Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 128 gości.

Krzysztof Wójcicki: Blaski i cienie prof. Tadeusza Kowalika

Tadeusz Kowalik - bilbord

 
Blaski i cienie prof. Tadeusza Kowalika
 

 
Niedawno zmarły profesor ekonomii Tadeusz Kowalik, krytyk neoliberalizmu, znany był z podsumującego paradoksy najnowszej polskiej historii stwierdzenia, że Najbardziej masowy ruch pracowniczy dokonał przewrotu, z którego wyłonił się jeden z najbardziej niesprawiedliwych ustrojów społecznych, jakie zna historia powojennej Europy” . W artykule pt. „Blaski i cienie transformacji polskiej” [1] rozwija tę tezę i udowadnia do jakiej katastrofy doprowadziła polskie społeczeństwo ofensywa przeprowadzona przez Balcerowicza i jego stronników po roku 1989.
 
 
 
Aby zgodzić się z tezami przedstawionymi przez prof. Kowalika nie trzeba posiadać wcale dyplomu wyższej uczelni ekonomicznej. Problemy społeczne takie jak bezrobocie, masowa pauperyzacja wielu grup społecznych, fatalna sytuacja mieszkaniowa, niedożywienie są oczywiste dla polskich ludzi pracy i dochodzący do władzy burżuazyjni politycy różych odcieni wielokrotnie wygłaszali szumne deklaracje rozwiązania tych problemów, aby zaskarbić sobie głosy wyborców.
 
 

Metafizyka modeli i alternatyw
 

 
 
Nie trzeba być ekonomistą, żeby zestawić ze sobą dane i wyciągnąć z nich wnioski; lektura dowolnych roczników statystycznych nie wymaga wiedzy o przebiegu procesów gospodarczych. Przytaczany przez prof.Kowalika trzykrotny wzrost liczby ludzi żyjących poniżej minimum egzystencji w latach 1996-2004 bardzo wiele mówi o drastycznie niesprawiedliwym charakterze nowo ustanowionego systemu, podobnie stopa bezrobocia i ilość bezrobotnych nieposiadających prawa do zasiłku. Konsekwencje przemian ustrojowych odczuwa jednak miażdżąca większość polskiego społeczeństwa. Zadaniem uczonego powinna być nie tylko prezentacja liczb i słupków (na którą stać byle politycznego agitatora) i udowodnienie swojej znajomości odpowiedniej literatury.
 
 
 
Zabawa w iście botaniczną klasyfikację modeli, w jakich realizowany jest kapitalizm (skandynawski, anglosaski, kontynentalny, śródziemnomorski) , jaką dokonuje prof. Kowalik, jest dosyć jałowa. „Modele” te nigdy nie występują bowiem w czystej postaci, materialistyczna dialektyka uczy, że światowy system gospodarczy ulega nieustannej ewolucji. Kapitalizm w Szwecji różni się owszem, od kapitalizmu w Niemczech ale różnice te są dużo mniej istotne niż różnice między wyposażonym w prawo pracy i liczne osłony socjalne i 8-godzinnym dniem pracy kapitalizmem państw Europy Zachodniej, a dzikim, XIX-wiecznym kapitalizmem krajów takich jak Chiny czy Indie. Klasyfikacja „modeli kapitalizmu” nawet jeśli jest wygodna dla badacza , jest czysto arbitralna, ponieważ biorąc inne kryteria można ją przeprowadzić inaczej. Kapitalizm w Szwecji zawsze jednak będzie różnił się od tego w Niemczech, a ten w Polsce – od tego w Stanach Zjednoczonych niezależnie od tego jak bardzo polityka gospodarcza polskich władz małpować będzie rozwiązania zza oceanu. Wszystko z powodu powiązań gospodarczych z otoczeniem, lokalnej specyfiki i uwarunkowań historycznych.
 
 
 
 
U prof. Kowalika różne alternatywne modele kapitalizmu funkcjonują jako niezmienne od siebie absoluty, oddzielone chińskim murem. Jego analiza jest statyczna, a czytając artykuł można stwierdzić tyle, że Balcerowicz jest bardzo złym i brzydkim człowiekiem, skoro dopuścił się zainstalowania w Polsce tak niesprawiedliwego modelu kapitalizmu. Nie daje to żadnej nauki na przyszłość; żadnych wniosków ogólnych; jak uniknąć niesprawiedliwego neoliberalizmu gospodarczego. Źli i nieracjonalni ludzie zdarzają się bowiem wszędzie. Idąc konsekwentnie za Kowalikiem, pozostaje nam tylko zmówić paciorek i wznieść ręce pobożnie w kierunku nieba, modląc się o to aby nie rodzili się tacy źli i brzydcy ludzie. Nie takich jednak wniosków do działania na rzecz ustanowienia sprawiedliwego społecznie ustroju spodziewać się powinniśmy po lekturze pism lewicowego ekonomisty, uważającego się za socjalistę. Kowalik jest totalnie wykastrowany politycznie; nie odpowiada bowiem na najbardziej podstawowe dla działacza politycznego pytanie – co możemy zrobić w przyszłości aby uniknąć podobnych hekatomb jak ta balcerowiczowska. Kościół ma na to odpowiedź – koronka do miłosierdzia bożego, różaniec i coroczna pielgrzymka na Jasną Górę. Odpowiedź wypływająca z tekstu Kowalika jest podobna, tylko nie formułuje on jej tak jednoznacznie.
 
 
 
 
Zasadniczym błędem i niedociągnięciem Kowalika jest unikanie klasowej analizy i naukowego zbadania układu sił społecznych. Gdyby bowiem istniała w początkach III RP wpływowa organizacja świadomego klasowo proletariatu, próba przeprowadzenia balcerowiczowskich reform doprowadziłaby do masowych strajków, paraliżu państwa i tylko ustępstwa na rzecz ludzi pracy i daleko idące reformy społeczne (w kierunku zwanym przez prof. Kowalika „skandynawskim”) mogłyby utrzymać kapitalistyczny układ przy władzy. Tymczasem na polskiej scenie politycznej lat 1989/90 istniały wyłącznie dwie siły polityczne, obie popierające, mimo swoich robotniczych korzeni, neoliberalny kapitalizm. Biurokraci PZPR byli równie pro-kapitalistyczni jak biurokraci „Solidarności”, tyle że ci pierwsi konsekwentnie odrywali się od mas robotniczych od czasu stworzenia tejże monopartii władzy, czyli jakieś 40 lat, a pro-waszyngtońscy biurokraci „S” jakieś 8 lat – od kiedy stan wojenny przekształcił masowy ruch pracowniczy w organizację antykomunistycznych spiskowców. Robotnicy uwierzyli że „Solidarność” z roku 1989/90 to ta sama „Solidarność” co w roku 1980 i będzie bronić ich interesów przed zakusami coraz bardziej pro-kapitalistycznej, uwłaszczającej się nomenklatury, a stało się dokładnie odwrotnie, czego wymownym symbolem stał się okrągły stół, na którym ludzie różnej prowiniencji politycznej uzgodnili kapitalistyczny kierunek przemian.
 
 
 
 
Klasa robotnicza nie miała w 1989 żadnej swojej reprezentacji i to było znaczącą przyczyną faktu że reformy Balcerowicza przyniosły aż tak opłakane skutki, nie czynniki personalne czy osobista niekompetencja Balcerowicza. Nawet jeśli uznać go za szczególnie niekompetentnego i szkodliwego dyletanta, to w wypadku istnienia realnego społecznego oporu przeciwko jego działaniom zostałby on rychło zdymisjonowany i jego miejsce zająłby bardziej „skandynawski” „spec” od gospodarki. A jeśli klasa robotnicza byłaby na tyle silna, by przeprowadzić rewolucję proletariacką, wyszłoby to poza zakres percepcji prof. Kowalika.
 
 
 

Dogmatyzm i apologia
 
 
 
 
Analiza politycznych i gospodarczych przyczyn restauracji kapitalizmu w Polsce dokonana przez prof. Kowalika zasługuje na miano grzecznej i niezwykle płytkiej. Aż chce się przyznać – nic dziwnego że organizacją otaczającą jego osobę największym szacunkiem jest organizacja drobnomieszczańskiej młodzieży – Młodzi Socjaliści. Jeśli chodzi o samookreślenie polityczne, Kowalika określić można jako konformistycznego, bezkrytycznego piewcę „zachodnioeuropejskich partii socjalistycznych i socjaldemokratycznych”, co stanowi wodę na młyn wszystkich „lewicowych” drobnomieszczańskich przeciwników rewolucji proletariackiej, „bolszewickiego totalitaryzmu” i „szkodliwej lewicy”, usprawiedliwiających się „gwałceniem czystych idei” nie widzących historycznych okoliczności ani konieczności, ani też dynamiki procesów społecznych. Dla drobnomieszczańskich konformistów krytyczne myślenie i krytyczna analiza charakteryzująca marksizm jest bowiem bardzo szkodliwa, bo pokazuje ich intelektualne bankructwo. Apologia socjaldemokratyzmu u Kowalika zamyka go w swoistej wieży w z kości słoniowej wraz z garstką stronników „ideowej socjaldemokracji” , niepoparte argumentami odwoływanie się do przedstawicieli tej opcji politycznej odstrasza od niego zarówno marksistów jak i krytycznie myślących, poszukujących prawicowców i wszystkich twierdzących że „słowo międzynarodówki socjalistycznej” to jednak nie to samo co „słowo boże”.
 
 
 
 
Socjaliści i socjaldemokraci zachodni określali system społeczno-ekonomiczny jako kapitalizm państwowy, lub biurokratyczny, a jeśli już socjalizm, to z reguły z dodatkiem: „państwowy”, „biurokratyczny”, „absolutystyczny”, itp. Ze względu na dominującą, a niekiedy monopolistyczną rolę partii komunistycznych zarówno w systemie władzy politycznej, jak w gospodarce, często określano ten system po prostu jako komunistyczny. Partie zrzeszone w Międzynarodówce Socjalistycznej nigdy nie uznały tego systemu za socjalistyczny. Dla nich bowiem wolność i demokracja należały do niezbywalnych atrybutów socjalizmu [2]
 
 

 
Nasuwa się więc paradoksalny wniosek, że zmarły niemal 50 lat przed odbudową kapitalizmu w Bloku Wschodnim Lew Trocki lepiej opisał ten proces niż jego świadek i uznany polemista jakim był Kowalik. Konkretnych liczb owszem Trocki znać nie mógł, ale zwyrodnienie i buirokratyczną degenerację państwa robotniczego w zacofanym kraju opisał naukowo i należycie. Znaczy to tyle, że jakby w najbliższych latach, w izolowanym, pojedyńczym kraju powiedzmy w Grecji wybuchła i zwyciężyła rewolucja proletariacka i nie udało by się jej rozszerzyć na najbardziej uprzemysłowione państwa europejskie, to w warunkach izolacji gospodarczej i konieczności zakupu niezbędnych dla gospodarki surowców i technologii od krajów kapitalistycznych, embarga handlowego, nędza i niedostatek same wygenerowałyby żandarma w postaci biurokracji, ciążącej ku kapitalizmowi. Trocki w „Zdradzonej rewolucji” naukowo przekonuje więc o konieczności rychłego rozszerzenia rewolucji i niemożności zbudowania „socjalizmu w jednym kraju”, co jest niezwykle cennym wnioskiem dla przyszłych pokoleń rewolucjonistów i działaczy politycznych, pozwalających uniknąć w przyszłości tragedii, jaką był stalinizm.
 
 
 

Idealizm filozoficzny a nauka Marksa
 

 
Tymczasem w temacie ogólnych nauk płynących z tekstu Kowalik nie ma do zaoferowania nic poza waleniem po oczach idealizmem filozoficznym w wydaniu J.M. Keynesa, twierdzącego żę Idee rządzą światem [3]. W 1989 wg Kowalika „panowały idee wolnego rynku” i dlatego mamy kapitalizm w jego ultra-liberalnej formie a nie skandynawskie państwo opiekuńcze. Przyszłe pokolenia mogą więc wynieść z nauki prof.Kowalika tyle, że należy czekać z założonymi rękami aż znowu zapanują w gospodarce bardziej prospołeczne idee. Niestety, prawda jest naga i bezlitosna. Idee tworzą bowiem tylko nadbudowe realnych interesów klas społecznych, a panowanie konkretnych idei jest niczym innym, jak wyrazem konkretnego układu sił. Państwa welfare state nie powstałyby nigdy bez – z jednej strony – silnych związków zawodowych i partii socjaldemokratycznych – z drugiej strony – klinczu i impasu w sytuacji międzynarodowej jakie stworzyła polityka Kremla po zarzuceniu realizacji programu rewolucji światowej. Gdyby zabrakło pierwszego mielibyśmy (i dlatego obecnie w Polsce mamy) neoliberalizm, gdyby rewolucja światowa zwyciężyła, kapitalizm, zarówno tej „niemiecki”, „wolnorynkowy” jak i „skandynawski” jako system wyzysku i ucisku posłany zostałby na śmietnik historii. Nikomu nie potrzebne byłyby wtedy konstytucyjne łamańce w stylu „społecznej gospodarki rynkowej”.
 
 
 
Czym jest sama „społeczna gospodarka rynkowa” to nikt nie wie, jest to swoista mowa-trawa, ale można przeczuć, że jest to mętne określenie dotyczące różnych prób „humanizacji” kapitalizmu, przywodzących na myśl opisywaną przez Marksa w „Walkach klasowych we Francji” [4] komisję luksemburską, powstałe w toku rewolucji roku 1848 ministerstwo pracy o niewielkiej realnej władzy, wyrażające pewien poziom świadomości klasowej proletariatu i będące pewną zdobyczą robotników w walce z burżuazją. Owa „komisja luksemburska” była jednak sama w sobie efektem nie „panujących idei” ale praktycznym wyrazem żądań klasy robotniczej i jej świadomości. Tak jak obecnie robotnicy krajów europejskich żądają bardziej „skandynawskiego” a mniej „wolnorynkowego” kapitalizmu, ponieważ jawi się im on jako realna alternatywa wobec faktycznego braku państw socjalistycznych na świecie. Klasa robotnicza, w przeciwieństwie do rozmaitych uczonych, zwłaszcza tych czczonych przed drobnomieszczaństwo ma to do siebie że nie zajmuje się w codziennym życiu dyrdymałami, ale konkretami. Jak to ujął w słowa Marks, klasa robotnicza Łamie wrogow, podejmuje kroki , dyktowane przez potrzeby walkio , a następstwa jej własnych czynów pchają ją dalej. Nie wchodzi ona w teoretyczne dociekania nad własnymi czynami [5]

 
 
W takim razie, jak możliwe było że masowy ruch pracowniczy „stworzył niesprawiedliwy system”? „Stworzył” rzecz jasna w cudzysłowie, tak naprawdę stworzyła go przecież biurokracja wraz z liberalną opozycją mającą w głębokim poważaniu klasę robotniczą, w „stworzeniu” chodzi więc raczej o przyzwolenie na to stworzenie przez klasy i elementy robotnikom wrogie.
 
Po części już odpowiedzieliśmy na to pytanie w powyższym tekście – głównym „winnym” był brak reprezentacji politycznej, jeśli chodzi o „próby” jej stworzenia, to pisma prof. Kowalika nie przybliżają do niego. Jak pisał Lenin w „Co robić?” Silni są tylko ci bojownicy którzy opierają się na dobrze zrozumianych realnych interesach określonych klas [6]. Dalej, Lenin pisze że Rolę przodującego bojownika może odegrać jedynie partia kierowana przez przodującą teorię[7].
 
Nie tylko Trocki, ale także i Lenin wyjaśniają to co Kowalik stara się, a czego wyjaśnić nie potrafi, a mianowicie – problematykę degeneracji ruchu żywiołowego jakim było oczko w jego głowie- „S'
 
 
Ale dlaczego – zapyta czytelnik – ruch żywiołowy, ruch po linii najmniejszego oporu, zdąża właśnie ku panowaniu ideologii burżuazyjnej? Dla tej prostej przyczyny, że ideologia burżuazyjna jest z pochodzenia swego o wiele starsza niż socjalistyczna, żę jest o wiele wszechstronniej opracowana, że posiada bez porównania więcej środków by się szerzyć [8]
 
 
Krzysztof Wójcicki
 

 
5 września 2012
 
 
 
Przypisy:

 
[1] http://www.internacjonalista.pl/ekonomia/fiasko-neoliberalizmu/2202-tade...
 
[2] tamże
 
[3] tamże
 
[4] Karol Marks, Walki klasowe we Francji 1848-1850, Warszawa 1949, str.37
 
[5] tamże
 
[6]W.I.Lenin, Co robić?, Dzieła wybrane, Warszawa 1949, str. 157
 
[7] tamże, str. 191
 
[8] tamże, str. 205

Społeczność

rot front