Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 17 gości.

Krzysztof Miśkiewicz: Samorząd gospodarczy czyli władza w rękach biznesu

biznes.jpg

Kilka dni temu przedsiębiorcy zrzeszeni w Business Centre Club, Krajowej Izbie Gospodarczej, Naczelnej Radzie Zrzeszeń Handlu i Usług, Polskiej Radzie Biznesu oraz Związku Rzemiosła Polskiego zaprezentowały wspólny projekt powołania do życia powszechnego samorządu gospodarczego. Instytucja ta miałaby charakter publiczno-prawny i działałaby za zasadzie swoistego Parlamentu Przedsiębiorców, w którym reprezentowane byłyby wszystkie grupy przedsiębiorców, bez względu na charakter ich biznesu i wielkość. Projekt ustawy o samorządzie gospodarczym, który wkrótce ma trafić do Sejmu przewiduje, że ta nowa organizacja przejęłaby od państwa część kompetencji stymulujących rozwój przedsiębiorczości oraz dałaby drobnemu biznesowi w Polsce realny wpływ na proces legislacyjny.
 
 
Samorząd gospodarczy w swojej powszechności i formie jest wzorowany na samorządzie terytorialnym i podobnie tak jak on finansowany miałby być z pieniędzy podatników (200 mln zł. rocznie). Przeciwko temu projektowi opowiedziała się już część pracodawców z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” oraz większość społeczeństwa. Krytyka społeczna w głównej mierze skupiła się na kwestii finansowania kolejnego już biznesowego bytu z pieniędzy podatników, natomiast „Lewiatan” bliżej przyjrzał się konkretnym zapisom tego projektu i nie zostawił na nim suchej nitki. Na ogół bardzo rzadko zgadzam się z ekspertami „Lewiatana”, ale akurat w tym przypadku podpisuję się pod tą krytyką obiema rękami. Przede wszystkim przedsiębiorcy z „Lewiatana” poddali w wątpliwość ideę jednego, wspólnego frontu wszystkich pracodawców. „Zróżnicowanie interesów różnych firm: prywatnych i państwowych, małych i dużych, eksporterów i importerów sprawia, że bardzo trudno jest uzgodnić jedno stanowisko w większości spraw. Jeżeli nie możemy wypracować wspólnych postulatów legislacyjnych, to czy istnieje inne uzasadnienie ponoszenia przez społeczeństwo znacznych kosztów budowania reprezentacji wszystkich przedsiębiorców”? Projektodawcy podają przykład Niemiec, gdzie taki samorząd gospodarczy jest utrzymywany z budżetu państwa i gdzie ponoć się sprawdził.
 
 
Tyle, że nie tylko niemieckie społeczeństwo, ale także sami przedsiębiorcy plują sobie teraz w brodę, że zgodzili się na taką formę reprezentacji. Niemiecki samorząd gospodarczy to obecnie ogromnie kosztochłonna i zbiurokratyzowana instytucja (20 tys. pracowników administracyjnych) niezdolna, co oczywiste, do podejmowania decyzji w interesie wszystkich. Stąd między innymi powstanie innej, alternatywnej dla samorządu organizacji – Związku Przemysłów Niemieckich (BDI). „Lewiatan” słusznie zauważył, że kompetencje tego samorządu zapisane w projekcie ustawy pokrywają się z już istniejącymi uprawnieniami organizacji przedsiębiorców. „Projekt ustawy o samorządzie gospodarczym nie wskazuje katalogu zadań publicznych, które samorząd miałby przejąć od władzy państwowej.
 
 
Pozostałe wskazane w projekcie kompetencje (reprezentowanie interesów członków wobec administracji rządowej i samorządowej, prawo opiniowania projektów aktów prawnych, prowadzenie szkoleń zawodowych i potwierdzanie uzyskania uprawnień do wykonywania zawodu, prowadzenie sądownictwa polubownego) mają obecnie funkcjonujące organizacje pracodawców i izby gospodarcze, finansowane z dobrowolnych składek”. Mnie osobiście bardzo zaniepokoiła wypowiedź Andrzeja Arendarskiego, prezesa KIG, który powiedział, że samorządy gospodarcze przejęłyby od państwa działania na rzecz rozwoju gospodarki, realizując je lepiej, taniej i według rzeczywistych potrzeb przedsiębiorców.
 
 
Po pierwsze, nie rozumiem co pan prezes ma na myśli mówiąc taniej? Bo chyba nie te 200 mln zł. na utrzymanie biurokracji samorządowej w czasie kiedy tyle mówi się w kręgach samych przedsiębiorców o zmniejszaniu wydatków publicznych. Po drugie, nie ma i nie będzie zgody na forsowanie przez taki samorząd zmian w prawie przenoszących koszty rozwoju przedsiębiorczości na samych pracowników, co niestety jest od lat głoszone przez istniejące już organizacje biznesowe.
 
Po trzecie, do tej pory organizacje pracodawców dosyć skutecznie lobbowały za zmiękczaniem i uelastycznianiem prawa pracy, marginalizowaniem roli związków zawodowych, a także zmniejszaniem obciążeń podatkowych, więc nie rozumiem co może się jeszcze kryć pod eufemistycznym sformułowaniem „rzeczywiste potrzeby przedsiębiorców”?
 
Przyznam się, że moja wyobraźnia tak daleko jeszcze nie sięga.
 
Tekst ukazał się na blogu http://krzysztof-miskiewicz.blog.onet.pl/

Portret użytkownika kaszebskorewolucejopl
 #

W Szwecji są branżowe związki pracodawców analogicznie jak branżowe związki zawodowe i to one się przecież dogadują między sobą w zakresie chociażby płac. Skoro model szwedzki dobrze działa, to po kiego rozważa się model niemiecki który średnio działa?

A poza tym jakoś trudno mi wyobrazić sobie wspólny front jednoosobowych firm typu "jestem księgową czy kafelkarzem i działam jako samozatrudniony/a, całym moim majątkiem jest moja wiedza, doświadczenie i narzędzia które mieszczą się w 2 torbach" oraz firm typu Carrefour, Orlen i BZ WBK.

Niezależnie od kwestii klasowej, ten pomysł czysto logicznie sie po prostu nie trzyma kupy... No ale autorytety wymyśliły. Krajowa Izba Gospodarcza zwłaszcza jest reprezentacją interesów społeczeńśtwa :/ :/ kto nie wie, niech zauważy że to KIG właśnie była jedną z 2 instytucji która niedawno oprotestowała rozsądny projekt nowelizacji ustawy o spółdzielniach socjalnych i jest hamulcowym rozwoju normalnej ekonomii.

 

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Obama rev