Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 13 gości.

Filip Ilkowski: Związki zawodowe - niech moc będzie z wami!

2011 06 30 demonstracja związkowców

Piotr Duda i Jan Guz
 

W Polsce ok. 2 milionów pracujących należy do związków zawodowych. Na każde 100 zatrudnionych średnio 15 do związkowcy. Te 15 % “uzwiązkowienia”  w ostatnich latach utrzymuje się na podobnym poziomie. Modne tezy o śmierci związków zawodowych, popularne szczególnie po wyraźnym spadku liczby ich członków w pierwszej dekadzie transformacji, okazały się mocno przesadzone.
 
 
Członkostwo w związkach koncentruje się w dużych zakładach i w sektorze publicznym. Problem ich zakładania w nowo powstających miejscach pracy jest jak najbardziej realny. Wrogość kapitalistów, bat bezrobocia, próby wpajania (na poziomie firmy i państwa) ideologii pt. “każdy jest kowalem własnego losu” połączonej z mitem “dobra wspólnego” pracy i kapitału – to wszystko powodowało, że w miejsce upadających zakładów ze związkami zawodowymi powstawały nowe, w których związkom trudniej było walczyć o istnienie.
 
 
Oczywiście, także w tych nowych zakładach były sytuacje, gdzie pracownikom udawało się zorganizować – choćby w sieciach hipermarketów – ale generalnie poziom uzwiązkowienia postaje tam wyraźnie niższy od przeciętnej. Najgorsza sytuacja zawsze panowała w małych firmach – tym ideale drobnej przedsiębiorczości opiewanym zarówno przez Jarosława Kaczyńskiego, jak i Janusza Palikota. Tam związków prawie nie ma. I tam też uprawnienia pracowników np. do płatnego urlopu, płatnych nadgodzin czy nawet wypłacania w terminie pensji są najbardziej powszechnie łamane.
 
 
 
Związki mogą sparaliżować gospodarkę
 
 
Fakt koncentracji siły związków zawodowych w największych zakładach sektora publicznego (lub niedawno sprywatyzowanego) ma jednak swoją pozytywną stronę. Wysokie uzwiązkowienie dotyczy bowiem kluczowych gałęzi gospodarki. Siła przetargowa związków jest zatem znacznie wyższa niż wynika to z ich ogólnej proporcji wśród pracujących. Strajk w górnictwie, energetyce czy takich firmach, jak PKN Orlen i KGHM Polska Miedź, w połączeniu ze strajkiem kolejarzy oznacza paraliż całej gospodarki. Strajk pracowników transportu miejskiego w każdym z dużych miast to wielki kij włożony w miejskie mrowisko, uniemożliwiający jego “normalne” funkcjonowanie. Szczególnie, jeśli  połączyłyby się z nim niepracujące przedszkola i szkoły. Nawet najmniej uzwiązkowione branże byłyby taki protestem pośrednio dotknięte.
 
 
Pozornie fakt siły przetargowej związkowców w kluczowych branżach jest marnym pocieszeniem dla pracujących w miejscach, gdzie dużo trudniej walczyć o swoje. Można zapytać, co z tego, że ktoś-gdzieś-coś sobie wywalczy? Faktycznie jednak wszelkie sukcesy mają nie tylko znaczenie ekonomiczne dla grup pracowniczych biorących udział w konflikcie. Podważają one bowiem ideologię kapitału pokazując, że nie tylko nie jedziemy “na tym samym wózku”, ale także, że biznesmenom można się przeciwstawić. Sukcesy w strategicznych “bastionach” dodają pewności siebie wszystkim próbującym się organizować. I odwrotnie: każda porażka np. górników czy kolejarzy spowodowałaby lawinę radosnej rządowo-biznesowej propagandy mówiącej, że związki zawodowe odchodzą do przeszłości. Nie znaczy to, że biorący udział w tych walkach będą automatycznie postrzegać je w ramach szerszych interesów klasy pracowniczej – i zadaniem ludzi o poglądach socjalistycznych jest te ramy rozszerzać. Niewątpliwie jednak skuteczna walka o własne interesy powoduje także, że ci bardziej zorganizowani chętniej solidaryzować z walką tych mniej zorganizowanych – w końcu jest to w ogóle jednym z celów istnienia związków zawodowych na poziomie wyższym niż własne miejsce pracy. Natomiast jeśli ktoś nie jest w stanie walczyć o swoje, tym bardziej nie będzie walczył o innych.
 
 
 
Niewykorzystywana siła
 
 
Głównym problemem jest jednak to, że związki zawodowe, także w tych najsilniejszych miejscach, bardzo niechętnie korzystają z własnej siły. Konflikty z kapitalistami i państwem rzadko przekształcają sie w strajki. Nie jest to tylko polską specyfiką, ale wynika z miejsca związków w systemie kapitalistycznym.
 
 
Związki zawodowe są organizacjami pracowniczymi, czyli skupiają swych członków na zasadzie klasowej. Chcąc skutecznie działać, muszą być niezależne od kapitału i państwa. Samo członkostwo w związku jest więc dla pracowników podstawowym aktem świadomości odrębności własnych interesów klasowych. Jednocześnie jednak związki są organizacjami działającymi w ramach systemu kapitalistycznego. Ich celem nie jest obalenie władzy kapitalistów, ale negocjacja możliwie najlepszych warunków sprzedaży przez pracowników własnej siły roboczej.
 
 
Każdy związek, ponieważ jego pozycja negocjacyjna zależy ostatecznie od możliwości zadania właścicielowi strat ekonomicznych, musi dążyć do włączania w swe szeregi jak największej liczby pracujących. Aby w ogóle zmusić kapitalistę do rozmów, musi on reprezentować znaczącą część załogi. Siłą rzeczy skupiać więc musi ludzi o różnych poglądach, bynajmniej nie tylko radykalnych czy rewolucyjnych. Gdyby było inaczej, związek zawodowy stałby się po prostu partią skupiającą pracowników o antykapitalistycznych poglądach, którzy w “spokojnych” czasach zawsze stanowią mniejszość .
 
 
Biurokracja związkowa –hamulcowi walki
 

To jednak nie jedyny powód stosunkowego umiarkowania związków. Nastroje wśród pracowników często się zmieniają i nawet ci dotychczas bardziej umiarkowani – gdy np. grozi widmo zwolnienia albo wyjdą na jaw wielkie zyski firmy przy stagnacji płac pracowniczych – nierzadko gotowi są do podjęcia bardziej radykalnych działań. Kierownictwa związków patrzą jednak na to niechętnie. Wynika to z faktu, że wraz z rutyną negocjacji kończących się zawieraniem układów zbiorowych z państwowymi czy prywatnymi kapitalistami, w każdej  organizacji związkowej wykształca się warstwa zawodowych negocjatorów, których pozycja społeczna znacząco różni się od tej zwykłych pracowników.
 
 
Kierująca związkami biurokracja, jest szczególnym rodzajem klasy średniej, zawieszonej między kapitalistami a pracownikami i posiadającej odrębne interesy. Jej racją bytu jest istnienie systemu kapitału i pracy najemnej, dzięki któremu może pełnić swą funkcję negocjatora. Pracujący na etatach zawodowi funkcjonariusze związkowi sami nie otrzymują wynagrodzeń czy warunków pracy, które wynegocjują. Liderzy związkowi, szczególnie na wyższych stanowiskach, zwykle zarabiają dużo więcej niż reprezentowani przez nich pracownicy.
 
 
Im większy i bardziej wpływowy jest związek, tym większa staje się warstwa biurokratyczna, której członkowie traktują go bardziej jako własne miejsce pracy i awansu społecznego niż jako zbiorowy wyraz interesów pracowniczych. Im wyżej w hierarchii biurokracji, tym większa jest tendencja do traktowania związku jako będącej celem samym w sobie organizacji, która powinna mieć własne źródła dochodów (np. z wynajmu pomieszczeń) i generalnie powinna unikać wszystkiego grożącego nadszarpnięciem związkowej kasy. W skrajnym przypadku – jak ostatnio w Poznaniu, gdzie “Solidarność” i OPZZ wspólnie “odzyskały” kamienicę wraz z mieszkańcami – prowadzi to do postrzegania związku jako firmy, która musi zarabiać. Przy tym przywódcy związków widzą się jako lobbystów wchodzących w układy z rozmaitymi partiami politycznymi, a nawet sami zostają posłami z ich list.
 
 
Związkowa biurokracja nie chce więc żadnych spontanicznych wybuchów akcji  protestacyjnych w miejscach pracy. Idealną sytuacją jest dla niej wykorzystywanie własnego “zaplecza” jako biernego straszaka w negocjacjach. Czasami można je uruchomić, w celu poprawienia własnej pozycji negocjacyjnej, ale zawsze na krótki czas i pod własną kontrolą.
 
Nacisk szeregowych związkowców

Liderzy związkowi nie mogą jednak zupełnie oderwać się od szeregowych członków, bowiem grozi to po prostu odejściem tych drugich z organizacji. Nawet najbardziej spolegliwy przywódca związkowy musi więc z jakiejś mierze wyrażać aspiracje pracowników. To powoduje, ze nacisk szeregowych związkowców często zmusza biurokrację do akcji nawet wbrew jej woli.
 
 
To wszystko nie oznacza, że nie ma różnic między przywódcami związkowymi. Obecny lider “Solidarności” Piotr Duda, przy całej krytyce jego działań, z punktu widzenia możliwości mobilizowania pracowników do walki jest bez wątpienia lepszym przywódcą niż jego poprzednicy: “superpremier” z AWS Marian Krzaklewski czy połknięty przez PiS Janusz Śniadek. Zwrot w lewo lidera WZZ “Sierpień 80” Bogusława Ziętka był z kolei ważnym wydarzeniem umacniającym niezależną lewicę. To wszystko nie oznacza też, że mamy do czynienia ze stale prącymi do walki “dołami” blokowanymi przez biurokrację. Każda osoba mająca doświadczenie w działalności związkowej doskonale wie, jak różne są poglądy wśród tych “dołów”, jak wiele jest tam niewiary we własne siły. Jednak to biurokracja związkowa zasadniczo opiera się na bardziej biernych, konserwatywnych członkach, by usprawiedliwić własną bierność i konserwatyzm.
 
 
Ponadto w niektórych sytuacjach liderzy związkowi muszą organizować walkę, która także dla nich jest walką o przetrwanie, np. gdy istnienie związku jest zagrożone. Szczególnie w czasie kryzysu gospodarczego liderzy związkowi znajdują się w sytuacji sprzecznych nacisków. Ich wymarzona wizja niezakłóconych negocjacji w “partnerstwie” z biznesmenami i rządem okazuje się mrzonką, gdy owi “partnerzy społeczni” przestają być nią zainteresowani jednostronnie wprowadzając antypracownicze posunięcia. Kierownictwa związków muszą wtedy zarówno pokazać swą przydatność zwykłym pracownikom, jak i udowodnić zdolność do działania stronie kapitału. To powoduje, że momentami mobilizują oni wtedy własnych członków do walki – choć stale spoglądając, czy rząd i biznesmeni nie wykonali już jakiś gestów “dobrej woli” pozwalających powrócić do ukochanego stołu negocjacji.
 
 
 
Arogancja rządu
 
 
W pewnej mierze taką sytuację widzimy w dzisiejszej Polsce. Rząd pokazał popis arogancji kompletnie ignorując związki zawodowe przy wprowadzaniu ustawy przedłużającej wiek emerytalny. Obecnie planuje wydłużanie okresu rozliczeniowego pracy – znów bez żadnych rzeczywistych negocjacji ze związkami. W tej sytuacji nawet liderzy związkowi muszą pokazać, że wciąż istnieją. Skutkiem tego był śląski strajk generalny – wydarzenie jednocześnie przełomowe i ograniczone przez organizatorów do minimum. Brak reakcji ze strony władzy otworzył dyskusję o ogólnopolskim strajku generalnym – zjawiska, o którym przywódcy związkowi nie mówili od lat.
 
 
Fakt, że Piotr Duda z “Solidarności” czy Jan Guz z OPZZ już nie tylko mówią od czasu do czasu groźnym tonem, ale faktycznie gotowi są rozpatrywać możliwość akcji strajkowej, jest ważnym i pozytywnym zjawiskiem. Poza wszystkim pokazuje, że strona rządowo-biznesowa może się naciąć nazbyt lekceważąc związkowców.
 
 
Zadaniem szeregowych członków związków jest teraz naciskanie na liderów, by strajk generalny stał się rzeczywistością, by próby przypomnienia o sobie rządzącym nie przybrały postaci tylko kolejnej demonstracji, ale demonstracji wraz ze strajkiem.
 
 
Podsumowując: związki zawodowe są podstawowymi organizacjami obrony pracowników. Powinniśmy działać wewnątrz nich, wspierać je w pełni w prowadzonych, w celu tej obrony, walkach oraz bronić przed atakami rządu i biznesmenów, ich partii i mediów. Jednocześnie szeregowi członkowie powinni organizować się wewnątrz związków także niezależnie od własnych liderów. Wiemy bowiem, że przywódcy związkowi często gotowi są oni iść na zgniłe kompromisy z przeciwnikiem.
 
 
Powinniśmy więc wspierać ich wtedy, kiedy walczą, ale być gotowi do akcji także niezależnie od nich. To wszystko oznacza też, że związki zawodowe, jakkolwiek ważne, nie wystarczą. Pracownicy o antykapitalistycznych poglądach muszą się także organizować w rodzaj partii, na zasadzie pokrewieństwa ideowego – choćby po to, by skuteczniej przekonywać kolegów i koleżanki wewnątrz związków, że chcąc coś wywalczyć, możemy liczyć tylko na własne siły. Tylko, a raczej aż!

Tekst ukazał się w majowym numerze miesięcznika "Pracownicza Demokracja"

Portret użytkownika tres
 #

Odnośnie sugestii autora tekstu że "biurokracja jest szczególnym rodzajem klasy średniej" warto przytoczyć argument Lwa Trockiego
 
Dla marksisty klasa ma wyjątkowo ważne i co więcej, naukowo sprecyzowane znaczenie. Klasę definiuje się nie przez sam jej udział w podziale dochodu narodowego, lecz przez samodzielną rolę w ogólnej strukturze gospodarczej oraz przez jej samodzielne korzenie w gospodarczych podstawach społeczeństwa. Każda klasa (szlachta feudalna, chłopstwo, drobna burżuazja, burżuazja kapitalistyczna i proletariat) wypracowuje swoje własne szczególne formy własności. Biurokracji brakuje wszystkich tych cech. Nie zajmuje samodzielnej pozycji w procesie produkcji i dystrybucji. Nie posiada samodzielnych korzeni własności.
 
http://www.1917.net.pl/node/5908
 

 

Społeczność

Lenin 666