Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 23 gości.

Karol Marks: Wojna domowa we Francji (Wstęp F. Engelsa)

franco-prussian-war-france.jpg

Propozycja, abym wydał ponownie manifest Międzynarodowej Rady Generalnej o "Wojnie domowej we Francji" i zaopatrzył go we wstęp, była dla mnie całkowicie nieoczekiwana. Dlatego też mogę tu tylko pokrótce poruszyć najistotniejsze punkty.
 
Wyżej wspomnianą dłuższą pracę poprzedzam dwiema krótszymi odezwami Rady Generalnej w sprawie wojny prusko-francuskiej. Po pierwsze dlatego, że w "Wojnie domowej" Marks powołuje się na drugą z tych odezw, która sama przez się, bez pierwszej, nie zawsze jest zrozumiała. Po drugie zaś dlatego, że obie te odezwy, również przez Marksa napisane, są w niemniejszym stopniu niż "Wojna domowa" niepospolitym świadectwem cudownego, po raz pierwszy w "18 Brumaire'a Ludwika Bonaparte" ujawnionego daru autora jasnego pojmo­wania charakteru, doniosłości i koniecznych następstw wielkich wy­padków historycznych — w chwili gdy te wypadki rozgrywają się jeszcze lub dopiero co się dokonały przed naszymi oczyma. Wreszcie czynię to również dlatego, że dziś jeszcze w Niemczech boleśnie od­czuwamy przepowiedziane przez Marksa następstwa tych wypadków.
 
Czyż nie sprawdziło się to, o czym mówi pierwsza odezwa, że jeśli obronna wojna Niemiec przeciw Ludwikowi Bonaparte wyrodzi się w zaborczą wojnę przeciw francuskiemu ludowi, to wszystkie nie­szczęścia, które spadły na Niemcy po tak zwanych wojnach wyzwoleń­czych, odżyją ze wzmożoną siłą? Czyż nie mieliśmy dalszych 20 lat panowania Bismarcka, czy na miejsce prześladowania demagogów nie mieliśmy prawa wyjątkowego i nagonki antysocjalistycznej, czy nie mieliśmy tej samej samowoli policyjnej oraz literalnie tych samych skandalicznych sposobów wykrętnego tłumaczenia ustaw? 
 
I czy nie spełniła się dosłownie przepowiednia, że aneksja Alzacji i Lotaryngii "pchnie Francję w objęcia Rosji"[1] i że po tej aneksji Niemcy albo staną się otwarcie służalcem Rosji, albo też będą musiały po krótkiej chwili wytchnienia szykować się do nowej wojny, a mianowicie, "do wojny rasowej ze sprzymierzonymi rasami słowiańską i romańską"? Czy zabór prowincji francuskich nie pchnął Francji w objęcia Rosji? Czy Bismarck nie zabiegał na próżno przez całych 20 lat o względy cara, czy nie zabiegał o nie oddając bardziej jeszcze nikczemne usługi niż te, które u stóp "świętej Rusi" zwykły były składać Małe Prusy, zanim stały się "pierwszym mocarstwem Europy"? Czyż nie wisi wciąż nad naszą głową Damoklesowy miecz nowej wojny, która pierwszego zaraz dnia rozmiecie jak plewy wszystkie papierowe przymierza monarchów - wojny, o której wiemy na pewno tylko tyle, że jesteśmy zupełnie niepewni jej wyniku, wojny rasowej, która wyda całą Europę na łup 15 lub 20 milionów uzbrojonych ludzi i która dlatego tylko dotąd nie wybuchła, że nawet najsilniejsze spośród wielkich mocarstw militarnych odczuwa przed nią lęk wobec zupełnej nieobliczalności ostatecznych jej wyników? 
 
Tym bardziej obowiązani jesteśmy udostępnić znowu niemieckim robotnikom te na wpół zapomniane a świetne dokumenty dalekowzroczności międzynarodowej polityki robotniczej w r. 1870. 
 
To, co powiedziałem o tych dwóch odezwach, dotyczy również manifestu o "Wojnie domowej we Francji". 28 maja ostatni bojownicy Komuny ulegli przemocy wroga na stokach Belleville, a już po dwóch dniach, 30 maja, Marks odczytał Radzie Generalnej swą pracę, w której historyczne znaczenie Komuny Paryskiej przedstawione jest w krótkich i mocnych zarysach i z taką wnikliwością - a najgłówniejsze - z taką trafnością, jakiej nie spotykamy później w całej ogromnej literaturze dotyczącej tego przedmiotu. 
 
Dzięki ekonomicznemu i politycznemu rozwojowi Francji od 1789 r. Paryż znajduje się od lat pięćdziesięciu w takiej sytuacji, że każda rewolucja w tym mieście musiała siłą rzeczy przybierać charakter proletariacki, tak więc proletariat, który własną krwią okupywał zwycięstwo, występował po zwycięstwie z własnymi żądaniami. Żądania te były mniej lub więcej niejasne a nawet bałamutne, w zależności od tego, jaki był w danej chwili poziom rozwoju paryskich robotników; ale ostatecznie wszystkie one sprowadzały się do usunięcia przeciwieństwa klasowego między kapitalistami a robotnikami. Co prawda, nie wiedziano jeszcze wtedy, jak to ma nastąpić. Ale samo żądanie, mimo swą nieokreśloność, zawierało w sobie niebezpieczeństwo dla istniejącego ustroju społecznego; robotnicy, którzy je wysuwali, byli jeszcze uzbrojeni; pierwszym więc nakazem dla będącej u władzy burżuazji było rozbrojenie robotników. Dlatego po każdej rewolucji, w której robotnicy wywalczyli sobie zwycięstwo, następowała nowa walka, która kończyła się ich porażką. 
 
Po raz pierwszy stało się tak w r. 1848. Liberalni bouigeois z opozycji parlamentarnej urządzali bankiety na rzecz reformy wyborczej, która miała ich partii zapewnić panowanie. Walka z rządem coraz bardziej zmuszała ich do odwoływania się do ludu, musieli więc stopniowo ustępować pierwszeństwa radykalnym i republikańskim warstwom burżuazji i drobnomieszczaństwa. Ale poza tymi warstwami stali rewolucyjni robotnicy, którzy od r. 1830 zdobyli sobie daleko więcej samodzielności politycznej, niż przypuszczała burżuazja, a nawet republikanie. Gdy tylko nastąpił kryzys w stosunkach pomiędzy rządem a opozycją, robotnicy rozpoczęli walkę uliczną; Ludwik Filip znikł z widowni i wraz z nim reforma wyborcza, na jej miejsce zaś powstała republika i to taka, którą sami zwycięscy robotnicy nazwali republiką "socjalną". Co jednak należy rozumieć przez tę republikę socjalną, nikt sobie jasno nie zdawał sprawy, nawet sami robotnicy. Ale teraz mieli oni broń i stali się siłą w państwie. Gdy więc burżuazyjni republikanie, znajdujący się u steru władzy, poczuli nieco pewniejszy grunt pod nogami, pierwszym ich zadaniem było rozbrojenie robotników. Dokonano tego w ten sposób, że wyraźnym złamaniem danego słowa, jawnymi drwinami i próbą zesłania bezrobotnych do odległej prowincji zmuszono robotników do powstania w czerwcu 1848 r. Rząd zapewnił sobie z góry przytłaczającą przewagę. Po pięciodniowej bohaterskiej walce robotnicy zostali pokonani. Teraz nastąpiły krwawe rzezie bezbronnych jeńców, którym podobnych nie widziano od czasów wojen domowych, poprzedzających upadek rzymskiej republiki. Po raz pierwszy burżuazja pokazała, do jak dzikiego okrucieństwa może dojść jej mściwość, gdy proletariat ośmieli się wystąpić przeciw niej jako samoistna klasa o własnych interesach i żądaniach. A jednak rok 1848 był jeszcze dziecinną igraszką w porównaniu z rozbestwieniem burżuazji w r. 1871.
 
W ślad za winą nastąpiła kara. Jeżeli proletariat jeszcze nie mógł, to burżuazja już nie mogła rządzić Francją. Nie mogła przynajmniej w owym czasie, gdy w swej większości była jeszcze usposobiona monarchistycznie i rozszczepiona na trzy partie dynastyczne[2a] i czwartą republikańską. Wewnętrzne jej waśnie pozwoliły awanturnikowi Ludwikowi Bonaparte opanować wszystkie organy władzy - armię, policję, aparat administracyjny, a 2 grudnia 1851 r.[2b] zburzyć ostatnią twierdzę burżuazji - Zgromadzenie Narodowe. Rozpoczęło się Drugie Cesarstwo[3], wyzyskiwanie Francji przez bandę awanturników politycznych i finansowych, lecz zarazem i rozwój przemysłu, o jakim nie mogło być mowy przy małodusznym i bojaźliwym systemie Ludwika Filipa, przy wyłącznym panowaniu drobnej tylko części wielkiej burżuazji. Ludwik Bonaparte pozbawił kapitalistów władzy politycznej pod pozorem, że będzie bronił burżuazji przeciwko robotnikom, robotników zaś przeciw burżuazji; ale za to jego panowanie sprzyjało spekulacji i działalności przemysłowej., słowem, rozkwitowi i bogaceniu się całej burżuazji w niesłychanym dotąd stopniu. W większym jeszcze stopniu sprzyjało jego panowanie rozwojowi korupcji i masowych nadużyć, których ośrodkiem stał się dwór cesarski, otrzymujący w ten sposób znaczne odsetki od narastających bogactw.
 
Ale Drugie Cesarstwo było apelem do francuskiego szowinizmu, oznaczało żądanie przywrócenia granic pierwszego cesarstwa, utraconych w r. 1814, a przynajmniej granic pierwszej republiki. Cesarstwo francuskie w granicach starej monarchii, a nawet w jeszcze bardziej okrojonych granicach z r. 1815, było na dłuższą metę niemożliwe. Stąd konieczność prowadzenia od czasu do czasu wojen i rozszerzania granic. Żaden podbój jednakże nie olśniewał tak bardzo wyobraźni francuskich szowinistów, jak podbój lewego niemieckiego brzegu Renu. Jedna mila kwadratowa nad Renem miała dla nas większe znaczenie aniżeli dziesięć mil w Alpach lub gdzie indziej. Przy istnieniu Drugiego Cesarstwa żądanie zwrotu lewego brzegu Renu, od razu lub częściowo, było tylko kwestią czasu. Moment sprzyjający nastąpił wraz z wojną prusko - austriacką 1866 r. Bonaparte, oszukany w swych nadziejach "odszkodowań terytorialnych" przez Bismarcka oraz przez swą własną arcyprzebiegłą politykę przewlekania, nie miał innego wyjścia jak tylko wojnę, która też wybuchła w r. 1870 i zawiodła go do Sedanu, a stamtąd do Wilhelmshofe.
 
Nieuchronnym następstwem była rewolucja paryska 4 września 1870 r. Cesarstwo rozpadło się jak domek z kart; ponownie proklamowano republikę. Ale nieprzyjaciel stał pod murami; armie cesarstwa były bądź zamknięte w Metzu bez nadziei wydostania się, bądź też w niewoli niemieckiej. W tej krytycznej sytuacji lud pozwolił, by posłowie paryscy do byłego ciała prawodawczego utworzyli spośród siebie "rząd obrony narodowej". Zgodzono się na to tym łatwiej, że teraz w celu obrony wszyscy zdolni do noszenia broni Paryżanie wstąpili do Gwardii Narodowej i otrzymali uzbrojenie, tak że teraz znaczną jej większość stanowili robotnicy. Ale wkrótce z całą siłą ujawnił się antagonizm między rządem składającym się prawie wyłącznie z burżuazji a uzbrojonym proletariatem. 31 października bataliony robotnicze wzięły szturmem magistrat i zaaresztowały kilku członków rządu. Zdrada, jawne wiarołomstwo ze strony rządu i wdanie się kilku drobnomieszczańskich batalionów przywróciło im wolność; aby nie rozpalić wojny domowej wewnątrz miasta, oblężonego przez obcą siłę zbrojną, pozostawiono dotychczasowy rząd u władzy.
 
Wreszcie 28 stycznia 1871 r. wygłodzony Paryż poddał się, lecz poddał się na warunkach honorowych, nieznanych dotąd w dziejach wojen. Forty zajął nieprzyjaciel, z wałów miejskich wycofano działa, wojska liniowe i gwardia mobilów wydały swą broń nieprzyjacielowi i uznane zostały za jeńców wojennych. Ale Gwardia Narodowa zachowała swą broń i działa i zawarła tylko rozejm ze zwycięzcami. Sami zwycięzcy nie ośmielili się wejść triumfalnie do Paryża. Odważyli się zająć tylko mały zakątek miasta, składający się przy tym częściowo z parków publicznych - a i to tylko na parę dni! W ciągu tego czasu oni, którzy oblegali Paryż w ciągu 131 dni, sami byli oblężeni przez uzbrojonych robotników paryskich, którzy pilnie śledzili, aby żaden "Prusak" nie przeszedł wąskich granic zakątka pozostawionego obcym zaborcom. Takie poszanowanie dla siebie nakazali paryscy robotnicy wojsku, przed którym złożyły broń wszystkie armie cesarstwa; a pruscy junkzowie, którzy przyszli, aby się zemścić na ognisku rewolucji, musieli stanąć pokornie i salutować przed tą właśnie uzbrojoną rewolucją!
 
W czasie wojny robotnicy paryscy ograniczali się do żądania energicznego kontynuowania walki. Ale teraz, gdy po kapitulacji. Paryża zawarto pokój, teraz Thiers, nowa głowa rządu, musiał zrozumieć, że panowanie klas posiadających - obszarników i kapitalistów - stale będzie zagrożone, dopóki robotnicy paryscy mieć będą broń w ręku. Pierwszym jego dziełem była próba rozbrojenia robotników. 18 marca Thiers posłał wojska liniowe z rozkazem, aby skradły działa należące do Gwardii Narodowej a odlane w czasie oblężenia Paryża i opłacone ze składek publicznych. Próba chybiła: Paryż w obronie swej jak jeden mąż chwycił za oręż i wojna między Paryżem a rządem francuskim, zasiadającym w Wersalu, została wypowiedziana. .26 marca wybrano Komunę Paryską, a 28 proklamowano ją. Centralny Komitet Gwardii Narodowej, który dotąd sprawował władzę i zdążył już zadekretować zniesienie skandalicznej paryskiej "policji obyczajowej", złożył teraz swą władzę w ręce Komuny. 30 marca Komuna zniosła pobór rekruta oraz armię stałą i ogłosiła jedyną siłą zbrojną - Gwardię Narodową, do której mieli należeć wszyscy obywatele zdolni do noszenia broni. Komuna anulowała zaległości z tytułu opłaty za komorne za czas od października 1870 r. do kwietnia 1871 r. z zaliczeniem już zapłaconych sum na poczet przyszłego, czynszu i wstrzymała całkowicie sprzedaż zastawów w lombardzie miejskim. Tegoż dnia zatwierdzono wybór obranych do Komuny cudzoziemców, albowiem "sztandar Komuny jest sztandarem wszechświatowej republiki". - l kwietnia uchwalono, że najwyższa pensja urzędników Komuny, a więc i jej członków, nie powinna przekraczać 6.000 franków (4.800 marek). Następnego dnia zadekretowano oddzielenie kościoła od państwa i skasowanie wszystkich wydatków państwowych na cele religijne, jak również nacjonalizację wszystkich dóbr kościelnych. W związku z tym 8 kwietnia zakazano, a potem stopniowo usunięto ze szkól wszystkie oznaki religijne, święte obrazy, dogmaty, modlitwy, jednym słowem, "wszystko, co dotyczy sumienia jednostki". - 5 kwietnia wobec codziennych rozstrzeliwań pojmanych bojowników Komuny przez wojska wersalskie, wydano dekret o uwięzieniu zakładników, ale go nigdy w pełni nie zrealizowano. - 6 kwietnia 137 batalion Gwardii Narodowej wyciągnął na plac gilotynę i spalił ja publicznie przy radosnych okrzykach ludu. - 12 kwietnia Komuna postanowiła zburzyć - jako symbol szowinizmu j nienawiści narodowej - kolumnę zwycięstwa na placu Vendóme, odlaną na rozkaz Napoleona po wojnie 1809 r. ze zdobytych armat. Wykonano to postanowienie 16 maja. - 16 kwietnia Komuna kazała sporządzić wykaz statystyczny fabryk zamkniętych przez fabrykantów i opracować plan prowadzenia tych fabryk przez stowarzyszenia spółdzielcze zatrudnionych w niej dawniej robotników oraz plan zorganizowania tych stowarzyszeń w jeden wielki związek. - 20 kwietnia Komuna zniosła pracą nocną piekarzy, jak również pośrednictwo pracy, zmonopolizowane od czasu Drugiego Cesarstwa w rękach mianowanych przez policję indywiduów - pierwszorzędnych wyzyskiwaczy; rolę ich przekazano merostwom 20 dzielnic paryskich. - 30 kwietnia Komuna nakazała zniesienie lombardów, które były środkiem prywatnego wyzysku robotników i stały w sprzeczności z prawem robotników do swych narzędzi pracy i do kredytu. - 5 maja Komuna uchwaliła zburzenie kaplicy, którą zbudowano jako ekspiację za ścięcie Ludwika XVI.
 
Tak więc, począwszy od 18 marca, jasno i dobitnie ujawnił się klasowy charakter ruchu paryskiego, usuwany przedtem w cień przez walkę z obcym najazdem. W Komunie zasiadali niemal wyłącznie robotnicy lub uznani przedstawiciele robotników; wobec tego i uchwały jej miały zdecydowanie proletariacki charakter. Bądź dekretowała ona takie reformy, których republikańska burżuazja wyrzekła się jedynie wskutek tchórzostwa, które stanowiły jednak niezbędne podłoże swobodnej akcji klasy robotniczej; dotyczy to np. urzeczywistnienia zasady, że w stosunku do państwa religia jest jedynie sprawą prywatną; bądź też wydawała postanowienia bezpośrednio leżące w interesie klasy robotniczej, które stanowiły po części głęboki wyłom w starym porządku społecznym. Wszystko to jednak mogło w oblężonym mieście co najwyżej zacząć się urzeczywistniać. A od początku maja wszystkie siły pochłonęła walka 2 coraz liczniej nadciągającymi wojskami rządu wersalskiego.
 
7 kwietnia Wersalczycy opanowali przeprawę przez Sekwanę pod Neuilly, na zachodnim froncie Paryża; natomiast 11-go atak ich na front południowy został krwawo odparty przez generała Eudes'a. Paryż był wciąż bombardowany - i to przez tych samych ludzi, którzy bombardowanie tegoż miasta przez Prusaków piętnowali jako świętokradztwo. Ci sami ludzie błagali teraz rząd pruski o spieszne odesłanie z niewoli żołnierzy francuskich spod Sedanu i Metzu, którzy obecnie mieli zdobyć dla nich z powrotem Paryż. Stopniowe nadciąganie tych wojsk dało Wersalczykom od początku maja stanowczą przewagę. Ujawniło się to już wówczas, gdy 23 kwietnia Thiers przerwał układy w sprawie zaproponowanej przez Komunę wymiany arcybiskupa paryskiego i całego szeregu innych klechów, trzymanych w Paryżu jako zakładników, na jednego tylko Blanqui'ego, który dwukrotnie został wybrany do Komuny, lecz pozostawał uwięziony w Clairveaux. Jeszcze wyraźniej ujawniło się to w zmianie tonu Thiersa; powściągliwy dotąd i dwuznaczny, Thiers stał się teraz nagle zuchwały, wyzywający i brutalny. Na froncie południowym Wersalczycy zdobyli 3 maja redutę Moulin Sa-quet, 9-go ruiny zburzonego doszczętnie ogniem działowym fortu Issy, 14-go fort Vanves. Na froncie zachodnim posuwali się stopniowo aż do głównego wału zdobywając liczne wsie i zabudowania ciągnące się aż do muru opasującego miasto; 21-go udało im się dzięki zdradzie i wskutek niedbalstwa stojącego tu oddziału Gwardii Narodowej wtargnąć do miasta. Prusacy, którzy obsadzili forty północne i wschodnie, pozwolili Wersalczykom przejść przez położony na północy miasta a zamknięty dla nich przez warunki rozejmu teren i uderzyć wzdłuż długiego frontu, który Paryżanie obsadzili słabo sądząc, że bronią go warunki rozejmu. Wskutek tego w zachodniej części Paryża, będącej prawdziwą dzielnicą przepychu i zbytku, stawiano tylko słaby opór; opór ten stawał się coraz gwałtowniejszy i zaciętszy, w miarę jak wojska atakujące zbliżały się do wschodniej połowy stolicy, do prawdziwej dzielnicy robotniczej. Dopiero po ośmiodniowej walce padli ostatni bojowcy Komuny na wyżynach Belleville i Menilmontant i wówczas mordowanie bezbronnych mężczyzn, kobiet i dzieci, które trwało przez cały tydzień z coraz wzrastającą gwałtownością, osiągnęło maksymalne natężenie.
 
Odtylcówki zabijały już zbyt powoli i pokonanych setkami rozstrzeliwano z mitraliez. "Ściana komunardów" na cmentarzu Pere Lachaise, pod którą dokonano ostatniego masowego mordu, dziś jeszcze stoi - niemy, lecz jakże wymowny świadek bestialstwa, do jakiego zdolna jest klasa panująca, gdy proletariat występuje w obronie swych praw. Kiedy okazało się, że wyrżnięcie wszystkich jest niemożliwe, nastąpiły masowe areszty, rozstrzeliwanie ofiar dowolnie wybranych spośród więźniów, odstawianie pozostałych do wielkich obozów, w których czekali na postawienie ich przed sąd wojenny. Wojska pruskie, oblegające północno-wschodnią część Paryża, miały rozkaz nieprzepuszczania żadnych zbiegów; lecz oficerowie często patrzyli przez palce, gdy żołnierze więcej słuchali nakazu ludzkich uczuć niż rozkazu naczelnego dowództwa. Szczególnie wsławił się swym ludzkim postępowaniem korpus saski. Przepuścił on wielu ludzi, co do których nie mogło być wątpliwości, że są bojownikami Komuny.
 
 
Gdy teraz, po 20 latach, spojrzymy wstecz na działalność i znaczenie historyczne Komuny Paryskiej 1871 r., przekonamy się, że do opisu, danego w "Wojnie domowej we Francji", należy dodać jeszcze parę uwag. 
 
Członkowie Komuny dzielili się na większość, tj. blankistów, którzy przeważali również w Centralnym Komitecie Gwardii Narodowej, i mniejszość, złożoną z członków Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników, przeważnie zwolenników szkoły socjalistycznej Proudhona. Blankiści byli wówczas w swej przeważającej większości socjalistami jedynie z rewolucyjnego instynktu proletariackiego; tylko nieliczni z nich doszli do jaśniejszego zrozumienia zasad socjalistycznych dzięki Yaillantowi, który znał niemiecki socjalizm naukowy. Tym się tłumaczy, dlaczego pod względem ekonomicznym Komuna zaniedbała wiele z tego, co - według naszych dzisiejszych poglądów - powinna była bezwzględnie uczynić. Najtrudniej jest nam, oczywiście, zrozumieć ten pełen czci respekt, który wstrzymał Komunę u wrót Banku Francuskiego. Był to zarazem wielki błąd polityczny. Bank w ręku Komuny - to było więcej warte niż dziesięć tysięcy zakładników. Cała burżuazja francuska wywarłaby wtedy nacisk na rząd wersalski, aby zawarł pokój z Komuną. Co jest jednak jeszcze bardziej zadziwiające, to ta okoliczność, że Komuna często postępowała zupełnie słusznie, chociaż składała się z blankistów i proudhonistów. Ma się rozumieć, że za ekonomiczne dekrety Komuny, za ich dobre i złe strony odpowiedzialni są przede wszystkim proudhoniści; za jej czyny zaś i uchybienia polityczne - blankiści. W obu wypadkach ironia historii - jak to zwykle bywa, gdy doktrynerzy dochodzą do władzy - sprawiła, że jedni i drudzy czynili coś zgoła przeciwnego, niż nakazywały ich szkolne doktryny.
 
Proudhon, przedstawiciel socjalizmu drobnego chłopa 5 rzemieślnika, wprost nienawidził wszelkiego zrzeszenia. Mówił o nim, że zawiera ono więcej złego niż dobrego, że jest z natury swej bezpłodne a nawet szkodliwe, bo krępuje swobodę robotnika; zrzeszenie jest tylko czczym dogmatem, nieproduktywnym i uciążliwym, pozostaje w sprzeczności zarówno z wolnością robotnika jak z ekonomią siły roboczej, a wady jego rosną daleko szybciej niż płynące z niego korzyści; w przeciwieństwie do niego konkurencja, podział pracy, własność prywatna są pozytywnymi siłami ekonomicznymi. Tylko w wyjątkowych wypadkach- jak je nazywał Proudhon - w wielkim przemyśle i w wielkich przedsiębiorstwach, jak np. na kolejach - zrzeszenie robotników jest rzeczą właściwą (patrz "Idee generale de la Revolution", 3 etude[4]).
 
Tymczasem w r. 1871 wielki przemysł o tyle już przestał być zjawiskiem wyjątkowym nawet w Paryżu, tym głównym ośrodku rzemiosła artystycznego, że bezspornie najważniejszy dekret Komuny nakazywał taką organizację wielkiego przemysłu a nawet rękodzielnictwa, która nie tylko opierała się na zrzeszeniu robotników w każdej fabryce, lecz nadto miała połączyć wszystkie te stowarzyszenia w jeden wielki związek. Jednym słowem, 'miała to być organizacja, która jak słusznie zaznacza Marks w "Wojnie domowej" musiała w ostatecznym wyniku prowadzić do komunizmu, a więc do czegoś wręcz przeciwnego nauce Proudhona. I dlatego też .Komuna była grobem proudhonowskiej szkoły socjalistycznej. Dziś szkoła ta znikła bez śladu we francuskich kołach robotniczych; panuje tam teraz niepodzielnie teoria Marksa, zarówno wśród posybilistów jak wśród "marksistów". Tylko wśród "radykalnej" burżuazji można jeszcze spotkać proudhonistów. 
 
Nie lepiej poszczęściło się blankistom. Wychowani w szkole spisku, związani odpowiednio surową dyscypliną, wychodzili oni z założenia, nie. niewielka stosunkowo liczba stanowczych, dobrze zorganizowanych ludzi może w pewnym, sprzyjającym dla nich momencie nie tylko zagarnąć władzę państwową, lecz działając z wielką energią i bezwzględnością, może ją też utrzymać aż do czasu, gdy uda się jej wciągnąć do rewolucji całą masę ludową i skupić ją dokoła garstki przywódców. W tym celu niezbędna była przede wszystkim najściślejsza, dyktatorska centralizacja całej władzy w rękach nowego rządu rewolucyjnego. Ale cóż robiła Komuna, która składała się w większości z tych właśnie blankistów? We wszystkich swych odezwach do Francuzów na prowincji Komuna wzywała ich do swobodnej federacji wszystkich gmin francuskich z Paryżem, do organizacji narodowej, która po raz pierwszy miała być stworzona rzeczywiście przez sani naród. Ta właśnie ciemiężycielska władza dotychczasowego centralistycznego rządu, armia, policja polityczna, biurokracja, którą Napoleon utworzył w r. 1798 i którą odtąd każdy nowy rząd przejmował, jako pożądane narzędzie, i wykorzystywał przeciw swym przeciwnikom o- ta właśnie władza miała wszędzie upaść, jak już upadła w Paryżu.
 
Komuna musiała natychmiast z góry uznać, że klasa robotnicza z chwilą dojścia do władzy nie może dalej gospodarować za pomocą starej maszyny państwowej, że ta klasa robotnicza, o ile nie chce stracić ponownie swej własnej, dopiero co zdobytej władzy, musi z jednej strony usunąć cały stary aparat ucisku, dotąd używany przeciw niej samej, z drugiej zaś strony musi się zabezpieczyć przed swymi własnymi posłami i urzędnikami proklamując ich usuwalność w każdej chwili, bez żadnego wyjątku. Na czym polegała charakterystyczna cecha dotychczasowego państwa? Społeczeństwo wytworzyło sobie własne organy celem ochrony swych wspólnych interesów, początkowo w drodze prostego podziału pracy. Ale te organy i główny pośród nich - władza państwowa, przeistoczyły się z czasem - służąc swym własnym odrębnym interesom - ze sług społeczeństwa w jego panów. Daje się to zauważyć nie tylko w dziedzicznej monarchii, lecz również i w demokratycznej republice. Nigdzie "politycy" nie stanowią bardziej wyodrębnionej i wpływowej części narodu niż właśnie w Ameryce Północnej. Tu każda z obu wielkich partii, które na przemian stają u steru władzy, sama jest z kolei rządzona przez ludzi, którzy z polityki robią interes, którzy spekulują mandatami do ciał ustawodawczych Związku i poszczególnych stanów lub którzy żyją z agitacji na rzecz swej partii i po jej zwycięstwie otrzymują w nagrodę posady. Wiadomo, że Amerykanie już od 30 lat starają się zrzucić to jarzmo, które stało się wprost nie do zniesienia, i że mimo to grzęzną coraz głębiej w tym bagnie korupcji. Właśnie w Ameryce staje się najlepiej widoczne, w jaki sposób odbywa się owo usamodzielnienie władzy państwowej w stosunku do społeczeństwa, któremu pierwotnie miała służyć tylko jako narzędzie. Tu nie ma dynastii, nie ma szlachty, nie ma stałego wojska, oprócz garstki żołnierzy, dozorujących Indian, nie ma biurokracji o stałych etatach i z prawem do emerytury. A jednak mamy tu dwie wielkie bandy spekulantów politycznych, które na przemian biorą w swe ręce władzę i wyzyskują ją do najbrudniejszych celów przy użyciu najbrudniejszych środków - a naród jest bezsilny wobec tych dwóch wielkich karteli polityków, którzy rzekomo służą mu, w rzeczywistości zaś panują nad nim i grabią go.
 
Przeciwko temu, nieuniknionemu we wszystkich dotychczasowych państwach, przeistoczeniu się państwa i jego organów ze sług społeczeństwa w jego panów Komuna zastosowała dwa niezawodne środki. Po pierwsze, wszelkie stanowiska w administracji, sądownictwie, szkolnictwie obsadziła w drodze wyborów, opartych na powszechnym prawie wyborczym wszystkich zainteresowanych, i to z tym zastrzeżeniem, że ci wyborcy mogą w każdej chwili odwołać osoby wybrane. Po drugie, Komuna ustanowiła za wszystkie funkcje, wyższe czy niższe, pensję równą płacy roboczej. Najwyższa w ogóle pensja, wypłacana przez Komunę, wynosiła 6.000 franków. Już to samo stawiało dostateczną zaporę karierowiczostwu i polowaniu na posady, odwet bez - wprowadzonych jako środek dodatkowy - imperatywnych mandatów, jakie otrzymywali delegaci do ciał przedstawicielskich.
 
To rozsadzenie dotychczasowej władzy państwowej i zastąpienie jej przez nową, prawdziwie demokratyczną władzę, szczegółowo przedstawione jest w trzecim rozdziale "Wojny domowej". Uważałem jednak za niezbędne raz jeszcze zatrzymać się pokrótce nad poszczególnymi rysami tej przemiany, albowiem właśnie w Niemczech zabobonna wiara w państwo przeniknęła z filozofii do ogólnej świadomości burżuazji, a nawet wielu robotników. Według pojęć filozofów, państwo jest "urzeczywistnieniem idei", czyli przełożonym na język filozoficzny, królestwem bożym na ziemi - jest terenem, na którym urzeczywistnia się lub powinna się urzeczywistniać wieczysta prawda i sprawiedliwość. Stąd zaś wypływa zabobonna cześć dla państwa i dla wszystkiego, co ma z nim związek, cześć, która tym łatwiej się zakorzenia, że każdy już od dzieciństwa zwykł sobie wyobrażać, iż ogólne sprawy i interesy wspólne całemu społeczeństwu nie mogą być załatwiane i zabezpieczane inaczej niż dotąd, to jest przez państwo i jego dobrze uposażonych urzędników. Niejeden wyobraża sobie, że robi już bardzo śmiały krok, jeżeli się wyzwala z wiary w dziedziczną monarchię i klnie się na demokratyczną republikę. W rzeczywistości jednak państwo nie jest niczym innym, jak maszyną do dławienia jednej klasy przez drugą i to wcale nie mniej w demokratycznej republice niż monarchii. W najlepszym razie państwo jest złem, które odziedziczy zwycięski - w walce o panowanie klasowe - proletariat i którego najgorsze strony będzie musiał natychmiast, podobnie jak Komuna, możliwie radykalnie odciąć, aż pokolenie wyrosłe w nowych, wolnych stosunkach społecznych będzie mogło odrzucić precz wszystkie rupiecie państwowości.
 
W ostatnich czasach socjaldemokratyczny filister znowu wpada w zbawienną trwogę, gdy słyszy słowa: dyktatura proletariatu. Cóż, panowie, chcecie wiedzieć, jak wygląda ta dyktatura? Przyjrzyjcie się, Komunie Paryskiej. Była to dyktatura proletariatu.
 
Londyn, w dwudziestą rocznicę Komuny Paryskiej, 18 marca 1891 r. Napisane przez F. Engelsa w języku niemieckim. Ogłoszono w czasopiśmie "Die Neue Zeit", Jhrg. IX Bd. II, 1891 r. i w oddzielnym wydaniu "wojny domowej we Francji".
 
Źródło: http://www.marxists.org/polski/marks-engels/1871/wdwf/index.htm#WST%C4%98P%20F.%20ENGELSA
 
 
[1] Cytat z drugiej odezwy Rady Generalnej w sprawie wojny francusko-pruskiej. Marks przewidział, że Francja po utracie Alzacji i Lotaryngii będzie szukała sobie sojusznika przeciw Niemcom zwracając się o przede wszystkim do carskiej Rosji, l września 1870 r. Marks pisał do Sorgego: "Pruskie osły nie rozumieją, że obecna wojna z taką samą koniecznością prowadzi do wojny między Niemcami a Rosją, z jaką wojna 1866 r. doprowadziła do wojny między Prusami a Francją. Jest to najlepszy wynik, jakiego oczekuję po tej wojnie dla Niemiec... Poza tym taka wojna nr 2 będzie akuszerką nieuchronnej w Rosji rewolucji socjalnej". (K. Marks i F. Engels. Dzielą, t. XXVI). - Red.
[2a] Monarchiści we Francji dzielili się na trzy partie: legitymistów - zwolenników "legitymistycznej" ("prawowitej") monarchii Bourbonów, orleanis-t ó w - zwolenników dynastii Orleanów i bonapartystów zwolenników Ludwika Bonaparte. - Red.
[2b] 2 grudnia 1851 r. Ludwik Bonaparte, prezydent republiki francuskiej, dokonał zamachu stanu, rozpędził Zgromadzenie Narodowe i w rok później obwołał się imperatorem. - Red.
[3] Drugim Cesarstwem nazywa się cesarstwo Ludwika Bonaparte - Napoleona III (1852 - 1870), w odróżnieniu od Pierwszego Cesarstwa Napoleona l (1804 - 1814). - Red.
[4] Plebiscyt przeprowadzony przez Napoleona Iii w maju 1870 r. w celu wzmocnienia cesarstwa i zwalczania republikańskiej agitacji w kraju. Aparat. rządowy napoleońskiego cesarstwa wyzyskał wszystkie środki demagogu i nacisku na wyborców, w wyniku czego plebiscyt stworzył pozory - jakoby większość narodu zaaprobowała postępowanie Napoleona III. - Red.

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Chcemy waszych minerałów