Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 22 gości.

Piotr Ciszewski: Przemoc w protestach społecznych w Polsce po 1989

skarzysko.jpg

Protesty społeczne odbywające się w Polsce po 1989 r. były najczęściej bardzo umiarkowane, jeśli chodzi o ich formę, zgodnie z polityką największych central związkowych niesprzyjającą radykalizacji działań.
 
 
Pomimo to od początku transformacji nie brakuje przykładów protestów, które wyszły poza te ramy, często wiążąc się z użyciem przez demonstrujących przemocy. Gdy w 1989 r. do władzy doszedł rząd Tadeusza Mazowieckiego, większość społeczeństwa wiązała z nim ogromne nadzieje. Zwłaszcza robotnicy, którzy protestami pod koniec lat 80. zeszłego wieku przyspieszyli demontaż tak zwanego „realnego socjalizmu”, licząc na poprawę swojej sytuacji.
 
 "Demokratyczne" władze miały być w powszechnym mniemaniu gwarantem swobody zrzeszania się i działać na rzecz ludzi pracy. Również pierwsza niezależna gazeta – Gazeta Wyborcza, której twórcy wywodzili się z ruchu „Solidarności” miała sprzyjać środowiskom pracowniczym. Tym większe było rozczarowanie polityką ekonomiczną rządu Mazowieckiego, który zdecydował się na kontynuowanie neoliberalnych reform gabinetu Mieczysława Rakowskiego. Polska dostosowywała się wówczas do wymogów stawianych przez Bank Światowy oraz Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Wiązało się to m.in. z cięciami socjalnymi oraz atakiem na prawa pracownicze.
 
 
Pierwsze protesty Wprowadzony w 1990 r. plan Leszka Balcerowicza, mający liberalizować gospodarkę, uderzył przede wszystkim w duże przedsiębiorstwa państwowe i rolników. Firmy państwowe utraciły wcześniejszą gwarancję istnienia oraz preferencje kredytowe. Dla wielu oznaczało to prostą drogę do likwidacji. Efektem były pierwsze protesty, takie jak strajk głodowy w hucie szkła w Wołominie. Podjęte przez organizacje pracownicze działania miały w większości dosyć umiarkowany charakter. Wyjątkiem był strajk w Miejskim Przedsiębiorstwie Oczyszczania w Warszawie z 1991 r.
 
 
Władze rozważały wówczas nawet zmilitaryzowanie przedsiębiorstwa, jednak ostatecznie nie doszło do konfrontacji z protestującymi. Przełomowym momentem okazał się 1992 r. Wówczas to odbyły się pierwsze większe rolnicze protesty przeciwko rosnącemu zadłużeniu gospodarstw rolnych. Nowo powstały związek zawodowy rolników Samoobrona zorganizował wówczas kilkudniową okupację ministerstwa rolnictwa. Przełomowym wydarzeniem było wysłanie przez władze policji w celu stłumienia rolniczych blokady dróg. Po raz pierwszy od początku transformacji rząd użył sił prewencji przeciwko protestom społecznym. Wywołało to w wielu środowiskach szok. Upadł mit łagodnej władzy nastawionej na dialog. Z drugiej strony protesty zaczęły być coraz bardziej radykalne. Również ruch pracowniczy sięgnął po bardziej zdecydowane środki. W 1992 r. górnicy zajęli budynek Państwowej Agencji Węgla Kamiennego protestując przeciwko pogarszającym się warunkom pracy i planowanym likwidacjom kopalń.
 
 
Przybyły do nich przedstawiciel Regionu Śląskiego NSZZ „Solidarność”, straszący konsekwencjami nielegalnego protestu, został wywieziony na taczce. Wywożenie na taczce dyrektorów przedsiębiorstw miało w kolejnych latach miejsce w co najmniej kilku przypadkach. Często pracownicy jedynie grozili pracodawcom tą formą akcji bezpośredniej, aby wzmocnić swoją pozycję przetargową. Również podczas protestów w zakładach pracy zaczęło dochodzić do pierwszych, początkowo niewielkich starć z policją. Miały one jednak wciąż lokalne znaczenie. Kolejnym znanym przypadkiem zastosowania przemocy podczas protestu było pobicie przez Andrzeja Leppera i działaczy samoobrony komornika podczas blokady egzekucji komorniczej w jednym z gospodarstw rolnych. W 1993 r. grupa działaczy Samoobrony i bezrobotnych wdarła się do ratusza w Praszce. Burmistrz oskarżany o prowadzenie antyspołecznej polityki został wywieziony na taczce. Te akcje bezpośrednie uzyskały znaczne poparcie lokalnej społeczności. Również policja zachowywała się podczas nich biernie, w wyniku czego nikt nie został nawet zatrzymany. Fala radykalnych akcji O ile wcześniej akty przemocy podczas protestów społecznych miały najczęściej incydentalny charakter, o tyle pod koniec lat 90. zeszłego wieku sytuacja ta zaczęła się zmieniać.
 

Starcia z policją czy akcje bezpośrednie ze strony samych protestujących stawały się coraz częstsze. Radykalizacja i nasilenie protestów były odpowiedzią na neoliberalne reformy koalicji AWS-UW, prowadzące do redukcji zatrudnienia w przedsiębiorstwach państwowych oraz pogarszania się warunków pracy w wielu branżach. Działania rządu dotknęły również rolników, wciąż borykających się ze spłatą kredytów i narzekających na ceny skupu płodów rolnych. To z kolei było przyczyną kolejnych fal blokad dróg, o wiele bardziej radykalnych od tych z 1992 r.
 
W czerwcu 1999 r. odbyła się w Warszawie demonstracja pracowników radomskiego Łucznika, związana z redukcjami zatrudnienia i perspektywą likwidacji zakładu. Tego miesiąca pracownikom zakładu nie wypłacono nawet należnych poborów. Związki zawodowe działające w sektorze zbrojeniowym były wówczas uważane za jedne z najlepiej, po górniczych, zorganizowanych. W związku z tym demonstracja została obstawiona przez znaczne siły policji. Jak wynikało z relacji świadków, niemal do końca przebiegała pokojowo. Gdy demonstranci zaczęli się już rozchodzić, prawdopodobnie w wyniku prowokacyjnego zachowania funkcjonariuszy chcących spisać niektórych demonstrantów, doszło do przepychanek. Przerodziły się one później w bezpośrednie starcie, w którym policja po raz pierwszy użyła wobec protestujących pracowników broni gładkolufowej. Kilka osób zostało rannych, otrzymując głównie postrzały w plecy gumowymi pociskami, ponieważ policja strzelała do uciekających. Najpoważniej ucierpiał jeden z fotoreporterów. Trafiony w głowę stracił oko. Wywołało to skandal tym większy, że jak się później okazało, to policja użyła nadmiernej przemocy, a demonstranci jedynie się bronili.
 
 
Zdjęcia policji strzelającej do demonstrantów obiegły główne media wywołując krytykę działań władz. W 1999 r. miały miejsce kolejne akcje blokad dróg. Pierwsza, w styczniu, przebiegała bez poważniejszych incydentów. Na wiosnę tego samego roku doszło już jednak do pierwszych starć. Kulminacją konfrontacji między rolnikami a władzą były wydarzenia z sierpnia, kiedy to w Bartoszycach policja próbowała rozbić blokadę jednej z dróg.
 
 
 
 
Doszło do najpoważniejszego starcia demonstrantów z policją po 1989 r. Nie jest jasne, która ze stron uderzyła pierwsza, wiadomo jednak, że rolnicy byli przygotowani do obrony. W okolicach Bartoszyc i samej miejscowości tłum starł się z prewencją, rozbijając wysłane przeciw niemu oddziały. Rannych podobno zostało aż 146 funkcjonariuszy, czyli większość sił prewencji z regionu. Ważnym czynnikiem było poparcie, jakiego w walce udzieliła demonstrantom lokalna ludność. Do podobnych zdarzeń, choć już na mniejszą skalę, doszło również w Nowym Dworze Gdańskim i kilku innych miejscach. Konfrontacje te przyczyniły się pośrednio do wzrostu popularności Samoobrony i jej sukcesu wyborczego w 2001 r. Lata 2000 i 2001 to również fala protestów w służbie zdrowia. O ile demonstracje pracowników tego sektora były dotąd uważane za jedne z najspokojniejszych, to sytuacja ta zaczęła się zmieniać.
 
 
Na fali radykalizacji działań środowisk pracowniczych, nawet pielęgniarki sięgnęły po akcje bezpośrednie, takie jak na przykład blokowanie dróg. Podczas jednej z warszawskich demonstracji, w grudniu 2000 r. doszło nawet do starcia z policją, która taką blokadę zaatakowała. W wyniku wydarzeń jeden ze wspierających pielęgniarki działaczy lewicowych został oskarżony o naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza i po wieloletnim procesie skazany na znaczną karę pieniężną z zamianą na areszt. Pomimo twierdzeń policji trudno jednak uznać ówczesne protesty służby zdrowia za związane z powszechnym stosowaniem przemocy. Doszło wówczas co najwyżej do przepychanek, a opór pielęgniarek i wspierających je osób był odpowiedzią na ataki. Walka o miejsca pracy
 
 
W 2002 r. nastąpiła kolejna fala protestów. Na skraju upadku znalazła się m.in. Stocznia Szczecińska, zakłady Bison-Bial z Białegostoku czy Fabryka Kabli Ożarów. W tych przedsiębiorstwach wybuchły protesty, które z czasem stawały się coraz bardziej radykalne. Doszło na tym tle do powołania Ogólnopolskiego Komitetu Protestacyjnego, zrzeszającego pracowników różnych zakładów i mającego koordynować protesty, a wspartego między innymi przez środowiska anarchistyczne oraz radykalną lewicę. W kwietniu 2002 r. rozpoczął się protest w Fabryce Kabli Ożarów. Do listopada polegał on na blokowaniu głównego wjazdu do zakładu, aby uniemożliwić wywózkę maszyn. Kilkakrotnie pracownicy wkraczali na teren zakładu, aby przepędzić wynajętych przez dyrekcję łamistrajków, nie doszło jednak do poważniejszych incydentów, a wynajęci przez pracodawcę ochroniarze nie interweniowali. Warto zauważyć, że w miarę trwania protestu coraz mniejszy wpływ na jego przebieg miały działające w FKO NSZZ „Solidarność” oraz związek branżowy należący do OPZZ. Organizacje te starały się tonować przebieg protestu, odcinając od jakichkolwiek działań bezpośrednich czy stosowania przemocy. Większość pracowników szykowała się jednak na konfrontację z wynajętą ochroną zakładu lub łamistrajkami. Do pierwszego poważnego incydentu doszło 26 listopada 2002 r.
 

 
 
Data ta jest o tyle ważna, jeśli chodzi o stosowanie przemocy podczas protestów społecznych, że po raz pierwszy wynajęci przez pracodawcę ochroniarze tak otwarcie zaatakowali strajkujących. Kilkudziesięciu pracowników firmy Impel Security, zatrudnionych przez Tele Fonikę – właściciela FKO, rozbiło w nocy blokadę zakładu. Protestujący zostali wypchnięci spod bramy, pomimo że ich zgromadzenie było legalne. Mimo że stawiali opór, nie mieli szans w walce z ochroniarzami wyposażonymi niemal jak policyjne oddziały prewencji. Działo się to przy biernej postawie obecnej na miejscu policji. W ciągu następnych dni miały miejsce może nie najintensywniejsze, ale najbardziej długotrwałe starcia między demonstrantami a policją i ochroniarzami po 1989 r. Na pomoc pracownikom FKO pośpieszyli okoliczni mieszkańcy oraz działacze grup lewicowych i anarchistycznych. Bardzo ograniczone było natomiast wsparcie głównych central związkowych. Przez kilka dni demonstranci wracali pod bramę zakładu, aby wznowić blokadę. Do walk dochodziło, gdy z terenu fabryki wyjeżdżały ciężarówki wywożące maszyny.
 
 
Były one obrzucane kamieniami i butelkami. Prawdopodobnie kilku biorących udział w procederze wywożenia maszyn kierowców zostało też pobitych na postojach. Niewielkiego wsparcia w walce udzielili pracownikom FKO związkowcy górniczy i ze Stoczni Gdańskiej. Ożarów przełamał stereotyp, jakoby pokojowy protest nie mógł być bezprawnie zaatakowany i rozbity przy współudziale policji. O ile wcześniej pracownicy FKO mieli wątpliwości co do słuszności stosowania przemocy, o tyle w toku starć się jej pozbyli. Charakter protestu w Ożarowie sprawił, że zainteresowały się nim główne media i przez pewien czas nie schodził z pierwszych stron gazet. Pomimo że samo bezpośrednie starcie zostało przegrane, stawienie przez protestujących oporu zmusiło drugą stronę do negocjacji, które zakończyły się porozumieniem w marcu 2003 r.
 
 
 

Wyjątkowe w 2003 r. były również formy działań związkowców w Szczecinie. Tamtejsi stoczniowcy, domagając się między innymi nacjonalizacji zakładu, sięgnęli po stosunkowo radykalne, jak na polski ruch pracowniczy, środki. Zorganizowali akcje blokad dróg, będąc równocześnie przygotowanymi na konfrontację z policją. Ich demonstracje nie przypominały wcześniejszych pokojowych marszów organizowanych przez główne centrale związkowe. Ważnym momentem był też protest solidarnościowy z pracownicami przedsiębiorstwa odzieżowego Odra, którym od pół roku dyrekcja nie wypłacała należnych wynagrodzeń. Gdy prezes firmy, Henryk Waluś odmówił negocjacji, stoczniowcy wtargnęli do jego biura, wywlekli go przed budynek i sami wymierzyli sprawiedliwość. Pobiciu prezesa przyglądała się ochraniająca protest policja, która jednak nie interweniowała. Pomimo że wiele mediów przedstawiało ten incydent jako brutalny samosąd, sympatia ogromnej większości społeczeństwa, co wynikało z badań statystycznych, leżała po stronie broniących szwaczek stoczniowców. Stowarzyszenie Przeciwko Zbrodni im. Jolanty Brzozowskiej, organizacja pozarządowa monitorująca przestrzeganie prawa w Polsce, wydało wówczas oświadczenie, w którym solidaryzowało się ze stoczniowcami oskarżonymi o atak na prezesa Odry. Stwierdziła także, że mimo iż z definicji walczy z przemocą, to uznaje zachowanie stoczniowców za desperacki akt obrony koniecznej. Winą za wtargnięcie stoczniowców na teren ZPO „Odra” i pobicie prezesa obarczyła białe kołnierzyki, „które z ironią i nonszalancją przyglądają się pokojowym demonstracjom pracowniczym”.
 
 
 
Na podstawie nagrań filmowych z demonstracji przed sądem stanęło trzech stoczniowców i szwaczka. Sąd pierwszej instancji skazał ich na kary więzienia w zawieszeniu, jednak sąd drugiej instancji w 2005 r. postępowanie warunkowo umorzył.
 
 
 
Atak na prezesa „Odry” okazał się de facto skutecznym sposobem egzekucji zaległych wynagrodzeń, ponieważ zostały one później wypłacone.
 
 
 
 
Władza na celowniku
 
 

We wrześniu 2003 r. miała miejsce kolejna demonstracja górników, protestujących w obronie miejsc pracy i emerytur pomostowych. Z początku była kolejnym protestem jednej z grup zawodowych. Górnicy, jako dobrze zorganizowani, wielokrotnie protestowali już wcześniej przed rządowymi budynkami w Warszawie. Czasem dochodziło do drobnych starć z policją. Tym razem jednak doszło do najpoważniejszych i najintensywniejszych starć podczas demonstracji pracowniczej po 1989 r. Górnicy zaatakowali siedzibę Sojuszu Lewicy Demokratycznej, sprawującego wówczas władzę. Budynek został obrzucony farbą i kamieniami. Później doszło do walki z policją pod ministerstwem gospodarki. Pomimo że władze, z premierem Leszkiem Millerem na czele, twierdziły, iż to związkowcy sprowokowali starcie, nie wiadomo, która ze stron w rzeczywistości je rozpoczęła. Związkowcy byli przygotowani na rozwiązanie siłowe, o czym świadczy przygotowanie koktajli Mołotowa i stylisk od kilofów. Oddziały prewencji, pomimo że liczne, nie umiały poradzić sobie z protestującymi. Co najmniej kilkunastu policjantów zostało poważnie rannych, a zdjęcia z walk pojawiły się w najważniejszych międzynarodowych serwisach informacyjnych.
 
 
 
Demonstracja z września 2003 r. stała się dla władz pretekstem do zaproponowania zaostrzenia prawa o zgromadzeniach publicznych. Władze chciały zakazać demonstrantom zasłaniania twarzy, a także obciążać ich kosztami zniszczeń powstałych bezpośrednio po proteście. Próby zmiany prawa okazały się jednak nieskuteczne.
 
 
 
Szefowie głównych związków zawodowych działających w górnictwie odcięli się od stosowania przemocy i argumentowali, że zajścia miały miejsce już po oficjalnym zakończeniu demonstracji. Media rozpętały natomiast kampanię przeciwko organizacjom pracowniczym, powtarzając argumenty rządu Leszka Millera o „roszczeniowej” postawie górników, która jest nie do przyjęcia. Prorządowy dziennik Trybuna najdobitniej przedstawił protestujących jako agresywnych i pijanych, a sam protest jako bezrozumny akt chuligaństwa.
 
 
 
 
Jednak, pomimo tak szeroko zakrojonej kampanii, znaczna część społeczeństwa nadal sympatyzowała z protestującymi. Wbrew oburzeniu warszawskich elit istniało całkiem spore przyzwolenie na stosowanie przemocy przez zdesperowanych pracowników, a rząd bił rekordy niepopularności.
 
 
 
W 2003 r. nie ustawały też protesty rolników. Samoobrona po raz kolejny zorganizowała serię blokad dróg. Doszło podczas nich do wielu poważnych incydentów. W Cieni II pod Kaliszem policja, rozpędzając rolników, użyła gumowych pocisków. W wyniku tego jeden z protestujących stracił oko. Pomimo że policja twierdziła, iż to funkcjonariusze zostali zaatakowani, prawdziwy przebieg wydarzeń ustalił sąd, przed którym toczyło się postępowanie w sprawie odszkodowania dla rannego. Uznał on, że rolnik był tylko w 20 procentach winny zdarzenia, ponieważ uczestniczył w nielegalnym zgromadzeniu. W 2007 r. zasądzono dla niego 89 tysięcy złotych odszkodowania za odniesioną ranę.
 
 
 
Kolejne lata cechował już spadek aktywności protestujących. Fala strajków opadała, zarówno ze względu na likwidację lub podział licznych przedsiębiorstw, jak i zmiany na scenie politycznej. Samoobrona ze związku zawodowego coraz bardziej przeistaczała się w ruch polityczny, a następnie partię polityczną. Choć organizowała jeszcze akcje bezpośrednie, takie jak na przykład wysypywanie importowanego zboża, jednak nie przeprowadziła już żadnych tak dużych, ogólnokrajowych blokad dróg.
 
 
 
Najlepiej zorganizowane grupy zawodowe przeprowadzały jeszcze liczne demonstracje, jednak nie były one już tak radykalne jak podczas narastającej fali strajkowej. Chociaż uzyskało pewne gwarancje, środowisko pracowników FKO zostało rozbite. Ludzie znaleźli zatrudnienie w różnych zakładach, przestając się dalej organizować. Wraz z opadaniem fali strajkowej upadła również koncepcja Ogólnopolskiego Komitetu Protestacyjnego.
 
 
 
Wyjątkiem były działania górniczych związków zawodowych. W lipcu 2005 r., podczas debaty sejmowej na emeryturami górniczymi, zorganizowały one wspólną demonstrację w Warszawie. Ignorowanie zgromadzenia przez parlamentarzystów przyczyniło się do radykalizacji protestu. Doszło do starć z policją. Mediach opisywały je jako bardzo zacięte, a spowodowane szkody jako znaczne, w rzeczywistości jednak nie były wcale tak poważne. Po obu stronach było kilku rannych, jednak w żadnym stopniu nie można tych wydarzeń porównywać z demonstracją w 2003 r.
 
 
 
Ostatnim znanym przykładem zastosowania przemocy podczas protestu społecznego, był strajk w KWK „Budryk”, zorganizowany przez WZZ „Sierpień 80” i kilka mniejszych organizacji związkowych. Część pracowników, podburzanych przez działaczy głównych central związkowych, głównie NSZZ „Solidarność”, chciała podjąć się roli łamistrajków. Na tym tle doszło do kilku starć z protestującymi, w tym jednego poważniejszego, gdy łamistrajki chcieli przejąć okupowaną kopalnię siłą, co się im nie udało.
 
 
 
 
Przemoc jako forma obrony
 
 

Opisane powyżej przykłady zastosowania przemocy podczas protestów społecznych po 1989 r. nie wyczerpują tematu. Lokalnie dochodziło jeszcze do wielu starć z ochroną wynajętą przez pracodawców lub policją. Wymienione wydarzenia są jednak najbardziej znane i charakterystyczne dla polskich ruchów społecznych. Mają jedną podstawową cechę wspólna. Prawie zawsze do użycia przemocy dochodziło w sytuacjach skrajnych, gdy pokojowe formy protestu nie odnosiły pożądanego skutku. Była to także reakcja na działania policji, często agresywnie zachowującej się wobec protestujących lub, tak jak w przypadku Ożarowa, tolerującej i ochraniającej nielegalne działania pracodawców. Protestujący mieli wybór – walczyć lub poddać się. Ci, którzy wybrali pierwsze rozwiązanie, często byli zmuszeni do stosowania przemocy czy łamania prawa. W niektórych wypadkach taka postawa przyczyniała się do ich sukcesu. Gdyby w Ożarowie nie doszło do walk z ochroną i policją, mało kto w kraju wiedziałby o sytuacji pracowników FKO. Nie wywalczono by prawdopodobnie nawet tego, co ostatecznie osiągnięto i zwalnianym nie zaproponowano by żadnych nowych miejsc pracy.
 
 
 
Ożarów jest charakterystyczny również o tyle, że przez ponad 200 dni trwania protestu, protestujący, zanim zostali zaatakowani, liczyli na rozwiązania prawne oraz główne centrale związkowe. Odrzucali na przykład propozycje siłowego przejęcia zakładu i rozpoczęcia strajku okupacyjnego, co proponowali wspierający ich działacze radykalnej lewicy. Nawet pierwsze ataki nie przełamały niechęci części byłych pracowników do stosowania przemocy. Pracownice próbowały na przykład przekonać policjantów, aby nie pomagali ochroniarzom stosując bierny opór i klękając przed kordonem prewencji. Dopiero, gdy takie metody okazały się całkiem nieskuteczne, demonstranci sięgnęli po działania bezpośrednie.
 
 
 
Znamienne jest również stanowisko głównych central związkowych działających w tym zakładzie, które zdecydowanie odcinały się od akcji bezpośrednich i starały się, jak mogły, łagodzić protesty. W przypadku FKO doprowadziło to do występowania protestujących z głównych związków zawodowych.
 
 
 
Bardziej ofensywne i systematyczne działania prowadzili jedynie związkowcy górniczy. Protestujący pracownicy tej branży zawsze byli gotowi na konfrontację. Było to jednym z elementów przetargowych, niejako zastraszeniem rządzących tym, jakie mogą być konsekwencje ich antyspołecznych działań. Stanowiło także sposób zwrócenia uwagi na problemy tej grupy zawodowej. Wszystkie protesty górników były przez media, oczekujące między innymi scen przemocy, relacjonowane o wiele dokładniej niż inne akcje związkowe czy społeczne.
 
 
 
Niemniej jednak, nawet w górnictwie protestujący nigdy nie stosowali najbardziej radykalnych działań, które widzimy na przykład w Grecji. W Polsce nie dochodziło do aktów sabotażu, ataków na banki czy siedziby spółek. Starcia z września 2003 r. są jedynym przypadkiem, w którym poważnie ucierpiał budynek rządowy, ponieważ zniszczeniu uległ wówczas fronton ministerstwa gospodarki. Palenie opon oraz rzucane podczas protestów różnych grup zawodowych, w kierunku ministerstw czy siedziby premiera, petardy były jedynie częścią oprawy protestów. Celem rzucających nie było wywołanie zniszczeń, ani atak na jakąś konkretną osobę. Również większość starć z policją kończyła się jedynie przepychankami. Mówienie o radykalizacji nastrojów społecznych i zagrożeniu rozruchami było raczej środkiem rządowej propagandy, próbującej uzasadnić kryminalizację protestów czy zwiększanie wydatków na policyjne siły prewencji.
 
 
 
Historia protestów społecznych po 1989 r. obala mit, jakoby bardziej radykalne działania alienowały stosujących je od reszty społeczeństwa. Media, żądne sensacji, przedstawiały nawet najmniejsze starcia jako akty agresji ze strony protestujących. Pomimo to poparcie dla postulatów różnych radykalnie działających grup społecznych pozostawało zawsze wysokie.
 
 
 
Narastający międzynarodowy kryzys, gdy dotrze do Polski, spowoduje poważne pogorszenie sytuacji społecznej. Nie wiadomo jednak, czy przyczyni się to do radykalizacji nastrojów społecznych, a co za tym idzie, bardziej zdecydowanych protestów. Na razie działania w wielu zakładach są bardzo stonowane, a przywódcy protestów sami pilnują, aby nie poszły one za daleko. O tym, czy przemoc stanie się częścią demonstracji społecznych w Polsce, przekonamy się, gdy ostatecznie załamie się ta umiarkowana strategia.
 
 
 
 
Tekst ukazał się w tygodniku "Trybuna Robotnicza"

Społeczność

Ochotnik