Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 20 gości.

Michał Nowicki: Demokratyzm czy totalitaryzm

lezacy.JPG

Jednym z filarów współczesnej burżuazyjnej nowomowy jest odmienianie słowa demokracja przez wszystkie przypadki. Szczególną karierę termin ten zrobił pod koniec zimnej wojny, którą zwyciężyła amerykańska „ojczyzna demokracji”. To, że amerykańscy imperialiści zawsze posługiwali się tym terminem instrumentalnie, jest już dla przeciętnego Kowalskiego wychowanego w „wolnej” kapitalistycznej Polsce czymś niewiarygodnym. Nie mówi się głośno o tym, że ojcami założycielami Stanów Zjednoczonych byli plantatorzy czerpiący gigantyczne zyski z pracy czarnych niewolników. Niewolnictwo, późniejsza segregacja rasowa – czy dwupartyjny system polityczny, który skutecznie blokuje jakąkolwiek niezależną inicjatywę, wszystko to razem nie ma być może wielkiego związku z głoszonymi hasłami, ale w Waszyngtonie jakoś nikomu to nie przeszkadza.
 
Nie przeszkadza też kolejnym amerykańskim administracjom wspierać dyktatorskie zbrodnicze reżimy. Problem pojawia się dopiero wtedy gdy dyktator przestaje być „naszym skurwysynem”. Dziś mamy amerykańską „demokrację”, a w poprzednich wiekach podobną rolę spełniało „boże miłosierdzie”. „Bożym miłosierdziem” hojnie obdarzano nadbałtyckich pogan, muzułmanów a także przedkolumbijskich mieszkańców obu Ameryk. Sztuka polega na szermowaniu pięknymi hasełkami – gdyż znacznie łatwiej legitymizować w ten sposób własną władzę. Wielu rewolucjonistów przejmowało hasła władzy, z którą walczyli i sami w ten sposób wpadali w pułapkę. Przykładem może być Tomasz Munzer – bohater niemieckiej wojny chłopskiej, który walcząc z feudalizmem – posługiwał się językiem religijnym. Zwycięstwo nad kapitalizmem będzie możliwe tylko wtedy, gdy współcześni komuniści zaczną myśleć samodzielnie i wyzwolą się z burżuazyjnych schematów. Źle się dzieje, gdy polscy komuniści nie potrafią przeanalizować historii ruchu robotniczego – bez sięgania do terminów nadużywanych przez anglosaską prawicę. A nie ma bardziej oklepanego frazesu dla opisania ZSRR – jak modne dziś słówko: „totalitaryzm”. Pełno jest więc „demokratycznych” komunistów odrzucających „stalinowski totalitaryzm”. Sam komunizm to za mało. Źle się kojarzy. Podpada przecież pod ten i inny paragraf. Naiwnie więc wierzą, że wzbogacając komunizm o demokratyczny przedrostek, dostaną w ten sposób jakieś punkty. Ale hola hola. Przedrostek to za mało. Dopiero oplucie „stalinowskiego totalitaryzmu” otwiera drzwi na polityczne salony IV RP. Pisanie historii ZSRR zgodnie z tą wykładnią jest dość trudne i dlatego temat ten się pomija jako nieaktualny.
 
Jeśli już jednak teksty takie powstają to pełno w nich sprzeczności. Fajnie jest budować partię „antytotalitarną” – ale po co w to mieszać Lenina i Trockiego? W pierwszych latach po Październiku, gdy ta dwójka grała w ZSRR pierwsze skrzypce pełno było zjawisk, które trockistowska historiografia chciałaby utożsamiać wyłącznie ze stalinizmem. Było mordowanie starych Bolszewików, były obozy koncentracyjne, był terror wobec chłopów itd. Weźmy sprawę mordowania byłych towarzyszy, która dla komunistów jest chyba najbardziej kontrowersyjna. Partia Bolszewicka była partią rewolucyjną, którą carat zwalczał wszelkimi sposobami. Były areszty, zsyłki, długoletnie wyroki, szubienice. Ale byli też w szeregach partii tajni agenci. Najbardziej znana była sprawa Malinowskiego. W czasach gdy Lenin był emigrantem, Stalin wiecznym konspiratorem a Trocki poza partią, Malinowski był przewodniczącym koła bolszewickiego w Dumie i tym samym był najbardziej znanym Bolszewikiem w Rosji. Gdy po otwarciu carskich archiwów wyszło na jaw, że Malinowski współpracował z caratem – to został osądzony i zgładzony. Pod względem ilościowym zjawisko tajnych agentów w partii bolszewickiej było zjawiskiem marginalnym. Ale były to osoby na kluczowych dla partii stanowiskach.
 
Oprócz przywódcy bolszewików w rosyjskim parlamencie udało się też obsadzić stanowisko redaktora „Prawdy”. Dzięki donosom na prawdziwych komunistów eliminowano konkurentów. To właśnie po donosie Malinowskiego Stalin trafił na swoje ostatnie zesłanie – daleko na północ, skąd nigdy nie udało mu się uciec. W publicystyce Trockiego z lat trzydziestych pełno jest celnych spostrzeżeń na temat negatywnych zjawisk w ZSRR. Ale jestem głęboko przekonany, że to wszystko razem zebrane do kupy nie tworzy żadnego spójnego programu politycznego. Jest to po prostu gderanie politycznego dysydenta, który bardzo by chciał wrócić do władzy i nie za bardzo wie jak to zrobić. Wydaje mi się, że łatwo zrozumieć to zjawisko poprzez analizowanie działalności politycznej byłych członków Platformy Obywatelskiej. Rokita, Płażyński, Gilowska, Piskorski i oczywiście Olechowski. To prawda, że nie było by Platformy gdyby nie sukces wyborczy Olechowskiego 10 lat temu. Nie było by zwycięstwa bolszewików w Rewolucji Październikowej gdyby nie popularność i talent oratorski Trockiego w 1917 roku. Ale czy kilkanaście lat później dalej taki zarozumialec jak Olechowski/Trocki są partii potrzebni? Olechowski podobnie jak Trocki twierdzi, że „partia zdradziła swoje ideały”. Taką tezę zawsze można poprzeć tym czy innym przykładem. Ale czy to znaczy, że PO przestała być nagle partią burżuazyjną? Choćby i Olechowski podał sto takich przykładów – dla nas będzie to zawsze partia wielkiego kapitału. Podobnie moim zdaniem było z partią bolszewicką bez Trockiego. Mimo wszystko dalej była to partia proletariacka. Wokół Olechowskiego zgromadziło się trochę byłych platformersów z cwaniakiem Piskorskim na czele.
 
Ale czy jest to ruch polityczny mający spójny program, czy też zbieranina politycznych trupów, którzy przy Olechowskim chcieliby wrócić do politycznej pierwszej ligi. Moim zdaniem to drugie. I podobnie było z Lewicową Opozycją w ZSRR. Cały ich program koncentruje się na powrocie do władzy i nienawiści do Tuska/Stalina. Największym problemem Trockiego było to, że w całej jego emigracyjnej płodnej pisaninie nie było jasnej odpowiedzi, kiedy dokładnie nastąpiła w ZSRR tzw. „kontrrewolucja”. Czy rzeczywiście demokratyzm jest zawsze dobry, a totalitaryzm zawsze zły? Totalitaryzm to w powszechnej świadomości synonim krwawego terroru. Tak też jest on przedstawiany przez „antystalinowskich” komunistów. Ciekawe pod tym względem są doświadczenia pierwszych miesięcy po zwycięstwie rewolucji na Kubie. Zanim Batista został obalony – to podległe mu służby skutecznie terroryzowały kubańskie społeczeństwo. Tysiące ludzi zostało zamordowanych, a wielu innych więziono i torturowano. Nic więc dziwnego, że wraz ze zwycięstwem Fidela i ucieczką Batisty nastąpiły akty samosądu na batistowskich zbrodniarzach. Lud kubański chciał batistowskiej krwi. W pierwszych tygodniach po zwycięstwie zamordowano kilkuset najbardziej znienawidzonych batistowskich oprawców, ale było to znacznie poniżej oczekiwań Kubańczyków. Władza nie chciała chaosu i wbrew woli większości – niedemokratycznie zdecydowała o zakazie samosądów. Wyobraźmy sobie sytuacje, że jesteśmy w jakimś biednym południowym kraju i podchodzi do nas zgraja nastolatków, z których każdy ma w ręce nóż lub broń palną i głośno czegoś od nas chcą. Nie wiemy czego – bo nawet nie rozumiemy języka którym się posługują. Możemy się tylko domyślać, że jak nie zrobimy tego czego od nas oczekują, to zaraz zrobią nam krzywdę. Byłby to przykład prawdziwie demokratycznego terroru. Każdy kto ma broń – ma wystarczającą władzę by nas zabić. Czy ta demokracja granicząca z anarchią by nam się podobała? Raczej nie. A wyobraźmy sobie inną sytuację. Jesteśmy w tym samym biednym kraju, podchodzi do nas ta sama zgraja. Ale nie ma krzyków i zgiełku – a oni nie wymachują nam nożem przed nosem. Po prostu nas otoczyli – nie dając żadnej możliwości ucieczki. Broń palną posiada dwóch czy trzech największych dzieciaków, z których jeden spokojnie nam tłumaczy, że mamy oddać portfel i inne drogocenne rzeczy. Widać, że pozostali darzą go autorytetem i gdyby tylko padł rozkaz – to się na nas rzucą. Musimy więc mu ulec – ale mimo wszystko ten „totalitarny” czy też „niedemokratyczny” terror wzbudza w nas mniejszy lęk.
 
W walce ze zorganizowanym światem przestępczym bardzo kontrowersyjnym rozwiązaniem jest pomoc tzw. „świadka koronnego”. Świadek koronny to były mafioso, który idzie na układ z policją i w zamian za nietykalność donosi na mafijnych kolegów. Jest to rozwiązanie moralnie dwuznaczne i dlatego jest ono trzymane w tajemnicy przed społeczeństwem, które nigdy nie dało by na to zgody. Bo dlaczego państwo ma płacić byłemu gangsterowi? Jest to jednak rozwiązanie skuteczne i każda władza musi ciągle kalkulować – jak tu dla większej sprawy – wybrać mniejsze zło. Czy sam fakt negocjowania z gangsterem czyni z nas przestępców? Podobnie rzecz wygląda z polityką zagraniczną – nawet w wydaniu państwa robotniczego. Wiadomo jest, że każdy obywatel ZSRR, a także każdy członek Kominternu i każdy luźny sympatyk ruchu komunistycznego na całym świecie – chciał ostatecznej zagłady imperializmu –zwłaszcza w swoim kraju. Połączone siły imperializmu bez trudu pokonałyby ZSRR i właśnie dlatego tak ważna była radziecka dyplomacja. Trzecia Rzesza bez trudu podbiła całą zachodnią Europę. Japonia bez trudu opanowała całą Azję Połodniowo Wschodnią. A kraje te nawiązały sojusz by wspólnie zaatakować ZSRR. Ironią losu jest fakt, że pakt antykominternowski zamiast walczyć z ZSRR wykrwawiał się na walce ze starymi potęgami imperialistycznymi. Gdyby o polityce zagranicznej ZSRR mieli decydować zagraniczni komuniści – to zawsze byłby ktoś niezadowolony. Trzeba było wybrać mniejsze zło. Trudno się nie wkurwić, gdy wiemy, że pieniądze z budżetu państwa – zamiast na podwyżki czy inne socjalne cele – trafiają do kieszeni skruszonych gangsterów.
 
Czy w czasach komunizmu wojennego (a więc jeszcze za kadencji Trockiego) można było „demokratycznie” dokonywać rekwizycji zboża na wsi? NIE. Rosja była krajem chłopskim, większość społeczeństwa żyła na wsi – i miasta można było ratować – tylko metodami niedemokratycznymi – wbrew większości. Chcemy tego czy nie – poważna dyskusja na temat stalinizmu musi być z konieczności dyskusją nad całym bilansem Rewolucji Październikowej. Czy na taką dyskusję jesteśmy gotowi? Jeśli możemy dyskutować – tylko w ramach, na które pozwala polska konstytucja i powszechna na polskiej lewicy AUTOCENZURA – to żadnej sensownej dyskusji nie będzie, tak jak nie będzie żadnych ciekawych odkrywczych wniosków. Jest to prosta droga do intelektualnego marazmu i w efekcie – do politycznego zastoju. Życzyłbym sobie by komunizm był przede wszystkim antyburżuazyjny – a nie antytrockistowski czy antystalinowski. Wielu już było trockistów, którzy od krytyki stalinizmu, przechodzili do krytyki komunizmu.
 
Chciałbym by współcześni polscy trockiści przeanalizowali pierwsze lata ZSRR i wytłumaczyli, dlaczego te same postępowanie w czasach Trockiego było cacy, a w czasach Stalina było be. Wiem, że takiej dyskusji na pewno nie chcą dzisiejsi obrońcy rzeczywistej władzy rad, z jaką obecnie mamy do czynienia w coraz bardziej korporacyjnym świecie. Bo i o czym dyskutować z przedstawicielami korporacyjnych rad nadzorczych czy prawicowych pismaków na ich usługach. Trudno też poważnie dyskutować z obrońcami władzy rad z 1917 r., gdy były one zdominowane przez mienszewików i eserowców. Jak widać pytań więcej niż odpowiedzi. Na szczęście zbliża się czas wielkanocnego zmartwychwstania. I czas najwyższy wrócić. Pytanie tylko czy jest do czego.
 
 
Michał Nowicki
 
Komentarz do tekstu znajduje się tutaj  

Portret użytkownika Gregor
 #

Kiedy można spodziewać się nowych tekstów Michała Nowickiego?

 
Portret użytkownika uno
 #

Michał był łaskaw obrazić się na redakcję WR więc na jego teksty przyjdzie nam pewnie trochę poczekać.

Uprzedzając pytanie; poszło o naszą odmowę opublikowania pełnej wersji jego tekstu dotyczącego represyjnych działań prokuratury.

Był to wyjątkowo słaby tekst mieszający informacje o represjach z gorzkimi żalami do lewicy, opowiadaniem o sektach itp.

Ponieważ Michał odmówił przeredagowania swojego artykułu, na jego podstawie powstał tekst informacyjny, zamieszczony na WR tutaj
http://www.1917.net.pl/?q=node/2173

 

Społeczność

Lenin 005