Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 9 gości.

Filip Ilkowski: 10. rocznica globalnego protestu antywojennego – Sobota milionów

stop-the-war-2.jpg

To była piękna sobota. 15 lutego 2003 r., dokładnie dziesięć lat temu, 7-10 tys. ludzi zebrało się w Warszawie na wezwanie Inicjatywy “Stop Wojnie” w proteście przeciw planowanemu atakowi na Irak. Przemarsz z placu Zamkowego pod Ambasadę USA był największym protestem antywojennym w historii Polski. Może nie tak licznym, jak demonstracje w wielu innych miejscach świata, ale jednak licznym. Później podobną liczbę protestujących udało się zgromadzić jeszcze raz 29 marca 2003 r., czyli ponad tydzień po ataku na Irak, po pierwszym “szoku i przerażeniu”, jak brzmiała oficjalna nazwa wojennej “operacji”.

Demonstrując w Polsce nie byliśmy sami. Faktycznie byliśmy tylko drobnym odsetkiem tego, co działo się na całym świecie. 15 lutego 2003 r. był bowiem dniem globalnego protestu antywojennego, ogłoszonym na początku listopada 2002 r. decyzją Europejskiego Forum Społecznego we Florencji, wspartą następnie przez Światowe Forum Społeczne w brazylijskim Porto Alegre. Fora społeczne były w tym czasie czołowymi zgromadzeniami ruchu alterglobalistycznego, walczącego z globalną dyktaturą korporacji i innych wielkich instytucji kapitalistycznych. Sam fakt, że to ze strony ruchu alterglobalistycznego – będącego wówczas u szczytu powodzenia – wyszła inicjatywa protestów antywojennych był bardzo znaczący. Nowy ruch antywojenny mobilizujący ludzi przeciw imperialistycznej logice “wojny w terrorem” w wykonaniu amerykańskiej administracji pod wodzą Georga W. Busha faktycznie wyrastał z ruchu alterglobalistycznego.

Ówczesne protesty przeciw wojnom USA nie były więc w swej istocie pacyfistyczne – wbrew temu, co często mówiły media. Oczywiście w ramach ruchu działali także pacyfiści, ale byli w wyraźniej mniejszości. W nawet bardziej oczywisty sposób ruch nie miał też nic wspólnego z jakąkolwiek zaściankowością czy nacjonalizmem. Tylko drobnym tego świadectwem był fakt, że osoby próbujące włączyć się do warszawskiej demonstracji z flagą z faszystowskim symbolem falangi zostały z protestu wyrzucone.

“Żadnej krwi za ropę”

Ruch postrzegał się jako światowy fenomen, protestujący w każdym państwie jako część protestu ogólnoświatowego. Solidarność międzynarodowa, alterglobalistyczne hasło: “inny świat jest możliwy”, przyświecały także demonstracjom antywojennym. Co więcej, bliski związek z protestami przeciw globalnemu kapitalizmowi oznaczał, że bardzo na czasie było poszukiwanie związków wojny z interesami gospodarczymi państw i korporacji. Zawołanie: “żadnej krwi za ropę” było chyba najpopularniejszym sloganem na manifestacjach na całym świecie. Słowa naszego przeciwnika ideowego, prawicowego publicysty amerykańskiego Thomasa Friedmana, że “niewidzialna ręka rynku nie może działać bez niewidzialnej pięści”, stały się rodzajem opatrznie rozumianego motta ruchu. Chcieliśmy zatrzymać tę pięść, która potrafiła stać się jakże bardzo widzialna.

Nie znaczy to, że w ruchu nie było podziałów. Przeciwnie, w jego ramach działali ludzie z różnymi opiniami, co do tego, jak konkretnie wygląda to połączenie wojny i interesów gospodarczych oraz z różnymi wizjami osiągnięcia innego, lepszego świata bez imperialnych wojen. W wielu państwach podziały te uwidoczniły się w późniejszych latach z większą mocą. Istniał jednak pewien wspólny mianownik wartości, które scalały ruch w nowy, globalny fenomen, szczególnie w momencie jego dynamicznego rozwoju.

Po 15 lutego ten sam Friedman napisał, że obok Stanów Zjednoczonych na świecie pojawiło się nowe supermocarstwo: światowa opinia publiczna. My byliśmy przekonani, że to nie sama opinia, ale tylko jej urzeczywistnienie się w masowym proteście może stać się “supermocarstwem”. A protesty w tym dniu były naprawdę masowe: 3 mln demonstrowały w Rzymie, 2 mln w Londynie, 4 mln w całej Hiszpanii i kolejne miliony w kilkuset razem wziętych innych miejscach na świecie. Nawet na Antarktydzie odbyły się protesty na dwóch stacjach badawczych. W sumie 15 lutego 2003 r. protestowało 10 – 15 milionów ludzi. Najwięcej w historii.

Racja i wstyd

Z dzisiejszej perspektywy wiemy, jak bardzo protestujący mieli rację. I jak bardzo powinni wstydzić się ci, którzy powtarzali wtedy najbardziej niedorzeczne argumenty usprawiedliwiające atak na Irak. Tych drugich było całkiem sporo, choć dysponując machiną medialną nigdy nie zdołali przekonać większości – tak było przynajmniej w Polsce. Gazeta Wyborcza i Rzeczpospolita, TVP i TVN, wszystkie tak skłócone i demonstrujące na co dzień swą inność media jakby nagle porzuciły dawne waśnie jednocząc się w tępej propagandzie wojennej. Wyjątków było bardzo niewiele.

Jednak to my mieliśmy rację. Atak na Irak kosztował życie nawet do miliona Irakijczyków. Cała doktryna “wojny z terrorem”, która zaciążyła na pierwszej dekadzie XXI wieku, poniosła kosztowną klęskę. Kosztowną głównie w wymiarze ludzkich istnień, ale także finansowo. Szczególnie po wybuchu kryzysu w 2008 r. nic już nie pozostało po wcześniejszych pompatycznych wizjach rządzących USA przeobrażania świata we własnym interesie dzięki wielkiej sile militarnej. Zostało tylko ratowanie czego się da i chęć wycofania się z Iraku i Afganistanu na każdych warunkach, które nie będą wyglądać jak desperacka ucieczka. Przykład wciąż toczącej się wojny w Afganistanie pokazuje jednak, że nawet tak defensywny plan może się ciągnąć latami.

Nie wystarczy jednak mieć rację. Nie zdołaliśmy powstrzymać ataku na Irak. Demonstracje antywojenne, choć w niektórych państwach – także w Polsce – przynajmniej przez kolejne pięć lat wciąż mobilizowały niemałą liczbę uczestników, nigdy nie powtórzyły liczebnego sukcesu lutego i marca 2003 r. Nie zdołaliśmy też zmusić rządzących do porzucenia frontów “wojny z terrorem”. Wokół wojny w Afganistanie nigdzie nie udało się zbudować równie silnego ruchu, który dotyczył ataku na Irak.

Przede wszystkim ruch antywojenny nie zdołał, mimo prób i poza drobnymi sukcesami, oprzeć się na zorganizowanym świecie pracy, łączyć się z protestami pracowniczymi i stymulować je pod nowymi hasłami. Bez tego utrzymanie stabilnej podstawy akcji ulicznych wynikających nie tylko z oburzenia moralnego, ale i z własnych interesów protestujących, było ostatecznie niemożliwe.

Jednak mówiąc, że nie zdołaliśmy zatrzymać wojen trzeba dodać: nie zdołaliśmy zrobić tego bezpośrednio. Ruch antywojenny istotnie wpływał bowiem na nastroje społeczne na całym świecie, które nawet w USA stopniowo stawały coraz bardziej niechętne udziałowi w krwawych i kosztownych okupacjach. Pośredni wpływ, choć niewymierny, bez wątpienia więc istniał. Sprzeciw wobec wojny był choćby ważnym składnikiem narastającej niepopularności premierów Brytanii i Włoch skutkującej ostatecznie ich ustąpieniem.

Protesty przyniosły też kilka namacalnych sukcesów, jak ewidentny wpływ na wycofanie wojsk hiszpańskich z Iraku czy niemożność ataku na to państwo ze strony Turcji. Dodajmy też, że ruch okazał się bardzo płodny na gruncie ideowym wpływając na prawdziwy renesans badań naukowych nad imperializmem i powrotu tego pojęcia nie tylko do języka lewicy antykapitalistycznej w pierwszej dekadzie XXI wieku.

Punkt odniesienia

Ruch antywojenny pozostawił po sobie trwały ślad pozostając inspirującym punktem odniesienia. To szczególnie istotne, gdyż analizując wydarzenia sprzed dziesięciu lat nie możemy sobie pozwolić na luksus wspominkowości i kombatanctwa. Tak jak ruchy społeczne obecnego kryzysu prowadzone pod hasłami antykapitalistycznymi, socjalnymi i demokratycznymi – jak hiszpańscy “oburzeni” czy ruchy Occupy – wydają się reinkarnacją w nowych okolicznościach (nie tylko kryzysu, ale i rewolucji arabskich) ruchu alterglobalistycznego, możemy być także świadkami kolejnych wybuchów protestów antywojennych.

Niestety bowiem, dopóki istnieje kapitalizm, dopóty będzie on imperialistyczny, gdyż konkurencja gospodarcza dotyczy nie tylko coraz większych firm, ale także powiązanych z nimi państw gotowych używać dla własnych interesów siły wojskowej.

Choć “wojna z terrorem” w stylu Busha nie jest już głazem ciążącym na całej polityce światowej, skompromitowany trup “interwencji humanitarnej” zmartwychwstał w 2011 r. w postaci bombardowań Libii i przejęcia tamtejszej rewolucji dla własnych celów przez mocarstwa zachodnie. Obecnie jesteśmy świadkami zmartwychwstania kolejnego rozkładającego się nieboszczyka, gdy pod hasłami “wojny z terroryzmem islamskim” wysyła się wojska do Mali. Co ciekawe, w obu przypadkach to nie USA są siłą napędową tych wojennych “misji”, ale dawne mocarstwa kolonialne Europy, w szczególności Francja. I w obu przypadkach władze polskie, z tradycyjną służalczością, ochoczo pospieszyły z poparciem, nawet jeśli w praktyce jest ono symboliczne.

Zapewne więc jeszcze wiele protestów przed nami, także w sprawach wojen. W tym kontekście warto przypomnieć sobie to sobotnie popołudnie sprzed dziesięciu lat choćby po to, by pamiętać, że trafiające w swój czas wielotysięczne demonstracje są możliwe także w Polsce.

Źródło: http://pracowniczademokracja.home.pl/autoinstalator/wordpress/?p=1975

Społeczność

Sierp i młot