Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 34 gości.

Fryderyk Engels: Anty-Dühring (przedmowy)

Fryderyk Engels

Przedmowy
 
 
Przedmowa do pierwszego wydania
 
 Praca niniejsza nie jest bynajmniej owocem jakiejś "potrzeby wewnętrznej". Przeciwnie.
Gdy trzy lata temu pan Dühring - jako adept i zarazem reformator socjalizmu - rzucił nagle wyzwanie swemu stuleciu, przyjaciele w Niemczech wielokrotnie nalegali na mnie, żebym tę nową teorię socjalistyczną krytycznie oświetlił w centralnym organie partii socjaldemokratycznej, którymi wówczas był "Volksstaat"2. Uważali, że koniecznie należy je zrobić, aby w tak młodej jeszcze i dopiero co definitywnie zjednoczonej partii nie zaistniała znowu okazja do sekciarskiego rozłamu t zamętu. Oni mogli lepiej niż ja ocenić sytuację w Niemczech, i dlatego musiałem im wierzyć. Do tęgo okazało się, że część prasy socjalistycznej powitała nowo nawróconego z życzliwością, która, choć należna jedynie dobrej woli pana Dühringa, objawiała ponadto, że owa część prasy partyjnej ma dobrą wolę nieopatrznego przyjęcia również jego doktryny - właśnie na rachunek tejże jego dobrej woli. Znaleźli się też ludzie, którzy przygotowywali się już do rozpowszechniania tej doktryny w spopularyzowanej formie wśród robotników. I wreszcie - pan Dühring i jego nieliczna sekta zastosowali wszystkie chwyty reklamy i intrygi, żeby zmusić "Volksstaat" do zajęcia zdecydowanego stanowiska wobec nowej nauki występującej z tak ogromnymi pretensjami.
Mimo to upłynął rok, zanim zdecydowałem się odłożyć inne prace, aby zanurzyć zęby w tym cierpkim jabłku. Było to bowiem jabłko, które trzeba było spożyć w całości, gdy się je napoczęło. A było ono nie tylko bardzo cierpkie, ale i bardzo duże. Nowa teoria socjalistyczna występowała jako ostatni praktyczny owoc nowego systemu filozoficznego. Trzeba więc było ją zbadać w powiązaniu z tym systemem, czyli zbadać również sam system; trzeba było wędrować za panem Dühringiem po owych rozległych terenach, gdzie rozprawia on o wszystkim, co możliwe, i jeszcze o czymś ponadto. Tak powstał szereg artykułów, które były zamieszczane od początku roku 1877 w lipskim "Vorwarts", spadkobiercy "Volksstaatu", a tutaj ukazują się łącznie.
Tak więc właściwość samego przedmiotu narzuciła krytyce wyczerpujący charakter, który pozostaje w rażącej dysproporcji z naukową zawartością tego przedmiotu, to znaczy pism dühringowskich. Ale są jeszcze dwie inne okoliczności, mogące: usprawiedliwić tę skrupulatność. Po pierwsze, dało mi to sposobność pozytywnego rozwinięcia, w ramach przeróżnych poruszanych tu dziedzin, moich poglądów na kwestie stanowiące dziś przedmiot ogólniejszych, naukowych czy politycznych zainteresowań. Czyniłem to w każdym rozdziale i jakkolwiek celem tej pracy nie było przeciwstawienie "systemowi" pana Dühringa innego systemu, spodziewam się, że czytelnik nie przeoczy wewnętrznego związku w przedstawionych przeze mnie poglądach. Mam już obecnie dość dowodów, że praca moja nie była pod tym względem całkowicie bezowocna.
Po drugie, "systemotwórczy" pan Dühring nie jest w dzisiejszych Niemczech zjawiskiem odosobnionym. Od jakiegoś czasu wyrastają tu z dnia na dzień, tuzinami, jak grzyby po deszczu, systemy kosmogonii, filozofii przyrody w ogóle, polityki, ekonomii itd. Najmizerniejszy doctor philosophiae, ba, nawet studiosus nie weźmie się za coś mniejszego niż kompletny "system". Jak w nowoczesnym państwie zakłada się, że każdy obywatel dojrzał do wyrokowania we wszystkich sprawach, nad którymi mą głosować; jak w ekonomii przyjmuje się, że każdy konsument jest gruntownym znawcą towarów wszelakiego użytku, które wypada mu kupować - tak mą też być teraz i w nauce. Wolność nauki oznacza, że każdy może pisać o wszystkim, czego się nie uczył, i podawać to za jedyną metodę ściśle naukową. A pan Dühring jest jednym z najbardziej typowych przedstawicieli tej hałaśliwej pseudonauki, która pcha się dziś w Niemczech wszędzie na pierwszy plan, zagłuszając wszystko swoją grzmiącą frazeologią. Napuszony bełkot w poezji, w filozofii, w polityce, w ekonomii, w dziejopisarstwie, napuszony bełkot na katedrze i na trybunie, wszędzie i wszędzie; napuszony bełkot z pretensjami do wyższości i głębi myśli w przeciwieństwie do prymitywnej, płaskiej, trywialnej myśli innych narodów; napuszony bełkot - najbardziej charakterystyczny i najbardziej masowy produkt niemieckiego przemysłu intelektualnego, tani a lichy, zupełnie jak inne fabrykaty niemieckie, obok których nie był niestety zaprezentowany w Filadelfii3. Ostatnio nawet niemiecki socjalizm, zwłaszcza po dobrym przykładzie, jaki dał pan Dühring, potężnie nadyma się wyższą frazeologią, prezentując światu postacie mężów pysznych "nauką", z której się "naprawdę niczego nie nauczyli"4. Jest to dziecięca choroba, która świadczy o tym, że niemiecki studiosus zaczyna się nawracać na socjaldemokrację; choroba ta jest nieodłączna od tego nawrócenia, ale niechybnie zostanie przezwyciężona dzięki szczególnie zdrowej naturze naszych robotników.
Nie moją było winą, że musiałem podążyć za panem Dühringiem w dziedziny, w których mogłem się poruszać co najwyżej w charakterze dyletanta. W takich wypadkach ograniczałem się przeważnie do przeciwstawienia błędnym lub opacznym twierdzeniom mego przeciwnika prawdziwych i bezspornych faktów. Tak uczyniłem w dziedzinie prawa i w niektórych kwestiach przyrodniczych. W innych wypadkach idzie o ogólne poglądy z zakresu przyrodoznawstwa teoretycznego, a wiec dziedziny, w której także przyrodnik-specjalista musi wychodzić poza swą specjalność, wkraczać na sąsiednie tereny, gdzie jest on, według określenia pana Virchowa, tak samo "niedouczony"5 jak my wszyscy. Mam przeto nadzieję, że mnie również nie będzie odmówione zwykłe w takich wypadkach pobłażanie dla drobnych nieścisłości i nieporadności wykładu.
Gdy kończyłem tę przedmowę, otrzymałem napisane przez pana Dühringa ogłoszenie księgarskie o nowym "miarodajnym" dziele pana Dühringa: "Nowe podstawy racjonalnej fizyki i chemii". W pełni zdaję sobie sprawę z luk w moich wiadomościach z zakresu fizyki i chemii, ale dobrze znam swojego pana Dühringa; toteż nie oglądając nawet tej książki mogę przepowiedzieć, że ustalone tam prawa fizyki i chemii godnie staną, ze względu na błędność i banalność, obok poprzednio przez pana Dühringa odkrytych, rozpatrywanych w mojej pracy praw ekonomii, schematyki świata itd. - i że skonstruowany przez pana Dühringa rygometr, czyli przyrząd do mierzenia bardzo niskich temperatur, będzie stanowił miernik nie niskich czy wysokich temperatur, ale jedynie i wyłącznie miernik prostackiej arogancji pana Dühringa.
Londyn, 11 czerwca 1878 r.
Przedmowa do drugiego wydania
Niespodzianką było dla mnie, że praca niniejsza ma się ukazać w nowym wydaniu. Przedmiot jej krytyki jest dziś prawie zapomniany; sama praca nie tylko była udostępniona w odcinkach wielu tysiącom czytelników na łamach lipskiego "Vorwarts" w latach 1877 i 1878, ale została też wydana osobno jako całość w wielkim nakładzie. Jakże więc może jeszcze dziś kogoś interesować to, co przed laty miałem do powiedzenia o panu Dühringu.
Przede wszystkim zawdzięczam to chyba okoliczności, że praca ta, podobnie jak niemal wszystkie moje pisma będące jeszcze wówczas w obiegu, została w Rzeszy Niemieckiej natychmiast po wydaniu ustawy przeciw socjalistom6 zakazana. Dla każdego, kto nie skostniał w dziedzicznych biurokratycznych przesądach krajów Świętego Przymierza7, efekt tego zarządzenia musiał być jasny: podwojenie i potrojenie zbytu zakazanych książek, obnażenie niemocy panów z Berlina, którzy wydają zakazy i nie mogą ich przeprowadzić. Toteż dzięki tej przysłudze rządu Rzeszy ilość wznowień moich pomniejszych pism przekracza moje siły; brak mi czasu na należyte przejrzenie tekstów i przeważnie muszę poprzestawać na zwyczajnym przedruku.
Do tego dochodzi jeszcze jedna okoliczność. Krytykowany tu "system" pana Dühringa obejmuje bardzo rozległy zakres rozważań teoretycznych; byłem zmuszony wszędzie podążać za panem Dühringiem i jego poglądom przeciwstawiać swoje; Krytyka negatywna stała się przez to pozytywna; polemika przekształciła się w mniej lub bardziej powiązany wykład reprezentowanej przez Marksa i przeze mnie metody dialektycznej i komunistycznego światopoglądu, rozciągnięty na znaczną ilość dziedzin. Ten nasz system poglądów, przedstawiony światu po raz pierwszy w "Nędzy filozofii" Marksa i w "Manifeście Komunistycznym", przebył od tego czasu przeszło dwudziestoletni okres inkubacyjny; od chwili zaś ukazania się "Kapitału" zataczał on z rosnącą szybkością coraz szersze kręgi; dziś budzi zainteresowanie i znajduje zwolenników daleko za granicami Europy, we wszystkich krajach, w których są z jednej strony proletariusze, z drugiej - bezwzględni teoretycy naukowi. Istnieje więc, jak wikłać, krąg czytelników, których : zainteresowanie tą sprawą jest tak wielkie, że skłonni, są strawić bezprzedmiotową dziś pod wieloma względami polemikę z tezami Dühringa gwoli rozwijanych obok niej pozytywnych wywodów.
Mimochodem zaznaczani: ponieważ wyłożony tu system poglądów został w przeważnej części uzasadniony i rozwinięty przez Marksa, a w minimalnym tylko stopniu przeze mnie, było dla nas samo przez się zrozumiałe, że wykładu tego nie mogłem dokonać bez jego wiedzy. Przed oddaniem do druku przeczytałem mu cały rękopis, a dziesiąty rozdział działu o ekonomii. ("Z <<Krytycznej historii>>") został napisany przez Marksa; ja tylko, z przyczyn zewnętrznych, musiałem go niestety nieco skrócić. Od dawna już było naszym zwyczajem pomagać sobie wzajemnie w dziedzinach specjalnych.
Niniejsze nowe wydanie jest, z wyjątkiem jednego rozdziału, nie zmienionym przedrukiem poprzedniego. Z jednej strony brakło mi czasu na gruntowną rewizję, jakkolwiek pragnąłem zmienić to i owo w wykładzie. Ale ciąży na mnie obowiązek przygotowania do druku pozostałych po Marksie rękopisów, a to jest o wiele ważniejsze niż wszystko inne. Poza tym sumienie moje wzdraga się przed wszelkimi zmianami. Książka ta jest pracą polemiczną, więc uważam, że lojalność wobec przeciwnika nie pozwala mi nic poprawiać tam, gdzie on nic poprawić nie może. Mógłbym tylko rościć sobie prawo do repliki na odpowiedź pana Dühringa. Alę tego, co pan Dühring odpowiedział na mój atak, nie czytałem i bez szczególnych powodów czytać nie będę; mój teoretyczny porachunek z nim jest skończony. Zresztą tym bardziej muszę przestrzegać wobec niego przyzwoitych zasad walki literackiej, że uniwersytet berliński wyrządził mu w międzyczasie haniebną krzywdę, za co swoją drogą uniwersytet ów został odpowiednio ukarany. Uniwersytet, który waży się w znanych okolicznościach odebrać panu Dühringowi prawo nauczania, nie może się dziwić, gdy w też znanych okolicznościach narzuca się mu pana Schweningera8.
Tylko w drugim rozdziale działu trzeciego, w "Zagadnieniach teoretycznych", pozwoliłem sobie wprowadzić pewne wyjaśniające uzupełnienia. Ponieważ idzie tu wyłącznie o przedstawienie jednego z głównych punktów reprezentowanego przeze mnie poglądu, przeciwnik mój nie może mieć do mnie żalu o to, że starałem się wyłożyć rzecz popularniej i ściślej. A poza tym miałem do tego powód zewnętrzny. Zrobiłem mianowicie z trzech rozdziałów tej pracy (pierwszy rozdział Wstępu oraz dwa pierwsze rozdziały działu trzeciego) osobną broszurę dla mego przyjaciela Lafargue'a celem przetłumaczenia na język francuski; a gdy następnie francuskie wydanie posłużyło za podstawę do wydania włoskiego i polskiego, przygotowałem edycję niemiecką pod tytułem "Rozwój socjalizmu od utopii do nauki". W ciągu niewielu miesięcy broszura ta doczekała się trzech wydań i wyszła także w przekładzie rosyjskim i duńskim. We wszystkich tych wydaniach tylko omawiany rozdział został uzupełniony. Pedanterią byłoby, gdybym się w nowym wydaniu oryginału trzymał jego brzmienia pierwotnego, a nie późniejszego, które stało się już międzynarodowe.
Pozostałe zmiany, które pragnąłbym wprowadzić, dotyczą głównie dwóch punktów. Po pierwsze, pradziejów człowieka, do których Huczą dostarczył nam dopiero w roku 1877 Morgan9. Ale ponieważ w międzyczasie, w pracy "Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa" (Zurych 1884), miałem już możność opracowania tego materiału, wystarajcie powołam się na tę późniejszą pracę.
Po wtóre, chodzi o część traktującą o przyrodoznawstwie teoretycznym. Tu wykład jest bardzo nieporadny, niejedno można by dziś wyrazić jaśniej i ściślej. Dlatego też, nie czując się uprawnionym do czynienia tu poprawek, uważam m swój obowiązek skrytykować w tym miejscu siebie samego.
Marks i ja byliśmy bodaj że jedynymi, którzy ocalili świadomą dialektykę przenosząc ją z niemieckiej filozofii idealistycznej do materialistycznego pojmowania przyrody i historii. Ale dialektyczne i materialistyczne zarazem pojmowanie przyrody wymaga znajomości matematyki i przyrodoznawstwa. Marks gruntownie znał matematykę, natomiast rozwój przyrodoznawstwa mogliśmy śledzić tylko częściowo, dorywczo, sporadycznie. Gdy więc po porzuceniu zawodu kupieckiego i przeniesieniu się do Londynu10 zdobyłem na to czas, przeszedłem, o ile to było dla mnie możliwe, cały proces "wylinienia", jak to nazywa Liebig11, w dziedzinie matematyki i przyrodoznawstwa, poświęcając na to większą część czasu w ciągu ośmiu lat. Właśnie w trakcie tego procesu linienia wypadło mi się zająć tak zwaną filozofią przyrody pana Dühringa. Jest tedy rzeczą najzupełniej zrozumiałą, że nie znajduję czasem właściwego terminu technicznego i w ogóle dość ociężale poruszam się na polu przyrodoznawstwa teoretycznego. Ale z drugiej strony świadomość mojej nie pokonanej jeszcze niepewności uczyniła mnie ostrożnym; istotnych wykroczeń przeciw znanym wówczas faktom ani błędnego przedstawienia uznanych wówczas teorii nie będzie mi możną dowieść. W związku z tym jeden tylko zapoznany wielki matematyk skarżył się listownie Marksowi12, że świętokradczo targnąłem się na cześć pierwiastka kwadratowego z -1.
 
 
Rzecz oczywista, że dokonując tej rekapitulacji matematyki i przyrodoznawstwa, chciałem się przekonać także szczegółowo - w ogólnym ujęciu nie ulegało to dla mnie wątpliwości - że w przyrodzie poprzez zamęt niezliczonych przemian torują sobie drogę te same dialektyczne prawa ruchu, które także w historii dominują nad pozorną przypadkowością wydarzeń; te same prawa, które przewijając się przez całą historię rozwoju myślenia ludzkiego, stopniowo dochodzą do świadomości myślących ludzi. Prawa te po raz pierwszy wszechstronnie, ale w zmistyfikowanej formie rozwinął Hegel. Jednym z naszych dążeń było wyłuskać owe prawa z tej mistycznej formy, żeby sobie jasno uświadomić całą ich prostotę i powszechność. Rozumie się samo przez się, że stara filozofia przyrody, jakkolwiek zawierała wiele istotnie wartościowych i płodnych zalążków, nie mogła nam wystarczyć12a. Jak wykazuje szerzej niniejsza praca, filozofia ta, zwłaszcza w swojej heglowskiej postaci, popełniała ten błąd, że nie uznawała rozwoju przyrody w czasie, nie uznawała żadnego "następstwa rzeczy", znała tylko "współistnienie". Przyczyna tego tkwiła z jednej strony w samym systemie Hegla, który tylko "duchowi" przyznawał rozwój historyczny, z drugiej natomiast -w ówczesnym ogólnym stanie nauk przyrodniczych. Tak więc Hegel był -pod tym względem bardzo zacofany w porównaniu z Kantem, który w swojej teorii mgławicowej przedstawiał powstanie systemu słonecznego, a przez odkrycie hamującego oddziaływania fali przypływu morskiego na obroty Ziemi zapowiadał zagładę tego systemu 15. Ostatecznie moje zadanie mogło polegać nić na tym, żeby wnieść do przyrody prawą dialektyki, tylko na tym, żeby je w przyrodzie wykryć i ż niej wyprowadzić.
 
 
Ale tego rodzaju wykład, wewnętrznie zwarły i rozciągnięty na wiele dziedzin szczegółowych, wymagałby olbrzymiej pracy. Zakres, który odleży opanować, jest niesamowicie wielki, a do tego samo przyrodoznawstwo w całym tym zakresie przechodzą proces przemian tak gwałtownych, że z trudem może za nim nadążać nawet ten, kto może -poświęcić temu zadaniu swój cały wolny czas. Tymczasem od śmierci Karola Marksa musiałem poświęcić swój czas pilniejszym obowiązkom, przerywając pracę w dziedzinie przyrodoznawstwa. Na razie więc muszę poprzestać na uwagach zawartych: w niniejszej pracy licząc na. to, że może później nadarzy mi się sposobność do zebrania i wydania uzyskanych wyników, ewentualnie razem z pozostałymi po Marksie ogromnie ważnymi rękopisami z zakresu matematyki16.
 
Ale możliwe tez, że postęp przyrodoznawstwa teoretycznego uczynią moją pracę w większej części lub w całości zbędną. Albowiem przewrót, narzucany przyrodoznawstwu teoretycznemu przez samą konieczność uporządkowania wielkiej masy gromadzących się czysto empirycznych odkryć, jest tego rodzaju, że coraz bardziej zmusza nawet najbardziej upartego empiryka do uświadamiania sobie dialektycznego charakteru zjawisk przyrody. Dawne sztywne przeciwieństwa i ostre, nieprzekraczalne granice coraz bardziej zanikają. Od czasu gdy udało się skroplić również ostatnie "prawdziwe" gazy, od chwili gdy dowiedziono, że ciało można doprowadzić do stanu, w którym nie sposób odróżnić formę ciekłą od lotnej - stany skupienia całkowicie utraciły swój poprzedni absolutny charakter 17. Odkąd kinetyczna teoria gazów ustaliła, że w gazach doskonałych kwadraty szybkości, z jakimi się poruszają poszczególne cząsteczki gazów, są przy równej temperaturze odwrotnie proporcjonalne do ciężarów cząsteczkowych, również ciepło przeszło wprost do szeregu form ruchu, mierzalnych bezpośrednio jako takie. Jeszcze przed dziesięciu laty nowo odkryte wielkie zasadnicze prawo ruchu pojmowano tylko jako prawo zachowania energii, tylko jako wyraz niezniszczalności i niestwarzalności ruchu, a więc tylko od jego strony ilościowej; dziś ta ciasna, negatywna formuła coraz bardziej ustępuje miejsca pozytywnemu wyrazowi tej zasady - prawu przemiany energii, w którym dopiero uwydatnia się jakościowa treść procesu i unicestwione zostaje ostatnie wspomnienie o pozaświatowym stwórcy. Dziś nie trzeba już ogłaszać jako nowości tego, że ilość ruchu (tak zwanej energii) nie zmienia się, gdy z energii kinetycznej (tak zwanej siły mechanicznej) przechodzi ona w elektryczność, w ciepło, w energię potencjalną położenia itd., lub odwrotnie; jest to raz na zawsze zdobyta podstawa o wiele dziś bogatszego w treść badania samego procesu przemiany, wielkiego podstawowego procesu, w którego poznaniu zawiera się całe poznanie przyrody. Odkąd biologię zaczęto uprawiać w świetle teorii ewolucji, Zacierają się jedna po drugiej sztywne granice klasyfikacyjne także w dziedzinie przyrody organicznej; z każdym dniem mnożą się prawie nieklasyfikowalne ogniwa pośrednie, dokładniejsze badanie przerzuca organizmy z jednej klasy do drugiej, i różnice specyficzne, uczynione niemal że artykułami wiary, tracą swoją bezwzględną wartość; mamy już jajorodne ssaki i jeżeli wiadomość się potwierdzi - także ptaki chodzące na czworakach 18. Już przed laty Virchow, pod wpływem odkrycia komórki, zmuszony był zastąpić, bardziej postępowo niż naukowo i dialektycznie 19, jedność osobnika zwierzęcego – federacją państw komórkowych; obecnie pojęcie osobnika zwierzęce go (a więc też i ludzkiego) staje się jeszcze dużo bardziej skomplikowane wobec odkrycia białych ciałek krwi, pełzających jak ameby w organizmach wyższych zwierząt. A właśnie te rzekomo nieusuwalne i nieprzezwyciężalne biegunowe przeciwieństwa, owe gwałtem ustalane linie graniczne i różnice klasyfikacyjne nadały nowoczesnemu przyrodoznawstwu teoretycznemu właściwy mu ograniczony, metafizyczny charakter. Zrozumienie, że te przeciwieństwa i różnice, choć rzeczywiście występują w przyrodzie, mają wartość jedynie względną, że dopiero nasza refleksja wniosła w przyrodę przypisywaną tym przeciwieństwom niezmienność i absolutność, zrozumienie tego jest podstawą dialektycznego ujmowania przyrody. Można do tego dojść ulegając wymowie faktów gromadzonych w coraz większej ilości przez przyrodo-znawstwo; ale łatwiej jest dojść do zrozumienia dialektycznego charakteru tych faktów ze świadomością praw dialektycznego myślenia. W każdym razie przyrodoznawstwo doszło do punktu, w którym nie może już uniknąć dialektycznej syntezy., Ułatwi zaś sobie ten proces, gdy nie zapomni, że wyniki, w których zostają uogólnione jego doświadczenia, są pojęciami; i że umiejętność operowania pojęciami nie jest cechą wrodzoną ani właściwą zwykłej, pospolitej świadomości, lecz wymaga prawdziwego, rzeczywistego myślenia, które ma za sobą długą, na doświadczeniu opartą historię, tak samo jak przyrodoznawstwo doświadczalne. I właśnie ucząc się przyswajać sobie wyniki dwu- i półtysiącletniego rozwoju filozofii, przyrodoznawstwo uwalnia się zarówno od wszelkiej postronnej, poza nim i ponad nim stojącej filozofii przyrody, jak i od własnej, ograniczonej metody myślenia odziedziczonej po angielskim empiryzmie.
 
 
Londyn, 23 września 1885 r.
Przedmowa do trzeciego wydania
Niniejsze nowe wydanie jest, jeżeli nie liczyć kilku drobnych poprawek stylistycznych, przedrukiem poprzedniego. Tylko w jednym, dziesiątym rozdziale drugiego działu: "Z <<Krytycznej historii>>" pozwoliłem sobie wprowadzić istotne uzupełnienia, a to z następujących powodów.
 
 
Jak już wspominałem w przedmowie do wydania drugiego, wszystko, co najistotniejsze w tym rozdziale, pochodzi od Marksa. W pierwszej wersji, pomyślanej jako artykuł dziennikarski, musiałem rękopis Marksa znacznie skrócić, i to w tych właśnie częściach, w których wykład poglądów własnych Marksa na dzieje ekonomii dominuje nad krytyką twierdzeń Dühringa. Ale właśnie owe fragmenty stanowią tę część rękopisu, która jeszcze dziś posiada ogromne, trwałe znaczenie. Uważam za swój obowiązek możliwie kompletnie i dosłownie przytoczyć wywody, w których Marks wyznacza ludziom takim, jak Petty, North, Locke; Hume, należne Im miejsce w procesie narodzin klasycznej ekonomii; tym bardziej winienem to zrobić ż jego wyjaśnieniem "Tablicy ekonomicznej" Quesnaya, tej sfinksowej - zagadki, która pozostawała nierozwiązalna dla całej nowoczesnej ekonomii. Opuściłem natomiast wszystko, co dotyczyło wyłącznie pism pana Dühringa, o ile pozwalał na to kontekst.
 
 
Na koniec chciałbym wyrazić swoje pełne zadowolenie z tej popularności, jaką reprezentowane w tej pracy poglądy zdobyły sobie od czasu jej poprzedniego wydania w opinii publicznej ludzi nauki i klasy robotniczej we wszystkich cywilizowanych krajach świata.
 
 
Londyn, 23 maja 1894 r.
Źródło
 

Społeczność

UPA