Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 107 gości.

Michał Błażejczyk: Wolny rynek dla frajerów

NAFTA_logo.png

Jak Waszyngton stawia na swoim
 
 
 
Michał Błażejczyk pisze z Montrealu
 
 
Od 1994 r. Stany Zjednoczone, Kanada i Meksyk są złączone porozumieniem o wolnym handlu (NAFTA). Od samego początku było ono uważane za kontrowersyjne, o czym boleśnie przekonali się Kanadyjczycy.
 
    W Kanadzie przemysł drzewny to istotna gałąź gospodarki – zatrudnia prawie 300 tys. pracowników w ponad 12 tys. przedsiębiorstwach. W 1999 r. produkcja drzewna i papiernicza stanowiły 12,8 proc. kanadyjskiego eksportu – jej wartość wyniosła prawie 63 miliardy dolarów. Duża część eksportu drewna (softwood lumber) trafia do USA po bardzo konkurencyjnych cenach. Trzeba przy tym wiedzieć, że budownictwo jednorodzinne w Ameryce, przeżywające od kilku lat boom, opiera się w znacznej części właśnie na konstrukcjach drewnianych – jasne jest więc, że niższe ceny drewna cieszą konsumentów.
 
 
    Lobby drzewne w USA ma jednak mniej powodów do zadowolenia. Zgodnie z zasadą, że konkurencja jest dobra tylko wtedy, kiedy można na niej zyskać, było ono od lat niezadowolone z niskiego poziomu cen drewna, trafiającego do tego kraju z Kanady. Pierwsze bezskuteczne próby wywarcia międzynarodowych nacisków podjęto już w roku 1981. Później odbyły się dwie rundy rokowań, zakończonych podpisaniem umów, które regulowały tę sprawę. Kolejna runda rozpoczęła się w 2001 r., już za prezydentury George'a Busha juniora – i to ona jest najciekawsza.
 
    Niemal natychmiast po wygaśnięciu poprzedniej umowy, amerykańskie lobby drzewne wystąpiło do Departamentu Handlu o podjęcie działań przeciwko „subsydiowaniu” eksportu kanadyjskiego drewna przez rząd w Ottawie (w czym, swoją drogą, jest trochę prawdy). Użyto nawet tak mocnego słowa jak dumping, co oznacza sprzedaż produktu poniżej kosztu jego wytworzenia i działa w handlu międzynarodowym jak na diabła woda święcona. Departament Handlu nie kazał się długo prosić i w kwietniu 2002 r. wydał decyzję o wprowadzeniu 27-proc. cła na kanadyjskie drewno – cła w zasadzie zaporowego.
 
 
    Sprawa szybko trafiła przed „sąd” arbitrażowy, przewidziany porozumieniem NAFTA na takie właśnie okazje. Już po roku, w sierpniu 2003, „sąd” wydał pierwszą decyzję: owszem, Kanadyjczycy subsydiują swój przemysł drzewny, czego według NAFTA nie mają prawa robić, ale cła ustalone przez rząd Stanów Zjednoczonych są zbyt wysokie.   W Kanadzie zahuczało. Media donosiły o katastrofalnych skutkach, jakie to posunięcie miało dla przemysłu drzewnego i pracujących tam ludzi. Politycy napinali mięśnie, obiecując rychłe rozwiązanie problemu. Opozycja nie zostawiała na rządzie suchej nitki za każdy kolejny miesiąc bez rozwiązania sprawy.
 
 
    Po kolejnej rundzie prawnych sporów i medialnych wyzwisk sprawa trafiła – z powództwa USA – pod obrady „nadzwyczajnej komisji odwoławczej” NAFTA. 10 sierpnia 2005 r. wydany został „wyrok”: Amerykanie w tym sporze racji nie mają, drewno nie jest subsydiowane, a cła są nielegalne. Od tej decyzji, według reguł NAFTA, apelacji już być nie mogło. Ale dla silniejszego nie ma sytuacji bez wyjścia: rząd Stanów Zjednoczonych ogłosił, że do decyzji NAFTA się najzwyczajniej... nie zastosuje.
 
 

    Trwające przez kilka kolejnych miesięcy stroszenie bojowych piórek przez    rząd kanadyjski dało tyle, że cło zostało zmniejszone z 27 do 10 proc. Nie było jednak mowy np. o zwrocie dotychczasowych – nałożonych wszak nielegalnie! – opłat celnych (które do tej pory sięgnęły niemal 5 miliardów dolarów). Dopiero dojście do władzy w Kanadzie konserwatystów na początku 2006 r. zmieniło sytuację i w lipcu podpisana została wstępna wersja umowy, mającej uregulować konflikt. Umowa znosi cło, nakazuje zwrot 80 proc. jego dotychczas pobranej wartości, ale np. pozwala na obłożenie drewna podatkiem eksportowym, kiedy jego cena spadnie poniżej określonego poziomu.
 
 
Wygląda na to, że umowa ta wejdzie w życie, mimo niezadowolenia przemysłu drzewnego. Rezultat pięciu lat tego sporu prawnego jest taki, że Amerykanie, chociaż nie mieli do tego prawa, zainkasowali w sumie miliard dolarów nielegalnego cła. Ponadto wymogli możliwość nałożenia cła w razie spadku cen drewna – co jest jawnie sprzeczne nie tylko z literą, ale i z duchem umowy o wolnym handlu! Wreszcie, co nie jest bez znaczenia, pokazali, że gotowi są na bardzo wiele, by postawić na swoim. Nauczka z tej lekcji jest jedna: wolny handel wolnym handlem, umowy umowami, a silniejszy i tak ma zawsze rację.
 
 
 
Michał Błażejczyk
Tekst ukazał się w tygodniku "Trybuna Robotnicza" 4 stycznia 2007

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

BLOOD