Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 20 gości.

Patryk Kosela: Śmieciowe umowy, śmieciowe życie

1349964573-smieciowe-umowy-logo.jpg

Kampania „STOP umowom śmieciowym!” ruszyła z inicjatywy młodych związkowców Wolnego Związku Zawodowego „Sierpień 80” przy udziale równie młodych przedstawicieli Polskiej Partii Pracy. Rozpoczęła się 3 lipca br. przed Wojewódzkim Szpitalem Specjalistycznym w Tychach. Ostatnia akcja została
przeprowadzona w Białymstoku 6 września.

Młodzi z „Sierpnia 80” byli już we wszystkich 16 województwach kraju. Obecnie protesty przeciwko umowom śmieciowym odbywają się w ramach nowej, rozszerzonej kampanii WZZ „Sierpień 80” pod hasłem „Nie będziemy płacić za wasz kryzys!”.

W bieżącym tygodniu [22-26 września 2012, przyp. red. WR] akcje te odbyły się lub dopiero odbędą w Kielcach, Lublinie, Gdańsku, Bydgoszczy i Katowicach.

– W czasie naszych akcji w różnych miastach Polski spotykaliśmy się z dużym poparciem społecznym. Ludzie nie tylko powtarzali, że nas popierają, ale i zachęcali do walki przeciwko śmieciówkom – mówi Katarzyna Bujak (23 lata), jedna z uczestniczek protestów przeciwko śmieciowym formom zatrudnienia. – Słowa solidarności płynęły zarówno od młodych Polek i Polaków znających doskonale na własnych przykładach ten problem, jak i od ludzi w średnim wieku, którzy mają szczęście pracować na normalnych umowach o pracę.

Bardzo dużo ciepłych słów otrzymaliśmy od ludzi starszych
– dodaje dziewczyna. I jak mówi, dało się zauważyć bardzo
mocne nastroje antyrządowe w społeczeństwie.

Kasia zna gorzki smak umów śmieciowych. Pracowała na ich
podstawie. Gdy zaszła w ciążę, ze zdziwieniem odkryła, że pozbawiają one tak ważnych praw, jak ten do urlopu macierzyńskiego.

A umowa o dzieło także prawa do bezpłatnej opieki lekarskiej. Wolała zostać osobą bezrobotną i zyskać ubezpieczenie z urzędu pracy.

Śmieciowa, czyli jaka?

Umowa śmieciowa to cywilnoprawna umowa świadczenia pracy. To wszelkie umowy zlecenie, umowy o dzieło, kontrakty czy fikcyjne samozatrudnienia.

Nazwę „umowy śmieciowe” stworzyliśmy my – związkowcy WZZ „Sierpień 80”. Było to w 2007 r., kiedy składaliśmy do Sejmu projekt nowelizacji ustawy o zatrudnianiu pracowników tymczasowych. Zakładał on, iż po upływie trzech miesięcy nieprzerwanego świadczenia pracy u jednego pracodawcy,
pracownik automatycznie zostanie zatrudniony u dotychczasowego pracodawcy użytkownika.

Z tą samą chwilą wygasałby stosunek prawny łączący pracownika z agencją pracy tymczasowej. Projekt trafił do
sejmowej niszczarki.

Śmieciówki pozbawiają wszelkich praw pracowniczych.
Na czele z prawem do urlopu, zwolnienia chorobowego, norm
czasu pracy, płacy minimalnej czy odwołania się do Sądu Pracy.

To średniowieczne stosunki pracy, nieprzystające do dzisiejszych czasów i zdobyczy świata pracy. Zdobyczy okupionych robotniczą krwią i życiem. Ledwie blisko miesiąc temu obchodziliśmy 32. rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych. Nie po to wtedy walczono na Śląsku i Wybrzeżu, byśmy dziś tyrali na tych parszywych umowach za miskę ryżu!

Umowy śmieciowe? Tylko wtedy, kiedy spełniają swoją pierwotną rolę. A zatem zatrudnia się na nich pana do pomalowania mieszkania (umowa zlecenie), dla którego stanowi to tylko dodatkową fuchę, bo już ma normalną, etatową pracę.

Umowa o dzieło była z kolei adresowana do artystów. Kontrakty są OK, ale dla bankierów czy menadżerów – nie pielęgniarek! Samozatrudnienie niechaj stanowi wybór o drodze zawodowej człowieka.

Nie wszyscy chcą być bowiem pracownikami najemnymi. Ale nie
może dochodzić do tego, że przymusza się pracownika do założenia własnej, jednoosobowej działalności gospodarczej
(samozatrudnienie) tylko po to, by pracował on dalej w innej firmie, a koszty prowadzenia tej działalności, jak i płacenia składek spadały na barki i kieszeń samozatrudnionego. Robi tak obecnie m.in. firma PZU, która przeprowadziła zwolnienia grupowe i zaraz przyjęła tych samych pracowników do dotychczasowych obowiązków, gdy tylko ci się samozatrudnili.

W naszej praktyce związkowej mieliśmy do czynienia z takimi „kwiatkami”, jak zatrudnienie sprzątaczki na umowę o dzieło na okres 10 lat. Wykonywała ona przy tym pracę, posiadającą wszelkie znamiona stosunku pracy – za 300 zł miesięcznie... brutto. Chodzi tu o pracę podstawową, wykonywaną pod nadzorem i w określonych godzinach. – Jest to klasyczne naigrywanie się z prawa, bo umowa o dzieło to jest umowa, zakładająca osiągnięcie pewnego rezultatu, gdzie wkłada się myśl twórczą – tłumaczył TVP po jednej z naszych akcji Roman Zemanek z Państwowej Inspekcji Pracy w Opolu.

„Pokolenie śmieciowe” to fakt Jeszcze 10 lat temu jedynie 6
procent Polaków wykonywało pracę na podstawie umów cywilnoprawnych. Tymczasem już w 2011 r. było to 27 proc., czyli dwa razy więcej, niż wynosi średnia unijna. Polska przoduje w zatrudnianiu na umowach śmieciowych – alarmuje Komisja Europejska w swym raporcie o zatrudnieniu. Jeszcze
gorzej to wygląda, jeśli chodzi o ludzi młodych. Aż 65 proc. Polaków poniżej 30. roku życia nie ma stałej umowy, a 85 proc. osób do 24. roku życia podejmujących pierwszą pracę nie dostaje etatu. Łącznie 5 mln Polek i Polaków pracuje na śmieciówkach.

Skoro socjologowie wprowadzili już do użytku pojęcia „pokolenie śmieciowe”, „pokolenie na zlecenie” czy „czasowniki” – oznacza to, że problem jest ogólnospołeczny. – Osoby na umowach tymczasowych nie bardzo mogą planować rozwój kariery zawodowej, są wykluczeni np. z możliwości wzięcia kredytu na mieszkanie, co z kolei przeszkadza w założeniu rodziny itd. W ten sposób powstaje cały ciąg negatywnych zjawisk – uważa prof. Andrzej Rychard z Polskiej Akademii Nauk. Inny socjolog, prof. Ryszard Bugaj dodaje: –
Przecież pracownik, który nie ma pewności jutra i może być
zwolniony praktycznie z dnia na dzień, nie zdecyduje się na
dziecko. W takim wypadku nie należy się dziwić, że mamy w
Polsce ujemny przyrost naturalny.

Śmieciówki niszczą więzi społeczne. Jeśli nie ma ich w
miejscu pracy i pracownika na umowie śmieciowej traktuje się
jak przedmiot, to przekłada się to na stosunki rodzinne, domowe. Stąd rosnąca fala przemocy w rodzinie czy takich
tragedii, jak ta Madzi z Sosnowca. Jedna patologia napędza
inne patologie – taka jest reguła.

Tracimy 18 mld zł rocznie

Cywilnoprawne formy zatrudnienia poważnie szkodzą finansom publicznym państwa oraz systemom – emerytalnemu i zdrowotnemu. Są bowiem gorzej opodatkowane i oskładkowane. Gorzej lub w ogóle!

W przypadku umowy o pracę z przykładową płacą brutto w wysokości 3500 zł, podatek dochodowy wynosi 243 zł. Z kolei umowa zlecenie na tą samą kwotę daje już tylko 39 zł podatku. Według wyliczeń, zatrudnianie Polaków na umowy śmieciowe kosztuje państwowy budżet co najmniej 18 mld zł rocznie. Dzieje się to w czasie, gdy rządzący lamentują, że nie ma pieniędzy na wydatki społeczne. Gdy nie chcą nam
podwyższyć płacy minimalnej, zgodnie z zaleceniami Komitetu
Niezależnych Ekspertów Rady Europy.

Podobne szkody są dla systemu emerytalnego. Donald Tusk i Jacek Rostowski uzasadniając podniesienie wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn do 67. roku życia, mówili iż wynika to z ich troski o finanse publiczne i system ubezpieczeń
społecznych. Gdyby było tak rzeczywiście, wyeliminowaliby
patologię zatrudniania na umowach śmieciowych.

Przy zatrudnianiu na umowy zlecenie płaci się mniejsze
składki emerytalne, niż w przypadku umów o pracę. Z kolei
umowa o dzieło zwolniona jest całkowicie z odprowadzenia
tego rodzaju składek. Śmieciówki nie obowiązuje płaca minimalna.

Można zatrudnić pracownika na umowie zlecenie, płacąc mu 500 zł miesięcznie. Wówczas jego składka emerytalna będzie bardzo niska, a wysokość przyszłej emerytury dramatycznie się obniży.

Społeczeństwo będzie musiało dołożyć takim osobom do poziomu minimalnej emerytury.

Jeśli natomiast zatrudni się pracownika na umowę o dzieło, nie ma on w ogóle odprowadzanych składek emerytalnych. Konkluzja jest prosta: umowy śmieciowe dzisiaj, to śmieciowe
emerytury jutro. I wielkie społeczne dramaty.

Skandalem jest także to, że urzędy pracy przyjmują oferty
zatrudnienia, które są śmieciowe. Szkodzi to zatrudnianym
w ten sposób, ale i szkodzi samemu urzędowi oraz bezrobotnym. Dlaczego? Z tego oto powodu, że z wynagrodzenia
odprowadza się składki na Fundusz Pracy, z którego finansowane są wszelkie formy przeciwdziałania bezrobociu. Z
umów śmieciowych nie odprowadza się albo w ogóle składek
na ten Fundusz, albo są to pieniądze znacznie mniejsze, niż w przypadku kodeksowej umowy o pracę. Na takim obrocie sprawy cierpią też uczciwi pracodawcy. Mniejsze środki na
przeciwdziałanie bezrobociu oznaczają, że dla pracodawcy
chcącego zatrudnić pracownika na etat, może braknąć środków
np. na doposażenie stanowiska pracy.

Śmieciarze z „Lewiatana”

Skoro o pracodawcach mowa, wspierajmy tych uczciwych, a więc zatrudniających na umowach o pracę. Wspierajmy ich tak, jak państwo wspiera dziś bogate sieci handlowe czy firmy ze Specjalnych Stref Ekonomicznych. Przywileje podatkowe, jakimi objęte są wielkie markety czy koncerny ze SSE mijają się z celem. Z założenia przywileje te dano im, by tworzyły atrakcyjne, a więc kodeksowe i dobrze płatne miejsca pracy. Minęło się to z celem. Hipermarkety czy Specjalne Strefy pełne są śmieciówek. Nieprawdą jest zatem powszechny mit, że umowy śmieciowe stosują małe przedsiębiorstwa, a ich likwidacja spowoduje upadek tych małych firm. Warto też dodać, że prezesi banków, którzy zarabiają miliony złotych rocznie, nie płacą składek na ZUS. Rząd dał przywilej takim bogaczom jak oni, których zarobki roczne przekraczają 105 780 zł.

Ci, którzy zatrudniają na umowach śmieciowych nie mają
prawa nazywać się pracodawcami, a zleceniodawcami. Bo nie
dają pracy, a śmieciowe umowy zlecenia czy o dzieło. Polska
Konfederacja Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” domaga się rozszerzenia umów śmieciowych i zniesienia ograniczeń w pracy tymczasowej. Ta organizacja kierowana przez Henrykę
Bochniarz powinna zmienić nazwę na Polska Konfederacja
Zleceniodawców Prywatnych.

Powiedzmy to wprost: „Lewiatan” szkodzi Polsce!

Obiecali, okłamali

Wyrażenie „umowy śmieciowe” karierę zrobiło dokładnie rok temu. Trwała wtedy kampania wyborcza przed wyborami parlamentarnymi. Wszystkie startujące w nich komitety wyborcze solennie obiecywały zrobienie porządku z tymi umowami. – Nie może być tzw. umów śmieciowych, nie dających gwarancji na przyszłość – mówił 22 września ub.r. premier Donald Tusk w wielkopolskich Wronkach. Podkreślił też, że praca dla młodych ludzi to jeden z „bezdyskusyjnych priorytetów”.

– Wszyscy, którzy płacą podatki, powinni płacić składki ubezpieczeniowe. Także osoby, które są zatrudnione na podstawie umów o dzieło, a nie płacą składek emerytalnych z innego tytułu – deklarował z kolei 19 października ub.r. szef doradców szefa rządu, Michał Boni. A w przedstawionym na jesieni 2011 r. rządowym raporcie „Młodzi 2011” zwracał uwagę na wagę problemu „umów śmieciowych”.

Mija rok od mamienia nas obietnicami przez polityków
zrobienia porządku z tą patologią. Żadnych zmian nie ma. Wychodzi na to, że był to tylko i wyłącznie wyborczy blef.

Młodzi zagłosowali na Platformę Obywatelską, PO wygrała ona wybory i odwróciła się do nich czterema literami, udając że nie widzi problemu śmieciowego zatrudnienia. Gdyby w Polsce
była odpowiedzialność karna za niespełnione obietnice, Tusk
wraz z całą wierchuszką Platformy siedziałby dziś w ciężkim
kryminale.

W ramach naszych działań protestowaliśmy m.in. w Krakowie przed biurem poselskim Jarosława Gowina (teraz w randze
ministra sprawiedliwości).

Chcieliśmy zapytać tego wpływowego polityka partii
rządzącej, kiedy zostanie zrealizowana ich wyborcza obietnica.

Jak się było można spodziewać, Gowina w biurze nie było.
Przyjął nas za to jego asystent z Ministerstwa Sprawiedliwości. Przekazaliśmy na jego ręce list
do posła z prośbą o odpowiedź na zawarte w nim pytania i spotkanie. Do dnia dzisiejszego odpowiedź nie nadeszła.
Z kolei w Gdańsku 31 sierpnia, a więc w rocznicę podpisania Porozumień Gdańskich byliśmy z kampanią „STOP umowom śmieciowym!” przed Stocznią Gdańską i pomnikiem
Trzech Krzyży. To właśnie pod pomnikiem zastaliśmy znaną
twarz PO, prezydenta tego miasta Pawła Adamowicza. Adamowicz nie tylko nie zechciał podejść do nas, ludzi młodych i
porozmawiać o umowach śmieciowych i braku perspektyw, ale
i odwrócił się napięcie i uciekając do limuzyny burczał coś
pod nosem. Tak w ponoć demokratycznym kraju wygląda dialog społeczny...

Byliśmy i pod biurem poselskim pani marszałek Sejmu,
Ewy Kopacz w jej rodzinnym Radomiu. Na znak protestu wypuś-
ciliśmy w niebo balony napełnione helem i oklejone
zdjęciami m.in. Tuska, Komorowskiego, Rostowskiego, Bochniarz, Balcerowicza czy Niesiołowskiego. Dzień później
na konferencji prasowej została poproszona przez dziennikarzy o skomentowanie naszego protestu. – Jak państwo wiecie, ja nie lekceważę takich sygnałów.

Zademonstrowano niechęć do umów śmieciowych. Rożne
kraje znalazły rożne rozwiązania tego problemu. Nie możemy
jednak wskazywać rozwiązania, które by faworyzowało jedną
stronę. Umowy o dzieło wzbudzają najwięcej kontrowersji,
ale pamiętajmy, że korzystają z nich ludzie, którzy mają już wypracowaną emeryturę, mają podstawowe zatrudnienie
dzięki czemu odprowadzają składki, ale też studenci, za których państwo odprowadza składki – mówiła. Dodała też: –
W wielu przypadkach – szczególnie w tych, o których mówimy, jako patologii – takie umowy są nadużywane. Ale też
pamiętajmy o tym, że nie ma pracodawcy bez pracowników i
nie ma pracowników bez pracodawcy, więc nie możemy jednocześnie wskazywać rozwiązania, które jedną stronę, by karało.

Do akcji w Białymstoku odniósł się także Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej. Szef resortu
pracy, podobnie jak marszałek Kopacz posłużył się jedynie
ogólnikami i życzeniową formułą rozwiązania tematu. W języku polityki oznacza to, że w dalszym ciągu rząd nie zamierza
nic z tą patologią zrobić! Zresztą, musiałby zacząć od siebie... W ministerstwach ponad pół tysiąca osób pracuje na śmieciówkach. Co ciekawe, przoduje w tym właśnie Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, gdzie występują aż 123 umowy śmieciowe!

Dla nich sushi, dla nas miska ryżu

Obecne elity polityczne oderwane są od rzeczywistości. Nie
ma się co łudzić, że rozwiążą nam problem umów śmieciowych. Wolą brylować na salonach „układu gdańskiego”i zajadać kawior czy też sushi z szefami Amber Gold. Społeczeń-
stwo ich nie interesuje i nawet tego nie ukrywają. Wszak problem śmieciowej pracy za miskę ryżu, prowadzącej do śmieciowej emerytury, za którą będzie można kupić jedynie suchy chleb, elit nie dotyczy.

Oni dbają o siebie i o swoje rodziny oraz przyjaciół. Ukazują to doskonale ostatnie afery z
kręgu PO-PSL. Pokazują to też fakty. Maya Rostowska, 23-letnia córka ministra finansów dostała intratną posadę i to bez konkursu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Michał Tusk, syn premiera zarabia niemałe pieniądze na państwowym lotnisku. Równolegle pracował także w spółce OLT Express, należącej do szefa Amber Gold, który okradł wielu Polaków z
oszczędności ich życia. Rację miał niegdyś Jerzy
Urban mówiąc, że władza w Polsce się wyżywi. Kawiorem i sushi.

Tekst ukazał się w "Kurierze Związkowym 26 września 2012

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Pokój i ziemia