Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 62 gości.

Czy warto obchodzić 11 listopada? Nie!

11 listopada 2013 spalona "tęcza" na pl.Zbawiciela

Czy warto obchodzić 11  listopada? Nie!

 
Po kolejnych masowych demonstracjach 11 listopada i burdach zorganizowanych tego dnia w Warszawie przez narodowców i polskich faszystów zadajemy sobie pytanie: czy istnieją jakiekolwiek powody, aby ideowa lewica zawracała sobie głowę tzw. Świętem Niepodległości? Naszym zdaniem – nie.
 
5 listopada dniem niepodległości radzieckiej Polski!
 
 
Polityczna wymowa Święta Niepodległości obchodzonego 11 listopada jest antysocjalistyczna i reakcyjna – to właśnie 11 listopada 1918 Piłsudski po przybyciu do Warszawy ogłosił, że wysiada z „czerwonego tramwaju” socjalizmu; to tego dnia do kraju wrócił człowiek, który mimo socjalistycznej przeszłości porzucił sprawę robotniczą i walkę o obronę ludzi pracy przed kapitalistycznym wyzyskiem. Dzień 11 listopada 1918 roku nie jest datą powstania pierwszego polskiego rządu po I wojnie światowej. Pepeesowski rząd Daszyńskiego – siedzący okrakiem na klasowej barykadzie - powstał 4 dni wcześniej, a pierwsza Rada Delegatów Robotniczych w Lublinie mająca – w odróżnieniu od Daszyńskiego i wielu późniejszych rządów II RP – demokratyczną reprezentację, powstała już 5 listopada i to tę, lekceważoną przez burżuazyjnych historyków rocznicę należałoby świętować jako początek polskiej państwowości i niepodległości. Dodajmy – państwowości robotniczej, demokracji innego rodzaju niż ta burżuazyjna - Polski Radzieckiej.
 
 
Burżuazyjni historycy, a także pseudo lewicowi, piłsudczykowscy klakierzy zapominają o tej rocznicy i starają się wymazać ją z pamięci. Tymczasem 5 listopada 1918 r. zaczęła rodzić się Polska radziecka, Polska rządzona przez robotników, prawdziwie wolna i niepodległa, bo niezależna od działań imperialistycznego kapitału, który zamienił zarówno II jak i III RP w półkolonię mocarstw imperialistycznych. Data 7 listopada, celebrowana przez niektóre organizacje lewicowe rocznica powstania rządu Daszyńskiego, jest pewnym kompromisem. Ale zasadniczo jest to kompromis zgniły. Jak pisze historyk Zygmunt Partyka o rządzie Daszyńskiego:
 
 
patrząc z perspektywy czasu można powiedzieć, że działalność rządu lubelskiego, rządu, który notabene w listopadzie 1918 roku stanowił dla Piłsudskiego mocne oparcie, była koniecznością. Nie zmienia to faktu, że Polska z socjalistami u steru władzy nie utrzymałaby się długo. Po pierwsze dlatego, że w zachodniej Europie nie było miejsca na czerwony rząd, po drugie ze względu na potężne konflikty polityczne, jakie niechybnie trawiłyby socjalistyczną Rzeczpospolitą. Nieubłagana logika ówczesnych wydarzeń była taka, że polscy socjaliści albo musieli „zburżuazyjnieć” to znaczy m.in. uznać mechanizmy demokracji z prawem własności, albo przejść na stronę Kraju Rad [1] 
 
 
Co prawda rząd stanowiący bezpośrednią kontynuacje rządu Daszyńskiego, rząd Moraczewskiego uchwalił ustawę o 8-godzinnym dniu pracy, co stanowiło olbrzymią zdobycz dla klasy robotniczej i jego program był socjalistyczny, ale to samo zrobiła jeszcze przed powstaniem rządu Daszyńskiego lubelska Rada Delegatów Robotniczych.
 
 
„Rząd ludowy” podążał więc za masami starając się zyskać ich poparcie i to poparcie - pomimo perturbacji – zyskał, ale pozostał lewicowym rządem burżuazyjnym, który utworzył grunt dla znacznie bardziej reakcyjnych późniejszych gabinetów wielkopańskiej Polski. Wielkopańskiej Polski w której nie raz strzelano do robotniczych demonstracji.
 
Wolą najbardziej świadomych politycznie robotników, którzy na przełomie 1918 i 1919 roku pociągnęli za sobą polskie masy, była Polska socjalistyczna. Ta wola została złamana właśnie przez siedzących okrakiem na klasowej barykadzie prawicowych pepeesowców, którzy ostatecznie zadeklarowali się jako sojusznicy kapitału, oszukali masy pracujące i zlikwidowali Rady Delegatów Robotniczych.
 
Jak mówi, nie bez kozery, pepeesowiec Mieczysław Niedziałkowski:
 
 
Tymczasowy Rząd Ludowy w Lublinie przez fakt swojego powstania, przez swój Manifest, przez entuzjazm, który wywołał – skierował stanowczo, po męsku, nieodwołalnie, budownictwo państwowe na szlak demokracji, ściśle mówiąc demokracji parlamentarnej. W Lublinie, w dniu 7 listopada 1918 r. zadano cios śmiertelny komunizmowi w Polsce” [1]
 
 
Jak twierdzi Partyka, naturalnym dążeniem konsekwentnych socjalistów (czyli komunistów) powinna być Polska Republika Rad. Wypada się zgodzić z tym stwierdzeniem. Rewolucje 1905 i 1917 pokazały bowiem, że sami robotnicy są w stanie stworzyć system władzy państwowej, którym są rady. Robotnicy nie potrzebują burżuazyjnych parlamentów i nie potrzebują Daszyńskich. Daszyńscy byli potrzebni wodzom burżuazyjnej państwowości, takim jak Piłsudski, aby zdobyć poparcie społeczne. Dlatego też prawdziwym świętem niepodległości, świętem Polskiej Republiki Rad, stłumionej brutalnie poprzez zdradę kolaborujących z kapitałem prawicowych socjalistów, powinien być dzień 5 listopada.
                                                                                                                                                         
11 listopada i skrajna prawica
 
 
 
Dzień 11 listopada to święto burżuazyjnej władzy, święto fałszywej świadomości i marszów skrajnej prawicy, które z roku na rok stają się coraz silniejsze. Marsze te, obok stadionowych chuliganów i faszystowskich bandytów, przyciągają również nieświadomą politycznie, zbuntowaną młodzież, która w ten sposób daje upust swojej frustracji i rozczarowaniu kapitalistyczną III RP. Kryzys kapitalizmu i brak silnej partii robotniczej, mogącej pociągnąć masy pracujące do walki z wyzyskiwaczami i pokazać drogę wyjścia z kręgu beznadziei i nędzy,  powodują, że to Marsz Niepodległości kanalizuje znaczną część antysystemowego buntu.
 
 
Jedną z przyczyn sukcesu skrajnej prawicy o 11 listopada jest marketing polityczny. „Marsz Niepodległości” jest pod tym względem jak najbardziej dopracowany. Swastyki, saluty rzymskie i symbole typu „14/88” są na pierwszy rzut oka niezauważalne, co przyciąga do marszu - o zgrozo - także zadeklarowanych antyfaszystów. Szczególną uwagę należy tu zwrócić na głoszone przez organizatorów hasła „obalenia republiki Okrągłego Stołu”. Wobec dominacji nomenklaturowo-biznesowego SLD z lewej strony sceny politycznej i totalnej blokady informacji o poglądach i działalności ideowej i niezależnej lewicy robotniczej w burżuazyjnych mediach, skrajnie nacjonalistyczna prawica wydaje się wielu jedyną alternatywą polityczną dla obecnego systemu niesprawiedliwości społecznej.
 
 
Hasło „obalenia republiki Okrągłego Stołu” powinno być hasłem polskich komunistów, bowiem III RP to reakcyjny twór, powstały wskutek procesów zachodzących wewnątrz uwłaszczającej się PZPR-skiej biurokracji, okupionych nieszczęściem i tragedią milionów, których pozbawiono pracy i chleba, wskutek barbarzyńskiej restauracji kapitalizmu.
 
 
Potrzebna jest siła polityczna, która powie głośno i wyraźnie, że należy w miejsce tego systemu zbudować Polską Republikę Rad, Polskę 5 listopada, a nie 11 listopada, Polskę, którą charakteryzować będą również demokracja ekonomiczna, planowanie gospodarcze i prawdziwa równość szans., nie zaś jałowe hasełka o narodowej jedności jakie w różnych formach głoszą zarówno rządzący liberałowie, jak i neofaszyści.
 
Faszystowski reżim skrajnej prawicy nie jest żadną alternatywą dla trzeszczącej w posadach III RP, bowiem nie zlikwiduje kapitalistycznego wyzysku, natomiast od siebie dołoży zamordyzm i represje wobec wszystkich myślących inaczej. Bez obalenia kapitalizmu, nędza i bezrobocie pozostaną stałym elementem polskiego krajobrazu, zaś narodowcy dołożą co najwyżej obozy koncentracyjne dla „nieprawdziwych” Polaków.
 
 
Przedstawiciele skrajnej prawicy nie są polskimi patriotami, na jakich się malują, ale przedstawicielami międzynarodowego ruchu, do którego należą takie organizacje jak ukraińska Swoboda, węgierski Jobbik, brytyjska BNP i grecki Złoty Świt. Powiązania te nie są tajne, wystarczy wejść na strony polskich organizacji „narodowych”, aby się przekonać jak daleko posunięty jest „internacjonalizm” wśród neofaszystów. To nie przypadek, bowiem działania skrajnej prawicy odpowiadają oczekiwaniom międzynarodowego kapitału, chcącego podzielić i skłócić ruch robotniczy wysyłając w jego szeregi faszystów.
 
 
 
Marsz Niepodległości 11 listopada to polski przepis na hodowlę faszystów wieszczących takie hasła jak „praca w Polsce dla Polaków” , z którym wyraźnie przegrywa spokojny liberalno-demokratyczny pomysł na patriotyczny marsz razem z prezydentem Komorowskim. To pokazuje, że dużo lepszą i bardziej konsekwentną w porównaniu do tolerancyjnego, liberalnego patriotyzmu realizacją idei narodowej jedności jest faszyzm.
 
Wszelkie próby organizowania przez połączone siły lewicy i liberałów kontrmanifestacji, blokad czy też „Kolorowych Niepodległych” spaliły na panewce, z tego prostego powodu, że nie miały w sobie antysystemowego potencjału. Wsparcie tych inicjatyw przez Gazetę Wyborczą - główną tubę propagandową III RP, dolało tylko oliwy do ognia, ponieważ marginalny dotąd marsz garstki narodowców i neonazistów, blokowany - dość skutecznie - przez garstkę anarchistów, przerodził się w masową demonstrację skrajnej prawicy.
 
 
 
11 listopada 2013 
 
 [1] http://pl.wikipedia.org/wiki/Rz%C4%85d_Ignacego_Daszy%C5%84skiego

Społeczność

Towarzysz Lenin oczyszcza ziemię ze śmieci