Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 16 gości.

Ken Olende: Rok Obamy - kompromisy, kryzys i kapitulacja

YES WE CAN.png

 
Obama został wybrany na fali nadziei, ale rzeczywistość okazała się rozczarowująca, pisze Ken Olende.
20 stycznia minęła pierwsza rocznica zaprzysiężenia Baracka Obamy na stanowisko prezydenta USA. Wybór czarnego prezydenta zapowiadającego zmianę po dekadach neoliberalizmu był znaczącym przełomem.

 
 
Wybór Obamy był ekscytujący, gdyż w jego kampanię zaangażowały się tysiące działaczy, którzy wcześniej byli kompletnie odcięci od polityki. Ale obejmując urząd, Obama otoczył się osobistościami establiszmentu. A zamiast realizować swoje własne interesy, oddolni działacze i wolontariusze Obamy woleli się wycofać z działalności.
Takie samozadowolenie jest samobójcze. Obama nie był nigdy postacią wyniesioną przez ruch masowy, tak jak Martin Luther King, który z tego powodu był w pewnym stopniu oddany swoim postulatom. To prawda, że  wciąż doprowadza on prawicę w USA do wściekłości ze swoimi oświadczeniami broniącymi nauki przed atakami ze strony religii i wspierając prawa lesbijek i gejów.

Jednak podczas gdy wciąż mówi o zmianie i o pokoju, ostatni rok był rokiem pogrzebanych nadziei.

Sprzeczności jego rządów było wyraźnie widać, gdy przyjął Pokojową Nagrodę Nobla. Początkowo postrzegany jako kandydat antywojenny, Obama nadzorował eskalację “wojny z terroryzmem” w Afganistanie, Pakistanie, Somalii, a teraz w Jemenie. Obiecywane zamknięcie więzienia w Zatoce Guantanamo wciąż musi się zmaterializować, a transferowe” loty tortur trwają. Jego wojenna polityka coraz bardziej przypomina politykę George’a Busha, a działania w Afganistanie zdobyły uznanie ze strony amerykańskich prawicowców.

Dla wielu ludzi, porażka szczytu klimatycznego w Kopenhadze była  ostatnią kroplą, która przechyliła czarę goryczy. Obama twierdzi, że wypowiedziane półsłówkami “porozumienie” pomiędzy małą mniejszością krajów było przełomem, a nie niepowodzeniem w walce ze zmianami klimatycznymi. Nawet jego flagowa polityka reformy służby zdrowia została tak rozwodniona, że skończyła jako finansowanie zamożnych korporacji ubezpieczeniowych.

Podczas swojej kampanii wyborczej Obama ogłosił: “Czym więcej uwagi Amerykanów uda nam się pozyskać i czym więcej Amerykanów uda nam się zaangażować, tym łatwiej uda nam się posunąć nasze postulaty naprzód. Oto jak zamierzamy odpierać politykę specjalnych interesów.” Tragedią jest to, że masy ludzi, którzy go wybrali, wycofały się, pozostawiając sprawy prezydentowi. Najbardziej drastycznym tego przykładem był amerykański ruch antywojenny - Zjednoczeni dla Pokoju i Sprawiedliwości (United for Peace and Justice), który faktycznie się rozwiązał, gdy tylko “ich” prezydent został wybrany.

Wiele osób ma nadzieję, że prezydencja Obamy odtworzy radykalne zmiany w społeczeństwie USA, które narodziły się w latach 30 - tych, w okresie prezydentury Franklina D. Roosevelta, który zaprowadził politykę “New Deal”.

Tym, o czym się często zapomina, jest fakt, że najbardziej znaczące zmiany nie szły ze strony reform prezydenta, ale ze strony radykalnych związkowców, antyrasistów i lewicowych aktywistów wywierających oddolny nacisk. Amerykański blogger i swego czasu aktywista Obamy Micah L Sifry tak komentował zniknięcie ruchu Obamy:

“Ludzie, którzy na niego głosowali, nie byli zorganizowani w żaden nowy ani poważny sposób, a specjalne interesy - banki, firmy energetyczne, korporacje ubezpieczeniowe, producenci samochodów, kompleks wojskowo-przemysłowy - usiedli najpierw przy stole i napisali jadłospis. Mit spotkał się z rzeczywistością i źle na tym wyszedł.“
 
I dalej: “Nie można rozkazać wolontariuszom, by coś robili. Trzeba ich zmotywować. A kompromisy Obamy względem niemal każdej siły są straszliwie demotywujące.”

 
 
 
W listopadzie 2010 r. administracja Obamy stanie w obliczu wyborów w połowie kadencji [mid-term elections]. Na nowo obsadzone zostanie wszystkie 425 miejsc w Izbie Reprezentantów i jednocześnie jedna trzecia stuosobowego Senatu i 37 gubernatorstw.

Przewiduje się, że Demokraci utracą większość, którą mają w obu izbach, co teoretycznie oznacza, że mogliby przepchnąć radykalne reformy. Jednak jak zauważył na temat Obamy publicysta Guardiana Gary Younge: “Bycie najbardziej postępowym amerykańskim prezydentem od ponad generacji,to nie to samo, co bycie postępowym. To wszystko jest relatywne”.

Amerykańskie korytarze władzy są tak pełne korporacyjnych lobbystów, że żadna partia bez znaczącej presji z innej strony nie ma jakiejkolwiek szansy na wprowadzenie kontrowersyjnej ustawy.

Ale gniew, który pierwotnie wyniósł Obamę do władzy wciąż pozostaje - i amerykańska lewica musi unikać podwójnego niebezpieczeństwa prostego powstrzymywania się od współpracy z ruchem, który zapewnił mu zwycięstwo w wyborach, ani kapitulowania przed nim.
 
 
tłumaczył B. Zindulski
Artykuł pochodzi z gazety "Pracownicza Demokracja" luty 2010 r. http://pracowniczademokracja.org

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

che rebel