Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 24 gości.

Włodzimierz Lenin: Plan ogólnorosyjskiego pisma politycznego

023.jpg

 
 
 
Włodzimierz Lenin
 
 

PLAN" OGOLNOROSYJSKIEGO PISMA POLITYCZNEGO
 
„Największy błąd „Iskry" pod tym względem" — pisze B. Kriczewski („Rabocz. Dieło", nr 10, str. ,30) oskarżając nas o tendencję do przeistoczenia teorii, przez izolowanie jej od praktyki, w martwą doktrynę" — „to jej „plan" organizacji ogólnopartyjnej" (tzn. artykuj pt. „Od czego zacząć?"). Wtó­ruje mu Martynow oświadczając, że „tendencja „Iskry" do po­mniejszania wagi stopniowego rozwoju szarej walki codziennej w porównaniu z propagandą świetnych i wykończonych .idei... została uwieńczona planem organizacji partii, planem przedło­żonym w nr 4 w artykule „Od czego zacząć?"" (tamże, str.61). Wreszcie w czasach najostatniej zych do ludzi oburzających się na ten „plan" (cudzysłów ma wyrażać ironiczny do niego stosunek) przyłączył się również L. Nadieżdin w broszurze „Kanun rewolucji", którą właśnie otrzymaliśmy (wydanie znanej nam już „grupy rewolucyjno-socjalistycznej" „Swoboda"). W broszurze tej autor oświadcza, że „mówić obecnie o organi­zacji, której nici ciągnęłyby się od pisma ogólnorosyjskiego — to płodzić gabinetowe myśli i gabinetową pracę" (str. 126), to przejaw „literactwa" itp.

Że nasz terrorysta okazał się solidarnym z obrońcami „po­stępującego naprzód rozwoju szarej walki codziennej", nie mo­że "nas dziwić po tym, jak ujawniliśmy korzenie tej bliskości w rozdziałach o polityce i organizacji. Musimy jednak już te­raz zaznaczyć, że L. Nadieżdin, i tylko on jeden, spróbował sumiennie wniknąć w treść artykułu, który mu się nie spodobał, spróbował dać nań merytoryczną odpowiedź — gdy tymczasem „Rabocz. Dieło" nic absolutnie nie powiedziało merytorycznie, postarało się natomiast zagmatwać tylko sprawę za pomocą ca­łej kupy nieprzyzwoitych demagogicznych wybryków. I jak­kolwiek to jest nieprzyjemne, wypadnie przede wszystkim stra­cić trochę czasu na oczyszczenie stajni Augiasza.

a) KTO SIĘ OBRAZIŁ ZA ARTYKUŁ „OD CZEGO ZACZĄĆ?"

Przytoczymy wiązankę tych wyrażeń i wykrzykników, z któ­rymi rzuciło się na nas „Rabocz. Dieło": „Nie pismo może stwo­rzyć organizację partyjną, lecz na odwrót"... „Pismo sto­jące nad partią, poza jej kontrolą i niezależne od niej dzięki własnej sieci agentów" ... „jakim cudem „Iskra" zapomniała o faktycznie istniejących organizacjach socjaldemokratycznych tej partii, do której należy?"... „Posiadacze twardych zasad i odpowiedniego planu są też naczelnymi regulatorami realnej walki partii, dyktującymi partii wykonanie swego planu" ... „Plan wypędza nasze żywe i żywotne organizacje do państwa cieniów i chce powołać do życia fantastyczną sieć agentów" ... „Gdyby plan „Iskry" został wykonany, to doprowadziłoby to do zupełnego wytrzebienia śladów formującej się u nas Socjal­demokratycznej Partii Robotniczej Rosji" ... „Organ propa- gandystyczny staje się niekontrolowanym, samowładnym usta­wodawcą całej praktycznej walki rewolucyjnej" ... „Jak nasza partia "powinna ustosunkować się wobec jej zupełnego podpo­rządkowania autonomicznej redakcji" itd., itd.
 

Jak czytelnik widzi z treści i tonu tych cytat, „Rabocz. Die­ło" obraziło się. Ale obraziło się nie za siebie, lecz za organiza­cje i komitety naszej partii, które „Iskra" chce rzekomo wypę­dzić do państwa cieniów i nawet wytrzebić ich ślady. Co za zgroza! Dziwna jest tylko jedna rzecz. Artykuł „Od czego zacząć?" ukazał się w maju r. 1901, artykuły „Rabocz. Dieta"—we wrześ­niu r, 1901, teraz jest już połowa stycznia r. 1902. W ciągu całych tych 5 miesięcy (i przed wrześniem, i po wrześniu) ani jeden komitet partyjny i ani jedna organizacja partyjna nie wystąpiły z formalnym protestem przeciw temu potworowi, który chce wypędzić komitety i organizacje do państwa cie­niów! A wszak w ciągu tego czasu i w „Iskrze", i w mnóstwie innych wydawnictw lokalnych i nielokalnych ukazały się dzie­siątki i setki informacyj ze wszystkich krańców Rosji. Jak się to stało, że ci, których chce się wypędzić do państwa cieniów, nie zauważyli tego i nie obrazili sję o to — obraziła się zaś oso­ba trzecia?
 

Stało się tak dlatego, że komitety i inne organizacje zajęte są prawdziwą pracą, a nie zabawą w „demokratyzm". Komitety przeczytały artykuł „Od czego zacząć?", zobaczyły", że jest to próba „stworzenia określonego planu organizacji, ażeby do bu­dowy tej organizacji można było zabrać się ze wszystkich stron", a ponieważ one doskonałe wiedziały i widziały, że ani jedna z tych „wszystkich stron" nie pomyśli o „zabraniu się do budowy", dopóki nie przekona się, że budowa ta jest konieczna i plan architektoniczny dobry, to naturalnie nie przeszło im nawet przez myśl „obrażać się" za bezczelność ludzi, którzy powiedzieli w „Iskrze": „Wobec tego, że doniosłość zagadnie­nia nie pozwala na zwłokę, decydujemy się ze swej strony przedstawić uwadze towarzyszy szkic planu, który rozwijamy szczegółowiej w przygotowywanej do druku broszurze". Czyż można było przy uczciwym stosunku do spraw nie zrozumieć, że jeżeli towarzysze przyjmą przedstawiony ich uwadze plan, to będą go wykonywali nie przez „podporządkowanie się", lecz z przekonania, że plan ten jest niezbędny dla naszej wspólnej sprawy, jeżeli zaś go nie przyjmą — to „szkic" (co za preten­sjonalne słowo, nieprawdaż?) pozostanie po prostu szkicem? Czyż nie jest to demagogia, jeżeli ze szkicem płanu wojuje się nie tylko w ten sposób, że go się „druzgoce" i radzi się towarzyszom odrzucić ten plan — lecz i w ten sposób, że szczuje się ludzi mało doświadczonych w sprawie rewolucyjnej przeciw autorom szkicu za samo to, że ośmielają się oni „wydawać us­tawy", występować w charakterze „naczelnych regulatorów", czyli że ośmielają się proponować szkic planu?? Czy może par­tia nasza rozwijać się i iść naprzód, jeżeli za próbę podniesie­nia poziomu działaczy lokalnych do poziomu działaczy o szer­szych poglądach, zadaniach, planach itd. będą wysuwane zarzu­ty nie tylko z punktu widzenia niesłuszności tych poglądów, lecz z punktu widzenia „obrazy" o to, że „chcą" nas „podno­sić"? Wszak oto L. Nadieżdin także „zdruzgotał" nasz plan, nie poniżył się jednak do takiej demagogii, której nie można już wytłumaczyć samą naiwnością albo prymitywnością poglądów politycznych, oskarżenie o „inspektorstwo nad partią" odrzucił stanowczo i od samego początku. I dlatego Nadieżdinowi moż­na i należy odpowiedzieć na jego krytykę planu merytorycznie, „Rabocz. Diełu" zaś można odpowiedzieć jedynie pogardą.
 

Ale pogarda dla pisarza, poniżającego się do krzyku o „sa mowładztwie" i „podporządkowaniu", nie zwalnia nas jeszcze od obowiązku rozplątania tej gmatwaniny, którą tacy ludzie częstują czytelnika. I oto tu możemy naocznie wykazać wszyst­kim, jakiego pokroju są te utarte frazesy o „szerokim demo- kratyzmie". Oskarżają nas o zapominanie o komitetach, o chęć czy usiłowanie wypędzenia ich do państwa cieniów itp. Jak odpowiedzieć na te oskarżenia, kiedy my nie możemy opowie­dzieć czytelnikowi prawie nic faktycznego o naszych rzeczywis­tych stosunkach z komitetami, nie możemy ze względów kon­spiracyjnych? Ludzie, którzy rzucają oskarżenia obelżywe i drażniące tłum, wyprzedzają nas wskutek swej niedyskrecji, wskutek swego pogardliwego stosunku do obowiązków rewo­lucjonisty, który starannie ukrywa przed oczyma świata te sto­sunki i związki, które posiada, które nawiązuje albo usiłuje na­wiązać. Zrozumiałą jest rzeczą, że konkurowania w dziedzinie „demokratyzmu" z takimi ludźmi wyrzekamy się raz na zawsze.
 

Co się zaś tyczy czytelnika, nie wtajemniczonego we wszystkie sprawy partyjne, to jedynym środkiem spełnienia obowiązku względem niego jest opowiedzenie nie o tym, co istnieje i co jest im Werden *, lecz o cząstce tego, co było i o czym wolno opowiadać, jako o przeszłości.
 

Bund robi aluzje do naszego „samozwaństwa" , zagranicz­ny „Związek" oskarża nas o usiłowanie wytrzebienia śladów partii. Proszę bardzo, panowie. Otrzymacie pełną satysfakcję, kiedy opowiemy publiczności cztery fakty z przeszłości.
 
Liderzy mienszewiccy - Akeslrod, Martow i Martynow
Prerwszy fakt. Członkowie jednego ze „Związków Wal­ki", którzy brali bezpośredni udział w stworzeniu naszej partii i w posyłaniu delegata na organizacyjny zjazd partyjny, zawie­rają umowy z jednym z członków grupy „Iskra" w sprawie za­łożenia specjalnej biblioteki robotniczej, która by zaspokajała potrzeby całego ruchu. Nie udaje się założyć biblioteki robotni­czej i napisane dla niej broszury „Zadania socjaldemokratów rosyjskich" i „Nowa ustawa fabryczna" trafiają drogą okól­ną i za pośrednictwem osób trzecich za granicę, gdzie też zo­stają wydrukowane.
 

Drugi fakt. Członkowie Komitetu Centralnego Bundu zwra­cają się do pewnego z członków grupy „Iskra" z propozycją zorganizowania, jak wyrażał się wówczas Bund, „laboratorium literackiego". Wskazują przy tym, że jeżeli nie uda się tego zrobić, to ruch nasz może się znacznie cofnąć. Wynikiem per- traktacyj jest broszura „Sprawa robotnicza w Rosji"*.
 

Trzeci fakt. Komitet Centralny Bundu za pośrednictwem pewnego miasteczka prowincjonalnego zwraca się do jednego z członków „Iskry" z propozycją, aby ten podjął się redago­wania wznowionej „Raboczej Gazety", i, rozumie się, uzyskuje zgodę. Propozycja potem się zmienia: proponują współpracę wobec nowej kombinacji z redakcją. I na to, rozumie się* uzy­skuje się zgodę. Posyła się artykuły (które udało się zacho­wać) — „Nasz program" — z jawnym protestem przeciw bern- steiniadzie, zwrotowi ku literaturze legalnej i „Raboczej Myśli"; „Nasze najbliższe zadanie" („zorganizowanie organu partyj­nego, wychodzącego regularnie i ściśle związanego ze wszyst­kimi grupami lefkalnymi"; braki panującego „chałupnictwa"); „Palące zagadnienie" (analiza zarzutu, że z początku należy rozwinąć działalność grup lokalnych, zanim brać się do organi­zacji ogólnego pisma; naleganie na to, że „organizacja rewolu­cyjna" jest sprawą pierwszorzędnej wagi — że należy „dopro­wadzić organizację, dyscyplinę i technikę konspiracyjną do naj­większej doskonałości") **. Propozycja wznowienia „Rabocz. Gazety" nie zostaje urzeczywistniona i artykuły pozostają nie- wydrukowane.
 

Czwarty fakt. Członek komitetu, organizujący drugi ko­lejny zjazd naszej partii, komunikuje członkowi grupy „Iskra" program zjazdu i wystawia kandydata tej grupy na redaktora wznowionej „Rabocz. Gazety". Jego wstępny, że tak powiem, krok zostaje następnie usankcjonowany i przez ten komitet, do którego on należał, i przez Komitet Centralny Bundu; grupa „Iskry" otrzymuje wskazówki o miejscu i czasie zjazdu, ale (nie mając pewności, czy będzie mogła z pewnych względów posłać delegata na ten zjazd) przygotowuje również dla zjazdu referat na piśmie. W referacie tym ¡przeprowadza myśl, że przez sam tylko wybór Komitetu Centralnego nie tylko nic rozwiążemy sprawy zjednoczenia w takim okresie zupełnego rozprzężenia, jaki przeżywamy, lecz że ryzykujemy, że skompromitujemy wielką ideę stworzenia partii w razie nowej szybkiej i zupełnej wsypy, która wobec panującego braku konspiracji jest bardziej niż prawdopodobna; że należy dlatego zacząć od wezwania wszystkich komitetów i wszystkich innych organizacji, aby po­pierały wznowiony wspólny organ, który realnie powiąże wszystkie komitety faktycznymi więzami, realnie przygotuje grupę kierowników całego ruchu — przeistoczyć zaś taką stwo­rzoną przez komitety grupę w KC komitety i partia potrafią z łatwością, jak tylko grupa taka wzrośnie i wzmocni się. Zjazd jednak nie doszedł do skutku wskutek szeregu wsyp, referat zaś ze względów konspiracyjnych został zniszczony po przeczy­taniu przez kilku zaledwie towarzyszy, w ich liczbie przez peł­nomocników jednego komitetu.
 

Niechaj czytelnik sam teraz sądzi o charakterze takich me­tod, jak aluzja do samozwaństwa ze strony Bundu albo jak argument „Rabocz. Dieła, że my chcemy wypędzić komitety do państwa cieniów, „zastąpić" organizację partyjną przez organi­zację rozpowszechniania poglądów pewnego pisma. Wszak to komitetom właśnie, na ich niejednokrotne zaproszenia, refero­waliśmy o potrzebie przyjęcia określonego planu wspólnej pracy. Właśnie dla organizacji partyjnej, znów na propozycję tych, którzy zajmowali w partii takie wpływowe stanowisko, że podejmowali inicjatywę (faktycznej) odbudowy partii, opra­cowywaliśmy ten plan w artykułach do „Rabocz. Gazety" i w referacie na zjazd partyjny. I dopiero potem, kiedy dwu­krotne próby organizacji partyjnej, by wraz z nami wznowić oficjalnie centralny organ partyjny, zakończyły się niepowo­dzeniem, dopiero potem uważaliśmy wprost za swój obowiązek wystąpić z organem nieoficjalnym po to, by przy trzeciej pró­bie towarzysze mieli już przed sobą pewne rezultaty doświad­czenia, a nie same tylko propozycje i wróżby. W chwili obec­nej pewne rezultaty tego doświadczenia są już przed oczami wszystkich i wszyscy towarzysze mogą osądzić, czy w sposób właściwy rozumieliśmy swój obowiązek i co należy myśleć o lu­dziach, który starają się wprowadzić w błąd osoby nie obez­nane z najbliższą przeszłością, z rozżalenia, że dowodziliśmy jednym — ich braku konsekwencji w sprawie „narodowej", innym niedopuszczalności wahań wynikających z braku zasad.
 

 
b) CZY PISMO MOŻE BYC KOLEKTYWNYM ORGANIZATOREM?
 
 
 
Cale sedno artykułu „Od czego zacząć?" polega na posta­wieniu właśnie tego zagadnienia i na pozytywnym jego rozwią­zaniu. Jedyną znaną nam próbę merytorycznego zanalizowania tego zagadnienia i wykazania niezbędności negatywnego jego rozstrzygnięcia zrobił L. Nadieżdin, którego argumentację przytoczymy w całości:
 

„ ... Bardzo nam się podoba ujęcie przez „Iskrę" (nr 4) sprawy po­trzeby stworzenia pisma ogólnorosyjskicgo, nie możemy jednak w żaden spo­sób zgodzić, się z tym, Żeby ujęcie to było w zgodzie z tytułem artykułu „Od czego zacząć?". Jest to jedna ze spraw niewątpliwie nader ważnycb, nie przez nią jednak, nie przez całą serię popularnych ulotek, nie przez górę odezw można zapoczątkować stworzenie bojowej organizacji dla chwili rewo­lucyjnej. Jest rzeczą niezbędną zacząć od tworzenia silnych lokalnych orga­nizacji politycznych. Nic mamy ich — prowadziliśmy głównie pracę wśród robotników inteligentnych, masy zaś toczyły prawie wyłącznie walkę ekono­miczną. Jeżeli nie wychowamy mocnych politycznych organizacji lokalnych, tń jakie znaczenie będzie miało nawet najdoskonalej postawione pismo ogólnorosyjsliief Krzak gorejący, sam płonący i nie spalający się, ale też nie roz­palający nikogo! Dookoła pisma, w pracy dla niego — myśli „Iskra" — sku­pią się ludzie, zorganizują się. Ale przecież dla tych ludzi o wiele bliższą rzeczą byłoby skupić się i zorganizować dookoła sprawy bardziej konkretnej! Taką sprawą może i powinna być sprawa szerokiego postawienia pism lokal­nych, przygotowywanie już obecnie sił roboczych do demonstracyj, stała pra­ca organizacji lokalnych wśród bezrobotnych (bezustanne kolportowanie wśród nich ulotek i odezw, zwoływanie ich na zebrania, wzywanie do dawania od­poru rządowi itp.). Należy rozpocząć żywą pracę polityczną w poszczegól­nych miejscowościach i kiedy okaże się konieczne zjednoczenie na tym real­nym gruncie — to będzie ono nie sztuczne, nie papierowe — nie za pomocą pism osiąga się takie zjednoczenie pracy lokalnej w sprawę ogólnorosyjską!" („Kanun rewolucji", str. 51).
 

Podkreślaliśmy miejsca tej wymownej tyrady, które najdo­bitniej świadczą o niesłuszności oceny naszego planu przez au­tora i o niesłuszności w ogóle jego punktu widzenia, przeciw­stawianego tu „Iskrze". Jeżeli nie wychowamy mocnych politycz­nych organizacji lokalnych — to nawet najdoskonalsze pismo ogólnorosyjskie nie będzie miało żadnego znaczenia. — Zupeł­nie słusznie. Ale sedno sprawy polega właśnie na tym, że nie ma innego środka wychowania mocnych organizacji politycz­nych, jak tylko pismo ogólnorosyjskie. Autor przeoczył naj­istotniejsze oświadczenie „Iskry", złożone przez nią przed przy­stąpieniem do wyłuszczenia jej „planu": niezbędną jest rzeczą „wezwanie do stworzenia organizacji rewolucyjnej, zdolnej do zjednoczenia wszystkich sił i kierowania ruchem nie tylko z na­zwy, lecz i faktycznie, tj. organizacji zawsze gotowej do po­parcia wszelkiego protestu i wszelkiego wybuchu i wyzyskania ich dla pomnożenia i wzmocnienia sił wojennych, nadających się do rozstrzygającego boju". Ale obecnie, po lutym i marcu, zgodzą się z tym zasadniczo wszyscy — ciągnie dalej „Iskra" — a nam potrzeba nie zasadniczego, lecz praktycznego rozstrzyg­nięcia sprawy, trzeba niezwłocznie wysunąć taki określony plan budowy, żeby zaraz wszyscy z różnych stron mogli wziąć się <jo budowy. Nas zaś znowu ciągną wstecz od rozwiązania praktycznego —' do zasadniczo słusznej, bezspornej, wielkiej, ale zupełnie nie wystarczającej, zupełnie niezrozumiałej prawdy dla szerokiej masy pracującej: „wychowywać mocne organiza­cje polityczne"! Nie o tym już mowa, szanowny autorze, lecz o tym, jak właśnie należy wychowywać i wychować!
 

Niesłuszne jest twierdzenie, że „prowadziliśmy głównie pra­cę wśród robotników inteligentnych, masy zaś toczyły prawie wyłącznie walkę ekonomiczną". W takiej formie twierdzenie to stacza się do właściwego pismu „Swoboda" i z gruntu błędnego przeciwstawiania robotników inteligentnych „masie". Nasi na­wet inteligentni robotnicy w latach ostatnich „prowadzili pra­wie wyłącznie walkę ekonomiczną". To — z jednej strony. Z drugiej zaś — masy też nigdy nie nauczą się prowadzić wal­ki politycznej, dopóki my nie dopomożemy wychowaniu kie­rowników tej walki, zarówno spośród inteligentnych robotni­ków jak spośród inteligentów; wychować się zaś tacy kierow­nicy mogą wyłącznie na systematycznej, bieżącej ocenie wszyst­kich stron naszego życia politycznego, wszystkich prób protes­tu i walki różnych klas i z różnych powodów. Dlatego mówić o "wychowaniu organizacji politycznych" i jednocześnie prze­ciwstawiać „papierową sprawę" pisma politycznego — „żywej politycznej pracy lokalnej" jest rzeczą po prostu śmieszną!
 

 
Przecież podany w „Iskrze" „plan" pisma zmierza właśnie do „planu" wyrobienia takiej „gotowości bojowej", żeby popierać ruch bezrobotnych, i bunty chłopskie, i niezadowolenie działa­czy ziemskich, i „oburzenie ludności przeciw rozpasanemu ba- szybuzukowi carskiemu" itp. Kto jest obeznany z ruchem, ten wie z całą dokładnością, że olbrzymia większość organizacji lokalnych nawet nie myśli o tym, że wiele z nakreślonych tu perspektyw „żywej pracy politycznej" ani razu jeszcze nie były wprowadzone w życie przez żadną organizację, że np. próba zwrócenia uwagi na wzrost niezadowolenia i protestu wśród inteligencji ziemskiej wywołuje uczucie zakłopotanego zdumie­nia i u Nadieżdina („na boga, czy to czasem nie dla ziemców jest ten organ?';, „Kanun", str. 129), i u ekonomistów (nr 12 „Iskry", list), i u wielu praktyków. W tych warunkach „zacząć" można jedynie od tego, żeby pobudzić ludzi do myślenia o tym wszystkim, pobudzić ich do podsumowywania i uogólniania wszystkich i wszelakich przebłysków fermentu i walki czynnej. „Żywą robotę polityczną" można w naszych czasach obniżania zadań socjaldemokratycznych zacząć wyłącznie od żywej agita­cji politycznej, która jest niemożliwa bez pisma ogólnorosyj- skiego, często wychodzącego i regularnie rozpowszechnianego,
 

Ludzie dopatrujący się w „planie" „Iskry" przejawu „literactwa" nie zrozumieli zupełnie samej istoty planu, dojrzaw­szy cel w tym, co zostało wysunięte w chwili obecnej jako naj­bardziej odpowiedni środek. Ludzie ci nie zadali sobie trudu za­stanowić się nad dwoma porównaniami, które poglądowo ilus­trowały przedłożony plan. Założenie politycznego pisma ogól- norosyjskiego — mówiła „Iskra" — powinno być tą podstawo­wą nicią, której trzymając się moglibyśmy niezachwianie roz­wijać, pogłębiać i rozszerzać tę organizację (tzn. organizację rewolucyjną, zawsze gotową do poparcia wszelkiego protestu i wszelkiego wybuchu). Powiedzcie z łaski swojej: kiedy murarze zakładają w różnych miejscach kamienie pod fundamenty wielkiej i nie widzianej dotąd budowli — czy to nie „papierowa" spra­wa, jeśli przeciąga się nić, która ułatwia znalezienie odpowiedz niego miejsca pod owe kamienie, wskazuje ostateczny cel ogól­nej pracy, daje możność zużytkowania nie tylko każdego ka­mienia, leczr również każdego kawałka kamienia, który łącząc się w całość z poprzednimi i następnymi tworzy skończoną i wszechogarniającą linię? I czy nie przeżywamy właśnie takiej chwili w naszym życiu partyjnym, kiedy mamy i kamienie, i murarzy, a brak właśnie tej widomej dla wszystkich nici, za którą wszyscy mogliby się uchwycić? Niech tam sobie krzyczą, że przeciągając nić chcemy komenderować: gdybyśmy chcieli komenderować, panowie, to napisalibyśmy zamiast „Iskra", nr 1" — „Raboczaja Gazeta, nr 3", jak nam proponowali niektórzy towarzysze i jak to mielibyśmy zupełne prawo zrobić po wyda­rzeniach, o których wyżej mówiliśmy. Nie zrobiliśmy jednak tego: chcieliśmy zachować wolną rękę dla nieprzejednanej wal­ki z wszelkiego rodzaju pseudosocjaldemokratami; chcieliśmy, aby nić naszą, jeśli została przeciągnięta właściwie, zaczęto szanować za jej słuszność, a nie za to, że przeciągnięta została przez organ oficjalny.
 

„Sprawa zjednoczenia działalności lokalnej w organach cen­tralnych obraca się w zaczarowanym kole — poucza nas L. Na- dieżdin — dla zjednoczenia niezbędna jest jednorodność skład- * ników, ta zaś jednorodność może ze swej strony być stworzo­na jedynie przez coś jednoczącego, ale to jednoczące może być wytworem mocnych organizacji lokalnych, które obecnie bynaj­mniej nie odznaczają się jednorodnym charakterem". Jest to prawda równie godna szacunku i równie bezsprzeczna, jak to, że należy wychowywać mocne organizacje polityczne. Prawda — równie jak tamta — bezpłodna. Każde zagadnienie „obraca się w zaczarowanym kole", albowiem całe życie polityczne — to nie kończący się łańcuch, złożony z nieskończonego szeregu ogniw. Cala sztuka polityka na tym właśnie polega, żeby zna­leźć i mocno, mocno uchwycić za takie właśnie ogniwko, które najtrudniej będzie wytrącić mu z rąk, które w danej chwili jest najważniejsze, które najpewniej gwarantuje posiadaczowi ogniwka zawładnięcie całym łańcuchem *. Gdybyśmy mieli bry­gadę doświadczonych murarzy, tak zgranych ze sobą w pracy, że mogliby i bez nici kłaść kamienie tam właśnie, gdzie należy (to wcale nie jest niemożliwe, jeśli mówić abstrakcyjnie) — to moglibyśmy bodaj chwycić się i innego ogniwka. Ale na tym właśnie polega nieszczęście, że doświadczonych i zgranych w pracy murarzy jeszcze nie mamy, że na każdym kroku ka­mienie kładzie się zupełnie na próżno, nie według wspólnej nici, łecz tak rozsypane, że wróg zdmuchuje je po prostu, jak gdy­by to były nie kamienie, lecz ziarnka piasku.
 
 
 
Inne porównanie: „Pismo — to nie tylko kolektywny propagandysta i kolektywny agitator, lecz również — kolektywny organizator.
 
 
Pod tym ostatnim względem można porównać je z rusztowaniem, które, wznoszone wokół budującego się gma­chu, nakreśla kontury budowli, ułatwia kontakt pomiędzy po­szczególnymi robotnikami budowlanymi, pomaga im rozdzielać robotę i ogarniać wzrokiem ogólne wyniki, osiągnięte przez zorganizowaną pracę" \ Prawda, jakie to podobne do przesad­nej oceny własnej roli przez literata, człowieka pracy gabine­towej? Rusztowanie dla samego domu wcale nie jest potrzeb­ne, rusztowanie buduje się z gorszego materiału, rusztowanie wznosi się na krótki czas i rzuca się je do pieca, skoro tylko budowa została choć z gruba zakończona. Jeżeli chodzi o bu­dowę organizacji rewolucyjnych, to doświadczenie uczy, że czasami udaje się zbudować je nawet bez rusztowania — weź­cie lata siedemdziesiąte. Ale teraz u nas nie podobna sobie na­wet wyobrazić możliwości wzniesienia potrzebnego nam gma­chu bez rusztowania.
 

Nadieżdin nie zgadza się z tym i mówi: „dokoła pisma, w pracy dla niego, skupią się ludzie, zorganizują się — myśli „Iskra". A przecież dla tych ludzi o wiele bliższą rzeczą byłoby skupić się i zorganizować dokoła sprawy bardziej konkretnej!" Tak, tak: „o wiele bliższą dokoła bardziej konkretnej"... Przysłowie rosyjskie mówi: nie pluj do studni — może sam bę­dziesz musiał z niej pić. Ale są ludzie, którzy nie mają nic prze­ciw piciu nawet z takiej studni, do której już napluto. Do jakich to obrzydliwości dogadali się nasi wspaniali legalni „kry­tycy marksizmu" i nielegalni czciciele „Rabocz. Myśli" w imię tej większej konkretności! Jak przytłoczony jest cały nasz ruch tą ciasnotą, brakiem inicjatywy i nieśmiałością, usprawiedliwia­nymi przez tradycyjne argumenty „o wiele bliżej dokoła czegoś konkretniejszego"! I Nadieżdin — uważający samego siebie za szczególnie czułego na głos „życia", potępiający szczególnie surowo ludzi „gabinetowych", oskarżający (siląc się na dow­cip) „Iskrę" o skłonność do dopatrywania się wszędzie ekono- mizmu, wyobrażający sobie, że jest wyższy ponad podział na ortodoksów i krytyków — Nadieżdin nie spostrzega, że argu­mentami, swymi gra na rękę oburzającej go ciasnocie, że pije z do głębi już zaplutej studni! Tak, nie dość jest najszczersze­go nawet oburzenia na ciasnotę, najgorętszej chęci podniesie­nia ludzi korzących się przed tą ciasnotą — nie dość tego, je­żeli oburzający się sam płynie bez steru i żagli i równie „ży­wiołowo" jak rewolucjoniści lat siedemdziesiątych chwyta się „terroru ekscytatywnego", „terroru agrarnego", „bicia na alarm" itp. Przyjrzyjcie się tej „bardziej konkretnej" sprawie, dokoła której — jak sądzi — „bliższą rzeczą" byłoby skupić się i zor­ganizować:
 
1. pisma lokalne,
2. przygotowanie do demonstracyj,
3. pracę wśród bezrobotnych

Od pierwszego rzutu oka wi­dać, że wszystkie te sprawy są wyrwane zupełnie przypadkowo, jak wypadnie, byle cośkolwiek powiedzieć, albowiem jakkol- wiekbyśmy się zapatrywali na nie, widzieć w nich coś szczegól­nego, co specjalnie nadawałoby się do „skupienia i zorganizo­wania", jest już zupełnym nonsensem. Przecież ten sam Na­dieżdin o kilka stronic dalej mówi: „czas by już było stwier­dzić po prostu fakt: praca lokalna jest strasznie mizerna, komi­tety nie robią nawet dziesiątej części tego, co mogłyby robić... te jednoczące ośrodki, które mamy obecnie, to — fikcja; to — rewolucyjny biurokratyzm, wzajemne mianowanie się na gene­rałów, i tak będzie póty, póki nie powstaną mocne organizacje lokalne". W słowach tych niewątpliwie obok przesady jest wiele gorzkiej prawdy i czyż Nadieżdin rzeczywiście nie wi­dzi związku pomiędzy mizerną pracą lokalną a tą ciasnotą wi­dnokręgu działaczy, małym rozmachem ich działalności, które są nieuniknione wobec braku przygotowania działaczy, zaskle­piających się w ramach organizacji"lokalnych?
 
Czy Nadieżdin, podobnie jak autor artykułu o organizacji w „Swobodzie", zapomniał, że przejściu do szerokiej prasy lokalnej (od r. 1898) towarzyszyło szczególne wzmocnienie się ekonomizmu i „cha­łupnictwa"? Ale wszak gdyby nawet możliwe było jako tako zadowalające postawienie „szerokiej prasy lokalnej" (a wyżej dowiedliśmy, że jest to niemożliwe poza zupełnie wyjątkowymi wypadkami), to i wówczas organy lokalne nie mogłyby „skupić i zorganizować" wszystkich sił rewolucjonistów dla wspólnego ataku na absolutyzm, dla kierowania jednolitą walką. Nie za­pominajcie, że chodzi tu tylko o „skupiające", organizatorskie znaczenie pisma i moglibyśmy zwrócić się do Nadieżdina, bro­niącego rozdrobnienia, z postawionym przez niego samego iro­nicznym zapytaniem: „czy nie odziedziczyliśmy skądciś 200.000 rewolucyjnych sił organizatorskich?"
 

Następnie, „przygotowy­wania do demonstracyj" nie można przeciwstawiać planowi „Is­kry" już chociażby dlatego, że plan ten właśnie przewiduje jak najszersze demonstracje jako jeden z celów; mowa zaś—o wy­borze środka praktycznego. Nadieżdin znów się tu zaplątał, po­nieważ nie wziął pod uwagę, że „przygotowywać" demonstra­cje (które dotychczas w olbrzymiej większości wypadków od­bywały się zupełnie żywiołowo) może wyłącznie armia już „sku­piona i zorganizowana", my zaś właśnie nie umiemy skupić i zorganizować. „Praca wśród bezrobotnych". Znów ta sama plątanina, albowiem praca ta — to również jedno z działań wo­jennych zmobilizowanej armii, nie zaś plan mobilizowania ar­mii. Do jakiego stopnia Nadieżdin i tutaj nie docenia szkodli­wości naszego rozdrobienia, braku „200.000 sił", widać z na­stępującego przykładu: „Iskrze" wielu zarzucało (między inny­mi — Nadieżdin), że skąpo udziela wiadomości -o bezrobociu, że daje przypadkowe korespondencje o najzwyklejszych zja­wiskach z życia wsi. Zarzut słuszny, ale nie jest to wina „Iskry". Usiłujemy „przeciągnąć nić" również przez wieś, prawie nigdzie jednak nie ma tam murarzy i wobec tego musimy zachęcać każdego, ktokolwiek komunikuje nam najzwyklejszy chociażby fakt — w nadziei, że w ten sposób pomnożymy liczbę naszych współpracowników w tej dziedzinie i że to nareszcie nauczy nas wszystkich wybierać fakty rzeczywiście jaskrawe.
 
Ale właśnie tego materiału, na którym można by było uczyć się, jest tak mało, że bez uogólnienia go dla całej Rosji nie byłoby absolut­nie na czym się uczyć. Jest rzeczą niewątpliwą, że człowiek po­siadający chociażby w przybliżeniu takie zdolności agitatorskie i taką znajomość życia lumpenproletariatu, jakie okazuje Na- dieżdin, mógłby przez agitację wśród bezrobotnych oddać nie­ocenione przysługi ruchowi — ale taki człowiek zakopałby po prostu swój talent w ziemi, gdyby nie postarał się o informo­wanie wszystkich towarzyszy rosyjskich o każdym kroku swej pracy, by służyć nauką i przykładem ludziom, którzy w masie swej nawet nie umieją jeszcze wziąć się do nowego dzieła.
 
Absolutnie wszyscy mówią teraz o tym, jak ważne jest zje­dnoczenie się, mówią o potrzebie „skupienia i zorganizowania", w większości jednak wypadków nikt nie ma żadnego dokładne­go wyobrażenia, od czego należy rozpocząć dzieło zjednocze­nia i jak je poprowadzić. Wszyscy zgodzą się na pewno z tym, że jeżeli „jednoczymy" poszczególne — powiedzmy dzielnico­we — kółka jednego miasta, to potrzebne są do tego wspólne instytucje, to znaczy nie tylko wspólna nazwa „związek", lecz rzeczywiście wspólna praca, wymiana materiałów, wzajemne dzielenie się doświadczeniem i siłami, podział funkcyj już nie tylko według dzielnic, lecz także Avedlug poszczególnych spe­cjalności całej działalności miejskiej. Wszyscy zgodzą się z tym, że koszta solidnego aparatu konspiracyjnego nie mogą być po­kryte (że użyjemy wyrażenia handlowego) ze „środków" (i ma­terialnych, i ludzkich, rzecz prosta) jednej dzielnicy, że na tym ciasnym polu nie może rozwinąć się talent specjalisty. To samo jednak tyczy się również zjednoczenia poszczególnych miast, albowiem i takie pole działania, jak poszczególna miejscowość, jest — jak się okazuje i jak się już okazało w historii naszego ruchu socjaldemokratycznego — niezmiernie ciasne: dowodzi­liśmy tego szczegółowo wyżej i na przykładzie agitacji poli­tycznej, i na przykładzie pracy organizacyjnej. Trzeba, trzeba koniecznie i przede wszystkim rozszerzyć to pole działania, stwo­rzyć faktyczną łączność pomiędzy miastami na gruncie regu­larnej wspólnej pracy, albowiem rozdrobnienie przytłacza lu­dzi, którzy „siedzą jak w jamie" (wedle wyrażenia autora jed­nego z listów do „Iskry"), nie wiedząc, co dzieje się na szero­kim świecie, od kogo nauczyć się czegokolwiek, jak zdobyć do­świadczenie, jak zaspokoić dążenie do szerokiej działalności. Obstaję więc w dalszym ciągu przy tym, że rozpocząć stwarza­nie tej faktycznej łączności można jedynie na podstawie wspól­nego pisma, jako jedynego regularnego przedsięwzięcia ogólnorosyjskiego, które będzie podsumowywało wyniki najróżno- rodniejszych rodzajów działalności i w ten sposób będzie pchało ludżi do ciągłego kroczenia naprzód po wszystkich licznych drogach, prowadzących do rewolucji, tak samo jak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.
 
 
 
 
 
Jeżeli nie tylko w siowach chcemy zjednoczenia, to trzeba, by każde kółko lokalne natychmiast po­święciło, powiedzmy, jedną czwartą swych sił na czynną pracę dla wspólnej sprawy, a pismo od razu pokaże mu ogólne za­rysy, zakres i charakter tej roboty, pokaże, jakie mianowicie luki są najmocniej odczuwane w całej działalności ogólnorosyj- skiej, gdzie brak agitacji, gdzie słaba jest łączność, jakie kóIcczka wielkiego mechanizmu ogólnego mogłoby dane kółko poprawić albo zastąpić przez lepsze. Kółko, które jeszcze nie pracowało,., lecz dopiero szuka pracy, mogłoby rozpoczynać pracę już nie jako chałupnik w oddzielnym małym warsztacie, chałupnik nie znający ani rozwoju „przemysłu" przed nim, ani ogólnego stanu obecnych sposobów produkcji w przemyśle lecz jako wspólnik w rozległym przedsiębiorstwie, odzwiercie­dlającym cały ogólnorewolucyjny nacisk' na absolutyzm. I im doskonalsze byłoby wykończenie każdego poszczególnego kó­łeczka, im większa liczba detalowych pracowników we wspól­nym dziele, tym sieć nasza stawałaby się gęstsza i tym mniej zamieszania wywoływałyby w naszych szeregach nieuniknione wsypy.
Łączność faktyczną zaczęłaby stwarzać już sama funkcja rozpowszechniania pisma (gdyby to pismo zasługiwało na na­zwę pisma, tzn., gdyby wychodziło regularnie i nic raz na mie­siąc jak gruby miesięcznik, lecz jakie cztery razy na miesiąc').
 
 
 
Obecnie stosunki między miastami na tle potrzeb sprawy rewo­lucyjnej są niesłychanie rzadkie i — w każdym razie — są wy­jątkiem; wówczas stosunki takie stałyby się regułą i zapewni­łyby, rzecz prosta, nie tylko kolportaż pisma, lecz również (co jest o wiele ważniejsze) wymianę doświadczenia, materiałów, sił i środków.
 
 
 
Rozmach pracy organizacyjnej zwiększyłby się od razu po wielekroć, powodzenie zaś jednej miejscowości po­budzałoby stale towarzyszy działających na drugim krańcu kraju do dalszego doskonalenia się, do chęci skorzystania z go­towego już doświadczenia. Praca lokalna stałaby się o wiele bogatsza i o wiele bardziej wielostronna niż obecnie: demasko­wania polityczne i ekonomiczne, zbierane po całej Rosji, do­starczałyby strawy duchowej robotnikom wszystkich zawodów i stojącym na wszelkich stopniach rozwoju, dostarczałyby ma­teriału i sposobności do pogadanek i czytanek w naj różnorod­nie jszych sprawach, poruszanych również w aluzjach pism le­galnych i w rozmowach prywatnych i we „wstydliwych" komunikatach rządowych.
 
 
Każdy wybuch, każda demonstracja były­by oceniane i rozpatrywane ze wszystkich stron we wszystkich dzielnicach Rosji i w ten sposób wywoływałyby chęć niepozostawania w tyle za innymi, zrobienia lepiej niż inni (my, so­cjaliści, bynajmniej nie odrzucamy w ogóle wszelkiego współ­zawodnictwa, wszelkiej „konkurencji"!) — świadomego przy­gotowania tego, co za pierwszym razem odbyło się jakoś ży­wiołowo, wyzyskania dogodnych warunków danej miejscowo­ści czy danej chwili dla zmienienia planu ataku itp.
 
 
 
Jednocześ­nie to ożywienie pracy lokalnej nie doprowadzałoby do tego rozpaczliwego „przedśmiertnego" wytężenia wszystkich sil i wystawiania na sztych wszystkich ludzi, jak to obecnie naj­częściej bywa przy każdej demonstracji lub przy każdym nume­rze pisma lokalnego: z jednej strony, policji o wiele trudniej jest dotrzeć do „źródeł", skoro nie wiadomo, w jakiej miej­scowości należy ich szukać; z drugiej zaś — regularna wspól­na praca nauczyłaby ludzi przystosowywać siłę danego ataku do danego stanu sił określonego oddziału ogólnej armii (obecnie o takim przystosowywaniu prawie nikt nigdy nawet nie myśli, albowiem w dziewięciu wypadkach na dziesięć ataki takie wy­buchają żywiołowo) i ułatwiałaby „przewożenie" z innych miej­scowości nie tylko literatury, lecz i sił rewolucyjnych.
 
 

Obecnie w mnóstwie wypadków siły te spływają krwią w ciasnej pracy lokalnej, wówczas zaś istniałaby możliwość i ciągle byłyby okazje do przerzucania każdego jako tako zdol­nego agitatora czy organizatora z jednego krańca kraju na drugi. Zaczynając od małych podróży na koszt partii w spra­wach partyjnych, ludzie przyzwyczajaliby się do całkowitego przechodzenia na utrzymanie partii, przyzwyczajaliby się do tego, że stawaliby się rewolucjonistami zawodowymi, wyrabia­liby się na prawdziwych wodzów politycznych.
 

I gdyby rzeczywiście udało się nam osiągnąć to, że wszyst­kie lub znaczna większość komitetów lokalnych, grup lokalnych i kółek wzięłaby się czynnie do wspólnego dzieła, to moglibyśmy w najbliższej przyszłości założyć pismo tygodniowe, regu­larnie rozpowszechniane w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy po całej Rosji. Pismo to stałoby się cząstką olbrzymiego miecha kowalskiego, rozdmuchującego każdą iskrę walki klasowej i oburzenia ludowego do rozmiarów powszechnego pożaru. Dookoła tej, jeszcze bardzo niewinnej i jeszcze bardzo samo przez się niewielkiej, lecz regularnej i w całym znaczeniu sło­wa ogólnej sprawy można by było systematycznie dobierać i szkolić stałą armię wypróbowanych bojowników. Po ruszto­waniu tego wspólnego gmachu organizacyjnego szybko wznie­śliby się i wysunęli spośród naszych rewolucjonistów socjalde­mokratyczni Żelabowowie, spośród naszych robotników — ro­syjscy Beblowie, którzy stanęliby na czele zmobilizowanej ar­mii i poprowadzili cały lud do rozprawy z hańbą i przekleń­stwem Rosji.
 

 
 
Oto, o czym powinniśmy marzyć!
* * *
 
 
„Powinniśmy marzyć!" Napisałem te słowa i przeraziłem się. Wyobraziłem sobie, że siedzę na „zjeździe zjednoczenio­wym", naprzeciw mnie siedzą redaktorzy i współpracownicy pisma „Rabocz. Dieło". I oto wstaje tow. Martynow i groź­nie zwraca się do mnie: „Pozwólcie, że spytam, czy autono­miczna redakcja ma jeszcze prawo marzyć bez uprzedniego zapytania się komitetów partyjnych?" A za nim wstaje tow. Kriczewski i (pogłębiając filozoficznie tow. Martynowa, który dawno już pogłębił tow. Plechanowa) jeszcze groźniej mówi: „Ja idę dalej. Pytam, czy w ogóle ma prawo marzyć marksista, jeżeli nie zapomina, że według Marksa ludzkość zawsze stawia obie zadania możliwe do urzeczywistnienia i że taktyka — to proces wzrostu zadań rosnących wraz z partią?"
 
 
Na samą myśl o tych groźnych zapytaniach ciarki mnie przechodzą i myślę tylko o tym, gdzieby się ukryć. Spróbuję ukryć się za Pisarewa.
 
 
„Rozdźwięk rozdźwiękowi nie równy" — pisał Pisarew w sprawie rozdżwięku pomiędzy marzeniem a rzeczywistością. —„Moje marzenie może wyprzedzać naturalny bieg wypadków, a może też zbaczać na takie tory, na które naturalny bieg wy­padków nigdy nie może zaprowadzić. W pierwszym wypadku marzenie nie wyrządza żadnej szkody; może nawet podtrzymy­wać i wzmagać energię człowieka pracy... W takich marze­niach nie ma nic, co by wykoślawiało lub paraliżowało siły do pracy. Nawet wprost przeciwnie. Gdyby człowiek był zupełnie pozbawiony zdolności marzenia w ten sposób, gdyby nie mógł od czasu do czasu wybiegać naprzód i w wyobraźni przyglądać się całkowitemu i wykończonemu obrazowi tego tworu, który dopiero zaczyna kształtować się w jego rękach — gdyby tak było, to absolutnie nie mogę wyobrazić sobie, co pobudzałoby człowieka do przedsiębrania i doprowadzania do końca wielkich i męczących prac w dziedzinie sztuki, nauki i życia praktyczne­go ... Rozdźwięk pomiędzy marzeniem a rzeczywistością nie wyrządza żadnej szkody, jeżeli tylko osoba marząca poważnie wierzy w swe marzenie, jeżeli uważnie przypatrując się życiu porównywa swe obserwacje ze swymi powietrznymi zamkami i w ogóle sumiennie pracuje nad urzeczywistnieniem swego ma­rzenia. Jeżeli pomiędzy marzeniem a życiem są jakiekolwiek punkty styczne, to wszystko jest w porządku".
 
 
Marzeń tego rodzaju zbyt mało niestety jest w naszym ruchu. Winę zaś za to ponoszą głównie chełpiący się swą trzeź­wością, swą „bliskością" do rzeczy „konkretnych" przedstawi­ciele legalnej krytyki i nielegalnego „chwostyzmu".
 
 
 
c) JAKIEGO TYPU ORGANIZACJA JEST NAM POTRZEBNA?
 
Z poprzedniego czytelnik widzi, że nasza „taktyka- plan" polega na odrzuceniu natychmiastowego wezwania do szturmu, na żądaniu zorganizowania „regularnego oblężenia twierdzy nieprzyjacielskiej" albo, innymi słowy, na żądaniu skierowania wszystkich wysiłków ku temu, żeby skupić, zorga­nizować i zmobilizować stalą armię. Kiedy wyśmieliśmy „Ra- bocz. Dieto" za jego skok od ekonomizmu do krzyków o sztur­mie (które rozległy się w kwietniu r. 1901, w nr 6 „Listka Ra- bocz. Dieła"), pismo to rzuciło się, rzecz prosta, na nas z oskar­żeniem o „doktrynerstwo", niezrozumienie obowiązku rewolu­cyjnego, nawoływanie do ostrożności itp. Oczywiście nie zdzi­wiły nas ani trochę te oskarżenia w ustach ludzi nie posiada­jących żadnych zasad i wykręcających się nadzwyczaj głęboką „taktyką-procesem", tak samo, jak nie zdziwiło nas i to, że ta­kie oskarżenia powtórzył Nadieżdin żywiący w ogóle wyniosłą pogardę dla stałych zasad programowych i taktycznych.
 
 
Mówią, że historia się nie powtarza. Ale Nadieżdin wszelki­mi silami usiłuje powtórzyć ją i gorliwie kopiuje Tkaczewa gromiąc „rewolucyjne kulturalnictwo", krzycząc o „dzwonie na alarm", o specjalnym „punkcie widzenia przedednia rewolucji" itp. Zapomina on najwidoczniej o znanym powiedzeniu, że je­żeli oryginał wydarzenia historycznego jest tragedią, to jego kopia jest zaledwie farsą. Próba zdobycia władzy, przygotowa­na przez propagandę Tkaczewa i urzeczywistniona za pomocą „zastraszającego" terroru, który istotnie zastraszał, próba ta była wzniosła, a „ekscytatywny" terror maleńkiego Tkaczewa jest po prostu śmieszny, zwłaszcza zaś jest śmieszny, kiedy dopełnia go się ideą organizacji średniaków.
 
 
„Gdyby „Iskra" — pisze Nadieżdin — wyszła ze swej sfery literactwa, zobaczyłaby, że są to (takie zjawiska, jak list robot­nika w „Iskrze", nr 7, itp.) symptomy tego, iż bardzo a bardzo prędko zacznie się „szturm" i mówić teraz (sic!) o organizacji ciągnącej się nićmi od pisma ogólnorosyjskiego, znaczy płodzić myśli gabinetowe i pracę gabinetową". Popatrzcie no, co to za nieprawdopodobna plątanina: z jednej strony — terror ekscytatywny i „organizacja średniaków" obok poglądu, że jest rze­czą „o wiele bliższą" skupić się wokół sprawy „bardziej kon­kretnej", w rodzaju pism lokalnych, z drugiej zaś strony — „teraz" mówić o organizacji ogólnorosyjskiej znaczy płodzić myśli gabinetowe, czyli, mówiąc otwarciej i prościej, „teraz" już za późno! A „szerokie zakładanie pism lokalnych" — to nie za późno, szanowny panie Nadieżdin? I porównajcie z tym punkt widzenia i taktykę „Iskry": terror ekscytatywny — to głupstwo, mówić o organizacji akurat średniaków i o szerokim zakładaniu pism lokalnych — znaczy to otwierać na oścież drzwi ekonomizmowi. Trzeba mówić o jednolitej ogólnorosyj­skiej organizacji rewolucjonistów i mówić o niej nie jest za późno dopóty, dopóki nic zacznie się prawdziwy a nie papie­rowy szturm.
 
 
„Owszem, co się tyczy organizacji, lo sprawa zgoła nieświetnie się u nas przedstawia — ciągnie dalej Nadieżdin — owizein, „Iskra" ma zupeł­ną rację mówiąc, że główna masa naszych sił wojennych — to ochotnicy i powstańcy . .. To dobrze, Że macie trzeźwe wyobrażenie o stanie naszych sił, po co jednak zapominać, że tłum wcale nie. jest nasz i że dlatego nie Lądzie nas pytał, kiedy ma rozpocząć działania wojenne, lccz po prostu zacz­nie się „buntować"... Wszak kiedy tłum sam wystąpi ze swą żywioło­wą siłą niszczycielską, może on zmieść, odepchnąć ,,wojsko regularne", do którego wciąż chciano wnosić niezwykle systematyczna organizację, ale zro­bić tego n:e zdążono". (Podkreślenia nasze).
 
 
Zdumiewająca logika! Właśnie dlatego, że „tłum nie jest nasz", nierozumną i nieprzyzwoitą jest rzeczą krzyczeć o „sztur­mie" w tejże chwili, bo szturm — to atak wojska regularnego, nie zaś żywiołowy wybuch tłumu. Właśnie dlatego, że tłum może zmieść i odepchnąć wojsko regularne, musimy koniecznie „nadążać" za żywiołowym ożywieniem ze swą pracą „wnoszenia niezwykle systematycznej organizacji" do wojska regularnego, im bowiem więcej „zdążymy" wnieść takiego zorganizowania, tym bardziej jest prawdopodobne, że wojsko regularne nie zo­stanie zmiecione przez tłum, lecz że stanic w jego pierwszych szeregach i na jego czele. Nadieżdin plącze się dlatego, że wy­obraża sobie, iż to systematycznie organizowane wojsko zajęte jest czymś, co je odrywa od tłumu, gdy w rzeczywistości woj­sko to zajmuje się wyłącznie wszechstronną i wszechogarniają­cą agitacją polityczną, tzn. właśnie pracą zbliżającą i zlewają­cą w jedną całość żywiołową niszczycielską siłę tłumu i świa­domie niszczycielską silę organizacji rewolucjonistów. Przecież wy, panowie, zwalacie własną winę na innych, albowiem właśnie grupa „Swoboda" wnosząc do programu terror tym samym wzywa do organizacji terrorystów, taka zaś organizacja rzeczy­wiście oderwałaby nasze wojsko od zbliżenia z tłumem, który jeszcze niestety nie jest nasz, który jeszcze niestety nie pyta lub mało nas pyta, kiedy i jak rozpoczynać działania wojenne.
 
 
„Przeoczymy samą rewolucję — straszy w dalszym ciągu Nadieżdin „Iskrę" — jak przeoczyliśmy obecne wydarzenia, które zwaliły się nam na głowę jak piorun z jasnego nieba". Zdanie to w związku z przytoczonymi powyżej wyraźnie wy­kazuje nam niedorzeczność wymyślonego przez „Swobodę" specjalnego „punktu widzenia przedednia rewolucji"*. Specjalny „punkt widzenia" sprowadza się, jeśli mówić otwarcie, do tego, że „teraz" za późno już na rozumowanie i przygotowywanie. Jeśli tak, o wielce szanowny wrogu „literactwa"—to po co było pisać na 132 stronicach druku „o zagadnieniach teorii** i tak­ tyki"? Czy nie uważacie, że „punktowi widzenia przedednia rewolucji" bardziej przystałoby wydanie 132 tysięcy odezw z krótkim wezwaniem: „bij ich!"
 
 
Właśnie ten najmniej ryzykuje, że przeoczy rewolucję, kto i na czele całego swego programu, i na czele całej swej tak­tyki, i na czele pracy organizacyjnej stawia powszechną agi­tację polityczną tak, jak to robi „Iskra". Ludzie, zajęci po całej Rosji nawiązywaniem nici organizacyjnych, ciągnących się od pisma ogólnorosyjskiego, nie tylko nie przeoczyli wydarzeń wiosennych, lecz, przeciwnie, dali nam możność przewidzenia ich. Nie przeoczyli też tych demonstracji, które zostały opi­sane w nr 13 i 14 „Iskry": przeciwnie — brali w nich udział żywo uświadamiając sobie obowiązek pójścia na pomoc żywio­łowemu poruszeniu tłumu i pomagając jednocześnie, za pośred­nictwem pisma, wszystkim towarzyszom rosyjskim do zapozna­nia się z tymi demonstracjami i zużytkowania ich doświadcze­nia. Nie przeoczą też oni, jeżeli żyć będą, rewolucji, która będzie wymagała od nas przede wszystkim i nade wszystko do­świadczenia w agitacji, umiejętności popierania (socjaldemo­kratycznego popierania) wszelkiego protestu, umiejętności kie­rowania ruchem żywiołowym, strzegąc go i od błędów przyja­ciół, i od pułapek wrogów!
 
 
W ten sposób zbliżyliśmy się do ostatniego względu, który zmusza nas do tego, abyśmy szczególnie obstawali przy planie organizacji dookoła pisma ogólnorosyjskiego, przez wspólną pracę nad wspólnym pismem. Tylko taka organizacja zapewni niezbędną dla socjaldemokratycznej bojowej organizacji gięt­kość, tzn. zdolność natychmiastowego przystosowywania się do najróżnorodniejszych i szybko zmieniających się warunków walki, umiejętność „z jednej strony — uchylenia się od bitwy w otwartym polu z mającym przytłaczającą przewagę sił nie­przyjacielem, wówczas, kiedy zebrał on w jednym punkcie wszystkie swe siły, z drugiej zaś — umiejętność wykorzysta­nia nieobrotności tego nieprzyjaciela i atakowania go tam i wtedy, gdy najmniej się ataku spodziewa" *. Byłoby naj­większym błędem, gdybyśmy budowali organizację partyjną tylko pod kątem widzenia wybuchu i walki ulicznej lub tylko pod kątem widzenia „postępującego naprzód rozwoju szarej walki codziennej". Musimy zawsze wykonywać naszą pracę co­dzienną i zawsze być gotowi na wszystko dlatego, że z góry przewidzieć, kiedy po okresie wybuchu nastanie okres ciszy, bar­dzo często jest prawie niemożliwe, w tych zaś wypadkach, kie­dy jest możliwe, nie można byłoby z tego przewidywania sko­rzystać dla przebudowania organizacji, gdyż zmiany takie w pań­stwie absolutystycznym zachodzą niezmiernie szybko, będąc cza­sami związane z jednym nocnym napadem janczarów carskich. I samą rewolucję należy wyobrażać sobie bynajmniej nie jako akt pojedynczy (jak wydaje się widocznie Nadieżdinom), lecz jako kilka raptownie następujących po sobie okresów bardziej lub mniej mocnego wybuchu i większej lub mniejszej ciszy.
 
 
 
Dlatego też podstawową treścią działalności naszej organizacji partyjnej, ogniskiem tej działalności powinna być taka praca, która jest i możliwa, i potrzebna tak w okresie najmocniej­szego wybuchu, jak w okresie najzupełniejszej ciszy, mianowi­cie: praca agitacji politycznej, zjednoczonej w całej Rosji, oświetlającej wszystkie strony życia i skierowanej ku najszer­szym masom. A praca ta nie da się pomyśleć w Rosji obecnej bez istnienia ogólnorosyjskiego, bardzo często wychodzącego pisma. Organizacja tworząca się sama przez się wokół tego pisma, organizacja jego współpracowników (w szerokim zna­czeniu wyrazu, tzn. wszystkich pracujących nad nim) będzie właśnie gotowa na wszystko, poczynając od ratowania honoru, autorytetu i ciągłości partii w chwili największego „przytłumie­nia" rewolucji i kończąc na przygotowaniu, wyznaczeniu i prze­prowadzeniu ogólnoludowego powstania zbrojnego.
 
W rzeczy samej wybraźcie sobie zwykły u nas wypadek zupełnej wsypy w jednej lub kilku miejscowościach. Jeżeli wszystkie organizacje lokalne nie są związane ze sobą tą samą wspólną regularną pracą, to wsypie takiej towarzyszy zwykle przerwa w pracy na wiele miesięcy. Jeżeli natomiast istnieje taka wspólna dla wszystkich praca, to przy największej nawet wsypie dość byłoby kilkotygodniowej pracy dwóch — trzech energicznych ludzi, by powiązać ze wspólnym ośrodkiem nowe kółka młodzieży, powstające, jak wiadomo, bardzo szybko na- ket obecnip: — kiedy zaś tę wspólną pracę, szwankującą wskutek wsypy, wszyscy mają przed oczyma, to nowe kółka mogą powstawać i wiązać się z nią jeszcze szybciej.

Z drugiej strony, wyobraźcie ' sobie powstanie ludowe. W chwili obecnej zapewne wszyscy się zgodzą, że musimy o nim myśleć i do niego się przygotowywać. Ale jak się przygoto­wywać? Nie może przecież KC mianować wszędzie agentów mających za zadanie przygotowanie powstania! Gdybyśmy nawet mieli KC, to wpbec dzisiejszych warunków rosyjskich nic by on nie wskórał przez takie mianowanie. Przeciwn sieć agentów*, powstająca sama przez się w toku pracy nad zorganizowaniem i rozpowszechnianiem wspólnego pisma, nie powinna by „siedzieć i czekać" na hasło powstania, lecz spełnia­łaby właśnie taką pracą regularną, która by zapewniała jej naj­większe prawdopodobieństwo powodzenia w razie powstania. Taka właśnie praca utrwalałaby związek z najszerszymi masami robotników i ze wszystkimi warstwami niezadowolonymi z abso­lutyzmu, co tak jest ważne dla sprawy powstania. Właśnie w takiej pracy wyrabiałaby się zdolność do trafnego ocenia­nia ogólnej sytuacji politycznej, a zatem zdolność do wybra­nia chwili odpowiedniej do powstania. Właśnie taka praca na­uczyłaby wszystkie organizacje lokalne, by jednocześnie reago­wały na te same, poruszające całą Rosję zagadnienia, wypadki i wydarzenia polityczne, by odpowiadały na te „wydarzenia" • możliwie najenergiczniej, możliwie najbardziej jednolicie i naj­bardziej celowo, a przecież powstanie — to w istocie rzeczy właśnie najenergiczniejsza, najbardziej jednolita i celowa „od­powiedź" całego ludu rządowi. Właśnie taka praca uczyłaby wreszcie wszystkie organizacje rewolucyjne, rozrzucone po ca­łej Rosji, utrzymywać najstalsze i jednocześnie najkonspira- cyjniejsze stosunki, stwarzające faktyczną jedność partii — bez takich zaś stosunków niemożliwe jest zbiorowe omówienie pla­nu powstania i przeprowadzenie w przededniu powstania tych sieć agentów*, powstająca sama przez się w toku pracy nad zorganizowaniem i rozpowszechnianiem wspólnego pisma, nie powinna by „siedzieć i czekać" na hasło powstania, lecz spełnia­łaby właśnie taką pracą regularną, która by zapewniała jej naj­większe prawdopodobieństwo powodzenia w razie powstania. Taka właśnie praca utrwalałaby związek z najszerszymi masami robotników i ze wszystkimi warstwami niezadowolonymi z abso­lutyzmu, co tak jest ważne dla sprawy powstania. Właśnie w takiej pracy wyrabiałaby się zdolność do trafnego ocenia­nia ogólnej sytuacji politycznej, a zatem zdolność do wybra­nia chwili odpowiedniej do powstania. Właśnie taka praca na­uczyłaby wszystkie organizacje lokalne, by jednocześnie reago­wały na te same, poruszające całą Rosję zagadnienia, wypadki i wydarzenia polityczne, by odpowiadały na te „wydarzenia" • możliwie najenergiczniej, możliwie najbardziej jednolicie i naj­bardziej celowo, a przecież powstanie — to w istocie rzeczy właśnie najenergiczniejsza, najbardziej jednolita i celowa „od­powiedź" całego ludu rządowi. Właśnie taka praca uczyłaby wreszcie wszystkie organizacje rewolucyjne, rozrzucone po ca­łej Rosji, utrzymywać najstalsze i jednocześnie najkonspira- cyjniejsze stosunki, stwarzające faktyczną jedność partii — bez takich zaś stosunków niemożliwe jest zbiorowe omówienie pla­nu powstania i przeprowadzenie w przededniu powstania tych niezbędnych przygotowań, które powinny być utrzymane w naj­większej tajemnicy.
 

Słowem, „plan ogólnorosyjskiego pisma politycznego" nie tylko nie jest płodem pracy gabinetowej ludzi, zarażonych doktrynerstwem i literactwem (jak to wydało się ludziom, któ­rzy się w ten plan nie wmyślili), lecz -— przeciwnie — jest najpraktyczniejszym planem rozpoczęcia ze wszystkich stron i natychmiast przygotowania powstania, bez zapominania jed­nocześnie bodaj na chwilę o niezbędnej pracy codziennej.
 
Fragment publikacji "Co Robić?"
Wydawnictwo "Książka"
Warszawa 1948

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

front