Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 9 gości.

Che Guevara: Orędzie do Organizacji Trójkontynentalnej

Che Guevara

Z okazji przypadającej 9 października 45. rocznicy śmierci Ernesto Che Guevary

Redakcja WR

------------------------------------------------------

”Mensaje a la Tricontinental”, Tricontinental (Suplemento especial), Hawana, 16 kwietnia 1967 r. To ostatnie orędzie Che Guevary, skierowane do Organizacji Solidarności Narodów Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej, nazywanej potocznie Organizacją Trójkontynentalną, opublikowano na Kubie w czasie, gdy walczył on w Boliwii. „Po wydrukowaniu w Hawanie mojego artykułu nie można już wątpić w moją obecność tutaj”, zapisał Guevara w swoim dzienniku pod datą 30 kwietnia 1967 r. Ponieważ brak jest jakichkolwiek danych, które świadczyłyby lub wskazywały, że wysłał orędzie z Boliwii, rodzi się pytanie, kiedy je napisał. Paco Ignacio Taibo II, meksykański biograf Guevary, pisze: „Włoski dziennikarz w Hawanie, [Saverio] Tutino, studiując tekst zdał sobie sprawę, że zostało napisane w 1966 r. (z powodu odniesień do rocznicy zakończenia wojny światowej)” – mowa jest w nim o XXI rocznicy kapitulacji Japonii (15 sierpnia 1945 r.) Wśród poległych komendantów ruchów partyzanckich w Ameryce Łacińskiej Guevara wymienił Luisa Augusto Turciosa Limę, dowódcę Powstańczych Sił Zbrojnych (FAR) w Gwatemali, a ten zginął 3 października 1966 r. Guevara wyjechał z Kuby do Boliwii 23 października 1966 r. Jednak zdanie, w którym jest mowa o tym, że „powstaną nowe zarzewia wojny, tak jak to już się stało w Boliwii”, sugeruje, że nie napisał orędzia przed wyjazdem, lecz po wznieceniu wojny partyzanckiej w Boliwii. Taibo rozwiązuje ten problem twierdząc, że jest to „zdanie dodane niewątpliwie a posteriori przez wydawców” (Ernesto Guevara también conocido como El Che, Meksyk, Planeta – Joaquín Mortiz 1996, s. 675), ale niczym nie uzasadnia swojej pewności. W pół roku po opublikowaniu orędzie stało się testamentem politycznym Guevary.

------------------------------------------------

Stworzyć dwa, trzy… wiele Wietnamów – oto hasło.

„Jest godzina ognisk i widać będzie tylko ich światła.”
José Martí

Minęło już dwadzieścia jeden lat od zakończenia ostatniej pożogi światowej i w rozmaitych publikacjach i w niezliczonej liczbie języków obchodzi się rocznicę wydarzenia, które symbolizuje klęska Japonii. W wielu środowiskach rozmaitych obozów, na jakie dzieli się świat, panuje atmosfera pozornego optymizmu.

W tych czasach wielkich konfrontacji, gwałtownych starć i nagłych zmian wydaje się, że dwadzieścia jeden lat bez wojny to dużo. Nie analizując jednak praktycznych rezultatów tego pokoju (nędza, degradacja, coraz większy wyzysk ogromnych środowisk społecznych na całym świecie), do walki o zachowanie którego wszyscy jesteśmy gotowi, należy zadać sobie pytanie, czy jest realny.

Tym notatkom nie przyświeca zamiar opowiadania o historii rozmaitych konfliktów o charakterze lokalnym, jakie nastąpiły od czasu kapitulacji Japonii; nie jest też naszym zadaniem wyliczanie licznych i narastających walk domowych, do których doszło w latach rzekomego pokoju. Wystarczy, jeśli nieumiarkowanemu optymizmowi przeciwstawimy tytułem przykładu wojny w Korei i Wietnamie.

W pierwszej po trzech latach okrutnych walk północną część kraju spotkała najstraszliwsza dewastacja, jaką znają annały nowoczesnych wojen – podziurawiona bombami, bez fabryk, szkół i szpitali, bez jakichkolwiek mieszkań, które pozwoliłyby zapewnić dach nad głową dziesięciu milionom mieszkańców.

Pod zdradzieckim sztandarem Narodów Zjednoczonych i pod przewodnictwem wojskowym Stanów Zjednoczonych w wojnie tej uczestniczyło kilkadziesiąt krajów, przy czym żołnierze tego państwa wzięli w niej masowy udział, a jako mięso armatnie użyto zmobilizowanej ludności południowokoreańskiej.

Z drugiej strony armia i naród Korei i ochotnicy z Chińskiej Republiki Ludowej mogli liczyć na zaopatrzenie i doradztwo radzieckiego aparatu wojskowego. Strona północnoamerykańska przeprowadziła najrozmaitsze próby z bronią masowego rażenia z wykluczeniem broni termonuklearnej, ale w ograniczonej skali użyła broni bakteriologicznej i chemicznej. W Wietnamie doszło kolejno do działań wojennych, które siły patriotyczne tego kraju prowadziły niemal nieprzerwanie przeciwko trzem kolejnym mocarstwom imperialistycznym – Japonii, której potęga załamała po zrzuceniu bomb na Hiroszimę i Nagasaki, Francji, która odzyskała od pokonanej Japonii swoje kolonie indochińskie i zignorowała obietnice złożone im w trudnych chwilach, a w ostatniej fazie tych zmagań Stanom Zjednoczonym.

Na wszystkich kontynentach doszło do ograniczonych konfrontacji, choć na amerykańskim przez długi czas miały miejsce jedynie próby podejmowania walki wyzwoleńczej i wojskowe zamachy stanu, aż wreszcie rewolucja kubańska stała się sygnałem alarmowym, który ujawnił wagę tego regionu i ściągnął na nią gniew imperializmu, co zmusiło ją do obrony swoich wybrzeży najpierw na Playa Girón, a następnie podczas Kryzysu Październikowego.

Gdyby wokół Kuby doszło wówczas do starcia Amerykanów z Sowietami, ten ostatni incydent mógł wywołać wojnę na nieobliczalną skalę.

W chwili obecnej ognisko sprzeczności znajduje się oczywiście na terytoriach Półwyspu Indochińskiego i w krajach ościennych. Laosem i Wietnamem wstrząsają wojny domowe, które przestają być domowe, gdy z całą swoją potęgą angażuje się w nie imperializm północnoamerykański, a cała strefa zamienia się w niebezpieczną, bo mogącą wybuchnąć w każdej chwili beczkę prochu.

W Wietnamie konfrontacja osiągnęła niesłychaną ostrość. Nie jest również naszym zamiarem przedstawianie historii tej wojny. Chcemy jedynie przypomnieć, jakie były jej kamienie milowe.

W 1954 roku, po miażdżącej klęsce Francji pod Dien Bien Phu, podpisano porozumienia genewskie, na mocy których podzielono kraj na dwie strefy i przewidywano przeprowadzenie w ciągu osiemnastu miesięcy wyborów, które miały określić, kto ma rządzić Wietnamem i w jaki sposób zostanie ponownie zjednoczony. Amerykanie nie podpisali tego dokumentu i zaczęli manewrować celem zastąpienia cesarza Bao Daia, marionetki francuskiej, człowiekiem odpowiednim z punktu widzenia ich własnych zamierzeń. Okazał się nim Ngo Dinh Diem; jak wszystkim wiadomo, skończył tragicznie, gdy był już wyciśniętą przez imperializm cytryną.

W ciągu miesięcy, jakie nastąpiły po podpisaniu porozumień, w obozie sił ludowych panował optymizm. Na południu kraju zdemontowano reduty walki z Francuzami i oczekiwano na realizację porozumień. Wkrótce jednak patrioci zrozumieli, że nie będzie wyborów, jeśli Stany Zjednoczone nie będą potrafiły narzucić w urnach swojej woli, co okazało się niemożliwe nawet przy użyciu dobrze znanych im metod oszustwa wyborczego.

Na południu kraju na nowo wybuchły walki i nabrały intensywności, aż doszło do tego, co dzieje się tam w chwili obecnej – armia północnoamerykańska liczy na miejscu prawie pół miliona najeźdźców, podczas gdy liczebność sił marionetkowych spada, a przede wszystkim utraciły one zupełnie zdolność bojową.

Mniej więcej dwa lata temu Amerykanie rozpoczęli systematyczne bombardowania Demokratycznej Republiki Wietnamu usiłując raz jeszcze wyhamować bojowość Południa i z pozycji siły wymusić zgodę na konferencję pokojową. Początkowo naloty były mniej lub bardziej izolowane i maskowano je represjami za rzekome prowokacje Północy. Następnie ich intensywność i metodyczność wzrosła do tego stopnia, że zamieniły się w gigantyczną nawałnicę jednostek lotniczych Stanów Zjednoczonych, które dzień po dniu zmierzały do zniszczenia wszelkich przejawów cywilizacji w północnej strefie kraju. Na tym polega okryta smutną sławą eskalacja.

Aspiracje materialne Jankesów zostały w dużej mierze zrealizowane mimo zaciętych bojów, staczanych przez wietnamską obronę przeciwlotniczą, zestrzelenia ponad 1700 samolotów i pomocy obozu socjalistycznego w postaci dostaw sprzętu wojskowego.

Rzeczywistość jest bolesna – Wietnam, naród, który reprezentuje dążenia i nadzieje na zwycięstwo całego pokrzywdzonego świata, jest tragicznie samotny. Naród ten musi znosić gwałtowne szturmy techniki północnoamerykańskiej, która na Południu jest niemal zupełnie bezkarna i przed którą naród ten ma pewne możliwości obrony na Północy, ale ciągle zmaga się z nią samotnie.

Solidarność postępowego świata z narodem Wietnamu przypomina gorzkie szyderstwo, jakie dla gladiatorów w cyrku rzymskim oznaczał aplauz plebsu. Nie chodzi o to, aby ofierze agresji życzyć powodzenia, lecz o to, aby dzielić jej los – towarzyszyć w śmierci albo w zwycięstwie.

Gdy analizujemy samotność Wietnamu, ta nielogiczna chwila w dziejach ludzkości napawa nas smutkiem.

Imperializm północnoamerykański jest winien agresji; jego zbrodnie są ogromne i rozrzucone po całej kuli ziemskiej.

Wiemy już o tym, panowie! Winni są jednak również ci, którzy w decydującej chwili wahali się uczynić z Wietnamu nienaruszalną część terytorium socjalistycznego, czym – owszem – ryzykowaliby wojnę światową, ale również zmusiliby imperialistów północnoamerykańskich do refleksji. Winni są także ci, którzy prowadzą wojnę polegającą na rzucaniu obelg i wzajemnym podkładaniu sobie nóg, jaką już dłuższy czas temu rozpętali przedstawiciele dwóch największych mocarstw obozu socjalistycznego.

Pytamy oczekując uczciwej odpowiedzi: czy Wietnam jest izolowany, czy nie, czy uprawia niebezpieczną ekwilibrystykę między dwoma skłóconymi mocarstwami?

Jakże wielki jest ten naród! Co za stoicyzm i męstwo! I jak doniosła lekcja wynika dla świata z jego walki!

Długo nie będziemy wiedzieli, czy prezydent Johnson miał na serio zamiar zainicjować pewne reformy, jakich potrzeba narodowi – aby wygładzić ostre kanty sprzeczności klasowych, które coraz częściej ujawniają się z siłą wybuchową. Pewne jest natomiast to, że ulepszenia, zapowiadane pod pompatyczną nazwą walki o wielkie społeczeństwo, spłynęły kanałem ściekowym wojny w Wietnamie.

Największe mocarstwo imperialistyczne czuje w swoich trzewiach krwotok, wywołany przez biedny i zacofany kraj, a bajeczna gospodarka tego mocarstwa odczuwa skutki wysiłku wojennego. Zabijanie przestaje być interesem, który monopole robią najłatwiej. Ci wspaniali żołnierze nie mają nic poza bronią zaporową, i to w niedostatecznej ilości, oraz umiłowaniem ojczyzny i swojego społeczeństwa i niezawodnym męstwem. Imperializm grzęźnie jednak w Wietnamie, nie znajduje drogi wyjścia i szuka rozpaczliwie czegoś, co pozwoliłoby mu wykręcić się z godnością od tego niebezpiecznego transu, w jaki popadł. Dręczą go „cztery punkty” Północy i „pięć punktów” Południa, które nadają konfrontacji jeszcze bardziej zdecydowany charakter.

Wszystko wskazuje na to, że pokojowi – temu kruchemu pokojowi, który tak nazwano tylko dlatego, że nie wybuchła żadna pożoga o światowym zasięgu – znów grozi załamanie, jeśli Amerykanie poczynią jakikolwiek krok, który okaże się nieodwracalny i niedopuszczalny.

Jaka zaś rola przypada nam, wyzyskiwanym tego świata? Ludy trzech kontynentów obserwują to, co dzieje się w Wietnamie i uczą się odeń. Rzecz bowiem w tym, że gdy grozi wojna, a imperialiści szantażują nią ludzkość, rzeczą słuszną jest nie bać się wojny. Powszechną taktyką ludów powinno być mocne i nieustające natarcie w każdym punkcie konfrontacji.

Jakie zadanie stoi przed nami tam wszędzie, gdzie nie został zerwany ten nędzny pokój, jaki cierpimy? Otóż za wszelką cenę powinniśmy się wyzwolić.

Panorama sytuacji światowej jest bardzo złożona. Zadanie wyzwolenia stoi jeszcze przed krajami starej Europy, które rozwinęły się na tyle, że odczuwają wszystkie sprzeczności kapitalizmu, ale są tak słabe, że nie mogą już kroczyć drogą imperializmu lub na nią wstąpić. Sprzeczności osiągną tam w najbliższym latach charakter wybuchowy, ale ich problemy i tym samym sposoby ich rozwiązania są odmienne niż w przypadku naszych zależnych i gospodarczo zacofanych narodów.

Podstawowa sfera wyzysku imperialistycznego obejmuje trzy zacofane kontynenty – Amerykę, Azję i Afrykę. Każdy kraj ma swoje cechy szczególne, ale całe kontynenty również je posiadają.

Ameryka stanowi mniej więcej jednorodną całość i niemal na całym jej terytorium absolutny prymat przypada północnoamerykańskim kapitałom monopolistycznym. Marionetkowe czy w najlepszym razie słabe i lękliwe rządy nie są w stanie przeciwstawić się rozkazom pana Jankesa. Panowanie polityczne i gospodarcze Amerykanów doszło niemal do zenitu i na tym polu nie mogą osiągnąć już wiele więcej; jakakolwiek zmiana mogłaby spowodować utratę tego prymatu. Ich polityka polega na dążeniu do zachowania dotychczasowych zdobyczy. Ich linia działania sprowadza się w chwili obecnej do uniemożliwienia rozwoju jakichkolwiek ruchów wyzwoleńczych.

Pod hasłem „nie pozwolimy na drugą Kubę” kryje się możliwość jawnej agresji – takiej jak interwencja w Santo Domingo, a wcześniej masakra w Panamie; Jankesi wyraźnie ostrzegają, że ich wojska są gotowe do interwencji w każdym punkcie Ameryki – tam wszędzie, gdzie zostanie zakłócony panujący ład i będą zagrożone ich interesy. Taka polityka prowadzona jest z niemal absolutną bezkarnością; Organizacja Państw Amerykańskich to – bez względu na całą swoją dyskredytację – wygodna maska; Organizacja Narodów Zjednoczonych jest nieskuteczna w sposób graniczący ze śmiesznością lub tragedią; armie wszystkich krajów Ameryki są gotowe do interwencji i zdławienia swoich narodów. Faktycznie powstała międzynarodówka zbrodni i zdrady.

Z drugiej strony rodzime burżuazje są dziś zupełnie niezdolne do przeciwstawienia się imperializmowi – zakładając, że kiedykolwiek były – i wloką się jedynie w jego ogonie. Nie ma już innego wyboru – pozostaje nam rewolucja socjalistyczna albo karykatura rewolucji.

Azja jest kontynentem o odmiennych cechach. Walki wyzwoleńcze, wymierzone przeciwko kilku europejskim mocarstwom kolonialnym, doprowadziły do powstania mniej więcej postępowych rządów, których późniejsza ewolucja polegała w niektórych przypadkach na pogłębieniu pierwotnych zadań narodowowyzwoleńczych, a w innych na odwrocie na pozycje proimperialistyczne.

Z gospodarczego punktu widzenia Stany Zjednoczone miały w Azji mało do stracenia i wiele do zyskania. Zmiany im sprzyjają; starają się wyprzeć stamtąd inne mocarstwa neokolonialne i przeniknąć do nowych sfer działania na polu gospodarczym – raz bezpośrednio, a innym razem wykorzystując w tym celu Japonię.

Istnieją jednak – zwłaszcza na Półwyspie Indochińskim – szczególne warunki polityczne, które sprawiają, że Azja ma kapitalne znaczenie i odgrywa ważną rolę w globalnej strategii wojskowej imperializmu północnoamerykańskiego. Za pośrednictwem co najmniej takich krajów, jak Korea Południowa, Japonia, Tajwan, Wietnam Południowy i Tajlandia osacza on Chiny.

Ta dwoista sytuacja – z jednej strony tak ważne zadanie strategiczne, jak osaczenie wojskowe Chińskiej Republiki Ludowej, a z drugiej pęd kapitałów północnoamerykańskich do spenetrowania wielkich rynków, nad jakimi jeszcze nie panują, mimo pozorów stabilizacji poza obszarem wietnamskim czynią z Azji jeden z najbardziej wybuchowych kontynentów w świecie dzisiejszym.

Wrze na Bliskim Wschodzie, który należy geograficznie do tego kontynentu, ale targany jest swoimi własnymi sprzecznościami, i nie sposób przewidzieć, do czego doprowadzi zimna wojna między wspieranym przez imperialistów Izraelem a postępowymi krajami tego regionu. To jeszcze jeden zagrażający światu wulkan.

Afryka ma to do siebie, że dla najazdu neokolonialnego jest niemal dziewiczym polem. Nastąpiły tam zmiany, które do pewnego stopnia zmusiły mocarstwa neokolonialne do odstąpienia od swoich starych, absolutnych prerogatyw. Lecz podczas gdy procesy te przebiegają nieprzerwanie, miejsce kolonializmu zajmuje bez gwałtu neokolonializm, którego skutki w dziedzinie panowania gospodarczego są takie same.

Stany Zjednoczone nie miały w tym rejonie kolonii, a teraz starają się przeniknąć na strzeżone dawniej tereny, które należały do ich wspólników. Z całą pewnością w planach strategicznych imperializmu północnoamerykańskiego Afryka stanowi na długą metę rezerwuar; jego inwestycje mają obecnie znaczenie w Unii Południowoafrykańskiej i zaczyna on przenikać do Konga, Nigerii i innych krajów, w których rozpoczyna się gwałtowna (acz przebiegająca dotychczas pokojowo) rywalizacja z innymi mocarstwami imperialistycznymi.

Imperializm ten nie ma tam jeszcze do obrony wielkich interesów z wyjątkiem swojego rzekomego prawa do interwencji w każdym punkcie kuli ziemskiej, w którym jego monopole wywęszą możliwość osiągnięcia wysokich zysków lub istnienie wielkich rezerw surowców.

Wszystko to uzasadnia pytanie, na ile na krótszą i dłuższą metę możliwe jest wyzwolenie ludów.

Jeśli chodzi o Afrykę, to dość intensywna walka toczy się w koloniach portugalskich – w Gwinei, Mozambiku i Angoli, przy czym ze szczególnym powodzeniem rozwija się ona w pierwszym z tych krajów i ze zmiennym szczęściem w pozostałych. W dalszym ciągu jesteśmy świadkami walki między następcami Lumumby i starymi wspólnikami Czombego w Kongu – walki, która w chwili obecnej zdaje się mieć korzystny przebieg dla tych ostatnich; „spacyfikowali” oni wielką część kraju, choć tli się tam ciągle wojna.

W Rodezji sprawa wygląda inaczej – imperializm brytyjski użył wszelkich mechanizmów, jakie ma do dyspozycji, aby przekazać władzę białej mniejszości; to ona ją obecnie sprawuje. Z punktu widzenia Anglii konflikt jest zupełnie nieoficjalny, tyle że zgodnie ze swoją zwyczajową przebiegłością dyplomatyczną – bez ogródek nazywaną również hipokryzją – mocarstwo to chowa się za fasadą niesmaku, jaki wzbudzają w nim kroki podejmowane przez rząd Iana Smitha, a takie podstępne zachowanie cieszy się poparciem niektórych idących w jej ślady krajów Commonwealthu, natomiast jest krytykowane przez wiele krajów Czarnej Afryki – niezależnie od tego, czy są one, czy nie posłusznymi wasalami gospodarczymi imperializmu angielskiego.

W Rodezji sytuacja może stać się niezwykle wybuchowa, jeśli wykrystalizują się tam wysiłki czarnych patriotów, którzy zamierzają chwycić za broń, i jeśli ruch ten uzyska skuteczne poparcie sąsiednich państw afrykańskich. Na razie jednak wszystkie te problemy roztrząsa się w tak nieszkodliwych organizacjach, jak ONZ, Commonwealth czy Organizacja Jedności Afrykańskiej.

Ewolucja polityczna i społeczna Afryki nie pozwala jednak przewidywać powstania tam kontynentalnej sytuacji rewolucyjnej. Walki wyzwoleńcze z Portugalczykami muszą zostać uwieńczone zwycięstwem, ale jako mocarstwo imperialistyczne Portugalia się nie liczy. Konfrontacje o znaczeniu rewolucyjnym to takie, które trzymają w szachu cały aparat imperialistyczny, co nie znaczy, abyśmy mieli zaprzestać walki o wyzwolenie trzech kolonii portugalskich i zrezygnować z dążeń do pogłębienia rewolucji w tych koloniach.

Nowa epoka zacznie się w Afryce wtedy, gdy do autentycznej walki rewolucyjnej przystąpią czarne masy Afryki Południowej czy Rodezji lub gdy w jakimś kraju zubożałe masy rzucą się do walki, aby z rąk rządzącej oligarchii wydrzeć prawo do godziwego życia.

Na razie mamy do czynienia z kolejnymi przewrotami koszarowymi, podczas których jedna grupa oficerów zastępuje inną lub obala prezydenta, który nie służy już ich interesom kastowym i interesom manipulujących nimi za kulisami mocarstw, nie ma natomiast wystąpień ludowych. Doszło do nich przelotnie – stymulowało je wspomnienie Lumumby – w Kongu, ale w ciągu minionych miesięcy straciły one na sile.

Jak widzieliśmy, w Azji sytuacja jest wybuchowa, a punkty zapalne to nie tylko Wietnam i Laos, gdzie toczy się walka. To również Kambodża, w której w każdej chwili może dojść do bezpośredniej agresji północnoamerykańskiej, Tajlandia, Malezja i oczywiście Indonezja – nie należy bowiem sądzić, że mimo unicestwienia partii komunistycznej po przejęciu władzy przez reakcjonistów, w kraju tym powiedziano ostatnie słowo. No i oczywiście Bliski Wschód.

W Ameryce Łacińskiej walczy się z bronią w ręku w Gwatemali, Kolumbii, Wenezueli i Boliwii i pierwsze zarzewia żarzą się już w Brazylii. Są też inne ogniska oporu, które zapalają się i gasną. Prawie wszystkie kraje tego kontynentu dojrzały jednak do takiej walki, która jeśli ma przynieść zwycięstwo, nie może zadowolić się niczym, co nie oznaczałoby ustanowienia rządu o charakterze socjalistycznym.

Na tym kontynencie mówi się praktycznie jednym językiem – z wyjątkiem Brazylii, ale z powodu podobieństwa obu języków narody mówiące po hiszpańsku mogą porozumieć się również z narodem brazylijskim. Między klasami tych krajów występuje w przekroju poziomym tak wielka tożsamość, że identyfikują się ze sobą w o wiele większym stopniu niż na innych kontynentach i tworzą „międzynarodowy typ amerykański”. Język, obyczaje, religia, wspólny pan i władca – to wszystko je łączy. W dużej części krajów naszej Ameryki skutki stopnia i formy wyzysku są podobne zarówno dla wyzyskiwaczy, jak i dla wyzyskiwanych. Rebelia dojrzewa w nich w przyspieszonym tempie.

Można zapytać jak zaowocuje ta rebelia, na czym będzie polegała. Od dawna twierdzimy, że z racji podobieństwa poszczególnych krajów walka w Ameryce uzyska w pewnej chwili wymiar kontynentalny. Ameryka stanie się areną wielu wielkich bitew, jakie ludzkość stoczy w walce o swoje wyzwolenie.

Te wszystkie walki czynne, jakie dziś się toczą, stanowią tylko epizody walki o zasięgu kontynentalnym, ale już wydały męczenników – będą oni figurowali w historii amerykańskiej jako ci, którzy – gdy było to konieczne – oddali swoją krew na ostatnim etapie walki o pełne wyzwolenie człowieka. Zostaną tam zapisane nazwiska komendanta Turciosa Limy, księdza Camilo Torresa, komendanta Fabricio Ojedy, komendantów Lobatona i Luisa de la Puente Ucedy – pierwszoplanowych postaci ruchów rewolucyjnych Gwatemali, Kolumbii, Wenezueli i Peru.

Czynna mobilizacja ludu rodzi jednak nowych przywódców – César Montes i Yon Sosa wznoszą sztandar w Gwatemali, Fabio Vásquez i Marulanda czynią to w Kolumbii, a Douglas Bravo i Américo Martín kierują frontami w Wenezueli – pierwszy na zachodzie kraju, drugi w El Bachiller.

W tych i innych krajach amerykańskich powstaną nowe zarzewia wojny, tak jak to już się stało w Boliwii, i doznają zmiennych kolei losu, jakie są udziałem tych, którzy obierają niebezpieczny zawód nowoczesnego rewolucjonisty. Wielu polegnie padając ofiarą swoich własnych błędów, inni padną w ciężkim boju, który nadciąga; w ogniu walki rewolucyjnej wyłonią się nowi bojownicy i nowi przywódcy. Lud ukształtuje swoich bojowników i przewodników na gruncie selekcji, jaką pociąga za sobą sama wojna. Przybywało też będzie Jankesów – agentów aparatów represji. Dziś są obecni we wszystkich krajach, w których prowadzona jest walka zbrojna, jako doradcy; wygląda na to, że armii peruwiańskiej, również mającej za doradców Jankesów i przez nich szkolonej, udała się obława na rewolucjonistów. Jeśli jednak ogniska wojny wykażą się dostateczną zręcznością polityczną i wojskową, staną się praktycznie nie do pobicia i zmuszą Jankesów do wysłania dalszych sił. W samym Peru nowe, jeszcze niezbyt znane postaci z uporem i wytrwale reorganizują walkę partyzancką. Przestarzałą broń, służąca do walki z małymi bandami zbrojnymi, stopniowo zastąpi nowoczesne uzbrojenie, a grupy doradców zastąpią żołnierze północnoamerykańscy; w pewnej chwili okaże się, że aby zapewnić względną stabilność władzy, gdy w wyniku bojów z partyzantką marionetkowa armia narodowa idzie w rozsypkę, konieczna jest wysyłka coraz liczniejszych kontyngentów wojsk regularnych. To droga Wietnamu – droga, jaką powinny pójść ludy; to droga, którą pójdzie Ameryka, przy czym tu cechą szczególną jest to, że działające w krajach sąsiednich grupy zbrojne będą mogły tworzyć coś w rodzaju rad koordynacyjnych, aby utrudnić w ten sposób zadania represyjne imperializmu jankeskiego i ułatwić sobie działalność.

Ameryce, kontynentowi zapomnianemu w toku niedawnych walk politycznych o wyzwolenie, który za pośrednictwem awangardy swoich ludów – rewolucji kubańskiej – zaczyna dochodzić do głosu na forum Organizacji Trójkontynentalnej, przypadnie o wiele ważniejsze zadanie stworzenia drugiego czy trzeciego Wietnamu – drugiego czy trzeciego Wietnamu na świecie.

W ostatecznym rachunku należy wziąć pod uwagę to, że imperializm jest systemem światowym – ostatnim stadium kapitalizmu – i że należy pokonać go w toku wielkiej konfrontacji światowej. Celem strategicznym tej walki musi być zniszczenie imperializmu. Na nas, wyzyskiwanych i zacofanych ludach świata, spoczywa zadanie pozbawienia imperializmu baz wsparcia – naszych uciskanych narodów, z których wyciska on kapitały, u których zaopatruje się w surowce, techników i tanią siłę roboczą i do których eksportuje nowe kapitały stanowiące narzędzia panowania, broń i wszelkiego rodzaju wyroby, pogrążając nas w absolutnej zależności.

Zasadniczym aspektem tego celu strategicznego będzie więc rzeczywiste wyzwolenie ludów – wyzwolenie, które w większości przypadków nastąpi poprzez walkę zbrojną i prawie niechybnie przeistoczy się w Ameryce w rewolucję socjalistyczną.

Stawiając sobie za cel zniszczenie imperializmu należy zidentyfikować jego głowę – a są nią Stany Zjednoczone Ameryki Północnej.

Powinniśmy zrealizować ogólne zadanie, którego celem taktycznym będzie wyciągnięcie wroga ze swojego środowiska i zmuszenie go do walki tam, gdzie jego nawyki życiowe zderzają się z panującą rzeczywistością. Nie należy gardzić przeciwnikiem; żołnierz północnoamerykański jest dobrze wyposażony technicznie i wspierany tak potężnymi środkami, że staje się groźny. Zasadniczo brakuje mu motywacji ideowej, której dość mają natomiast jego najzacieklejsi dziś rywale – żołnierze wietnamscy. Z tą armią możemy wygrać tylko w tej mierze, w jakiej uda nam się poderwać jej morale. Podrywa się je zadając armii klęski i nieustanne cierpienia.

Ten pobieżny szkic drogi prowadzącej do zwycięstwa wymaga od ludów ogromu poświęceń, których należy żądać od dziś i czynić to otwarcie; być może będą one mniej uciążliwe aniżeli te cierpienia, jakie musiałyby one znosić, gdybyśmy unikali nieustannie walki w nadziei, że inni wyjmą za nas kasztany z ognia.

Jest bardzo prawdopodobne, że w ostatnim kraju, który się wyzwoli, obejdzie się bez walki zbrojnej i jego ludowi zostaną oszczędzone cierpienia takiej przewlekłej i okrutnej wojny, jaką prowadzą imperialiści. W ramach zmagań o zasięgu światowym może się jednak okazać, że nawet taki kraj nie jest w stanie uniknąć walki lub jej skutków i jego lud dozna takich samych czy jeszcze większych cierpień. Nie możemy przepowiedzieć przyszłości, ale pod żadnym pozorem nie wolno nam ulegać kunktatorskiej pokusie wystąpienia w roli chorążych ludu, który pragnie wolności, ale odmawia walki, jakiej ona wymaga, i czeka na zwycięstwo jak na okruch cudzego zwycięstwa.

Absolutnie słuszne jest unikanie wszelkich zbędnych poświęceń. Dlatego tak duże znaczenie ma wyjaśnienie, jakie są realne możliwości wyzwolenia się zależnej Ameryki w sposób pokojowy. Dla nas odpowiedź na to pytanie jest jasna – może chwila obecna jest, a może nie jest odpowiednia do wzniecenia walki, lecz nie możemy ani nie mamy prawa łudzić się, że bez walki uzyskamy wolność – przy czym boje, jakie nas czekają, nie będą ani zwykłymi walkami ulicznymi, w których odpowiada się kamieniami na gazy łzawiące, ani pokojowymi strajkami generalnymi; nie będzie to też walka rozwścieczonego ludu, który w ciągu dwóch czy trzech dni zniszczy rusztowanie represyjne rządzących oligarchii; będzie to długotrwała i krwawa walka, w której front będzie przebiegał w kryjówkach partyzanckich, w miastach, w domach bojowników – aparaty represji będą szukały tam łatwych ofiar w postaci członków ich rodzin – i wśród masakrowanego chłopstwa, w zniszczonych wskutek bombardowań wroga wsiach i miastach.

Oni popychają nas do tej walki; nie ma innego wyjścia – należy się do niej przygotować i zdecydować się na jej podjęcie.

Początki nie będą łatwe – będą bardzo trudne. Oligarchie posłużą się całym swoim potencjałem represyjnym, całą swoją zdolnością do brutalnych działań i posunięć demagogicznych. W pierwszej fazie naszym zadaniem jest przetrwanie; następnie zacznie działać przemożny przykład partyzantki uprawiającej propagandę orężem w wietnamskim znaczeniu tego terminu – to znaczy szerzącej echo wystrzałów, bojów, które się wygrywa lub przegrywa, ale które się toczy z nieprzyjacielem. Udziela się ona wydziedziczonym masom i przekonuje je niezbicie, że partyzantka jest niezwyciężona. Galwanizuje ducha narodowego, przygotowuje do najcięższych zadań, pozwala wytrzymać najgwałtowniejsze nawet represje. Czynnikiem walki jest nienawiść – nieprzejednana nienawiść do wroga, która wykracza poza naturalne ograniczenia istoty ludzkiej i czyni z niej efektywną, gwałtowną, selektywną i zimną maszynę do zabijania. Tacy też powinni być nasi żołnierze – lud, którym nie powoduje nienawiść, nie może pokonać brutalnego wroga.

Wojnę należy prowadzić tam, gdzie prowadzi ją wróg – w jego domach i lokalach rozrywkowych, uczynić ją totalną. Należy sprawić, aby poza swoimi koszarami, a nawet w ich obrębie nie miał ani chwili wytchnienia, ani chwili spokoju, atakować go gdziekolwiek się znajdzie, zmusić, aby czuł się wszędzie jak osaczony drapieżnik. Jego morale zacznie wówczas upadać. Stanie się jeszcze bardziej bestialski, ale pojawią się u niego oznaki rozkładu.

Niech rozwinie się prawdziwy internacjonalizm proletariacki, niech powstaną międzynarodowe armie proletariackie, a sztandar, pod którym się walczy, niech stanie się świętą sprawą odkupienia ludzkości, niech śmierć pod flagą Wietnamu, Wenezueli, Gwatemali, Laosu, Gwinei, Kolumbii, Boliwii, Brazylii – że wymienimy tylko obecne teatry walki zbrojnej – będzie równie chwalebna i pociągająca dla Amerykanina, Azjaty, Afrykanina, a nawet Europejczyka.

Każda kropla krwi przelana na terytorium, pod którego sztandarem nie przyszło się na świat, to doświadczenie zebrane przez tego, kto przeżył, po to, aby zastosować je następnie w walce o wyzwolenie kraju, z którego pochodzi. Wyzwolenie każdego kolejnego ludu jest kolejną wygraną batalią o wyzwolenie swojego własnego.

Czas, abyśmy złagodzili nasze rozbieżności i poświęcili wszystko walce, która nas czeka.

Wszyscy wiemy, że walczącym o wolność światem wstrząsają wielkie kontrowersje – nie ma co tego ukrywać. Wiemy też, że nabrały one tak ostrego charakteru, iż dialog i ugoda wydają się bardzo trudne, a nawet niemożliwe. Zastanawianie się, jak nakłonić spierające się strony do dialogu, którego unikają, jest bezcelowe. Obok jest wróg, który zadaje nam codziennie ciosy i grozi, że zada następne, toteż te właśnie ciosy połączą nas dziś, jutro lub pojutrze. Ci, którzy najszybciej zdadzą sobie z tego sprawę i przygotują się do tej nieodzownej jedności, zaskarbią sobie uznanie ludów.

Ze względu na jadowitość i nieustępliwość, z jaką w sporze tym broni się każdego swojego stanowiska, my, wydziedziczeni, nie możemy brać jednej czy drugiej strony lub opowiadać się za taką, a nie inną formą wyrażania rozbieżności, nawet jeśli zgadzamy się czasami ze jakimś stanowiskiem jednej czy drugiej strony lub zgadzamy się w większym stopniu z jedną niż drugą stroną. To chwila walki, a sposób, w jaki ujawniają się obecne rozbieżności, stanowi o naszej słabości, ale biorąc pod uwagę ich ostrość złudne byłoby mniemanie, że można zażegnać je słowami. Historia albo je zatrze, albo wyjaśni, o co naprawdę w nich chodzi.

Wszelkie rozbieżności taktyczne, a więc takie, które dotyczą metod działania i służą osiągnięciu ograniczonych celów, należy w naszym walczącym świecie analizować z szacunkiem, na jaki zasługują cudze poglądy. Nieustępliwi musimy być natomiast wtedy, gdy chodzi o wielki cel strategiczny – o całkowite zniszczenie imperializmu.

Wyjaśnijmy więc zwięźle, co oznaczają nasze dążenia do zwycięstwa. Chodzi o zniszczenie imperializmu poprzez eliminację jego najsilniejszego bastionu – imperialistycznego panowania Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Zadaniem taktycznym jest stopniowe wyzwalanie ludów, jednego za drugim czy grupowo, i wciąganie wroga do walki poza jego własnym terytorium oraz pozbawianie go baz wsparcia, jakimi są terytoria zależne.

Oznacza to długotrwałą wojnę – i to, powtórzmy, wojnę okrutną. Niech nikt nie żywi złudzeń, gdy ją wszczyna i niech nikt nie waha się jej wszcząć z obawy o skutki, jakie może ona pociągnąć dla jego ludu. W niej jest niemal jedyna nadzieja na zwycięstwo.

Nie możemy uniknąć wyzwania chwili. Pokazuje nam to Wietnam udzielając nieustannie lekcji heroizmu – swojej tragicznej i codziennej lekcji walki i śmierci w imię ostatecznego zwycięstwa.

Żołnierzy imperializmu czeka tam niewygoda ludzi przywykłych do stopy życiowej, jaką chełpi się naród północnoamerykański, którzy muszą stanąć oko w oko z wrogą im ziemią, niepewność tych, którzy nie mogą zrobić kroku nie czując, że stąpają po wrogim terytorium, śmierć tych, którzy wychodzą poza umocnione reduty, nieustająca wrogość całej ludności. To wszystko ma swoje reperkusje w samych Stanach Zjednoczonych – sprawia, że zaostrza się czynnik, który imperializm łagodził, gdy był pełen wigoru: walka klas nawet na jego własnym terytorium.

Jakże świetlana i bliska byłaby przyszłość, gdyby na powierzchni kuli ziemskiej nastąpił rozkwit dwóch, trzech, wielu Wietnamów! Co prawda spowodowałby on śmierć i ogromne tragedie, ale nasze codzienne bohaterstwo, ciosy zadawane raz po raz imperializmowi i coraz silniejsze porywy nienawiści ze strony ludów całego świata zmusiłyby go do rozproszenia sił.

Jakże wielka i bliska byłaby przyszłość, gdybyśmy wszyscy potrafili się połączyć – tak, aby każdy nasz cios był tym mocniejszy i celniejszy, a wszelka pomoc dla walczących ludów – tym skuteczniejsza!

Jeśli nam, którzy w maleńkim punkcie na mapie świata spełniamy powinność, jaką wzięliśmy na siebie i w toczącej się walce oddajemy do wszystko, na co nas stać – w sumie niewiele: nasze życie i poświęcenie – przyjdzie pewnego dnia wydać ostatnie tchnienie na tej czy innej – ale już naszej, bo zroszonej naszą krwią – ziemi, niechaj będzie wiadomo, że znany był nam wymiar naszych czynów i że uważamy się jedynie za elementy wielkiej armii proletariatu, ale że zarazem jesteśmy dumni, iż nauczyliśmy się od rewolucji kubańskiej i jej wielkiego przywódcy czegoś, co emanuje z ich postawy w tej części świata, a co streszcza się w następujących słowach: „Cóż znaczą niebezpieczeństwa lub poświęcenia jednego człowieka czy narodu, gdy w grę wchodzą losy ludzkości?”

Całe nasze działanie jest wołaniem o wojnę z imperializmem i błaganiem o jedność ludów w walce z wielkim wrogiem rodzaju ludzkiego – Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Gdziekolwiek zaskoczy nas śmierć, będzie mile widziana, o ile tylko to nasze wojenne wołanie dotrze do przychylnego mu ucha i czyjaś dłoń sięgnie po broń, która wypadnie nam z ręki – o ile inni będą gotowi zaintonować pieśni żałobne pośród terkotu karabinów maszynowych i nowych wołań o wojnę i zwycięstwo.

——————————————————————————–

Źródło:

http://chomikuj.pl/tropik3/ZSRR/Marksizm/Che+Guevara+*e2*80*93+Or*c4*99d...

Portret użytkownika Poe
 #

Che był geniuszem pod względem pisania rewolucyjnych dzieł. To jedno z nich.

 
Portret użytkownika Bonpo
 #

Tako  rzecze  pewien  lewicowy portal :
"Jednak również niepostkomunistyczna lewica popełniła w tej kwestii ciężki grzech zaniedbania, rzadko sięgając do rodzimych tradycji. Wolała ona rozważać koleje losu „Che” Guevary niż kultywować pamięć o polskich bohaterach walk o socjalizm; wolała analizować kolektywy z czasów hiszpańskiej wojny domowej niż przypomnieć dorobek potężnego polskiego ruchu spółdzielczego i takie jego lewicowe perły, jak choćby Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa. Jednak i do nich trudno mieć pretensje, jeśli mamy na uwadze wspomniane zerwanie ciągłości historycznej z jednej strony oraz wieloletnie zmonopolizowanie pojęcia „lewica” przez komunistów – z drugiej."
" Uważamy, że ubogi robotnik Stefan Okrzeja, bohaterski bojownik o niepodległość i socjalizm, to lepszy wzór osobowy niż zblazowany bawidamek i współtwórca kubańskiego reżimu, „Che” Guevara. Uważamy, że Stanisław Brzozowski i jego próby pogodzenia marksizmu z katolicyzmem są nie mniej warte analizy niż wywody francuskich maoistów o świętym Pawle."
   W  związku  z  powyższym   rodzi  się   zasadnicze   pytanie ; mianowicie  skąd wzięła ta  wrogość  i  niechęć  socjalistów do  komunistów  i  vice  versa ?  Skąd  te  porażające  różnice ?  Kto  zatem  kłamie i  czemu i komu  ma  to  służyć ? ,  bowiem  odwiedzając  obydwie  strony  internetowe  polskich  komunistów  i  socjalistów  , czytelnika  czeka  swoista  ideowa   degrengolada i  totalne "  skołowanie " . Czy  obu  ideologiom  nie  chodziło  o  zniesienie  wyzysku  człowieka  przez  człowieka  oraz  walkę  o  godność  człowieka  - robotnika ? ,  opiekę  nad  ludźmi  z  różnych  powodów  wykluczonych  i  wyrzuconych z   jazdy   na  rozpędzonej ,  zdehumanizowanej  kapitalistycznej  karuzeli ?  Kim  więc  mam  być będąc  osobą  oddaną  całym  sercem  powyższym  ideom ? ;  socjalistą  czy     apologetą  i  fanem   " komunistów  -  zbrodniarzy " o  czym  wielokrotnie informuje  mnie  ten  portal . Jeśli  poruszyłbym  tę  bardzo istotną  kwestię    na  forum KMP ( z  którego  notabene  mnie  usunięto  za   zadawanie  zbyt  kłopotliwych i  trudnych  pytań   tamtejszemu  aktywowi ) ,  wywołałbym  swoiste  tsunami ;  a  teksty  prezentowane w  tym  portalu  zostaną  uznane  za  stek  bzdur i pojawią  się liczne  kontrargumenty .Zatem  jak było i jak  jest jest  naprawdę ?

 
Portret użytkownika cinco
 #

W tym konkretnym przypadku stąd, że współcześnie tzw socjaliści to w sporej mierze drobnomieszczańscy aktywiści z "kawiorowych klubów dyskusyjnych" częstokroć oddaleni od robotników jako takich (tu: lewica.pl czy Młodzi Socjaliści). Często też brak im twardej, marksistowskiej analizy społeczeństwa względem klasowym - dla wielu takich socjalizm to kapitalistyczne państwo o socjalnym charakterze, vide np Szwecja.

Z kolei komuniści to w Polsce w większości w rzeczywistości pasjonaci historii (w tym KMP), którzy nie umieją przystosować się do zastanych warunków (na ten przykład redakcja Władzy Rad aktywnie wspiera PPP).

Do tego spora ich część to staliniści (lub nawet maoiści - czy raczej "maoiści" - jak się zdarzało), którzy twierdzą, ze do upadku bloku wschodniego doprowadził imperialistyczno-żydowski spisek (lub coś w tym stylu), względnie "Solidarność" i nie chcą zaakceptować roli nomenklatury w całości. Takie grupki "pasjonatów historii" często łączą się w różne sekty polityczne próbując zawojować świat przez internet lub organizując kilku- lub kilkunastoosobowe marsze.

Te grupki to dwa różne światy, ale podobnie oddalone od ruchu robotniczego. Tzw socjaliści prowadzą bezcelowe dyskusje w swoich klubach, komuniści z sekt rewolucyjnie dyskutują - a ruch robotniczy (w sporej mierze związkowy) żyje własnym życiem.

 
Portret użytkownika Bonpo
 #

Cinco ; serdeczne  dzięki  za  sensowne  wyjaśnienie .Jeśli  pozwolisz  zadam  jeszcze jedno krótkie pytanie ; jak  na  tle  ideowym portalu WR ; "  wypada " PPS  , z  tym  że  jej " lewoskrzydłowa " część . Z  mojej  niezbyt  dogłębnej orientacji , wiem , iż  Lenin bardzo krytycznie  odnosił  się  do  jej  działalności  uznając  ją  za  formację bezdyskusyjnie oportunistyczną . Owszem , " ładniutka "  strona internetowa PPS  widnieje na  tafli  monitora ..... i  nic  poza  tym .O  ile  nieliczne  grupki  apologetów  towarzysza Wissarionowicza  i  Pol  Pota   od  czasu  do  czasu   wyłaniają  się   z  bytu  wirtualnego  i  " coś "  próbują  zdziałać  "  na  ulicy "  to   PPS    jest   formacją  istniejącą  wyłącznie w  przestrzeni  wirtualnej   pełnej    jedynie " działalności "   teoretycznej .Natomiast z  forum KMP  zostałem  usunięty  pytając  tamtejszych  fanów  tow.Mao  , czy  stosowanie  zatrważająych  tortur ,  mordowanie ,  pałowanie i  obłąkańcze  kopanie  leżących ludzi ( Tybetańczyków ) oraz  zamienienie ich kultury w   dymiące  zgliszcza ;  wpisują  się w  etykę humanizmu socjalistycznego.No cóż ; ich  sprawdzone  narzędzie  dydaktyczne w postaci niezawodnej  pałki u  pasa ;  zostało  zastąpione banem ; co  powinno  cieszyć  ocalonego " cudem "  rewizjonistę ......

 
Portret użytkownika cinco
 #

Współczesna PPS mało ma wspólnego z tą dawną, z licznymi frakcjami, do której nawet i Bierut należał. Tu dobry tekst o historii PPS >> http://www.1917.net.pl/node/4122
Względem krytyki przez Lenina - Róża Luksemburg też się wypowiadała >> http://www.1917.net.pl/node/6337
Choć swoje osiągnięcia mieli >> http://www.1917.net.pl/node/5517

Dzisiejsze PPS to natomiast coś w stylu KPP, ale bardziej "demokratyczne" i nawet mniejsze. Bo o ile spora część KPP to weterani UB i SB "tęskniący za lepszymi czasami", o tyle PPS to filozofujący dziadkowie o bardziej demokratycznym nastawieniu. Problem w tym, że poza filozofowaniem - tak jak KPP poza ładnymi pochodami - nie chcą włączyć się w politykę. Koniec końców nawet MS - ich dawna młodzieżówka, nota bene dużo większa niż PPS - uznała ich za mało interesujących ( http://www.1917.net.pl/node/2512 ).

Z KMP ciężko dyskutować, bo stalinizm jak widać to bardziej religia niż jakakolwiek nauka.

Sam atak na Tybet jest przejawem imperializmu chińskiej nomenklatury. Z drugiej strony - by nie wybielać władz Tybetu jako kompletnych ofiar - przed chińską inwazją panowały tam jeszcze stosunki feudalne i religijny zamordyzm, często krwawo przestrzegany.

Choć oczywiście niczemu winna nie jest prosta, pragnąca suwerenności ludność, która traktowana jest tak, jak to towarzysz wyżej opisał. Problem w tym, że teraz służy to tylko i wyłącznie interesom wielkiego kapitału oraz chińskiej nomenklatury i nijak ponadto - chyba, że komuś podoba się praca za 1,5$ dziennie.

 
Portret użytkownika Bonpo
 #

Oczywiście ,  tybetański    feudalny  autokratyzm  jest  nie do  przyjęcia i  nie  do   pogodzenia z  "  zachodnią " demokracją ; naturalnie  nie  tą  w  wydaniu  imperialistycznych  siepaczy .Wiesz ,  osobiście   nie  chciałbym by  o moim  życiu  i  tym co  mi  wolno a  czego  nie ; decydowali  faceci w  sukienkach z  Gelukpy  czyli  tzw. oficjalnego "  kościoła "  tybetańskiego .Sens  tego  znaczenia  jest  mimo  wszystko  groteskowy bo  z  czymże  może  się kojarzyć  jak  z   supremacją i  trzymaniem  za  przysłowiową  mordę  społeczeństwa    ;  aczkolwiek  bez  stosów  , krucjat ,  masakr  i " religijnych    wojen " i  jatek  w  imię  jedynie  słusznych idei i  uszczęśliwiania  nią  osób  tym  nie  zaintresowanych  , co  mimo wszystko  znacznie  odróżnia   buddyzm  od ekstremistów   wariatów - morderców   judeochrześciajńskich czy  islamskich  .Niemniej  jednak  w  historii  kultury tybetańskiej  " zreformowana " - jedna  ze  szkół  budddyzmu  tybetańskiego  - Gelukpa ; zapisała  się  niechlubnie na  kartach  historii   pełnej  haniebnych  politycznych  intryg i  wręcz żenujących , obłąkańczych  batalli  o  stołki ,  wpływy i  władzę   zwalczając   przy  okazji  bardzo  skutecznie  pozostałe  trzy "  szkoły " buddyjskie tzw. "czerwonych  czapek "; osób ogólnie  pełnych  naturalnego " luzu " i  nie  akceptujących  żadnych  form  trzymania  ich "  na  smyczy " oraz  generalnie : nie  aspirujących  do  samotnych   nocy , ogolonej  głowy , braku  napoju  w  kielichu  czy   traktowania kobiet  niczym  kamieniujący  je  panowie  z  sąsiedniego Bliskiego  Wschodu .W  związku  z  tym , byli  po  prostu  i  najzwyczajniej prześladowani ;  co  z  etyką  buddyjską  ma  tyle  wspólnego  , co ja  z  antyludzkimi ,  oderwanymi  od natury  człowieka  bredniami  Krk  nazywanymi "  Nauką  społeczną " .
Natomiast  tzw." Rewolucja kulturalna " , moim  zdaniem  była  kolejną ; niczym  nie  różniącą  się  od  religijnego  obłędu ; straszliwą  jatką  godną  średniowiecznego  religijnego szaleństwa . Nie  cieszy  mnie  klerykalna  autokracja  lecz  jeszcze  mniej  cieszy  rozwiązywanie tych  kwestii ; w  wydaniu  rzekomo  światłych i  cywilizowanych  towarzyszy ;  za  pomocą  tortur i  eksterminacji  Narodu  ze  swą  unikalną  kulturą . Fani  tow.Mao  zapomnieli  chyba w  pokojowy , rozsądny  i  cywilizowany sposób  poinformować  tych   wielu  inteligentnych , mądrych   i  wartościowych   ludzi , że  można  orać  pole  czymś  innym  od  sprzętu  sprzed  setek  lat  albo , że  córka  w  rodzinie  ma  prawo  wybrać  i  poślubić  w  sposób  dobrowolny  swego  partnera a  nie  zostać  przydzielona  bez jakiejkolwiek  dyskusji  komukolwiek ; kto  ma  atrakcyjny  inwentarz i  włości . Chyba  warto było spróbować  podjąć  owe  kwestie  nie  używając do  tego celu   pałek i  tortur . Ale to  już  temat  na  osobną " opowieść ".
Tymczasem towarzysze  z KPP  i  ich  apologeci  , uznają   ową  zbrodniczą  okoliczność ;  którą  notabene  ma  w  d.....  od   ponad  pół  wieku   wielki  imperator zza  Oceanu  i  obrońca   uciśnionych ;  za  powód  swej  największej  chluby  i  swoiste  szczytowe  osiągnięcie   komunistycznej  myśli  humanistycznej  ;  co  było  bardzo  wymowne ; gdy  z  zaciśniętym  ze  wzruszenia  gardłem , rozmawiałem  osobiście ( wielu  z  nich  zna  angielski ) z  jednym z  tybetańskich lamów -  emigrantów ; notabene człowiekiem   ujmującym   swą  skromnością  i  człowieczeństwem .
Nie ,  nie  obnażał  się   z odzieży  by mi  pokazać  na swym  ciele pamiątki  maoistycznego  miłosierdzia ;  wystarczyło  spojrzeć  na zniekształconą i  pooraną  bliznami  po  razach  twarz ;  by   wyłoniła  się   refleksja  p.Nałkowskiej " Ludzie  ludziom zgotowali ten los "....

 
Portret użytkownika Bonpo
 #

p.s. Przepraszam za literówki .Niedowład kończyny dał o sobie znać....

 
Portret użytkownika cinco
 #

Religia w systemach feudalnych, koniec końców, miała za zadanie legitymować władzę. Nie jestem do końca pewien na jakiej podstawie działało to w Tybecie (o ile się nie mylę - chodziło o poszukiwanie "kolejnych wcieleń" władcy, czym zajmowały się specjalne grupy duchownych z dworów, sprawdzając, czy dane dziecko to ów reinkarnacja; w takim razie, ideologicznie, daje to ciągłą władzę jednej osoby na przestrzeni wieków - w praktyce wiadomo), niemniej normalną rzeczą jest w takiej sytuacji zwalczanie wszelkich konkurentów (vide inkwizycja, karanie herezji etc; dopiero w czasach Renesansu wyodrębniły się większe grupy innych wyznań chrześcijaństwa) i grup, które mogłyby doprowadzić do zmiękczenia (liberalizacji) skostniałego systemu (a na tym zazwyczaj opiera się władza "głównego" kościoła, "głównej" grupy wyznaniowej - na stałym kultywowaniu tych samych obrzędów, najlepiej bez większych zmian).

Rewolucja kulturalna miała to do siebie, że przede wszystkim była ideologicznym pretekstem Mao do jego zagrywek politycznych. W pewnym momencie władzę przejęli biurokraci - odsuwając od niej jego i dajac mu bardziej stanowiska honorowe niż takie, które pozwoliłyby mu coś zdziałać.

Mao za to wolał mieć wpływ na politykę kraju - wykorzystał więc w większości młodzież do jje przejęcia, inna rzecz, że z fatalnymi skutkami. Jak bardzo związani byli z tym robotnicy widać choćby po walkach, jakie prowadzili z czerwonogwardzistami, by nie przerywali im pracy.

Sama "rewolucja kulturalna", czyli swoisty "skok do komunizmu" to antymarksistowski nonsens. Niby jak, w ciągu nawet dekady, "przeskoczyć" z jednego stadium rozwoju społeczeństwa na kompletnie inny? To tak, jak gdyby próbować przeskoczyć z feudalizmu wprost do komunizmu - Mao na dobra sprawę próbował podobnej rzeczy. Chiny, szczególnie w pierwszych latach jego rządów, powoli wydobywały się z feudalizmu zamieniając się w to, czym był ZSRR - zdegenerowane, zacofane gospodarczo (w ZSRR industrializacja została przeprowadzona w latach 30, w Chinach jeszcze później - między 1960 a 1990; w 1960r 60% gospodarki Chin stanowiło rolnictwo), zbiurokratyzowane państwo robotnicze, którym - wedle założeń maoizmu - rządzić miało chłopstwo (czyli w praktyce partia).

Koniec końców, pomimo zniszczeń, biurokracja jakoś powróciła na tory prowadzące do restauracji kapitalizmu z zyskiem dla biurokratów (polityka Denga Xiaopinga).

 

Społeczność

Ochotnik