Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 15 gości.

Ewa Balcerek: Feminizm jako forma pseudokultury [+komentarz WR]

Feminizm

Publikujemy tekst,  odnoszący się krytycznie do zjawiska burżuazyjnego feminizmu. Co prawda zawarte jest w nim kilka niejasnych stwierdzeń - jak pojęcie "pseudokultury" zawarte w tytule. Wątpliwym jest też fakt, czy jakikolwiek socjalizm może być reakcyjny. Socjalizm jest bowiem z definicji postępowy, dąży do wyzwolenia ludzi w dziedzinie bazy ekonomicznej.
 
Tekst zawiera słuszne przesłanie o prymacie podziałów klasowych nad innymi podziałami w społeczeństwie i celnie podkreśla różnice między marksizmem - który ma podstawy naukowe i którego zastosowanie prowadzi do wyzwolenia ekonomicznego proletariatu, a w szerszej perspektywie - ludzkości, a feminizmem który jest pozbawionym elementów naukowych ruchem drobnomieszczańskim domagającym stylko i wyłącznie "wyzwolenia kobiet", często nie uwzględnianiając czynników ekonomicznych i klasowych i czyniąc z niego tym samym pusty frazes .

Oczywiście, postulaty wyzwolenia kobiet są obecne w programach marksistowskich od zawsze,. Wyzwolenie kobiet jest niemożliwe przy ignorowaniu podziałów klasowych. Ponadklasowy "sojusz kobiecy" może się dokonać jedynie z uszczerbkiem dla interesów proletariuszek - czyli zdecydowanej większości kobiet.  Kobiecie robotnicy jest znacznie bliżej do jej kolegi robotnika niż do Henryki Bochniarz czy Hanny Gronkiewicz-Waltz .   Konieczne jest, aby odgruzować radykalną lewicę z antymarksistowskich, drobnomieszczańskich ideologii.

 
Redakcja WR
********************
 
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie "Dyktatura Proletariatu" jako polemika z tekstem "Socialist Meme Caucus" pod adresem: http://www.dyktatura.info/?p=1914#more-1914
 
********************
 
Rozumiem, że powyższy tekst pochodzi z jakiejś zagranicznej strony. Zastanawiam się tylko, czy powinniśmy się cieszyć, że nie osiągnęliśmy jeszcze dna, skoro to nie jakaś polska feministka go napisała, czy też ubolewać, że pukamy w dno od spodu, ponieważ żadna polska feministka nie była (chyba) w stanie napisać czegoś na tym „poziomie”.
 
Autorka sprawia wrażenie, że wręcz pozostaje w szoku w związku z odwagą, z jaką podejmuje krytykę własnego „gniazda”:
 
„… prawdą jest, że część radykalnego feminizmu jest transfobiczna. Wiele osób ze środowiska feministycznego nazywa tę postawę TERF (trans-excluding radical feminists). Jest to opresyjny, genderowo esencjalistyczny, niesocjalistyczny punkt widzenia. Krytyka takiej postawy jest słuszna, ale ciągłe podnoszenie tej kwestii, jakby była reprezentatywna dla całego feminizmu, wynika z ignorancji bądź jest zawoalowanym atakiem na feminizm. Część najostrzejszej krytyki wymierzonej w TERF wyszła ze środowiska feministycznego.”
 
 
Przyznam, że totalnie jest mi obojętne to, jak środowisko feministyczne „pięknie różni się” na tematy „trans”. Chciałabym tylko zauważyć, że skoro „postawa TERF” nie sprawia, żeby autorka wyrzucała jej nosicieli poza nawias feminizmu (ba, zalicza tę postawę do odłamu radykalnego, a nawet „genderowo esencjalistycznego” – cokolwiek idiotycznego by to znaczyło), to niby jakim prawem wyrzuca te same osoby poza środowisko socjalistyczne? Może pozwoli samym socjalistom na zdecydowanie, czy męska szowinistyczna świnia może, czy nie może, być jednym z nich.
 
 
To tak tylko dla porządku, co by zachować odrobinę demokracji. Swoją drogą, autorka sama taką pisaniną ilustruje tezę o parciu feministek na „dominację”. Tyle, że nie matriarchatu, ale głupoty – niezależnej od płci.
 
 
Socjalizm nie jest uniwersalnym prawem boskim czy kosmicznym, ale reakcją na problemy społeczne, mającą swoją historię i tradycje, a także normalne i logiczne ograniczenia wynikające z celu, jakiemu służy. Nie należy go mylić z tablicami, jakie Mojżesz otrzymał po spędzeniu dłuższej chwili w krzakach (choćby gorejących).
 
 
Łączenie socjalizmu z feminizmem (i innymi radykalnymi ruchami o charakterze drobnomieszczańskim) wynika z faktu, że socjalizm jest z definicji ruchem postępowym, czyli postulującym zniesienie ograniczeń wolności wynikających z zasad rządzących społeczeństwem kapitalistycznym. Skoro występuje się przeciwko mieszczańskiemu społeczeństwu, to dlaczego nie miałoby się tej wolności rozszerzyć na wszelkie formy opresji?
 
 
Socjaliście nie wypada wręcz powiedzieć, że wolność miałaby posiadać jakieś granice. Choćby zdrowego rozsądku.
 
 
Sądzę, że ta pułapka wynika z braku skromności. Socjalizm nie rozwiązuje wszystkich problemów ludzkości. I nie ma takiej ambicji. A przynajmniej nie powinien.
 
 
Biorąc pod uwagę fakt, że żaden drobnomieszczański wariant ruchu kobiecego nie może odczepić się od kwestii seksualności, należy wyraźnie powiedzieć: socjalizm nie ma recepty na najlepszy model współżycia seksualnego i nie ma ochoty zajmować się tym problemem.
 
 
Nie zawsze jest tak, że najlepszym rozwiązaniem jakiegoś problemu jest zajmowanie się nim bezpośrednio. Doświadczenie uczy, że problemy feministek (i nie tylko) dotyczące kwestii seksualności niekoniecznie wynikają z postawy władz. Można nawet powiedzieć, że rozwiązania systemowe idą w kierunku postulowanym przez feministki (może nie w tempie, które by im odpowiadało). Jednak żale feministek są słane raczej pod adresem tzw. szarych ludzi.
 
 
Np., nasza autorka pisze: „Jestem lesbijką, ponieważ kocham kobiety. Potrzebuję feminizmu, bo ciągle jestem prześladowana, napastowana seksualnie, wyśmiewana, poniżana i lekceważona.”
 
 
Kto inny mógłby powiedzieć: jestem biedna, więc ciągle jestem prześladowana, napastowana seksualnie, wyśmiewana, poniżana i lekceważona.
 
 
Bogata lesbijka nie ma takich problemów. Bogata biedna nie istnieje. W uproszczeniu kwestia socjalizmu sprowadza się do opozycji biedni – bogaci.
 
 
Bycie lesbijką nie jest członem opozycji między socjalizmem a kapitalizmem. A bycie biednym – tak. Dlatego homoseksualizm i socjalizm nie są pojęciami z tej samej półki.
 
 
Powiem coś mało odkrywczego, ale też i mało popularnego, choć same specjalistki od płci kulturowej chyba by się zgodziły. Popęd seksualny, podobnie jak instynkt zaspokajania głodu, jest tylko naturalnym podłożem kulturowych form jego zaspokajania. Instynkt prokreacji jest wrodzony, ale możemy sobie spokojnie żyć bez ulegania temu przymusowi. Trudno, żeby mając świadomość swojego ja, nie dostrzegać monotonii powielania w miliardowych egzemplarzach tego samego wzorca zachowań seksualnych. Problem nie wynika jednak z faktu, że życie seksualne człowieka sprowadza się do, jak to prowokująco określał Stanisław Lem, zasady piły mechanicznej. Akurat ta zasada nie ulega szczególnej modyfikacji przy zmianie partnera na homoseksualnego. Problem wynika z faktu, że w kulturze upadku cywilizacyjnego instynkty i popędy, które miały jakieś formy kulturowe (czysto umowne, konwencjonalne, żadne naturalne), wypracowane w toku dziejów (co nie musi świadczyć o ich wartości czy jej braku – zupełnie nie o to chodzi), stają się obecnie same formami kulturowymi. Ponieważ takiej cywilizacji, takiego społeczeństwa nie stać już dłużej na tworzenie opartych na umowie form kultury, gdyż ma przejmujące poczucie relatywizmu wszelkich postaci kultury. Jej kultura jest w rozkładzie. Czy twórczym? To już zależy od dalszego ciągu dziejów: czy będzie socjalizm, czy barbarzyństwo. Różnorodność form zaspokajania popędów seksualnych nie jest dziś wyrazem bogactwa kulturowego, ale raczej wyrazem zagubienia, chaosu i upadku. Nie dlatego, żeby było coś złego w homoseksualizmie, bo nie ma. Wręcz przeciwnie, sądzę, że homoseksualizm jest instynktowną samoobroną ludzkości przed zagrożeniem, jakie owa ludzkość stwarza dla samej siebie.
 
 
Ale jeśli w rozwijającej się cywilizacji homoseksualizm mógłby być wyrazem dążenia do wolności (osobniczej), do buntu, to przy upadającej kulturze jest już tylko takim samym powielaniem wzorca, jakim był heteroseksualizm. Tyle, że wzorców jest trochę więcej. Nie ma żadnego nowatorstwa w stosunku do znanej prawidłowości, że młodzi ludzie, poszukujący dopiero swojej ścieżki, buntują się przeciw dyktatowi „wapniaków”. Novum jest to, że dziś mamy starczą modę na infantylizm.
 
 
Feminizm z jego buńczucznymi hasłami jest takim samym produktem przemysłu marketingowego, jak pozostałe formy pseudokultury. Dlatego łączenie socjalizmu z agresywnym wmuszaniem mu, żeby tak samo poddał się przemysłowi reklamowemu, jest działaniem dywersyjnym i głęboko antysocjalistycznym.
 
 
Dlatego nie mogę zgodzić się z twierdzeniem autorki, że „feminizm jest tak samo ważny jak… walka klas”.
 
 
W wyniku zwycięstwa socjalizmu nie zostaną wyeliminowani ludzie, którzy będą nadal wyśmiewali się z lesbijek. Poziom kultury jest sprawą indywidualną. Chyba że autorka postuluje fizyczną eliminację ludzi niekulturalnych – niech żyje wolność i demokracja, nie mówiąc już o humanizmie. Ale w socjalizmie z faktu bycia lesbijką (czy kobietą) nie będzie wynikała dyskryminacja ekonomiczna. I tyle.
 
Bycie homoseksualistą będzie być może wyborem indywidualnym, czymś, co wymaga pewnego hartu ducha, a nie modą i czysto kapitalistyczną postawą konsumpcyjną – skoro można coś mieć, to „należy mi się!”
 
 
Reasumując: wymądrzanie się feministek w kwestii socjalizmu jest bezczelnością, ponieważ usiłują one prawić morały z punktu widzenia swojego ograniczonego horyzontu wyznaczonego przez kapitalistyczny konsumpcjonizm.
 
 
Uwaga: Socjalizm, który ulega pokusie feminizmu, staje się reakcyjny!
 
 
Ewa Balcerek
 
 
18 października 2013 r.

Społeczność

Lenin001