Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 20 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Lutte Ouvriere - cała wstecz!

Lutte Ouvriere w Rennes

LUTTE OUVRIERE: CAŁA WSTECZ!
 
Broszura Lutte Ouvriere pt. "Le proletariat international, la seule classe capable de mettre fin au fin capitalisme et a l’exploitation" ("Międzynarodowy proletariat, jedyna klasa zdolna do obalenia kapitalizmu i wyzysku" - http://www.lutte-ouvriere.org/IMG/pdf/clt124-prolatariat.pdf - której tłumaczenie (cz. 1) pióra Michała Nowickiego ukazało się właśnie [na stronie WR pod linkiem http://1917.net.pl/node/17948) podejmuje problem w tonacji nie odbiegającej od pozostałych tendencji posttrockistowskich:
 
"Prawda, że Marks ustanowił, w 'Kapitale', rozróżnienie między pracownikami, których nazywa 'produkcyjnymi', tzn. tymi, którzy wytwarzają wartość dodatkową, a 'nieprodukcyjnymi', tymi, którzy jej nie wytwarzają. Ale nigdzie nie napisał, że to rozróżnienie miałoby w jakikolwiek sposób rzutować na ich bojowość, ich wagę polityczną czy rewolucyjność."
 
 
Rodzi się niewygodne dla wielu pytanie: To dlaczego Marks wprowadził to rozróżnienie?
 
Twierdzenie, że fakt bycia pracownikiem "produkcyjnym" lub "nieprodukcyjnym" nie ma żadnego znaczenia dla ich "bojowości, wagi politycznej czy charakteru rewolucyjnego", sugeruje jednoznacznie, że radykalna lewica pozbawia się sama obiektywnego kryterium poznania klasy społecznej będącej nosicielką podmiotowości w procesie rewolucyjnym. Tym samym pozbawia legitymacji swoje aspiracje do bycia awangardą w procesie rewolucyjnym.
 
 
Klasa robotnicza wytwarzająca wartość dodatkową jest, w przeciwieństwie do klasy kapitalistów, niezbędnym elementem procesu produkcyjnego stanowiącego materialny fundament życia społecznego. Jednocześnie, ponieważ zniesieniu klasy kapitalistów i stosunków burżuazyjnych będzie towarzyszyło obumarcie również klasy robotniczej, to, co się wyłoni z tego procesu o charakterze w dużym stopniu spontanicznym, będzie zależało od tego, w jaki sposób owa klasa robotnicza zniknie. Nie chodzi o samo zjawisko, ale o drogę do niego prowadzącą. Jakość procesu rewolucyjnego, mającego na celu przekształcenie stosunków społecznych, będzie miała zasadnicze znaczenie dla tego, czy będzie to droga ku nowemu wyzyskowi, czy też droga do komunizmu, jak go definiował Marks.
 
 
Demokracja wyrastająca z tradycji burżuazyjnych skupia się na kwestii podziału, natomiast dyktatura proletariatu - o korzeniach marksowskich - na kwestii kształtowania stosunków produkcji. Dlatego żaden marksista nie może twierdzić, że zagadnienie "produkcyjności" czy "nieprodukcyjności" wykonywanej pracy jest drugorzędne.
 
 
 
Bez tego rozróżnienia ruch robotniczy nie mógłby wyjść poza działalność filantropijną. Robotnik produkcyjny ma legitymację do żądania sprawiedliwości społecznej, wysuwania roszczeń wobec kapitalisty w imieniu całego społeczeństwa, podczas gdy robotnik nieprodukcyjny może co najwyżej odwoływać się do dobrego serca kapitalisty. To rozróżnienie spowodowało możliwość wyjścia ruchu robotniczego poza ograniczenia socjalizmu utopijnego, sprawiło, że ruch ten stał się prawdziwym zagrożeniem dla kapitalizmu i mógł przeżyć swój okres świetności przerwany, nota bene, zdradą socjaldemokracji wynikającą z odrzucenia teoretycznych założeń marksizmu przez rewizjonizm. To, co wydawało się przezwyciężeniem ograniczeń rozszerzania wpływu ruchu robotniczego na szerokie rzesze społeczeństwa, okazało się pierwszym krokiem ku załamaniu, klęsce i upadku ruchu robotniczego na Zachodzie Europy.
 
Co więcej, dziedzictwo rewizjonizmu, mimo wysiłków Róży Luksemburg, nie zostało przełamane i nadal święci tryumfy w pozostałościach po niegdysiejszym ruchu robotniczym. Aktualnie, kiedy ideologicznie świat przesuwa się na prawicę, a radykalna lewica zajmuje pozycje opuszczone przez socjaldemokrację, podstawą teoretyczną tej roszady jest rewizjonizm II Międzynarodówki. Wyraża się on w odrzuceniu teorii wartości opartej na pracy oraz na podmianie terminologicznej o skutkach teoretycznych i praktycznych: wartości dodatkowej przez wartość dodaną czy klasy robotniczej przez klasę pracowniczą.
 
 
Oczywiście, także pracownik nieprodukcyjny może czuć się poszkodowany stosunkami kapitalistycznymi faworyzującymi wielkich przedsiębiorców, ludzi majętnych itp., a nawet przejawiać ekstremalnie silną bojowość. Nie od dziś znana jest prawda, że szczególnie drobnomieszczaństwo potrafi być ponadprzeciętnie bojowe. Niemniej, to nie tylko od bojowości zależy, czy dana grupa społeczna jest nosicielką nowego ładu społecznego. Fakt bycia lub nie taką nosicielką jest bowiem uzależniony od tego, jakie miejsce w systemie produkcji zajmuje dana grupa społeczna. Okazuje się więc, że "produkcyjność" ma znaczenie dla określenia miejsca w systemie produkcji. To miejsce rodzi specyficzną świadomość klasową będącą w opozycji do świadomości kapitalistów jako klasy. Dlatego nie bojowość, ale przede wszystkim świadomość celu ma znaczenie dla określenia grupy będącej podmiotem przemian społecznych.
 
Dlatego też, nawet jeśli dla kwestii bojowości kwestia produkcyjności ma mniejsze znaczenie, to już trudno tym samym tchem wymieniać wagę polityczną czy charakter rewolucyjny.
 
"Po drugie, Marks także nigdy nie utrzymywał, że pracownicy 'produkcyjni' muszą być koniecznie robotnikami przemysłowymi. Dokładnie napisał on, że każdy pracownik najemny, wytwarzający towar, jest pracownikiem 'produkcyjnym', niezależnie od tego, czy wytworzony towar jest materialny, czy też nie. Wyjaśnia, że proces wytwórczy zakłada współpracę wielu pracowników fizycznych i umysłowych, gdzie 'praca fizyczna i umysłowa [są] połączone nierozerwalnymi węzłami' Jeśli potrzeba nam robotników do produkcji samochodu, niewątpliwie są do tego celu potrzebni także inżynierowie i projektanci. Dla Marksa towary nie są wytwarzane przez szereg pojedynczych pracowników, ale są tym, co nazywa on 'robotnikiem łącznym'. Pracownikami 'produkcyjnymi' są więc ci wszyscy, którzy stanowią 'część robotnika łącznego' - wedle określenia Marksa."
 
Marks, twierdzą autorzy, nigdzie nie powiedział, że pracę produkcyjną mogą wykonywać wyłącznie robotnicy przemysłowi. Każdy, kto wytwarza towar - w postaci materialnej lub niematerialnej - jest pracownikiem produkcyjnym, o ile wytwarza go jako pracownik najemny. Czyli to fakt utrzymywania się z wynagrodzenia jest wyróżnikiem rewolucyjnej klasy pracowniczej.
Dlaczego więc Marks odwoływał się do wielkoprzemysłowej klasy robotniczej w szczególności, innym grupom społecznym wyznaczając rolę wtórną? Przecież nie dlatego, że w jego czasach nie było innych, a jakże - bojowych, grup pracowników najemnych. Wracamy do tego, co zostało już powiedziane wyżej.
 
Symptomatycznie Marks nie bez przyczyny kreślił na samym wstępie "Kapitału" obraz ogromnego zbiorowiska towarów. I bynajmniej nie miał na myśli "towarów" niematerialnych, ale jak najbardziej konkretne i namacalne metry tkaniny, buszle zboża, pary butów czy inne przedmioty użytkowe, stanowiące podstawę zaspokajania masowych potrzeb społecznych.
Specyfika produkcji kapitalistycznej jest specyfiką produkcji masowej. Ta masowość jest fundamentem potencjalnej przemiany społecznej, której celem nadrzędnym jest uwolnienie społeczeństwa od widma niedoboru podstawowych dóbr konsumpcyjnych, dostępnych dla najniższych warstw i klas społecznych. Udostępnienie wszystkim dóbr wyższego rzędu jest efektem, a nie warunkiem wstępnym możliwości zaistnienia nowego ładu społecznego. Dlatego Marksowi chodziło właśnie o towary jak najbardziej materialne i o producentów jak najbardziej zaangażowanych w masową produkcję fabryczną.
 
Jeśli chodzi o kwestię robotnika łącznego, na którego to powołują się autorzy broszury, to zauważmy mimochodem, że to inżynierowie, konstruktorzy, planiści czy projektanci dostępują zaszczytu dołączenia do bezpośredniego producenta i z tego to dołączenia czerpią prawo do podciągnięcia się pod ogólne pojęcie "robotnika produkcyjnego", a nie odwrotnie. To nie robotnik dołącza do inżyniera, projektanta czy planisty. Sprawa jest chyba wystarczająco jednoznaczna?
 
Inżynier, konstruktor czy planista mogą równie dobrze dołączyć do grupy akcjonariuszy i w ten sposób stać się częścią "kapitalisty łącznego". Część robotników także może dołączyć się do tej kompanii. Nie to jest ważne, ale to, jak wygląda oś antagonizmu klasowego. Należy mieć w pamięci, że w kwestiach społecznych nie ma ostrych cięć, przejścia mogą się zamazywać i wydawać się nawet sprzeczne. Ważne jest, że to nie opozycja między inżynierami czy planistami a kapitalistami stanowi oś antagonizmu klasowego w kapitalizmie, ale opozycja między wielkoprzemysłową klasą robotniczą (zaangażowaną w produkcję masową) a klasą kapitalistów.
 
Przynajmniej w czasach Marksa nie było co do tego wątpliwości. Tak jak nie podlegało wątpliwości to, że pod hasłem "robotnik" rozumiano robotnika przemysłowego, a nie baletnicę.
 
Warunki produkcji kapitalistycznej mogą się zmieniać i faktycznie zmieniają się, ale konflikt klasowy jest niezmienny. Historyczną tezą rewizjonistyczną jest teza o tym, że wraz z rozwojem technicznych warunków produkcji zmieniają aktorzy antagonizmu klasowego.
 
Autorzy broszury, jak i reszta posttrockistów, nie są na tyle głupi, żeby tego nie wiedzieć. Posttrockiści przepisują więc wstecz historię szukając w pismach Marksa uzasadnienia twierdzenia, że już 200 lat temu wielkoprzemysłowa klasa robotnicza nie była wyróżnionym podmiotem nie tylko dziejów, ale i partii socjaldemokratycznych. Trudno nie zauważyć, że twierdzą to wbrew oczywistym faktom, choć nie wbrew istniejącym od zarania marksizmu sporom teoretycznym.
 
Posttrockiści dołączają do szeregów - coraz liczniejszych - tej lewicy, która przyznaje rację oponentom Marksa (w tym anarchistom). Pod tym względem można powiedzieć, że ich koncepcje są uzasadnione historyczne, chociaż wpisują się w tradycję wrogą marksizmowi na lewicy.
 
 
"I kontynuuje on [Marks]: 'Produkcyjny jest każdy pracownik (...), którego praca rodzi kapitał.' Co obejmuje, np., pielęgniarkę w prywatnej klinice, profesora w prywatnej szkole. To znaczy w firmach, w które kapitalista zainwestował swój kapitał w celu osiągnięcia zysku. To nie charakter produkcji określa, że pracownik wytwarza wartość dodatkową, to jest stosunek, w jaki wchodzi z kapitałem. I Marks pisze, że nauczyciel w prywatnej szkole 'jest pracownikiem produkcyjnym nie dlatego, że kształtuje umysły swoich uczniów, ale dlatego, że przynosi pieniądze swemu szefowi. A że ten zainwestował w fabrykę wiedzy raczej niż w fabrykę kiełbasy, to jego sprawa.'"
 
 
Do tego fragmentu zaczerpniętego z "Kapitału" odnieśliśmy się już w artykule "Zaślepienie teoretyczne" (wersja XXL).
 
To, co wyłania się z takiego obrazu świata można streścić: więcej łączy pracowników produkcyjnych i nieprodukcyjnych sektora prywatnego niż robotników z sektora prywatnego i państwowego.
 
Ale przecież pracownicy sektora państwowego także żyją wyłącznie z płacy, a nie z posiadania narzędzi pracy. Zaś aparat państwa burżuazyjnego wszakże tylko zarządza interesami klasy kapitalistów. Działanie państwa burżuazyjnego ma na celu stwarzanie warunków dla efektywniejszego pomnażania zysków przez klasę kapitalistów. Praca w sektorze państwowym jest więc również pracą na rzecz pomnażania kapitału. Dlaczego więc Marks miałby podkreślać opozycje między sektorem prywatnym a państwowym? Otóż, nie on to podkreśla, ale posttrockiści, którzy szukają różnorodnych argumentów na rzecz swoich wątpliwych tez.
 
O co walczymy?
 
"Ideą, której powinniśmy faktycznie bronić z całych sił, jest ta, że w istocie istnieje na powierzchni globu, od jednego krańca do drugiego, tylko jeden i ten sam proletariat, jedyna klasa o wspólnych interesach. O tych samych interesach, a każdy jej członek zależy, w wielu kwestiach, od wszystkich pozostałych. Tym, co stworzyło społeczeństwo kapitalistyczne, to świat, który dziś pozostaje jedną wielką, ogólnoludzką linią produkcyjną, której końca ani początku nie sposób wyodrębnić. Któż potrafiłby powiedzieć, ilu pracowników zostało włączonych w wyprodukowanie przedmiotu tak prostego, jak żelazne nogi waszego krzesła?"
 
 
Fragment ten ma za zadanie przekonać czytelnika, że interes klasowy wynika z zaangażowania w globalny proces pracy, niezależnie od miejsca zajmowanego w owym procesie. Biorąc pod uwagę poprzednie uwagi o "robotniku łącznym", znajdujemy się w obliczu niezłego pasztetu z trudnością, na jaką natrafiamy w chwili, gdy chcemy narzucić jakąś granicę owemu chrześcijańskiemu wytyczaniu łańcuszka ludzi dobrej woli. Czy łańcuszek ten kończy się na majstrze, a może na dyrektorze, a może dopiero na posiadaczu pakietu kontrolnego przedsiębiorstwa?
Ten problem znajduje odbicie w refleksji prowadzonej wśród co dociekliwszych lewicowców. Ale przyjęcie tego rozumowania implikuje dalej idące wnioski. Otóż wychodzi na to, że interesem klasowym owej globalnej klasy pracowniczej jest to, co wspólne dla wszystkich jej członów. A jakie są wspólne postulaty wysokiej klasy specjalisty i robotnika fizycznego, pielęgniarki i chirurga? Praktyka podpowiada, że jest to postulat podwyżki płac indywidualnych. Rozbieżności są bardziej zróżnicowane i obejmują kwestie takie, jak potencjalne uspołecznienie zakładu pracy lub szpitala.
Jakie są wspólne interesy wysokiej klasy specjalistów z konkurujących firm w różnych krajach? Jakie są wspólne interesy fachowców służby zdrowia w krajach bogatych i biednych?
Obawiamy się, że nie jest to postulat wyrównania warunków życia w różnych regionach świata, ponieważ to wyrównanie wiązałoby się z nieodzownym obniżeniem poziomu życia w obszarach, do których owi fachowcy i specjaliści są ściągani w ramach drenażu mózgów.
Wmawianie "klasie pracowniczej" ideologii i interesów wyprowadzonych z warunków życia i pracy tradycyjnej, wielkoprzemysłowej klasy robotniczej zakrawa na kpinę z marksizmu.
 
Autorzy opierają swoje iluzje na założeniu, że proletariat jest jedną, globalną klasą o jednolitym interesie klasowym. Trudno byłoby określić tę masę ludzką tradycyjnym mianem klasy robotniczej, więc następuje tu kolejna, charakterystyczna podmiana pojęciowa. Zamiast "klasa robotnicza" mówi się "proletariat". Niby to samo, ale...
 
Ta podmiana opiera się na zastąpieniu kryterium definiowania klasy w odniesieniu do zajmowanego przez nią miejsca w procesie produkcji przez kryterium utrzymywania się ze sprzedaży swej siły roboczej. Jak najbardziej w zgodzie z marksizmem! Skoro już teoretycy posttrockistowscy, wzorem socjaldemokratycznych rewizjonistów, rozprawili się z pojęciem pracy produkcyjnej, to wszelka praca najemna jest traktowana na równej stopie. Tu już zaczyna się prosta droga do określenia mianem proletariusza każdego, kto pracuje za płacę. Ministra, dyrektora... też.
 
A wszystko to wynika z niewinnego na pierwszy rzut oka odrzucenia "głupiego" podziału na pracę produkcyjną i nieprodukcyjną!
 
Równie oczywiste jest spostrzeżenie, że w globalnym procesie produkcji wszyscy zależą od wszystkich. Diabeł jednak, jak zawsze, tkwi w szczegółach. Dialektyka Stalina głosiła: wszystko wiąże się ze wszystkim. Dialektyka Marksa zauważała, że owe powiązania miały nieprzypadkową strukturę wynikającą z konkretnego procesu historycznego, zrozumiałego w perspektywie celu przypisanego owemu procesowi.
 
Przy okazji możemy tutaj znaleźć wyjaśnienie faktu, dlaczego naszym drogim posttrockistom wartość dodatkowa myli się z wartością dodaną. Zniesienie rozróżnienia teoretycznego między pracą produkcyjną a nieprodukcyjną zrównuje pracę o charakterze materialnym z pracą o charakterze niematerialnym. Efektem pracy materialnej są konkretne dobra zaspokajające potrzeby materialne. Część tych dóbr zostaje zużyta przez samych wytwórców (robotników) jako ich konsumpcja, podtrzymanie ich siły roboczej. To, co ponadto, to jest materialna podstawa, na której może się rozwijać cywilizacja.
Efektem pracy niematerialnej jest dobro zaspokajające tzw. potrzeby wyższego rzędu. Aby je produkować, należy najpierw zaspokoić potrzeby niższego rzędu. Konflikt klasowy, o którym traktuje marksizm, dotyczy konfliktu wokół zaspokajania potrzeb niższego rzędu, potrzeb materialnych (co jest aspektem rozróżnienia między pracą produkcyjną a nieprodukcyjną).
W przeciwieństwie do materialnych efektów pracy, dotyczących dóbr podstawowych, tzw. masowej konsumpcji, dobra niematerialne nie muszą być konsumowane przez klasę wytwórców dóbr konsumpcyjnych. Producent towarów niematerialnych musi natomiast wymieniać je na dobra materialne. W ujęciu wartościowym mamy sytuację, w której można zrealizować tylko tyle dóbr niematerialnych, ile zostanie wytworzonych dóbr materialnych ponad wartość odtworzeniową kapitału zaangażowanego do produkcji materialnej.
Mamy tu pewną analogię do marksowskich schematów reprodukcji, z tym, że nie traktujemy poszczególnych sektorów produkcji, a tym mniej poszczególnych gałęzi, aby pokazać zależności między nimi, ale całość produkcji materialnej w relacji do całości "produkcji" niematerialnej. Nie można zamienić miejscami produkcji materialnej i niematerialnej w schematach reprodukcji, tak jak istnieje również określona hierarchia zależności między sektorem inwestycyjnym a sektorem konsumpcyjnym.
Hierarchia ta może zostać zakłócona wyłącznie w odniesieniu do jakiegoś obszaru (np. państwa), pod warunkiem zyskania jakiejś możliwości przewagi zewnętrznej nad resztą konkurentów (np. zależności typu kolonialnego i ich długofalowe  skutki).
 
W ujęciu buchalteryjnym, wartość dodana obejmuje również płace i tym różni się od wartości dodatkowej.
 
Podmieniwszy już klasę robotniczą przez "proletariat", posttrockiści z Lutte Ouvriere mogą się już bezkarnie natrząsać z idiotów, którzy wyrokują, że proletariat znikł: "... twierdzić, że proletariat znikł to znaczy zapominać lub udawać, że się zapomniało o tym wszystkim [że każda rzecz ma swego wytwórcę]. Lub ignorować to, tylko dlatego, że są ludzie w środowiskach drobnomieszczańskich, których całkowicie nie interesuje wiedza o tym, kto zrobił długopis, którym się posługują."
 
Problem w tym, że autorzy broszury dokonują tu znamiennej sztuczki ekwilibrystycznej. Nie mają najmniejszego zamiaru obstawać przy dziejowej misji tradycyjnej klasy robotniczej. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie się upierał, że klasa to wciąż istnieje i odgrywa wciąż tę samą główną rolę w procesie emancypacyjnym. A przecież to właśnie twierdzą przywoływani adwersarze. Zamiast przyznać się do klęski, posttrockiści salwują się wykrętami teoretycznymi zaczerpniętymi z repertuaru socjaldemokratycznego rewizjonizmu marksizmu i usiłują to sprzedać jako... czysty marksizm.
 
Wielkoprzemysłowa klasa robotnicza straciła na liczebności w krajach rozwiniętych. Przeszła przemiany, które zmodyfikowały jej charakter. Konsumpcjonizm zbudowany na neokolonialnym wyzysku 30 lat powojennych w Europie Zachodniej także przyczynił się do utraty bojowości tej klasy. Zmiany wydają się posttrockistom nieodwracalne i dlatego, dla potrzeb polemiki z przeciwnikiem, należało podretuszować nieco własną ideologię wstecz, aby utrzymać pozór jednolitości i konsekwencji.
 
Problem w tym jednak, że proletariat to nie to samo, co klasa robotnicza. Już w starożytnym Rzymie - proletariat, to była warstwa klasy panującej, ale pozbawiona własności środków produkcji. Rzymski system gospodarczy opierał się na niewolnictwie, a proletariat nie posiadał niewolników. A także sam nie był niewolnikiem. Żył z wartości dodatkowej wytwarzanej przez niewolników i dzielonej przez właścicieli środków produkcji, czyli właścicieli niewolników.
 
Współcześnie, odwoływanie się do pojęcia "proletariat" oznacza zasadniczo odwołanie się do tego samego schematu: jest to grupa społeczna żyjąca z podziału wartości dodatkowej, albowiem jest pozbawiona dostępu do środków pracy. W przeciwieństwie do proletariatu rzymskiego, współcześni pracownicy umysłowi mają więcej możliwości zarobkowania. Jest to wynik faktu, że robotnicy - w przeciwieństwie do niewolników - w bardziej powszechny sposób zostali zuniformizowani na możliwie najniższym stopniu kwalifikacji zawodowych.
 
W czasach Marksa, pojęcie proletariatu miało swoje uzasadnienie, ponieważ w okresie kształtowania się kapitalizmu i poprzedzającym go, istniały liczne grupy ludności zbędnej, wyzutej z wszelkich możliwości zarobkowania. Grupy te zasiliły powstające fabryki swoją siłą roboczą.
Pojęcie proletariatu zostało rozszerzone na inne grupy społeczne, które co prawda miały pracę, ale nie gwarantowała ona satysfakcjonującego poziomu życia. Były też wciąż zagrożone bezrobociem i zmarginalizowaniem. Proletariat jest więc pojęciem określającym margines społeczny, podklasę.
 
Ostatecznie więc, bazą społeczną radykalnej lewicy staje się współcześnie podklasa. To tak, jak gdyby w starożytnym Rzymie uznać za podmiot historyczny nie klasę niewolników, ale proletariat.
 
Warto zauważyć, że upowszechnienie się zagrożenia spadkiem do podklasy spowodowało wzrost popularności postulatu, aby świadczenie pracy czy usług (których wartość dramatycznie malała wraz ze wzrostem liczebnym tej grupy) przestało być koniecznym wymogiem do tego, aby otrzymać dochód (np. minimalny dochód gwarantowany). W ten sposób proletariat współczesny upodabnia się do proletariatu rzymskiego.
 
Zaś nowa radykalna lewica coraz bardziej stacza się na pozycje wczesnochrześcijańskiego braterstwa ducha dążącego bardziej do komunii niż do komunizmu.
 
I to te grupy społeczne, według autorów broszury, miałyby wyglądać marksistowskiej partii politycznej niczym nowego Mesjasza. Dziwi zadziwienie autorów, którzy ubolewają nad niemożnością odtworzenia świadomości klasowej w grupie, która faktycznie nie jest żadną klasą, a której świadomość może wznieść się co najwyżej do poziomu proletariatu rzymskiego.
Weźmy pod uwagę, że do "proletariatu" zaliczają się odrzuty z wszelkich grup i klas społecznych, w tym inteligencji.
Czy więc faktycznie proletariat jest "klasą" wciąż nieodzowną dla funkcjonowania społeczeństwa? Czy może "podklasą"? Albo inaczej: klasą zbędną, na której istnienie i rosnącą marginalizację wskazują niektórzy socjologowie?
 
 
Fakt pozostanie faktem. Eklektyzm, niejednorodność grupy określanej mianem proletariatu tłumaczy brak efektów pracy politycznej.
 
Nawet liczebny wzrost "proletariatu" nie będzie prowadził do skutków politycznych. Nawet bojowość tej grupy społecznej pozostaje bojowością ślepą. Nie będzie to nigdy bojowość klasy robotniczej.
 
Jednocześnie autorzy ubolewają nad świadomością owej grupy, nad jej ksenofobią, brakiem instynktu wspólnoty itd.
W jaki sposób może wzrosnąć świadomość klasowa, jeśli szuka się jej w grupach, które nie podzielają warunków życia i pracy klasy robotniczej? Wbrew zmarnowanym wysiłkom działaczy lewicowych, zasiewanie świadomości klasowej w głowach "proletariatu" jest od lat bezskuteczne. Wręcz odwrotnie, to ci działacze zmieniają swą świadomość na świadomość grupy odzwierciedlającej fakt bycia odłamem klasy panującej, odłamem znajdującym się nierzadko w opłakanych warunkach, niemniej z wyraźną świadomością swej klasowej wyższości w stosunku do "roboli". Autorzy odwołują się do świadomości robotniczej, a rozumieją podmiot tej świadomości jako "proletariat", czyli eklektyczny zlepek różnych grup społecznych, które ciągną do tych grup, od których "odpadły", a nie do klasy robotniczej.
 
Mimo oczywistości ślepej uliczki, w jaką zabrnęła nowa radykalna lewica, autorzy mogą zaimponować heroizmem w upieraniu się przy przegranej sprawie: "Można tylko stwierdzić cofnięcie się świadomości robotniczej. [robotniczej sic!] Wobec tej sytuacji, najgorszą rzeczą, jaką można by było zrobić, to byłoby odstąpienie od naszych idei pod pretekstem, że pracownicy [a teraz znowu pracownicy!] ich nie podejmują. Należy przyznać, że jeśli oni ich nie podejmują, to wina za to obarcza przede wszystkim pokolenia intelektualistów, którzy pozbyli się idei komunistycznych i w ten sposób rozbroili proletariat [teraz znowu proletariat!]. A za zdrady tych intelektualistów płacą pracownicy [znowu pracownicy!], a to przez trwanie systemu, który ich gnębi i przygniata! Tak więc, minimum tego, co może zrobić taki mały nurt, jak nasz, to dążyć do zachowania przy życiu tych idei i podjąć próbę ich przekazania, w stanie nietkniętym, tym, którzy będą gotowi jutro, aby podjąć na nowo walkę."
 
Jeśli ktoś chciałby mieć ilustrację fałszywej świadomości, to powinien wziąć sobie do serca ten fragment. Zamiast teorii spiskowej i oskarżeń o zdradę rzucanych pod adresem równie nieprecyzyjnym, co fałszywym, należałoby poważnie potraktować wyzwanie teoretyczne, jakie stawia marksizm. I zamiast poprawiać po tchórzowsku pisma Marksa, należałoby wziąć się za krytyczną analizę własnej łataniny, która przez dziesięciolecia była jedyną odpowiedzią na narastającą rozbieżność między teorią a praktyką ruchu robotniczego.
 
 
Zamieszanie pojęciowe przekłada się też na pojęcie dyktatury proletariatu.
 
Historycznie nie było problemu z rozumieniem, o jaką klasę chodziło Marksowi. Ludzie świadczący usługi w sferze tzw. nieprodukcyjnej byli zawsze. I to nie oni byli uważani za nową klasę obdarzona misją. Misja dziejowa klasy robotniczej wynika nie tylko z faktu, że są to ludzie poniżeni i wyzyskiwani, ale i z tego, że pracują w sferze produkcji materialnej, w której zawsze były największe trudności z zaspokojeniem potrzeb wszystkich członków społeczeństwa. Produkcja na wielką skalę, czyli produkcja fabryczna, miała zmienić oblicze świata, odsuwając w przeszłość gospodarkę opartą na niedoborach, ledwie zaspokajającą podstawowe potrzeby, albo i nie. Nie chodziło o produkcję dzieł literatury światowej ani o technologię wyższych potrzeb. Ale o potrzeby podstawowe, materialne.
Jeżeli będziemy od tego abstrahować, to wszystkie pojęcia zleją nam się w jeden chaos. Tak, jak to się dzieje dziś na lewicy.
 
 
Wiara w to, że mityczna "świadomość" dokona cudów na lewicy jest śmieszna.
 
I jaka partia? Opierająca się na eklektycznym, antyrobotniczym programie? Negującym istnienie klasy robotniczej i zastępującym ją "klasą pracowniczą" lub "proletariatem" obejmującym niezadowolonych z poziomu dochodów intelektualistów.
 
"A właśnie, świat zmienił się od czasów Marksa - i klasa robotnicza [a teraz znowu klasa robotnicza!] się zmieniła. Na korzyść, w pewnych aspektach: klasa robotnicza krajów bogatych jest dziś bardziej wykształcona, tzn. bardziej niż w XIX wieku przygotowana na to, aby przyswoić sobie idee.
A klasa robotnicza krajów ubogich jest liczniejsza, bardziej skoncentrowana, bardziej na bieżąco z nowinkami technicznymi, niż kiedykolwiek była. A to, co się na pewno nie zmieniło, to fakt, że proletariat [!] znajduje się bardziej niż kiedykolwiek w sercu produkcji i wyzysku, i przez to właśnie pozostaje jedyną klasą zdolną do zmienienia świata - a to, dopóki istnieje kapitalizm, nigdy nie zniknie!"
 
Problem w tym, że owa lepiej wykształcona, liczniejsza i bardziej skoncentrowana klasa robotnicza nie bardzo ma co przyswajać.
 
Jeśli diagnoza jest taka, że potencjał po stronie klasy robotniczej istnieje, a po stronie rewolucjonistów mamy całkowitą jasność ideologiczną, zaś warunki gospodarcze i społeczne stanowią zapalne tło, to powstaje nieuchronnie pytanie: dlaczego wciąż ruch stoi w miejscu, albo nawet się cofa?
 
Idee, z którymi posttrockiści chcieliby iść do swojej bazy, nie są przez tę bazę przyjmowane. "Proletariat", któremu ton nadaje grupa pracowników umysłowych, nie przyjmuje idei pasujących do klasy robotniczej. Klasa robotnicza nie przyjmuje idei, które pasowałyby tak rozumianemu "proletariatowi". Jak na razie, to rewolucjoniści zajmują się przezwyciężaniem tych sprzeczności. Oczywiście, jak można było przewidzieć, stroną ustępującą ze swych tradycyjnych pozycji ideologicznych jest ta część bazy, która sprowadza się do tradycyjnej klasy robotniczej: ksenofobicznej i społecznie wstecznej.
Przewagą ideologiczną cieszy się od kilku dekad ta część bazy, która ani myśli o realizacji zasady dyktatury proletariatu kosztem demokracji burżuazyjnej, nawet przy przyjęciu definicji proletariatu, która sprowadza do absurdu samo pojęcie dyktatury.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
29 sierpnia 2013 r

Społeczność

BLOOD