej mniejszości broniła proimperialistycznego stanowiska "radzieckie oddziały - won", twierdząc że zwycięstwo muzułmańskich reakcjonistów byłoby "o wiele mniej szkodliwe" niż przedłużająca się radziecka obecność. Stanowisko lewicowej mniejszości, groteskowo przedłożone przez amerykańską SPR, broniło wspieranego przez Rosjan reżimu w Kabulu, równocześnie umniejszając znaczenie radzieckiej interwencji.

Mandelowska większość próbuje iść na kompromis, rozgrywając oba skrzydła przeciwko centrum i oddając cześć złotemu środkowi. Jej rezolucja (Intercontinental Press, 3 marca) wymyśla Kremlowi za "nieposzanowanie jakichkolwiek demokratycznych i narodowych uczuć uciskanych klas i ludów" i za "wprowadz[enie] ekstremalnego zamieszania do światowego proletariatu"; odmawia ona udzielenia interwencji "nawet najmniejszego poparcia politycznego" i głosi "sprzeciw wobec aneksji nowych terytoriów przez Kreml" - nawet gdyby została przeprowadzona rewolucja społeczna. Jednak doświadczeni w sztuce gmatwania mandelowcy nie wzywają do wycofania sił radzieckich; i po przeszło 100 akapitach piorunowania przeciwko interwencji dodają nagle cztery zdania najbardziej niechętnego defensizmu.

Tam w głównych europejskich sekcjach Mandela teraz jest prawdziwy kłopot. Prawie połowa (20 na 42) członków komitetu centralnego straszliwie splamionej Komunistycznej Ligi Rewolucyjnej (LCR), "flagowej" francuskiej sekcji ZS, zajęła otwarcie proimperialistyczne stanowisko. Argumentując, że radziecka interwencja "narusza prawo ludów do samostanowienia", wzywają oni do "akcji ruchu antyimperialistycznego i robotniczego, by naciskać na Związek Radziecki, żeby natychmiast wycofał swe oddziały z Afganistanu" (Rouge, 22 lutego). Jakie "akcje" oni mają na myśli? Może odmowę załadowania zboża dla ZSRR przez francuskich dokerów?

Jeśli ta znacząca mniejszość LCR została "socjalistami Doktryny Cartera", to większość trudno uznać czerwonych rewolucjonistów. Oni także potępiają radziecką akcję, ale odrzucają apel o natychmiastowe wycofanie, jako będący na rękę imperialistom.

Frakcyjna niezgoda w niegdyś lewicowej brytyjskiej sekcji, Międzynarodowej Grupie Marksistowskiej (IMG), sięga jeszcze głębiej. Pierwszy artykuł Tarika Alego "Radzieckie oddziały - won" (Socialist Challenge, 3 stycznia) wywołał wielką furię. IMG opublikowała wiele listów mieszających Alego z błotem za przyłączenie się do imperialistycznego chóru i i tańczenie tak, jak mu zagra Departament Stanu Stanów Zjednoczonych. I tak parę tygodni później IMG zmieniła swą linię bez otwartego odrzucenia swego wcześniejszego kontr-rewolucyjnego stanowiska. Ona wciąż potępia radziecką interwencję, ale przyznała, że 'w obecnej sytuacji apel o natychmiastowe wycofanie oddziałów równałby się poparciu zwycięstwa sił prawicowych" (Socialist Challenge, 17 stycznia). Żadnego zdziecinnienia!

Jednak nawet ta niechętna "obrona" sił radzieckich sprowokowała wylew krytyki z prawa. W Socialist Challenge ukazywały się listy walące w większość za chęć tworzenia "komitetów powitalnych Armii Czerwonej" i przynaglające IMG do "wyrzucenia na śmietnik starego trockizmu". Pośród tego wszystkiego Socialist Challenge z 6 marca zainaugurował nowy cykl felietonów Tarika Alego zatytułowany "Głośno myśląc", w celu dyskusji nad jego "osobistymi" (czytaj: frakcyjnymi) poglądami. Swój pierwszy felieton zaczął od słów: "W kwestii Afganistanu nie wyrażam skruchy".

W ten sposób, ledwie parę miesięcy po tym, jak ta potiomkinowska wieś zwąca się "Czwartą Międzynarodówką" w wyniku rozłamu utraciła prawie jedną trzecią swych członków na korzyść skoncentrowanej w Ameryce Łacińskiej Frakcji Bolszewickiej politycznego awanturnika Nahuela Moreno, ZS jest jeszcze raz niszczony wewnętrzną walką, tym razem skoncentrowaną w mandelowskim centrum. Mandel i S-ka próbują umniejszać zasięg niezgody w sprawie Afganistanu, ale jest ona potencjalnie bardziej destrukcyjna niż rozłam Moreno, który trochę przypadkowo rozwinął się ze znacznych osobistych ambicji argentyńskiego caudilla. W obecnym przypadku jest on owocem rewizjonizmu samego Mandela.
To, czego teraz jesteśmy świadkami, to otwarta rebelia znaczącej części ZS, długo szkolonej w nowolewicowej antyradzieckości i drobnoburżuazyjnym nacjonalizmie, przeciwko trockistowskiemu programowi bezwarunkowej obrony militarnej radzieckiego zdegenerowanego państwa robotniczego przeciwko imperializmowi.

Ci mandelowcy, kadra i szeregi, są wciągani w kierowany przez Stany Zjednoczone globalny kontr-rewolucyjny sojusz przeciwko ZSRR za pośrednictwem tych tendencji, z którymi oni długo szukali przegrupowania-wschodnioeuropejskimi "dysydentami", umiarkowanymi maoistami (np. Francuską Komunistyczną Organizacją Pracowników) eurokomunistami (krąg Jeana Ellensteina) i różnymi grupami socjaldemokratycznymi (brytyjska Socjalistyczna Partia Robotnicza Tony'ego Cliffa).

Tarik Ali: Antyradziecki nowolewicowiec

Rola Tarika Alego w tej walce frakcyjnej wcale nie jest przypadkowa ani epizodyczna. Jest on par excellence przedstawicielem ruchu "nowej lewicy" i trzecioświatowego nacjonalizmu w ZS. Ta dawna znakomitość "nowej lewicy" już w 1969 r. wydała antologię "Nowi rewolucjoniści", przedstawiającą takich notabli jak Fidel Castro, Régis Debray, Ernest Mandel i, może proroczo, Tony Cliff. Jego własny tekst zaliczał do "nowych rewolucjonistów" Mao i Ho, ale definitywnie wykluczał ciężkich kremlowskich biurokratów:

"Azjatycki komunizm okazał się bardziej ludzki, bardziej humanistyczny i bardziej chętny do przyznawania się do własnych błędów niż jego odpowiednik w Związku Radzieckim". Cóż za muzyka dla uszu Pol Pota!
"Związek Radziecki i kraje wschodnioeuropejskie w swych stosunkach handlowych ze światem wyzyskiwanym przyczyniają się do utrzymywania nierównej wymiany. Związek Radziecki łatwo mógłby płacić więcej bez szkody dla własnej gospodarki".

Innymi słowy bogactwo powinno być transferowane od robotników i chłopów ZSRR do burżuazji Trzeciego Świata - do Pahlawich, Nasera, Indiry Gandhi i im podobnych.
Jeśli Ali reaguje na kryzys afgański z perspektywą nowolewicowego maoizmu z lat sześćdziesiątych XX w., wykorzystuje on pewne argumenty zapożyczone z ideologicznego arsenału chruszczowowskiego "pokojowego współistnienia" (przejaw siły stalinowskiego ekumenizmu). Rezolucja mniejszości ZS, zaproponowana prawdopodobnie przez Alego i jego zwolenników, faktycznie oskarża Breżniewa i S-kę o coś w rodzaju "lewicowego awanturnictwa" przez prowokowanie imperialistycznego militaryzmu. Skarży się ona, że radziecka interwencja rzekomo rozpala:

"usprawiedliwianie przez imperialistów ich powrotu do wyścigu zbrojeń pod pretekstem, że Związek Radziecki demonstruje w Afganistanie, iż zamierza używać siły do narzucania reżimów lojalnych wobec niego. Sprawa afgańska już zarżnęła wysiłki ruchu robotniczego w krajach imperialistycznych przeciwko powiększeniu arsenału nuklearnego w Europie i na Zachodzie" ("Projekt rezolucji w sprawie interwencji radzieckiej w Afganistanie", Intercontinental Press, 3 marca).

To jest oczywiście to samo uzasadnienie, za którego pomocą przez dziesięciolecia stalinizm usprawiedliwiał niewspieranie rewolucyj w innych krajach. "Pokojowe współistnienie" oznacza właśnie: nie "eksportować" rewolucji, nie eksportować broni dla rewolucyj. Nic nie robić, by rozstroić imperialistów i osłabić "siły pokoju" w krajach imperialistycznych.

Mandelowskie szydło wyłazi z worka

Pod koniec lat sześćdziesiątych XX w. mandelowcy wynaleźli termin "nowa masowa awangarda" w celu utożsamienia się rozkwitającym nowolewicowym maoistowskim nurtem przeciwko promoskiewskim partiom komunistycznym. Wychwalająca maoizm rezolucja większości ZS z 1969 r. oświadcza:

"Ostra kampania, którą Pekin rozpętał przeciwko prawicowo-oportunistycznej linii partii komunistycznych podążających za moskiewskim kierownictwem (...) obiektywnie przyczyniła się do pogłębienia światowego kryzysu stalinizmu i do ułatwienia powstanie nowej młodzieżowej awangardy na całym świecie. Wewnętrz tej młodzieżowej awangardy głęboka pozostaje ogólna sympatia dla Chin i maoistowskiej krytyki rewizjonizmu Kremla (...)" ["Pierwszy projekt rezolucji w sprawie rewolucji kulturalnej i proponowane poprawki, ujęte w dwóch kolumnach", w: "Międzynarodowy Wewnętrzny Biuletyn Dyskusyjny" (SPR), czerwiec 1970 r.]

Kiedy ten nonsens był pisany, krytyka radzieckiego "rewizjonizmu" przez Pekin stała się była dla niego główną ideologiczną podstawą do ogłoszenia ZSRR krajem "socjalimperialistycznym, kapitalistycznym". Żeby zacytować nieśmiertelne słowa samego Przewodniczącego: "Dojście do władzy rewizjonizmu oznacza dojście do władzy burżuazji". W 1969 r. reżim Mao już porównywał ZSRR do nazistowskich Niemiec, co było uwerturą do układów z "demokratycznymi" krajami imperialistycznymi.

W swych pamiętnikach Henry Kissinger wskazuje, że potępienie przez Pekin Doktryny Breżniewa jako "teorii faszystowskiej" było jednym z pierwszych znaków, które przekonały go, że zbliżenie z maoistowskimi Chinami jest możliwe.
Przez ponad dziesięciolecie europejski ZS uganiał się właśnie za tymi elementami wewnątrz środowiska stalinowskiego, które zerwały z Moskwą na korzyść konkurujących nacjonalizmów - dla maoistów to była biurokracja chińska, a później albańska, dla eurokomunistów ich własna imperialistyczna burżuazja. Mandel nauczał swych zwolenników, że wśród stalinistów antypatia do radzieckiego kierownictwa jest głównym kryterium zdrowego kierunku politycznego. Afganistan pokazuje, że wielu wzięło sobie tę naukę do serca.

Nigdy nie oddany wąskiemu "sekciarstwu" ZS wspaniałomyślnie zaliczał do "nowej masowej awangardy" różne grupy lewicowo-socjaldemokratyczne, takie jak francuska Zjednoczona Partia Socjalistyczna (PSU), schronienie dla odstępców od trockizmu, jak Michel Pablo i Yves Craipeau. Parę lat temu, proponując jedność z PSU, Mandel zapewniał jej przywódców, że trockizm i Czwarta Międzynarodówka są tylko "etykietkami", z których rezygnację można wynegocjować, jeśli tylko cena organizacyjna będzie odpowiednia.

W W. Brytanii przez lata głównym politycznym partnerem IMG była "państwowo-kapitalistyczna" Socjalistyczna Partia Robotnicza Tony'ego Cliffa, który w 1950 r. zerwał z trockizmem, odmawiając poparcia bloku radzieckiego w wojnie koreańskiej. Właśnie teraz, kiedy cliffowska SPR potępia radziecką akcję w Afganistanie jako "imperialistyczną", IMG urządza wspólne mityngi z tymi antykomunistycznymi renegatami. A w połowie lutego na konferencji narodowej IMG "większość" (ledwo powyżej 50 procent) głosowała za "rozpoczęciem publicznej kampanii dla zjednoczenia sił IMG z siłami SPR". Nawet główna opozycja chciała podążyć tym likwidacjonistycznym kursem, pragnąc jedynie zażądać lepszych warunków. (Patrz: "IMG skłania się ku Cliffowi", Spartacist/Britain, marzec 1980 r.)

Zalecając się do lewicowo-socjaldemokratyczno-eurokomunistycznego środowiska, ZS latami bezkrytycznie entuzjazmował się prozachodnimi dysydentami w bloku radzieckim. W świetle obecnych posunięć Cartera przypominamy sobie, że na początku 1979 r. sponsorowane przez ZS czasopismo "Labour Focus on Eastern Europe" przedrukowało bez komentarza apel grupy radzieckich emigrantów o całkowity gospodarczy, technologiczny i kulturalny bojkot ZSRR. Krążenie tej reakcyjnej, antykomunistycznej propagandy spowodowało, że Tamara Deutscher wycofała się ze sponsorowania czasopisma. W ten sposób, kiedy teraz większość ZS twierdzi, że przeciwstawia się bojkotowi moskiewskiej Olimpiady przez Cartera i "imperialistycznym sankcjom", ta deklaracja jest mało przekonująca.

Afganistan rozsadza mandelowskie odprężenie

Jak Mandel godzi głoszony przez siebie trockizm z orientacją ku przegrupowaniu z tymi, co odmawiają obrony Związku Radzieckiego? Po prostu głosząc, że obrona ZSRR przeciwko imperializmowi jest nieznacząca w tym szczęśliwym wieku odprężenia. Mandelowska koncepcja odprężenia jest faktycznie odmianą starej, z lat sześćdziesiątych XX w., maoistowskiej doktryny o kondominium supermocarstw. Mandel zaprzecza, iż imperializm amerykański pozostaje fundamentalnie wrogi radzieckiemu zdegenerowanemu państwu robotniczemu.

Raczej definiuje on te stosunki jako wspólne dławienie sił rewolucyjnych na całym świecie. Twierdzi on, że Rosja Breżniewa funkcjonuje w istocie jako żandarm światowego kapitalizmu; takie stanowisko w istocie (jeśli nie w formie) jest tożsame ze stanowiskiem nowolewicowych maoistów i "trzecioobozowców" takich jak Cliff.

Mandel wyśmiał tendencję spartakusowską jako trzymającą się obrony Związku Radzieckiego, z powodu naszego twierdzenia, że Waszyngton porzucił swą powietnamską politykę odprężenia i powrócił na ścieżkę zimnej wojny (ideologicznie wyrażonej w kampanii Cartera w sprawie "praw człowieka"). W lutym 1979 r., po wojnie chińsko-wietnamskiej, twierdził on: "nic się nie zmieniło w podstawowych aspektach sytuacji światowej, która konsekwentnie podąża drogą wzajemnego pokojowego współistnienia i współpracy Moskwy i Waszyngtonu w skali światowej". ("Za różnicami w sprawie konfliktów militarnych w Azji Południowo-Wschodniej", Intercontinental Press, 9 kwietnia 1979 r.)

Nie bierzcie sobie do głowy tego, że Waszyngton raczej otwarcie współpracował z chińską inwazją na sojusznika Związku Radzieckiego. Nie bierzcie sobie do głowy tego, że w dniu, kiedy chińska armia przekraczała wietnamską granicę, Departament Stanu przestrzegał Związek Radziecki przed naturalnym odwetem. Dla Mandela odprężenie jest ponad wszystko.
Jego ostatnia książka "Rewolucyjny marksizm dziś", opublikowana parę miesięcy przed kryzysem w Afganistanie", prawdziwie prorokuje:

"Chciałbym zaprzeczyć, iż wkraczamy w nową sytuację zimnowojenną, w której imperializm, mniej lub bardziej sprzymierzony z Pekinem, przygotowuje agresywny pęd przeciwko Związkowi Radzieckiemu. (...) Upierałbym się, że podstawową tendencją w obecnej sytuacji światowej nie jest nowa zimna wojna na pełną skalę między Moskwą a Waszyngtonem, lecz kontynuacja pokojowego współistnienia, które jest prowadzone już od paru dziesięcioleci" [?!]
Można sobie wyobrazić, jak rakiety Trident startują z Morza Północnego ku swemu celowi w Moskwie i przelatują nad Uniwersytetem w Louvain, gdzie pewien profesor od marksizmu wykłada, że odprężenie żyje i dobrze się ma i jest główną osią polityki światowej.

Pamiętacie, jak Michel Pablo, kiedy w latach pięćdziesiątych XX w. chciał wlec się w ogonie Kremla, wynalazł teorię "stuleci trwania zdeformowanych państw robotniczych". Obecnym odpowiednikiem u Mandela - mającym na celu przytulenie się do antyradzieckich dysydentów, eurokomunistów i Jimmy'ego Cartera - są "dziesięciolecia pokojowego współistnienia".

Marks lubił powiedzenie brytyjskiego empiryka: fakty są uparte. Dziś w Afganistanie obrona ZSRR jest postawiona z bezpośredniością, której nawet taki centrystowski szarlatan jak Mandel nie może uniknąć. Każdy wie, że apelowanie o wycofanie wojsk radzieckich jest apelowaniem o ustanowienie fanatycznie antykomunistycznego rządu na południowej granicy ZSRR. Jednak dla ZS militarne popieranie Armii Radzieckiej w Afganistanie wykreślałoby kurs przeciwko prawie każdej organizacji, tendencji i osobie, do połączenia się z którymi dążył on w ciągu ubiegłych pięciu czy nawet dziesięciu lat.
Po latach zamiatania kwestii rosyjskiej pod dywan teraz ZS zbiera nagrodę w postaci masowej antyradzieckiej hossy w obliczu podżegania wojennego przez amerykański imperializm w sprawie Afganistanu. Czy głęboko zakorzeniony cynizm ZS w stosunku do programu może zapobiec ostrej, a nawet frakcyjnej polaryzacji w głównych kwestiach rewolucyjnej orientacji w okresie nasilonej burżuazyjnej antyradzieckości, to się jeszcze zobaczy.

Czy tam jeszcze coś zostało z prymitywnie lewicowej energii, jaka kiedyś charakteryzowała młode kadry ZS, które w maju sześćdziesiątego ósmego roku budowały barykady na paryskich ulicach i nosiły flagi Vietcongu w radykalnych "mobilizacjach" w sprawie Wietnamu, czy też "dzieci sześćdziesiątego ósmego roku" przez lata wleczenia się w ogonie frontów ludowych wyrosły na zwyczajnych antyradzieckich socjaldemokratów?

Jedno jest jasne: spójny trockistowski program Międzynarodowej Tendencji Spartakusowskiej, dla krajów zacofanych koncentrujący się na walce o rewolucję permanentną - walce o wyzwolenie pod kierownictwem nie "antyimperialistycznej burżuazji", lecz rewolucyjnego proletariatu, jest jedyną drogą naprzód.

O bezwarunkową obronę militarną zdeformowanych i zdegenerowanych państw robotniczych przez rewolucję socjalistyczną w krajach kapitalistycznych i rewolucję polityczną przeciwko stalinowskim biurokracjom!
Rozszerzyć zdobycze rewolucji październikowej na ludy afgańskie!
Spartacist(1980 r.)

Źródło: http://fdlbc.nethit.pl/viewtopic.php?f=2&t=2368

Społeczność

1917 rev