Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 20 gości.

Tadeusz Kowalik: Blaski i cienie transformacji polskiej

Tadeusz Kowalik

Publikujemy poniżej tekst ekonomisty uznawanego za "głównego lewicowego krytyka Balcerowicza" , zmarłego niedawno prof. Tadeusza Kowalika. Tekst ten wychodzi z pozycji apologii socjaldemokratycznego "państwa opiekuńczego", zgadzając się więc z zasadniczą krytyką neoliberalnego kapitalizmu, jako marksiści nie zgadzamy się ze stanowiskiem i wieloma tezami Kowalika, który był zwolennikiem nie obalenia kapitalistycznego wyzysku i budowy socjalizmu - jak my - ale naprawy i "humanizacji" kapitalizmu w duchu skandynawskim. Krytykę niniejszego tekstu zawarliśmy w artykule pt. "Blaski i cienie prof. Tadeusza Kowalika"

Redakcja WR
 
 
Trzy znaczenia pojęcia transformacji
 

 
Przyjęło się określać czas od 1989 r. okresem transformacji. Co należy przez to obrosłe wieloznacznością pojecie rozumieć? Pierwszym uczonym, który użył pojęcia transformacji w odniesieniu do ewolucji społeczno-gospodarczej był uczony austriacki, Karl Polanyi. W dziele do dziś budzącym zainteresowanie: The great transformation ([1944]1964)[1] zanalizował on proces rozwoju gospodarki światowej: od naturalnej czasów starożytnych do rynkowej i kapitalistycznej. Polanyi położył nacisk na przekształcenia instytucjonalno-organizacyjne (ustrojowe). Przymiotnik ‘wielka’ oznaczał tu przejście do kapitalizmu w ogóle. Wówczas bowiem posługiwano się zazwyczaj tylko najogólniejszymi kategoriami ustrojowymi, takimi jak feudalizm, kapitalizm, socjalizm, które można nazwać mega-systemami[2].
 
 
Po drugiej wojnie światowej ukształtowały się różne odmiany kapitalizmu. Zróżnicowaniu uległy także systemy określające się jako socjalistyczne, np. jugosłowiański, określany jako samorządowy i skrajnie centralistyczny – sowiecki. Odbiciem tego procesu zróżnicowania jest powstanie ekonomii porównawczej (Comparative economics). Próbując wprowadzić jakiś porządek, można odnotować trzy znaczenia transformacji w sferze gospodarczej:
 
 
 
-           jako przekształcenie jednego mega-ustroju w inny, na przykład feudalizmu w kapitalizm;
 
-          jako przejście od jednej odmiany (jednego systemu społeczno-gospodarczego) kapitalizmu do innej, na przykład, przejście od kapitalizmu wolnorynkowego do systemu zwanego skandynawskim, albo od faszystowskiej gospodarki wojennej do społecznej gospodarki rynkowej w Niemczech zachodnich po drugiej wojnie światowej;
 
 
 
-         jako ciągły proces przekształceń instytucjonalnych, w sposób świadomie kierowany za pomocą reform, lub spontanicznie, czemu podlegają wszystkie gospodarki, pod względem ustrojowym nawet te najbardziej ‘zastygłe’.
 
 
Jak zobaczymy niżej, w Polsce z oczywistych względów, przejściu do kapitalizmu towarzyszyło równoczesne ukształtowanie takiego jego wariantu, który jest najbliższy modelowi anglosaskiemu.
 
 
 
Upadek „realnego socjalizmu”
 
Ustrój społeczno-ekonomiczny panujący w Polsce przed rokiem 1989 został ukształtowany pod przemożnym wpływem ZSRR i charakteryzował się pewnymi wspólnymi cechami. Dla ich zbiorczego określenia używano wielu nazw: „realny socjalizm”, ”nakazowo rozdzielczy”, „centralnie planowany”. Tej ostatniej nazwy, jako najbardziej neutralnej, używały agendy ONZ. Krytycy posługiwali się najróżnorodniejszymi terminami mniej lub bardziej pejoratywnymi. Leszek Kołakowski wprowadził termin „socjalizmu despotycznego”. Jan Drewnowski upowszechniał termin „sowietyzm”. Socjaliści i socjaldemokraci zachodni określali system społeczno-ekonomiczny jako kapitalizm państwowy, lub biurokratyczny, a jeśli już socjalizm, to z reguły z dodatkiem: „państwowy”, „biurokratyczny”, „absolutystyczny”, itp. Ze względu na dominującą, a niekiedy monopolistyczną rolę partii komunistycznych zarówno w systemie władzy politycznej, jak w gospodarce, często określano ten system po prostu jako komunistyczny. Partie zrzeszone w Międzynarodówce Socjalistycznej nigdy nie uznały tego systemu za socjalistyczny. Dla nich bowiem wolność i demokracja należały do niezbywalnych atrybutów socjalizmu. A z tego punktu widzenia, „sowietyzm” uważano za zaprzeczenie ideałom socjalistycznym, wręcz oskarżano go, że kompromituje wszelkie dążenia do lepszego niż kapitalistyczny ustroju społecznego.
Sowietolodzy uznają względną sprawność tego systemu we wczesnej fazie industrializacji, czy w podobnym znaczeniu – w czasie ekstensywnej modernizacji przemysłowej. System sowiecki potrafił uruchomić, zmobilizować niewykorzystane czynniki produkcji, zwłaszcza masowe, jawne i ukryte bezrobocie dla dokonania radykalnego przyspieszenia wzrostu gospodarczego. Nawet po weryfikacjach mocno zafałszowanej oficjalnej statystyki, stopa wzrostu PKB w Związku Radzieckim podczas pierwszych „pięciolatek” pozostała wysoka. Dzięki temu ZSRR urósł do potęgi supermocarstwa militarnego. Również gospodarka polska aż do lat 1960. wzrastała stosunkowo szybko. Natomiast od początku system ten odnosił mierne sukcesy w krajach, które zostały wcześniej już uprzemysłowione. Dotyczy to zarówno Czechosłowacji, jak i Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Jest więc sporo sensu w twierdzeniu brytyjskiej ekonomistki Joan Robinson, że wbrew prognozom Karola Marksa, „realny socjalizm” okazał się raczej substytutem wczesnej fazy kapitalizmu niż jego następcą.
Nawet jednak w tych krajach, które mogły odnotować pewne postępy w industrializacji, zwanej niekiedy narzuconą, jej koszty były bardzo wysokie. Prawdopodobnie najważniejszym „kosztem” był rozrost i petryfikacja biurokracji partyjnej i państwowej, ukształtowanie się wszechobejmującej nomenklatury kadrowej, kontrolującej niemal wszystkie obszary życia społecznego, politycznego i ekonomicznego i coraz bardziej działającej w jej interesie. Z ekonomicznego punktu widzenia komunistyczne uprzemysłowienie okazało się konserwatywną modernizacją, niezdolną do wyjścia poza stworzenie przemysłu ciężkiego i nader ubogiego koszyka dóbr konsumpcyjnych[3]. W warunkach globalizacji musiało to doprowadzić do zwycięstwa kapitalizmu jako bardziej efektywnego, chociaż o upadku komunizmu właśnie na przełomie lat 80. i 90. zadecydowały przede wszystkim czynniki polityczno-militarne. Nie przesądzało to, oczywiście, kształtu wyłaniającego się ustroju.
 
Pokojowy skok


Polska miała szczęście, że dokonała politycznego zwrotu w czasie, gdy Michaił Gorbaczow rozpoczął proces reform, a także zdjął parasol ochronny nad rządami krajów satelickich. Polska wykorzystała to umiejętnie dla pokojowego odejścia do komunistycznego systemu politycznego, dając tym dobry przykład innym krajom. Z ekonomicznego jednak punktu widzenia miała pecha dokonując wielkiej przemiany w czasie apogeum wolnorynkowego thatcheryzmu i reaganizmu. Przypomnijmy, że najwybitniejszy ekonomista XX wieku, J. K. Keynes dowodził, że idee rządzą światem. Tym razem panowały idee (Zeitgeist) wolnego rynku. Inne warianty kapitalizmu były bez refleksji  odrzucone, chociaż wydarzenia pierwszej połowy 1989 r. wcale tego nie zapowiadały. Przypomnijmy najważniejsze z nich.
 
 
Już w styczniu 1989 r. władze wysłały do Szwecji grupę dziewięciu ekspertów dla zbadania, jakie kierunkowe wskazania można stamtąd przyjąć za podstawę przemian ustrojowych w Polsce[4]. Nie wiadomo dlaczego raport tej grupy nie został uwzględniony podczas obrad Okrągłego Stołu, chociaż niektórzy jej uczestnicy czynnie w tych obradach brali udział. Nie mniej jednak, uchwalone Porozumienia zapowiadały respektowanie programu pierwszej Solidarności oraz reformatorskiej części PZPR. Porozumienia te określiły również hasła wyborcze. Wskutek jednak zbieżności wielu czynników, wybór padł jednak na „waszyngtoński konsens”.
 
 
Wprawdzie Polska znajdowała się w „pułapce zadłużenia”, co determinowało zależność od wierzycieli, ale parlament był tak skołowany (A. Małachowski: „byliśmy jak barany...”), neoliberalny neofityzm w kręgach władzy tak silny, że żadne naciski wierzycieli nie były potrzebne. Szef ekspertów MFW, M. Bruno ujawnił, że ku ich zdziwieniu, gabinet T. Mazowieckiego jednogłośnie wybrał najostrzejszy z trzech wariantów szokowej operacji[5]. Zignorowano wiele ostrzeżeń przed „skokiem do basenu z płytką wodą”. Nawet finansowy rekin George Soros, sprowadził wprawdzie apostoła skoku w wolny rynek, Jeffreya Sachsa, ale sam przestrzegał przed zmienianiem wszystkiego na raz.
 
 
W Polsce przejście od „realnego socjalizmu’ do kapitalizmu dokonało się w sposób skokowy, za pomocą ‘szokowej terapii’, zwanej niekiedy Big Bang, czyli Wielkie Uderzenie. Istotnie, w latach 1989-1993, miało miejsce zarówno załamanie się ‘realnego socjalizmu’, jak i dostatecznie utrwalone wejście na drogę gospodarki kapitalistycznej. Ukształtowała się nowa struktura społeczna, powstały nowe reguły gospodarowania o dominującej roli rynku.
 
 
 
Równocześnie, stało się jasne, że odrzucono wszelkie próby trzeciej drogi, typu społeczna gospodarka rynkowa (do której deklaratywnie odwoływał się Tadeusz Mazowiecki), czy wspomniane wyżej doświadczenie szwedzkie. Nie zmieniła tej sytuacji Konstytucja RP, która nie tylko deklaruje oparcie naszego ustroju na zasadach społecznej gospodarki rynkowej, lecz precyzuje długą listę jej cech. Także zalecenia Unii Europejskiej, np. wręcz nakaz powołania rad pracowników, są wprowadzane w życie w sposób szczątkowy. Można też wątpić, czy zapowiedź IV Rzeczpospolitej jako Solidarnej, a gospodarki jako społecznej, co zawarte zostało w programie wyborczym ‘Prawa i Sprawiedliwości’ znajdzie w sferze społeczno-gospodarczej swoje spełnienie. Zarówno struktura społeczna z permanentnie wysokim bezrobociem i biedą, mocno zredukowanymi instytucjami państwa opiekuńczego, jak i organizacja gospodarki oraz organów władzy dowodnie świadczą o tym, że wzorcem dla ukształtowanego już systemu społeczno-gospodarczego stał się model anglosaski.
 
 
 
Przyjęło się nazywać 11 uchwalonych przez parlament w końcu 1989 r. Planem Balcerowicza. Jako plan działań władz cechował się on niezwykłym wprost „przestrzeleniem”. Zakładano 3% spadek PKB, 5% spadek produkcji przemysłowej, 400 tys. bezrobocie. Rezultaty zaś okazały się pięcio- sześciokrotnie większe. W ciągu dwóch lat dochód narodowy spadł niemal o jedną piątą, a produkcja przemysłowa o 25%, co oznaczało poważną dezindustrializację najmocniej uderzającą w miasta, których egzystencja opierała się na jednej fabryce, jak np. Nowa Huta. Również uderzenie w dochody płacobiorców i chłopów okazało się niezwykle drastyczne: płace realne spadły o 36%, a dochody rolników o połowę. Dotyczy to także bezrobocia, zwłaszcza jeśli doliczy się do niego wcześniejszych emerytów i niezbyt chorych rencistów. Cel inflacyjny – sprowadzenie inflacji pod koniec 1990 r do poziomu jednocyfrowego osiągnięto dopiero dziewięć lat później. Zresztą, z punktu widzenia walki z inflacją szokowa operacja nie była konieczna. W ostatnim kwartale 1989 r. inflacja szybko spadała (54, 26, 18%), a na przełomie lat 1989/ 1990 nie było już na rynku pustego pieniądza[6]. Społeczne konsekwencje tej transformacji przez głęboką recesję, oznaczającej radykalne przesuniecie dochodów od biednych do bogatych, były niezwykle daleko idące. Obrazuje to poniższa tabela.
 
 
 
Tablica 1.Struktura dochodów ludności w r. 1989 i 1993
 
 
 

 

1989

1993

Dochody ludności ogółem

100,0

100,0

W tym:

 

 

- Wynagrodzenia

46,2

28,2

- Świadczenia pieniężne

15,7

20,1

- Dochody rolników indywidualnych.

13,5

6,3

- Dochody z działalności gospodarczej poza za rolnictwem**

7,2

17,5

 
 
 
Źródło:  Bywalec C., Poziom życia społeczeństwa polskiego na tle procesów transformacji gospodarczej, INE PAN, Warszawa 1995, oparte na: Rocznikach Statystycznych, 1993 i 1994 oraz na obliczeniach własnych i szacunkach autora dot. roku 1993]
 

** obejmują dochody z działalności gospodarczej właścicieli i współwłaścicieli zakładów osób fizycznych, spółek, fundacji, oraz jednostek prywatnych pomniejszone o wydatki na inwestycje związane z produkcją oraz przyrostem zasobów pieniężnych na rachunkach pieniężnych.
 
 
 
Z powyższych liczb wynika więc, że udział dochodów płacobiorców spadły do o parę zaledwie punktów powyżej jednej czwartej łącznych dochodów ludności. Dochody rolników indywidualnych spadły o bardziej niż połowę, natomiast dochody „zyskobiorców” (nawet pomniejszone o nakłady inwestycyjne!) wzrosły dwuipółkrotnie. W warunkach pokojowych była to zmiana struktury dochodowej (oraz społecznej) wręcz bezprecedensowa. Wzrost o ponad 5 punktów procentowych wydatków na cele socjalne, nie powinien stwarzać wrażenia poprawy losu ludzi żyjących „na garnuszku” państwa. Zwiększone wydatki bowiem kryły w sobie przedwczesne emerytury i „naciągane” renty oraz zasiłki dla ok. trzech milionów bezrobotnych.
 
 
Gdy więc pada twierdzenie, że koszty transformacji były nieuniknione, rodzi się pytanie: które koszty, te pierwotnie zaplanowane, czy też rzeczywiście poniesione?
 
 
W oczach specjalisty ekonomii porównawczej Plan Balcerowicza był przede wszystkim początkiem niefortunnej drogi przemian ustrojowych. Dokonana wówczas bezprecedensowa w czasie pokoju rewolucja w dochodach zapoczątkowała tworzenie ładu społecznego metodą pierwotnej akumulacji kapitału.
 
 
Najwyższą cenę zapłacił społeczny ruch „Solidarności”, co dla b.ministra pracy w gabinetach T. Mazowieckiego i H. Suchockiej, Jacka Kuronia stało się jasne już w 1994 r.: „Klęska Solidarności nastąpiła dlatego, że wyłonione z niej władze państwowe, miast stanąć na czele masowego ruchu przebudowy, działały ponad społeczeństwem. Ponad jego głowami realizowano program etatystyczno-technokratyczny, co spychało większość w roszczeniową lewicowość” (Kuroń, 1994).
 
 
Brzydka twarz nowego ładu społecznego



Oficjalna doktryna eksponująca sukces polskiej transformacji do wysokiego tempa wzrostu PKB załamała się. Nie sposób bowiem dłużej ukrywać brzydkiej twarzy powstałego ładu społecznego. Ignorować pytanie, komu ten wzrost służy. A nie trudno wykazać, że służy mniejszości. Wymieńmy najpierw (w największym skrócie) najważniejsze cechy nowego ładu społecznego, które tak uporczywie długo i dotkliwie utrzymują się, że nawet ich hierarchia budzi coraz mniejsze kontrowersje.
 
 
Po pierwsze, Polska doświadczyła najwyższego w Centralnej Europie i w tak długim czasie bezrobocia. Pracą cieszy się tylko około połowa ludności w wieku produkcyjnym, co stawia Polskę na ostatnim miejscu w UE. Podobnie ma się rzecz z najwyższą w UE stopa bezrobocia zarejestrowanego, które jest dwukrotnie wyższe niż przeciętne w pozostałych krajach Unii[7]. Z najmniejszym procentem zarejestrowanych bezrobotnych uprawnionych do zasiłku (tylko 13%) oraz stopą bezrobocia wśród młodzieży.
 
 
Największy niepokój wśród specjalistów budzi los obecnie wkraczającego na rynek pracy, najliczniejszego i najbardziej wykształconego pokolenia, dla którego nie ma ani pracy, ani mieszkań do wynajęcia. Wiele symptomów świadczy o tym, że elity władzy przyzwyczaiły się do katastrofalnie wysokiego bezrobocia, a proponowane środki nie zapowiadają na najbliższe lata zahamowania tej prawdziwej klęski społecznej[8]. Blisko miliona osób pozostaje bezrobotnym ponad dwa lata, około dwóch – ponad rok.  Nie dysponujemy, niestety, wiarygodnym szacunkiem liczby i zakresu pracy zarejestrowanych bezrobotnych w szarej strefie.
 
 
Po drugie, wysoki poziom, a zwłaszcza wzrost ubóstwa, znacznie większy niż w innych krajach Europy Środkowej. Większość badaczy, przy stosowaniu różnych linii ubóstwa, przyznaje, że na początku XXI wieku mamy od dwu- do trzykrotnie więcej rodzin żyjących w ubóstwie niż 17 lat temu. Jest to w ogromnej mierze skutek bardzo wysokiego bezrobocia, a zwłaszcza pozbawienia 87% bezrobotnych zarejestrowanych prawa do zasiłku. Prawie dwie trzecie (ponad 60%) społeczeństwa znalazło się w strefie poniżej minimum socjalnego. Trudny do wyjaśnienia jest bardzo szybki wzrost liczby osób żyjących poniżej minimum egzystencji. W latach 1996-2004 dość systematycznie wzrastała liczba tych osób z 4,3% do 12% społeczeństwa. Oznacza to niemal trzykrotny wzrost nędzy w czasie, gdy PKB zwiększył się o ponad jedną trzecią!  Prawdziwym skandalem politycznym jest fakt wzrostu liczby dzieci niedożywionych lub wręcz głodujących. Jak dotąd, ani poprzednia koalicja SLD-UP-PSL i jej resztówka, ani obecna władza nie wyciągnęły z tego faktu, na zachód od Bugu bezprecedensowego, żadnych wniosków, które zapowiadałyby szybkie odwrócenie kierunku tych patologicznych procesów.
 
 
Po trzecie, nastąpiła ogromna pauperyzacja chłopstwa. Według różnych szacunków przeciętny dochód rolnika spadł do poziomu 40 do 60 procent przeciętnych dochodów nierolniczego płacobiorcy (w 1988 r. parytet ten wynosił ok. 100%). Wieś – prawdziwa przechowalnia bezrobotnych -  najdotkliwiej doświadcza bezrobocia (skandal popegeerowskich osiedli) .
 
 
Po czwarte, naturalną konsekwencją wyżej wskazanych faktów i procesów jest jeden z najwyższych w Europie wskaźników nierówności społecznych. Wyraża się to z jednej strony, w dużym biegunie ubogich, a z drugiej - w powstaniu wielkich fortun, najczęściej na styku sfery publicznej i prywatnej Szczególnie uderzająca jest pazerność warstwy najwyższych menedżerów. Już w 1998 r. badania doprowadziły ekonomistę-socjologa do następującej konkluzji: „Polska ma najbardziej nierównomierny podział ze względu na niezmiernie niską koncentrację niskich dochodów przy wysokiej (na poziomie wyższym niż kraje bogatsze od Polski) koncentracji dochodów wysokich. Inaczej mówiąc, na tle innych krajów Europy Środkowej Polska realizuje najbardziej elitarny model podziału dochodów” (podkr. – TK)[9].
 
 
Dodać tego należy barierę mieszkaniową, powszechną praktykę wspierania drogiego budownictwa dla zamożnych. Towarzyszy temu niemal całkowity zanik taniego budownictwa komunalnego, zwłaszcza dla tych rodzin, których dochody są niższe niż minimum socjalne. Powstały więc dwie kultury życia o cechach dziedzicznych, dwie odmienne społeczności, odgradzające się od siebie wysokimi parkanami, prywatną policją i groźnymi psami, elitarnymi szkołami. Celuje w tym Warszawa, która ma już ponad dwieście zamkniętych osiedli mieszkaniowych. Systematycznemu ograniczaniu ulega również państwo opiekuńcze. Przewagę zyskują XIX-wieczne stosunki pracy w nowo powstałym (poza częścią sprywatyzowanych firm państwowych) sektorze prywatnym, gdzie nagminnie występuje zjawisko opóźnień w wypłatach wynagrodzenia. I wreszcie wszechobejmujące zjawisko korupcji i klientelizmu, objawiające się ze szczególną siłą w procesach prywatyzacji.
 
 
Te właśnie fakty, zjawiska, procesy należałoby traktować jako cechy konstytuujące system, gdyż będą nam towarzyszyć przez wiele lat. Można je nazywać wynikowymi cechami systemowymi, zrodzonymi przez splot swoistych urządzeń instytucjonalno-organizacyjnych.
 
 
 
Wyobraźnia klasy politycznej
 
 


Wspomnieliśmy już, że władze polskie ‘suwerennie’ wybrały najostrzejszy z przedstawionych przez ekspertów MFW i Banku Światowego wariantów programu. Nie zdejmuje to jednak problemu uwarunkowań. Mogły przecież ‘wybierać’ zgodnie ze znaną dyrektywą Marksa o wolności jako uświadomionej konieczności. Warto więc przyjrzeć się argumentom, jakie przyświecały decydentom.
 
 
O kształcie Planu Balcerowicza zadecydowała wąska grupa decydentów i ekspertów. Nie mogłaby ona odegrać tak wielkiej roli, gdyby nie wyrażała dążeń większości szeroko pojętej elity władzy, czyli nowego establishmentu. Spróbujmy je (te dążenia) odtworzyć.  Wyżej przypominaliśmy opcje, które wówczas mogły wchodzić w grę.
 
 
Powtórzmy więc pytanie, dlaczego obie te opcje, niemiecka i szwedzka,  zostały przez władze polskie zignorowane. Złożyło się na to wiele okoliczności. Nie małą rolę odegrał exodus działaczy „Solidarności” związkowej do władz centralnych i administracji państwowej, już w czasie stanu wojennego dość oderwanych od „masy” członkowskiej. Wyłaniający się zaś z podziemia nowy Związek był zbyt mocno pochłonięty sprawami wewnątrz organizacyjnymi, by być zdolnym do szybkiej i kompetentnej reakcji na projekty i działania „naszego przecież” rządu, Senatu i dużej części Sejmu. Z drugiej strony, układ postkomunistyczny był sparaliżowany permanentnym atakiem oskarżeń ze strony niedawnej opozycji. Na porządku dnia było żądanie dekomunizacji. Zarówno więc pod względem organizacyjnym jak i moralnym układ ten znajdował się w rozsypce. Jeśli walczył, to raczej o legitymizację na nowej scenie politycznej. Nowe zaś partie polityczne znajdowały się dopiero in statu nascendi. W tym sensie zasadnie można mówić o społeczno-politycznej próżni.
 
 
Można jednak wyodrębnić pewne cechy myślenia o transformacji systemowej nowej klasy politycznej. W innych publikacjach wyrażałem pogląd, że „wyobraźnię społeczno-ekonomiczną” nowej klasy politycznej cechowało sześć następujących, tylko niekiedy publicznie formułowanych, przesłanek.
 
 
1. Przekonanie, że gospodarki państwowego socjalizmu, w tym gospodarkę polską, cechował daleko idący egalitaryzm. Przejście więc do kapitalizmu musi zatem oznaczać radykalny wzrost zróżnicowania dochodów. Ignorowano fakt, że egalitarna ideologia miała mało wspólnego z rzeczywistością.
 
 
 
2. Przekonanie, że Polska przechodzi fazę pierwotnej akumulacji kapitału. Konieczne jest więc przyspieszenie powstawania prywatnych fortun jako źródła akumulacji. Transformacja więc, a zwłaszcza prywatyzacja nie mogą być sprawiedliwe. Zwykle mawiano, że to był czas tworzenia fundamentów gospodarki rynkowej, a więc i bogatych, czy klasy średniej, co uzasadniało przesuniecie bogactwa od biednych do bogatych[10].
 
 
3. Wysoka akumulacja jest podstawą wysokiej stopy wzrostu, a więc i bogacenia się społeczeństwa. Rynek zaś, jeśli zostanie uwolniony z ograniczeń administracyjnych, będzie wynagradzał wszystkie czynniki produkcji, a więc i pracę, sprawiedliwie, czyli według ich rzeczywistego wkładu w tworzeniu bogactwa. Rynek bowiem, jak to ujął jeden z czołowych naszych socjologów,jest w istocie merytokracją”, czyli „Rynek wyrównuje szanse (...) daje lepsze szanse lepszym”[11].
 

4. Przekonanie, iż nasza gospodarka jest przesocjalizowana, że udział wydatków państwa w dochodzie narodowym jest znacznie wyższy niż w krajach o podobnym poziomie rozwoju. Należy więc ograniczyć wydatki na cele socjalne.
 
 
5. Przeświadczenie o konieczności jak najszybszej prywatyzacji firm państwowych. Zlekceważenie pośrednich, grupowych form własności oraz społecznych konsekwencji masowej prywatyzacji, a nawet publiczne uznanie, że w imię efektywności, prywatyzacja nie może być sprawiedliwa. Najlepiej wyraził to socjolog, a zarazem polityk Kongresu Liberalno-Demokratycznego, Jacek Kurczewski: „Polska znajduje się znów w wyjściowym stanie pierwotnym, kiedy tytuły własności muszą być rozdane między uczestników gry społecznej [...] W wojnie o władzę, własność i majątek biorą udział naprawdę wszyscy, choć szanse nie były na starcie równe i ta nierówność daje o sobie co i rusz znać - poczuciem niesprawiedliwości z jednej i arogancją z drugiej strony[12].
 

6. I wreszcie mit „skoku do Europy” i co gorsza, przekonanie, że prowadzą do niej daleko idące wyrzeczenia. Bodajże najlepiej wyraził to jeden z najbardziej wpływowych liderów nowej władzy, Bronisław Geremek: „Rozumiejąc trudności, droga dająca Polsce szansę uzyskania miejsca w europejskim porządku gospodarczym (...) bez wyrzeczeń i to wyrzeczeń poważnych, nie mieliśmy szans pokonać tego dystansu, przed jakimi postawił nas plan Balcerowicza, wiedziałem, że w rzeczywistości jest to jedyna który nas dzielił od progu umożliwiającego rozpoczęcie procesów integracyjnych. Wiedziałem też, że na tej drodze musimy poruszać się bardzo szybko, bo Europa nie miała przecież zamiaru na nas czekać, więc także ów wymarzony próg minimum stawał się coraz wyższy[13].
 
 
Chociaż nie wszystkie przesłanki można lekceważyć, w sumie nie wydają się one przekonywające.
 
 
Pod względem rozpiętości dochodów, Polska gospodarka czasów państwowego socjalizmu nie wyróżniała się egalitaryzmem. Dochodowe nierówności już wówczas były tu wyższe niż we wszystkich krajach skandynawskich i nie niższe niż w większości pozostałych krajów zachodnio europejskiego kontynentu. Polska nie musiała więc dorównywać dopiero gospodarkom zachodnim. Nie znajduje się też w fazie pierwotnej akumulacji kapitału. Przeciwnie, jest na średnim szczeblu uprzemysłowienia, a nawet miała kłopoty z nadmiernym rozwojem przemysłu ciężkiego. Wprawdzie akumulacja kapitału jest podstawowym warunkiem rozwoju gospodarczego, ale jej źródłem nie muszą być indywidualne tylko oszczędności prywatnych posiadaczy. Głównym źródłem inwestycji są w takich gospodarkach nierozdzielone zyski przedsiębiorstw  (korporacji) oraz budżet państwa[14].
 
 

Warto też zwrócić uwagę, iż w bieżącym półwieczu uprzemysłowione zostały liczne kraje (w Europie kraje skandynawskie i Austria), a w Azji Japonia, Tajwan) bez zubożenia znacznych grup ludności, bez akumulacji pierwotnej typu brytyjskiego, czy nawet niemieckiego.
 
 
 
Panem et circenses[15]
 

 
Obecnie powyższe argumenty zostały przygłuszone frontalnym wyzwaniem wobec „układu liberalnego” rzuconym przez koalicję konserwtywno-populistyczną. W wyzwaniu tym dominują nie tyle argumenty, co oskarżenia. Karol Modzelewski tak rozpoczyna swą próbę wyjaśnienia tego, co się stało po wyborach parlamentarnych jesieni 2005 r. „Demonstranci skandują: ’Zło-dzie-je, zło-dzie-je!’ Musiała się więc pojawić partia, która odpowie: Tak, to złodzieje, a my, szeryfowie, zrobimy porządek!”[16]. Takie są źródła wyborczego sukcesu partii Kaczyńskich „Prawa i Sprawiedliwości”. Przyjrzyjmy się temu świeżemu fenomenowi bliżej.
 
 
 
Obaj Kaczyńscy odegrali znaczącą rolę w formowaniu koalicji rządu Tadeusz Mazowieckiego. Już jednak rok po później, a pół roku po wprowadzeniu drakońskiego planu Balcerowicza, który wywołał duże niezadowolenie społeczne, szukali innego rozwiązania, pod pewnymi względami przypominającego ich obecną rolę. Chcę tu przypomnieć ich ówczesną koncepcję, jak ją postrzegał Jacek Kuroń. Przypomnę, że w rządzie Maszowieckiego grał on rolę anastezjologia (jak o sobie chętnie mówił) łagodzącego ból słynnej szokowej terapii Leszka Balcerowicza. Politycznie załamała się ona już w połowie roku 1990. Kuroń tak o tym pisze: „Szok musiał doprowadzić do buntu (...) operacja była zbyt bolesna, by pacjent mógł spokojnie wyleżeć na stole (...) Sprzeciw pacjenta – którym było całe społeczeństwo – szybko przeniósł się do naszego [solidarnościowego – TLK] obozu (...) Alienacja rządu nie pozostawała bezkarnie (...). Kilka środowisk próbowało stanąć na czele rosnącej fali sprzeciwu, ale chwilowo przewagę znów zyskali Jarek [Jarosław -TK] i Lech Kaczyńscy oraz stworzone przez nich Porozumienie Centrum, [którzy] okazali polityczne wyczucie (...) Zrozumieli, że temu wielkiemu ruchowi – któremu Wałęsa i Mazowiecki odebrali wszystko – trzeba dać cokolwiek, bo inaczej on sam (...) weźmie to, co zechce, zapewne niszcząc cały wysiłek reformy (...). Te słowa [Kaczyńskich] brzmiały paskudnie: nie możemy dać chleba, to dajmy igrzyska. Nie możemy ludziom dać nic materialnie, to dajmy im rozliczenie z byłą nomenklaturą”[17].
 
 
I rzeczywiście, w końcu 1991 r. do władzy doszedł, wypromowany przez braci Kaczyńskich, rząd Jana Olszewskiego, który w kampanii wyborczej – jak pisze Kuroń – fundamentalnie zakwestionował dotychczasowe reformy. Mianował jednak na najważniejszego ministra gospodarczego – ministra finansów, skrajnego liberała, manifestacyjnego antyegalitarystę, Andrzeja Olechowskiego. Zapowiadało to w oczywisty sposób kontynuację dotychczasowego kursu w polityce gospodarczej. Najważniejszym zaś wyczynem, o który rząd się potknął, było spektakularne „igrzysko Sejmowe”, inicjujące  publiczną lustrację. Zagrożony Lech Wałęsa - ówczesny prezydent – który również  oskarżony znalazł się wśród oskarżonych o współpracę z tajną policją, zdołał jednak doprowadzić do obalenia rządu Olszewskiego i powołania rządu zdominowanego przez neoliberałów. Oceniając praktykę gospodarczą tego i paru kolejnych gabinetów, Kuroń zasadnie dodaje: „Każdy kolejny rząd, wbrew temu, co zapowiadał, powtarzał drogę rządu Mazowieckiego” (tamże, 87), czyli uprawiał politykę neoliberalną.
 
 
 
Bankowe circenses

 
Wiele wskazuje, że rządy Kaczyńskich, to lepiej przemyślane, skuteczniejsze wydanie rządu Jana Olszewskiego, do którego zresztą obaj nawiązują. Powstaje jednak pytanie, w jaki sposób Kaczyńscy zamierzają utrzymać lub zwiększyć poparcie społeczne?
 
 
Choć przykładów jest wiele, a czołową rolę odgrywa chęć przerzucenia odpowiedzialności za wszelkie zło głównie na starą i nową nomenklaturę (słynny „układ”), pokażę to na przykładzie sporu o system bankowy. Spór toczy się głównie na linii: szef Narodowego Banku Polskiego Leszek Balcerowicz contra rząd Marcinkiewicza/ Kaczyńskiego wspierany przez parlamentarną większość. Niezależnie od personalnych ataków na Balcerowicza (w czym od dawna celuje A. Lepper) jako najbardziej odpowiedzialnego za kierunek polskiej transformacji, wytaczane są trzy zarzuty.
 
 
System Bankowy, czemu miał sprzyjać Balcerowicz, został już w pierwszych latach transformacji opanowany przez postkomunistyczną nomenklaturę, co w dużym stopniu opierało się i sprzyjało korupcji i klientelizmowi.
 
 
Bank centralny powinien, na wzór amerykańskiego Fed, odpowiadać nie tylko za stabilność cen, lecz także za wzrost i zatrudnienie. I wreszcie,
Ponad 70% kapitału w polskich bankach należy do obcego kapitału, co rządząca koalicja uważa za wysoce niezdrowe.
 
 
W moim przekonaniu, we wszystkich tych punktach rządzący mają rację. Zresztą, w tym duchu wypowiadało się wielu ekonomistów, także o umiarkowanie liberalnym nastawieniu. Inaczej ma się jednak sprawa ze środkami zaradczymi.
 
 
 
Jest prawdą, że dawna nomenklatura zawłaszczyła dużą część sektora bankowego, co było to związane z wieloma aferami korupcji lub klientelizmem. Miała do niego lepszy dostęp i była lepiej przygotowana. Ale obecnie jest to już historia. W międzyczasie bowiem wielu członków dawnej nomenklatury straciło stanowiska, zatarło ślady czynów korupcyjnych, zręcznie pozbyło się własności, albo też ucywilizowało się. Wątpliwe, czy próba rozliczenia nowobogackich przyniesie pożądane przez rządzących efekty propagandowe, a może wywołać zakłócenia na niezwykle czułym rynku pieniężnym.
 
 
 
Rozszerzenie uprawnień banku centralnego wymagałoby zmiany konstytucji, a więc także pozyskania części opozycji politycznej. Również Unia Europejska zgłaszałaby zapewne zastrzeżenia. Realna pozostaje tylko bardziej przychylna aktywnej polityce rządu obsada kierownictwa tego banku. Kadencja obsesyjnie zainteresowanego tylko „mocnym pieniądzem”, Leszka Balcerowicza kończy się w tym roku. Kto będzie jego następcą? Czy można wykluczyć, że pod naciskiem wierzycieli (Polska jest mocno zadłużona), MFW i Banku światowego, a może i Unii Europejskiej, „wybór” padnie na osobę zaufania rynków finansowych.
 
 
Banki w rękach obcego kapitału są poważnym problemem. Zostały sprzedane po zaniżonych cenach. Najchętniej udzielają kredytów wielkim firmom, głównie swoim, czyli „obcym” lub o powiązaniach z obcym kapitałem. W dodatku zachowują się jak oligopoliści, windując ceny usług, dzięki czemu sektor ten należy do, lub wręcz jest najbardziej zyskowny, a lwia część dywidend jest transferowana zagranicę. Zmiana tej sytuacji byłaby jednak niezwykle trudna. Również grożąca destabilizacją gospodarki.
 
 
Ani w tej, ani w obu pozostałych kwestiach władze nie maja programu, a z wypowiedzi obu Kaczyńskich zaczyna wyzierać imposybilizm. Zapytany przez dziennikarzy, czy nie należałoby przyspieszyć realizacji programu partii „Prawa i Sprawiedliwości”, odpowiedział ujawniając realistyczną niemoc: “Podjęcie dzisiaj rewolucji, która np. doprowadziłaby do sprawiedliwej dystrybucji majątku narodowego przejętego po roku 1989, do wywłaszczenia obecnych oligarchów, jest w sytuacji przynależności Polski do UE całkowicie niemożliwe. Dlaczego te środowiska z tak olbrzymią siłą ciągnęły do UE? Bo mechanizm Unii pozwala na zabetonowanie ich wpływów”[18].
 
 
To mistrzowskie stwierdzenie. Wychodzi naprzeciw odczuciom zwykłych ludzi przekonanych, że majątek narodowy został rozgrabiony. Daje do zrozumienia, że, w imię sprawiedliwości społecznej, nowi rządzący, chętnie przeprowadziliby uwłaszczeniową rewolucję. Ale to całkowicie niemożliwe, a wina leży po stronie elit, mediów, środowisk związanych z oligarchami oraz „obcych”, w tym wypadku Unii Europejskiej.
 
 
Trzeba to jednak ludziom pokazać za pomocą „historycznej polityki”. A służyć temu ma, powołana przez parlament Komisja Śledcza, której przedmiotem zainteresowania będzie działalność sektora bankowego w ciągu ostatnich 17 lat! Można więc być pewnym, że wiele czasu i wysiłków Komisja poświęci odległej już sprawie ‘lustracji’ postkomunistycznej nomenklatury. Doświadczenie poprzednich komisji wskazuje, że poza jednym przypadkiem (sprawą Rywina), ich prace kończą się raportem o charakterze czysto politycznym. Ale jako „circenses” sprawdzają się znakomicie. Są forum łatwych a bezkarnych pomówień, miejscem oratorskich popisów, wydobywających z niebytu jednych polityków, pognębiających innych.
 
 
Polski dramat polega na tym, że w sprawach społeczno-gospodarczych alternatywa jest po stokroć gorsza. Żeby wiedzieć, co reprezentuje zwalczany przez Kaczyńskich establishement, zacytuję konkluzję szeroko upowszechnianego, programowego wykładu Leszka Balcerowicza: „Rozbudowane państwo socjalne jest wynikiem złej i niemoralnej polityki. Jego zwolennicy i twórcy nie mają prawa do okazywania moralnej wyższości wobec tych, którzy się im przeciwstawiają. Przeciwnie, zasługują na moralne potępienie”[19].
 
 
Marcinkiewicza cicha kontynuacja
 


Już samemu formowaniu rządu po zwycięskich wyborach towarzyszyły zjawiska sprzeczne z programowymi zapowiedziami obu Kaczyńskich. Na premiera powołano, Kazimierza Marcinkiewicza, jak przyznawano w partii Kaczyńskich, polityka najbliższego ekonomicznemu liberalizmowi. I rzeczywiście, jako pierwszy krok, nowy premier zamówił Raport otwarcia w Stowarzyszeniu Adama Smitha. Jest to środowisko, które zdobyło sobie w pełni zasłużoną opinię jednego z najbardziej (jeśli nie najbardziej) wolnorynkowego ośrodka badawczo-doradczego. Premier musiał więc wiedzieć w jakiej perspektywie Raport oceni stan gospodarki i co zarekomenduje: dalsze uelastycznienie rynków pracy, a zwłaszcza redukcja kosztów pracy, podatków i wydatków socjalnych.
 
 
To zbliżenie do Stowarzyszenia im. Adama Smitha miało jeszcze inny aspekt. Przez ostatnich jedenaście lat organem doradczym rządu była prawie 40-osobowa Rada Strategii Społeczno-Gospodarczej o składzie dość pluralistycznym, choć zdominowanej przez ekonomicznych liberałów. Rada ta opracowywała dla rządu ekspertyzy, ale jednocześnie była forum publicznej debaty, której raporty były publikowane. Działalność Rady przyczyniała się w znacznym stopniu do przejrzystości polityki gospodarczej władz (nie tylko rządu). To samo można powiedzieć o Rządowym Centrum Strategii Gospodarczej, jako dużej placówce badawczej dla potrzeb władz. Obie te organizacje zostały zamknięte. Jeśli rząd uważał, że należało coś z nimi zrobić, gdyż były obie one były częścią establishmentu, który obecna ekipa zwalcza, to dlaczego nie zmienił jej składu personalnego, lub nie powołał innych instytucji o podobnym charakterze. Nie mając na to pytanie odpowiedzi, nasuwa się raczej wniosek, że obecne władze chcą prowadzić politykę gospodarczą przy mocno przymkniętej kurtynie.
 
 
Na ministra skarbu powołano człowieka bezpośrednio uwikłanego w sprawy biznesu. Z kolei, najważniejszym ministrem gospodarczym - finansów została profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Zyta Gilowska, która wcześniej dała się poznać jako ekonomistka wysoce kontrowersyjna, skrajnie wolnorynkowa. Jeszcze rok wcześniej była uważana za czołowego ekonomistę partii programowo neoliberalnej „Platformy Obywatelskiej”. To Gilowska była autorką koncepcji trój-podatku liniowego – 15% of VAT, CIT i PIT (“3 razy 15”), który musiałby mocno uderzać w kieszeń nie tylko najbiedniejszych, ale i znacznej części klasy średniej. W nowej roli zrezygnowała ze swej koncepcji, ale też szybko zyskała sobie opinię gwaranta stabilności rynków finansowych.
 
 
 
Gdy z powodu podejrzeń o kłamstwo lustracyjne, Gilowska została zdymisjonowana, Marcinkiewicz powołał na jej miejsce biznesmena. Dodajmy, że gdy w lipcu 2006 Jarosław Kaczyński tworzył nowy gabinet rządowy, powołał na ministra finansów ortodoksyjnego ekonomistę liberalnego (którego majątek obliczany jest na dziewięć milionów zł, a głównym źródłem miała być gra na giełdzie).
 
 
W obu gabinetach Marcinkiewicza i Kaczyńskiego na ministrów pracy i spraw socjalny powołano osoby do tego stanowiska nieprzygotowane, mimo wyjątkowych wyzwań w postaci najwyższej w UE stopy bezrobocia i biedy. A zmiany, jakie wprowadzono w tej dziedzinie są więcej niż skromne: “becikowe”, nieco zwiększone zasiłki z pomocy społecznej, wydłużone urlopy macierzyński oraz wychowawczy. Nie wiadomo, czy ich skutki nie zostaną zniwelowane przez wzrost akcyzy i VAT.
 
 
Jeśli więc pada pytanie, czego się można spodziewać, odpowiadam: w polityce gospodarczej – kontynuacji. Z jednym wyjątkiem. Zarówno Gabinet Marcinkiewicza, jak J. Kaczyńskiego nie spieszy się z dalszą prywatyzacją. Co więcej, przygotowuje ustawę, która w nadzwyczajnych okolicznościach pozwoliłaby na re-nacjonalizację ważnych dla państwa firm. Za wcześnie mówić, czy zapowiedzi premiera będą oznaczać zauważalną poprawę w dziedzinie budownictwa mieszkaniowego, choć na pewno nie na skalę polskiego wyzwania.
 
 
 

Polska Solidarna? Gospodarka socjalna?
 



Zmianę premiera dokonano w lipcu pod ogólnikowym hasłem przyspieszenia. Zachowajmy minimum dobrej woli i zastanówmy się, na czym owo przyspieszenie mogłoby polegać. Załóżmy, że przywódca partii rządzącej nie chciał otwarcie dezawuować Marcinkiewicza za jego skłonności liberalne i pod hasłem przyspieszenia myślał właśnie powrót do haseł Polski Solidarnej i gospodarki socjalnej. Za dobrą monetę przyjmijmy stwierdzenie premiera, że „Nasza koalicja ludowo-narodowa przypomina mi CSU, formację rządzącą Bawarią z ogromnym sukcesem od dziesięcioleci”[20]. Zastanówmy się więc, co te dwa hasła mogłyby oznaczać.
 
 
Jest oczywiste, że największym wyzwaniem są bezrobocie i bieda, na terenie Unii Europejskiej symptom sytuacji nadzwyczajnej. A nadzwyczajna sytuacja domaga się nadzwyczajnych środków zaradczych, i to zarówno co do ich skali, jak i niekonwencjonalnej różnorodności. Jest oczywiste, że sam wzrost gospodarki i same narzędzia rynkowe nie wystarczą. Jeśli więc władze chciałyby zademonstrować naszą suwerenność, to powinny ujawnić władzom Unii Europejskiej rzeczywisty stan rzeczy i domagać się akceptacji dla owych nadzwyczajnych środków. Musiałyby być uruchomione na dużą skalę roboty publiczne, młodzieżowe hufce pracy budujące dla siebie i innych tanie mieszkania, itp.
 
 
Walkę o zredukowanie w ciągu kilku lat bezrobocia do kilku procent oraz o odwrócenie tendencji do dalszego narastania biedy łatwo byłoby połączyć z reorientacją systemową. Zamanifestować odwrót od modelu amerykańskiego jako wzorca i zainteresowanie najciekawszymi doświadczeniami krajów wchodzących do UE. Trzeba się bowiem pozbyć dość powszechnego w Polsce przekonania, że Unia przedstawia sobą jeden mniej lub bardziej ukształtowany system społeczno-ekonomiczny, albo że wkrótce takim się stanie. W ostatnich latach narasta literatura badająca zróżnicowanie systemowe w świecie współczesnym, w tym w UE. Na przykład, Bruno Amable wyróżnia w samej Unii cztery odmiany kapitalizmu: rynkowy (jak w Wielkiej Brytanii), socjaldemokratyczny (kraje skandynawskie), kontynentalny (głównie Niemcy, Holandia, Francja, Belgia) oraz śródziemnomorski (cztery kraje Południowej Europy)[21].
 

Polska powinna dokonać świadomego wyboru pomiędzy tymi czterema systemami. W przekonaniu autora tego tekstu uczyniłaby najlepiej, gdyby starała się maksymalnie skorzystać z doświadczenia skandynawskiego, wzbogaconego przez niektóre rozwiązania austriackie i niemieckie. Byłaby to równocześnie próba zlikwidowania rozbieżności pomiędzy gwarancjami Konstytucji RP oraz realiami będącymi ich zaprzeczeniem. Przede wszystkim, ponownie uczynić problem wyboru systemu społeczno- gospodarczego przedmiotem społecznej debaty.
 
 
Tak więc, Polska w bardzo szybkim tempie – zaledwie w ciągu trzech, czterech lat – przeszła od realnego socjalizmu do kapitalizmu. Stworzyła ład społeczny, dla którego wzorcem był model anglosaski, zwłaszcza północno-amerykański z jego ostrymi podziałami klasowymi, dużymi nierównościami dochodowymi i majątkowymi oraz rażącym zakresem wykluczenia społecznego. Otwarte pozostaje pytanie, czy zdobędzie się na zwrot w kierunku, zarysowanego w Konstytucji RP, systemu społecznej gospodarki rynkowej.
 
 
Przedruk z pracy zbiorowej „Futuryzm miast przemysłowych. 100 lat Wolfsburga i Nowej Huty” pod red. Martina Kaltwassera, Ewy Majewskiej i Kuby Szredera, Korporacja Ha!art, Teatr Łaźnia Nowa, Kunstverein Wolfsburg, Kraków 20
Publikacja za portalem Intenacjonalista
 


Przypisy:

[1] Od lat 1980 Karl Polanyi Institute of Political Economy w Montrealu organizuje, co dwa lata, międzynarodowe konferencje związane z jego twórczością.

[2] Kowalik T., Systemy gospdoarcze. Efekty i defekty zmian ustrojowych, Warszawa 2005

[3] W artykule z roku 1983 pisaliśmy: „Wszystko to uzasadnia, naszym zdaniem, paradoksalny termin ‘konserwatywna modernizacja’ w zastosowaniu do krajów socjalistycznych. One zostały wprawdzie zmodernizowane  (…), ale w taki sposób, który nie tylko nie zapewnia im przodownictwa (może z wyłączeniem sfery militarnej), ale także trwałego rozwoju odpowiadająego ogromnym potrzebom społecznym (…). Jeśli analiza nasza jest poprawna, to zapowiada to narastanie napięć, które z kolei będą negatywnie odbijały się na procesie rozwoju (Brus W. i T. Kowalik, Socialism and development, „Cambridge Journal of Economics”, nr 7/1993, s. 251)

[4] Autorzy pisali we wstępie: „Dostrzec można zatem znaczne podobieństwo między wartościami, którym podporządkowana jest polityka gospodarcza i społeczna socjaldemokratów w Szwecji oraz tymi, które urzeczywistniamy, lub staramy się urzeczywistnić w Polsce: pełne zatrudnienie, płaca uzależniona od wkładu pracy, bezpieczeństwo socjalne. Tym bardziej doświadczenia szwedzkie warte są przestudiowania, a niektóre z nich mogą być bezpośrednio użyteczne dla procesu reform gospodarczych oraz bieżącej polityki”(Konsultacyjna Rada Gospodarcza, Model Szwedzki,  Warszawa 1989:5). Oprócz problemów systemowych, autorzy poświęcili dużo uwagi kwestii konsensualnej  (opartej na porozumieniu ze związkami zawodowymi) restrukturyzacji przemysłu stalowego i stoczniowego. Obiecujący początek został więc zrobiony.

[5] Bruno M., Stabilization and reform in Eastern Europe, IMF working paper nr 92/30, Waszyngton 1992

[6] Milanovic B., Poland’s quest for economic stabilization 1988-1991: interaction of political economy and economics, “Soviet Studies”, nr 3/1992
 

[7] Jeden z szefów GUS uważał, że około jednej trzeciej poszukujących pracy nie rejestrowało się i nie rejestruje (Łagodziński B., Strach przed biedą, „Rzeczpospolita”, 27 sierpnia 1999). Szacunek ten znalazł dość dokładne potwierdzenie w badaniach CBOS (Bezrobotni o swoim płożeniu życiowym, 2004:3)na pytanie: czy jest pań(i) zarejestrowany(a), zaprzeczyło 30% badanych bezrobotnych.

[8] W komentarzu Centrum Badania Opinii Społecznej do badania opinii Polaków o rynku pracy i bezrobociu czytamy: „Obecnie co trzecia rodzina w Polsce dotknięta jest bezrobociem kogoś ze wspólnego gospodarstwa domowego, a co siódmy respondent doświadcza bezrobocia osobiście (...). Coraz więcej bezrobotnych odczuwa deprywacje finansowe, coraz więcej skarży się na ubożenie rodziny, narastające w niej konflikty, a także na utratę szans rozwoju zawodowego, zależność od innych, pogarszanie się stanu zdrowia, poczucie bycia niepotrzebnym, a przede wszystkim – poczucie bezradności, które w ostatnich trzech latach systematycznie się nasila”.

[9] (Milic-Czerniak R. (red.), Gospodarstwa domowe w krajach Europy Środkowej, Warszawa 1998; Cytowany fragment jest autorstwa Lidii Beskid.

[10] Nawet tak surowy krytyk Planu Balcerowicza, jak Grzegorz Kołodko pisał, iż „radykalna zmiana mechanizmów podziału jest instrumentem dalszej akumulacji bogactwa. To zaś tworzy podstawy nowej klasy średniej i wyższej, bez których system rynkowy w ogóle nie mógłby istnieć (...) Jeśli polityka nastawiona jest na kreowanie nowej klasy średniej, a dochody w tym czasie spadają, to ubóstwo musi wzrosnąć. Z makroekonomicznego punktu widzenia jedną z charakterystycznych cech transformacyjnego załamania jest transfer części dochodów z warstw biednych do zamożnych”[10]. Zdaniem tego autora, jest to „zadanie być może trudniejsze niż podczas podobnego procesu historycznego, jakim była akumulacja pierwotna, ponieważ trwa poważne załamanie lub nawet depresja” (Kołodko G., Od szoku do terapii, Warszawa 1999.

[11] Domański H. i A. Rychard, Nowe społeczeństwo klasowe? Rozmowa R. Krasowskeigo i J. Ostrowskiego, „Życie”,  20 marca 1998

[12] Kurczewski J., Taka młoda a taka brzydka, „Gazeta Wyborcza”  27-28 stycznia 1995

[13] Geremek B., Geremek odpowiada Żakowski pyta, Warszawa 1990 s. 365

[14] Warto tu przypomnieć, że w powojennych Niemczech Zachodnich inwestycje państwa przez szereg lat dorównywały wielkością inwestycjom prywatnego biznesu, a niekiedy (w latach 1953-54) je przewyższały.

[15] Łacińskie: chleba i igrzysk.

[16] Modzelewski K., Chóry i pienia, „Gazeta Wyborcza”, 29-30 lipiec 2006
 

[17] Kuroń J., Siedmiolatka czyli kto ukradł Polskę? Wrocław 1997 s. 79-80)

[18] Kaczyński L., Kaczyński: możemy przegrać bitwę o Polskę, rozmowa C. Michalskiego i P. Semki, “Dziennik”, 22-23 lipiec 2006. Tytuł jest tu też znamienny.

[19] Balcerowicz L., Gospodarka z kulą u nogi, „Puls biznesu” 29 marzec

[20] Kaczyński J., Kaczyński: chcę pozostawić silną partię, „Dziennik”, 29-30 lipca
Inne wypowiedzi świadczą, że Kaczyński nie ma jasności co do kształtów swego ideału. Za akceptowane przezeń „minimum liberalno-demokratyczne” uznał np. nie tylko demokrację parlamentarną i swobody obywatelskie, lecz także „wolny rynek”, którego nie da się pogodzić ani z Polską Solidarną, ani z gospodarką socjalną.

[21] Amable B., Diversity of modern capitalism, Oxford 2003

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

LENIN - rocznica