Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 10 gości.

Małgorzata Tępowicz: Gdy życie jest zbyt ciężkie

images.jpg

Zaledwie 20 do 30 proc. przypadków depresji jest wykrywanych i leczonych przez polską służbę zdrowia – wynika z danych podawanych przez Polskie Towarzystwo Psychiatryczne. Zdecydowana większość Polaków zapadających na depresję w ogóle nie zgłasza się do lekarza
 
 
Zaledwie 20 do 30 proc. przypadków depresji jest wykrywanych i leczonych przez polską służbę zdrowia – wynika z danych podawanych przez Polskie Towarzystwo Psychiatryczne. Zdecydowana większość Polaków zapadających na depresję w ogóle nie zgłasza się do lekarza.
 
    Dzieje się tak m.in. ze względu na rozpowszechniony negatywny stereotyp dotyczący zaburzeń psychicznych. Depresja jest tylko jednym z wielu. A w otaczającej nas rzeczywistości nietrudno tak o depresję, jak i wiele rodzajów nerwic. „Wyścig szczurów”. Niepewność bytu i brak perspektyw. Jednym słowem – kapitalizm.
 
 
Życie to ruletka
Ewa ma 45 lat. Wygląda, jakby miała 70. Ot, życie. Jedni czerpią z niego garściami, inni się boją. Czy dorosły człowiek może bać się życia? Czasem ten strach przychodzi sam, pojawia się nie wiadomo skąd i dlaczego. Po prostu. Ale zwykle bierze się z życia. Bo ono nie jest sprawiedliwe, a los nie rozdziela po równo szczęścia i rozpaczy. Jest jak ruletka. Zdarza się, że to „rosyjska ruletka”. Kto przeżył, trafia niekiedy do placówek zajmujących się nerwowo i psychicznie chorymi. Dla jednych to szczęście. Nie brak takich, dla których fakt, że tym razem bębenek rewolweru nie im przeznaczył śmiercionośną kulę, jest jak przekleństwo. Bo życie to hazard i nie daje się kontrolować.
 
    – Moja mamusia miała 40 lat, jak mnie urodziła. Bardzo późno. Kto mnie ma odwiedzać? – narzeka. Okazuje się, że dzieci też nie mogą. Nie żyją. – Miałam bardzo wysokie ciśnienie, jak byłam w ciąży. Wszystkie po kolei, cała trójka, rodziły się chore. Z rozszczepieniem kręgosłupa. Żadne nie przeżyło. Pewnie dlatego zachorowałam – przypuszcza, zaciągając się mocnym, tanim papierosem w szpitalnej palarni. Siedzi skulona na krześle i kiwa się w przód i w tył.    Niedawno Ewa przeżyła też rozwód. Sama chciała. Na pytanie o męża odpowiada: – Ch... mu w d..., staremu skurwysynowi i brudasowi. Nawet ogolić mu się nie chciało – kwituje. W szpitalu odwiedzał ją opiekun  – przywoził pieniądze z renty i papierosy. Pamiętał, że Ewa dużo pali. Jednego za drugim. – W zeszłym roku, jak mnie tu przywiózł, byłam naprawdę w złym stanie – wspomina. – Ale po cholerę przywiózł mnie teraz, kiedy byłam zdrowa?! – denerwuje się i dogasza wypalonego do filtra papierosa. Opiekun już się nie pojawia. Nie przywozi ani fajek, ani renty. Podobno znalazł nową „podopieczną”.
 
 
Depresja nie wybiera
42-letnia Irmina ma ciężką depresję. Jest zaniedbana i wychudzona. Całymi dniami śpi. Ma piękne włosy, których zazdroszczą jej wszystkie dziewczyny z oddziału. Porusza się z trudnością – drobnymi kroczkami. Jak staruszka. Gdy przychodzi do palarni, płacze. – Zmarnowałam życie. Nic mnie już nie czeka dobrego – lamentuje. Narzeka na bolące kości i stawy. Próbuje się buntować przeciwko szprycowaniu jej zastrzykami, lekami antydepresyjnymi i psychotropami, które tutaj dostają praktycznie wszyscy.     – Robili na mnie eksperymenty, pranie mózgu – opowiada przez łzy. – Nawet sekty na mnie napuszczali różne. K..., dlaczego to właśnie na mnie padło, dlaczego musiałam to wszystko przechodzić? Skurwysyny, bo jak ich inaczej nazwać? – rozpacza. – Nie martw się, wyjdziesz z tego, dlatego tu jesteś – próbują pocieszać inne pacjentki. – Gdyby nie było dla ciebie nadziei, byłabyś na Bloku „C”, a nie tutaj. Tu są najlżejsze przypadki – przekonują lekarskim slangiem.
 
    W kilkuosobowej grupie w palarni toczy się rozmowa o tym, jak która chciała się ciąć. Każda historia jest inna. Inny powód. Inny sposób. Irmina:  – Jak byłam tu kiedyś, to też się cięłam. Na stołówce. Potłukłam kubeczek i cięłam się na oślep – po rękach, nogach. Chciałam dostać się pod kolana, żeby przeciąć aortę, ale nie dałam rady – opisuje szczegółowo.  – Gdy wbiegła siostra, poślizgnęła się na mojej krwi i następne pielęgniarki nie wiedziały, którą pierwszą mają ratować – mówi beznamiętnym tonem. Pewnie długo jeszcze nie opuści szpitala.
 
    Pani Basia jest drobniutką, niewidomą staruszką. Ma 84 lata. Kiedyś już była w tym samym szpitalu. Depresja. Gdy wychodziła, lekarz ostrzegał, że depresja może się powtarzać. I faktycznie, przypomniała o sobie po latach. – Kiedyś tu było inaczej, dużo lepiej – wspomina staruszka. – Choć jestem z daleka, wolałam być tutaj, gdy znowu miałam zaburzenia – wyjaśnia. – Ale wtedy tak nie pędzili do mycia na szybko, jak teraz. Kto chciał, to się mył, ale sam, bez przymusu. Obowiązkowa kąpiel była tylko raz w tygodniu – wraca pamięcią do dawnych czasów.
 
    W tym roku w szpitalu była cztery tygodnie. Kiedyś była sprawniejsza, ale dzisiaj ledwo się porusza. Nawet mimo kuli potrzebuje pomocy drugiej osoby, aby przejść niewielki odcinek. Wymaga też pomocy w codziennych czynnościach. Nie jest w stanie samodzielnie się wykąpać, ubrać, przebrać do spania. Potrzebuje pomocy i czuwania również podczas posiłków. Po miesiącu pobytu w placówce, po panią Basię przyjechała córka. Będzie musiała znaleźć kogoś do opieki nad chorą matką.
 
 
Samotność trzeciego wieku
Pielęgniarki i salowe każdego ranka i co wieczór zajmują się kilkoma takimi staruszkami. Niektóre zostały tu podrzucone przez rodziny, które albo nie mogły, albo po prostu nie chciały zajmować się zniedołężniałą osobą. Z różnych powodów. Czasem najłatwiej pozostawić człowieka w szpitalu psychiatrycznym – utrudniony kontakt przez zniedołężnienie, demencję czy takie choroby, jak Alzheimer, zniechęca niektóre rodziny do zajmowania się nimi. Nie chcą bądź nie potrafią zmieniać im pampersów kilka razy dziennie. Albo wymieniać pojemnik na mocz. Nic przyjemnego.  Trudno dogadać się ze starszą osobą chorą na miażdżycę. Brakuje cierpliwości. Brakuje też czasu, gdy trzeba dorabiać na kilku etatach, a w domu bywa się jak w hotelu. Wnuki się uczą, studiują, czasem też muszą pracować. A starsza osoba potrzebuje nie tylko opieki, ale również rozmowy, czasu, a przede wszystkim – cierpliwości. W dzisiejszych czasach nikt nie ma cierpliwości. I tacy też czasem tu trafiają. Bo niektórzy czerpią z życia aż za bardzo. Zachłannie. Jakby nie mieli czasu.
 
    „Coraz więcej jest pacjentów cierpiących z powodu chorób psychicznych spowodowanych zmianami degeneracyjnymi mózgu, takimi jak otępienie typowe dla choroby Alzheimera” – czytamy w poradniku wydanym w ramach Ogólnopolskiego Programu Zmiany Postaw Wobec Psychiatrii „Odnaleźć siebie”.    
 
Sobota. Zjeżdżają się krewni w odwiedziny. W tygodniu nie ma czasu – praca, obowiązki… A i tak nie do wszystkich.
 
    Do wychudzonej i zabiedzonej staruszki, leżącej pod kroplówką na sali obserwacyjnej, przyjechała rodzina. – Dlaczego mama nie słucha lekarzy?! – wydziera się elegancka kobieta w drogim futrze. – Dlaczego mama tak mało je?  – dopytuje.  – Jak byliśmy trzy tygodnie temu, przywieźliśmy mamie ciastka – dorzuca równie elegancki małżonek. – Czy mama sumienia nie ma? – rozpacza dama.
 
    Aneta to samotna, 82-letnia kobieta, zostawiona przez rodzinę na pastwę losu. Z trudnością się porusza, wymaga pomocy przy codziennych czynnościach. Mieszka sama w jednej z podwarszawskich miejscowości. W rozpadającej się ruderze. W szpitalu modli się całymi dniami, odmawia różaniec. W nocy majaczy modlitwy i prosi Jezusa i Maryję, by ją wzięli do siebie, bo ma dosyć życia. Takiego życia.
 
 
400 000 chorych
Danuta ma 65 lat, ale wygląda co najmniej na 80. Choruje na schizofrenię. W szpitalu przebywa od 3 lat. Prawie nie ma z nią kontaktu. Przeplata opowieści z dzieciństwa z opowieściami z późniejszych lat. Rodzina jej nie odwiedza, jednak Danuta twierdzi, że co dwa miesiące odwiedza ją siostra. Mówi, że ma rentę, ale nigdy nie ma pieniędzy. Dopala niedopałki z popielniczek. Kilka razy była złapana na drobnych kradzieżach, głównie papierosów i jedzenia.
 
„Spośród chorób psychicznych (…) największą grupę stanowią pacjenci cierpiący z powodu schizofrenii” („Odnaleźć siebie”). Szacuje się, że na schizofrenię cierpi ok. 1 proc. populacji, co w Polsce oznaczałoby ok. 400 tys. osób.
 
Gdy Danuta usłyszała „Warszawiankę 1905” – dźwięk jednej z komórek  – sama z siebie zaczęła ją śpiewać. Pamiętała słowa prawie wszystkich zwrotek. Chwilę później zaśpiewała: – Nasz sztandar płynie ponad trony / niesie on zemsty grom, ludu gniew / a kolor jego jest czerwony / bo na nim robotnicza krew…. Równie dobrze poradziła sobie z odśpiewaniem: Wyklęty powstań ludu ziemi / powstańcie, których dręczy głód / myśl nowa blaski promiennemi / powiedzie nas na bój, na trud…     Wtedy też zaczęła opowiadać o sobie.  – Urodziłam się 13 lipca 1941 r. Byłam w harcerstwie, codziennie apel, wszyscy na apelu – wspominała. – W 1958 r. zdałam maturę, a potem poszłam na 9-miesięczną praktykę do garbarni w Radomiu. „Radoskór” to był potem. Codziennie przywozili kwas solny do obrabiania skór i siedziałam w tej chemii, w magazynie – wyliczała. – A potem, jakieś ze trzy lata, może więcej, pracowałam w MHD (Miejski Handel Detaliczny  – przyp. red.), to taki sklep był z butami i wyrobami ze skóry. Otwieraliśmy sklep o 10:30 rano, do w pół do trzeciej. A potem od w pół do piątej do w pół do siódmej. Mieliśmy wszystkie buciki, takie maleńkie, i takie pantofelki na obcasikach, śliczne takie, brali je do teatrzyku nawet – opisywała z wyraźnym zachwytem.
 
    Potem Danuta zachorowała. – Wypadłam z okna i się poharatałam – mówiła pokazując pozostałość wypadku – szramę na nodze. Od połowy lat 70. Danuta była na rencie. II grupa. Kilka dni później Danutę zabrało pogotowie. Nikt nie wie, dokąd. Prawdopodobnie na Blok „C”.
 
 
Służba zdrowia czy służące?
Tutaj starszymi osobami zajmują się wykwalifikowane pielęgniarki, a nie najbliżsi ludzie, którymi te zniedołężniałe obecnie staruszki kiedyś opiekowały się w podobny sposób – gdy byli małymi dziećmi. Personel nieliczny. Kilka pielęgniarek, ze dwie salowe na zmianie. Pod opieką – kilkadziesiąt pacjentek, z czego część, szczególnie staruszek, potrzebuje stałego nadzoru i opieki. Niektóre z młodych też, choć są sprawne fizycznie.
 
Sala obserwacyjna, do której trafiają „świeże” pacjentki, zapełnia się w okolicach weekendu. Najczęściej zniedołężniałymi staruszkami, które przy życiu trzymają lekarstwa i kroplówki. W końcu to państwowy szpital, a nie dom opieki, potocznie nazywany „domem starców”. Szpital jest finansowany przez NFZ. Za „dom starców” trzeba już zapłacić, lub przekazać emeryturę czy rentę na koszty utrzymania. Po umieszczeniu starej matki w szpitalu dla psychicznie chorych i ograniczeniu jej praw, renta zostaje w rodzinie.
 
    – Personel tutaj dość często się zmienia. Nie wszyscy to wytrzymują – opowiada jedna z pielęgniarek. – Praca nie dość, że ciężka pod każdym względem, również wykańczająca nas psychicznie, to kiepsko płatna. Jak to w służbie zdrowia – ocenia.  – Wiele osób odpada, niektórzy wyjeżdżają za granicę, inni odchodzą do „normalnych” szpitali – podsumowuje i dodaje, że personel kurczy się z roku na rok. – Jakie podwyżki?! Przecież to kpiny, nie podwyżki! – oburza się salowa na pytanie o „prezent”, jaki służba zdrowia dostała latem ub.r. od rządu PiS. – Żadne tam 30 proc., o których trąbią w telewizji. Gdyby nawet dali te 30 proc., to co to jest przy tak niski płacach? – dodaje ponuro.
Życie to nie bajka
Kasia ma 32 lata i trzech niepełnosprawnych synów. Od dawna ma problemy z dziećmi, chorującymi i wymagającymi rehabilitacji.  – Pracuję w samodzielnym zakładzie rehabilitacji i opieki jako salowa. Zarabiam 700 zł miesięcznie „na rękę”, za 12-godzinne dyżury co drugi dzień, w tym w weekendy – opowiada. Mąż pracuje dorywczo. Do szpitala trafiła po załamaniu nerwowym, gdy odwiozła syna na operację. Umówiła się z mężem, że ten ją zastąpi w szpitalu, ale jemu akurat wpadła kolejna fucha. A w domu się nie przelewa. Kasia pojechała do domu przekonana, że mąż jest w szpitalu. Gdy dowiedziała się, że jej dziecko zostało samo, dostała szoku i straciła kontakt z rzeczywistością. Przez dwa dni na obserwacji mówiła tylko o swoich dzieciach i dopytywała, czy są bezpieczne.
 
    Dagmara trafiła do szpitala w stanie wycieńczenia. Przez kilka dni mówiła tylko o jakiejś akcji z komórkami, o łapance.  – Jestem w teraźniejszości, jestem już trzeźwa – powtarzała uparcie, choć nie można było nawiązać z nią kontaktu. Twierdzi, że jest anorektyczką i faktycznie jej wygląd na to wskazuje.
 
    Właśnie miała zacząć leczenie. Organizm okazał się szybszy niż świadomość.  – Jestem już na normalności – mówiła w stołówce, dzieląc obiad na mniejsze porcje, żeby nie nadwerężać skurczonego z głodu żołądka.„Ci zaś, u których ciągle jeszcze dominuje miłość życia, będą wstrząśnięci, kiedy odkryją, jak blisko byli «cienistej doliny śmierci» i szok ten może ich przebudzić do życia”. (Erich Fromm)
 
Julia, 23 lata, studentka. We wrześniu kolejny raz rozstała się z facetem, z którym planowała wspólną przyszłość. Po pięciu latach toksycznego, jak sama teraz ocenia, związku. Po rozstaniu z nim chciała zostać do końca życia sama. Dwa tygodnie później poszła do fryzjera, do którego zwykle chodził jej były chłopak, aby obciąć się „na chłopaka”. –. Chciałam być taka ch..., jak on – opowiada. Ten fryzjer jest teraz jej chłopakiem. Julia uważa, że tym razem to poważny związek. Poprzedni odchorowała tak, że trafiła do szpitala psychiatrycznego. Ale nie tylko dlatego.
 
    Kilka lat temu rodzice Julii rozwiedli się. Mimo to, do dziś mieszkają razem, bo żadnego z nich nie stać na samodzielne wynajęcie mieszkania. W podobnej sytuacji są tysiące polskich rodzin, zmuszonych do mieszkania pod jednym dachem pomimo narastającej niechęci, agresji i nienawiści między ludźmi, którzy kiedyś przysięgali sobie dozgonną miłość i planowali wspólne szczęśliwe życie.
 
    Kiedyś rodzice Julii mieli sklep, potem otworzyli kawiarnię, którą przekształcili na pub. Zaczęli mieć problemy finansowe – wpadli w pętlę zadłużenia. Matka Julii załamała się i odeszła na kilka miesięcy z domu. Ojciec od wielu lat jest na rencie inwalidzkiej – 20 lat temu w jednym ze szpitali zarażono go gronkowcem. Stara się zarobić na dom na dwóch posadach: sprzedając warzywa na straganie i stróżując na budowie. Choroba odnowiła się rok temu, gdy zaczął mieć problemy ze stawem kolanowym i przechodził kolejne operacje. Ostatni przeszczep się nie przyjął. Gronkowiec.
 
    Julia do ośrodka trafiła na początku listopada. – Zebrało się wszystko na raz, miałam dosyć, problemy mnie przerosły. Czułam się niekochana – ocenia swój stan. – Zagroziłam, że się potnę. Dlatego znalazłam się w szpitalu – wyjaśnia.    
 
Obecnie Julia ma mnóstwo planów na przyszłość. Chce w swoim mieście otworzyć bar mleczny. – Nie ma czegoś takiego u nas – przekonuje. – Są tylko restauracje dla burżujów, puby i pizzerie, ale nie ma baru, w którym biedni ludzie mogliby zjeść obiad za 3 zł – dodaje. – Nigdy nie należałam do żadnej partii politycznej, ale może teraz się zapiszę – zastanawia się, komentując wyniki zakończonej kampanii wyborczej do samorządów. – Ale to musi być partia lewicowa, taka, której program dotyczy ludzi takich jak my, potrzebujących pomocy i nie radzących sobie w tej dzikiej rzeczywistości – zastanawia się.
 
 
Teksty Małgorzata TępowiczImiona bohaterek reportażu oraz niektóre szczegóły zostały zmienione.

Psychologowie uczestniczący w 31. Zjeździe Polskiego Towarzystwa Psychologicznego stwierdzili, że największymi wyzwaniami, przed jakimi stoi psychologia u progu obecnego stulecia, są ludzkie problemy wywoływane przez kataklizmy i katastrofy, bezrobocie, konieczność przekwalifikowania się oraz stres związany z edukacją.   
 
Jednym z najważniejszym tematów zjazdu jest problematyka związana z wyraźnym obniżeniem się psychicznej kondycji polskiego społeczeństwa. Według psychologów, wpłynęły na to przede wszystkim pogłębiające się różnice między bogatymi i biednymi, rosnące bezrobocie oraz skrajna bieda dotykająca coraz więcej ludzi.   
 
Zdaniem prof. Jana Strelaua z Uniwersytetu Warszawskiego, polskie społeczeństwo jest już powyżej progu krytycznego, którego przekroczenie grozi masowymi i nieprzewidywalnymi zachowaniami radykalnymi, odrzucającymi obowiązujące normy społeczne.
za: www.lewica.pl,  06.09.2002

•W ostatnim roku przybyło w Polsce 122 tys. osób leczących się psychiatrycznie. Liczba ta jest z pewnością większa, oficjalne bowiem dane nie uwzględniają pacjentów, którzy leczą się prywatnie. Eksperci alarmują:  – To cena za udział w wyścigu szczurów. Według raportu Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie w 2004 r. publiczne poradnie psychiatryczne miały 1 246 mln pacjentów, o 122 tys. więcej niż rok wcześniej. Nieoficjalnie psychiatrzy szacują, że, uwzględniając prywatne praktyki lekarskie, liczba pacjentów może sięgać miliona.  – Nigdzie w Europie nie przybywa chorych w takim tempie - powiedział profesor Aleksander Araszkiewicz, szef Kliniki Psychiatrii Szpitala Uniwersyteckiego w Bydgoszczy i prezes elekt Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.  – W ciągu ostatnich ośmiu lat w Polsce ich liczba się podwoiła – dodał Araszkiewicz. Zdaniem Araszkiewicza w przyszłości sytuacja będzie się pogarszać.  – Szaleńcza rywalizacja rozpoczyna się już dużo wcześniej, bo praktycznie w przedszkolu. To musi przynieść złe efekty  – powiedział profesor.
    
Na choroby psychiczne cierpią przede wszystkim mężczyźni między 30 a 64 rokiem życia. Nie ma większego znaczenia ich status społeczny czy wykształcenie. W depresję popadają tracący pracę, bez względu na to, czy byli dobrze zarabiającymi menedżerami czy niewykwalifikowanymi robotnikami. Inną grupę zwiększonego ryzyka stanowią ludzie starsi, którzy czują się niepotrzebni i wykluczeni.za: www.lewica.pl, 26.09.2005
•Zgodnie z danymi Instytutu Psychiatrii i Neurologii, w poradniach zdrowia psychicznego w całym kraju zarejestrowało się już ponad milion Polaków, czyli o ponad 350 tys. więcej niż 10 lat temu.
    
Wśród nich więcej jest kobiet, ale w ostatnim czasie szybko rośnie też liczba mężczyzn leczących się u psychiatrów. Zdaniem ekspertów coraz częściej leczą się też bezrobotni i pracownicy, którzy nie potrafią sprostać wymaganiom szefów. Wśród pacjentów psychiatrów pojawia się także coraz więcej młodych ludzi. za: www.lewica.pl, 1.09.2006
Tekst ukazał się w tygodniku "Trybuna Robotnicza" 8 lutego 2007

Portret użytkownika tres
 #

O tym do jakich zatrważających zmian w psychice może doprowadzić kapitalistyczny wyzysk pisaliśmy już w sierpniu ubiegłego roku, publikując tłumaczenie artykułu z "Independent" dotyczącego tragedii w New Jersey po tym jak ojciec, imigrant z Polski zadźgał swoją 6-osobową rodzinę po czym popełnił samobójstwo

http://1917.net.pl/?q=node/6292

 

Społeczność

Ochotnik