Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 23 gości.

W. I. Lenin: Raz jeszcze o związkach zawodowych, o chwili bieżącej oraz o błędach towarzyszy Trockiego i Bucharina (1921 r.)

Lenin i Trocki.jpg

Broszurę „Raz jeszcze o związkach zawodowych, o chwili bieżącej  oraz  o  błędach  towarzyszy Trockiego i Bucharina” W. Lenin zaczął pisać 21 lub 22 stycznia 1921 r. w Gorkach. Praca została zakończona 25 stycznia tegoż roku i opublikowana 26 stycznia 1921 r. nakładem Wydziału Prasy Moskiewskiej Rady Delegatów Robotniczych, Chłopskich i Czerwonoarmijnych, z podpisem: N. Lenin.
 
Podstawa  niniejszego  wydania: Włodzimierz Lenin, „Dzieła wszystkie”, tom 42, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1988.
 
Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej, WARSZAWA 2008
 
 
Raz jeszcze o związkach zawodowych, o chwili bieżącej oraz o błędach towarzyszy Trockiego i Bucharina
 
Dyskusja w partii i walka frakcyjna o charakterze przedzjazdowym, tzn. przed wyborami i w związku ze zbliżającymi się wyborami na X Zjazd RKP – rozgorzały. Po pierwszym frakcyjnym wystąpieniu, mianowicie po wystąpieniu tow. Trockiego w imieniu „wielu odpowiedzialnych pracowników” z „broszurą-platformą” („Rola i zadania związków zawodowych”, przedmowa nosi datę 25 grudnia 1920), nastąpiło ostre (czytelnik przekona się z dalszej treści, że ostrość ta była uzasadniona) wystąpienie piotrogrodzkiej organizacji RKP („Apel do partii” opublikowany 6 stycznia 1921 r. w gazecie „Pietrogradskaja Prawda” [1] , a następnie 13 stycznia 1921 r. w centralnym organie partii – w moskiewskiej „Prawdzie”). Potem przeciwko organizacji piotrogrodzkiej wystąpił Komitet Moskiewski (w „Prawdzie” z tego samego dnia). Następnie ukazało się wydane przez biuro frakcji RKP WCRZZ sprawozdanie stenograficzne z dyskusji, która odbyła się w dniu 30 grudnia 1920 r. na wielkim i niezwykle ważnym zebraniu partyjnym, mianowicie na zebraniu frakcji RKP VIII Zjazdu Rad. To sprawozdanie stenograficzne zatytułowane jest: „O roli związków zawodowych w produkcji” (przedmowa nosi datę 6 stycznia 1921 r.). Oczywiście, nie jest to jeszcze bynajmniej cały materiał z dyskusji. A zebrania partyjne omawiające kwestie sporne odbywają się już niemal wszędzie.
 
Wypadło mi wystąpić 30 grudnia 1920 r. [2] w okolicznościach, jak się wyraziłem, „naruszających porządek”, a mianowicie w takich okolicznościach, że nie mogłem uczestniczyć w dyskusji, nie mogłem wysłuchać mówców, którzy występowali zarówno przede mną, jak i po mnie. Spróbuję teraz przywrócić naruszony porządek i wypowiedzieć się w sposób bardziej „uporządkowany”.
 
 
WYSTĄPIENIA FRAKCYJNE – NIEBEZPIECZEŃSTWEM DLA PARTII
 
Czy broszura tow. Trockiego: „Rola i zadania związków zawodowych” jest wystąpieniem frakcyjnym? Czy w tego rodzaju wystąpieniu, niezależnie od jego treści, jest coś niebezpiecznego dla partii? Szczególnie lubią przemilczać tę sprawę (nie licząc, oczywiście, tow. Trockiego) członkowie KM, którzy widzą frakcyjność towarzyszy piterskich, oraz tow. Bucharin, który występując 30 grudnia 1920 r. w imieniu „frakcji buforowej” czuł się jednak zmuszonym oświadczyć:
 
„...kiedy pociąg wykazuje pewne odchylenie grożące katastrofą, to bufory nie są wcale taką złą rzeczą” (s.45 sprawozdania z dyskusji z dnia 30 grudnia 1920 r.).
 
Mamy więc pewne odchylenie grożące katastrofą. Czyż możliwe jest, aby istnieli tacy świadomi członkowie partii, którzy odnoszą się niefrasobliwie do sprawy, gdzie mianowicie, w czym mianowicie i jak mianowicie zaczęło się to odchylenie?
 
Broszura Trockiego zaczyna się od oświadczenia, że „jest ona owocem kolektywnej pracy”; że w opracowaniu jej brało udział „wielu odpowiedzialnych pracowników, zwłaszcza działaczy związkowych (członkowie Prezydium WCRZZ, KC metalowców, Cektranu i in.)”; że jest to „broszura-platforma”. A na końcu tezy nr 4 czytamy, że „zbliżający się zjazd partii będzie musiał wybierać [kursywa Trockiego] między dwiema tendencjami w dziedzinie ruchu zawodowego”.
 
Jeśli nie jest to tworzenie frakcji przez jednego z członków KC, jeśli nie jest to „pewne odchylenie grożące katastrofą”, to niech tow. Bucharin lub ktokolwiek z jego zwolenników spróbuje wyjaśnić partii, jakiż inny sens mają w języku rosyjskim słowa:
 
„frakcyjność” i „odchylenie grożące katastrofą” partii??
 
Czy można sobie wyobrazić bardziej potworne zaślepienie niż to zaślepienie ludzi pragnących „buforować” i przymykających oczy na t a k i e „odchylenie grożące katastrofą”?
 
Pomyślcie tylko: po dwóch posiedzeniach plenarnych KC (9 listopada i 7 grudnia), poświęconych niesłychanie szczegółowemu, długotrwałemu, burzliwemu omówieniu pierwotnego szkicu tez tow. Trockiego i całokształtu bronionej przezeń polityki partii w związkach zawodowych, jeden członek KC, jedyny spośród 19, dobiera sobie grupę poza KC i z „kolektywnym” „dziełem” tej grupy występuje jako z „platformą”, każąc zjazdowi partii „wybierać między dwiema tendencjami”!! Nie mówię już o tym, że ogłoszenie przez tow. Trockiego w dniu 25 grudnia 1920 r., iż istnieją właśnie dwie i tylko dwie tendencje – chociaż Bucharin już 9 listopada wystąpił jako „buforowiec” – demaskuje w sposób naoczny faktyczną rolę grupy Bucharina jako wspólnika najgorszej i najbardziej szkodliwej frakcyjności. To mimochodem. Pytam jednak któregokolwiek z członków partii: czyż tego rodzaju nacisk i natarczywość, by „wybierać” między dwiema tendencjami w dziedzinie ruchu zawodowego, nie zdumiewają swą karkołomnością? Czyż nie pozostaje tylko rozłożyć ręce, jeśli po trzech latach dyktatury proletariackiej mógł znaleźć się choć jeden członek partii zdolny do tego rodzaju „natarczywości” w sprawie dwóch tendencji w dziedzinie ruchu zawodowego?
 
Nie dość na tym. Spójrzcie na frakcyjne wypady, od których roi się ta broszura. Już w pierwszej tezie czytamy o groźnym „zamachu” na „niektórych działaczy ruchu zawodowego”, odrzucanych „wstecz na pozycje trade-unionistyczne, dawno już pryncypialnie zlikwidowane przez partię” (widocznie tylko jeden członek KC spośród 19 reprezentuje partię). Teza 8 w napuszonych słowach potępia „konserwatyzm związkowy kierowniczej warstwy działaczy związkowych” (zwróćcie uwagę: jest to iście biurokratyczne skupienie uwagi na „kierowniczej warstwie”!). Początek tezy 11 zawiera zadziwiająco taktowną, przekonywającą, rzeczową... jak by się tu delikatniej wyrazić?... „aluzję” do tego, że „większość działaczy związkowych” „formalnie, tj. w słowach, uznaje” rezolucje IX Zjazdu RKP.
 
Oto jacy autorytatywni sędziowie orzekają, że większość (!!) działaczy związkowych uznaje uchwały partyjne – w słowach!
 
W tezie 12 czytamy:
 „...wielu działaczy związkowych coraz bardziej ostro i nieprzejednanie występuje przeciwko perspektywie zrastania się [...] Wśród tych działaczy związkowych znajdujemy towarzyszy Tomskiego i Łozowskiego. Nie dość na tym. Odżegnując się od nowych zadań i metod wielu działaczy związkowych krzewi w swym środowisku ducha korporacyjnego zasklepienia, niechęci do nowych pracowników wciąganych do danej dziedziny gospodarki i w ten sposób faktycznie podtrzymuje przeżytki cechowości wśród zorganizowanych zawodowo robotników”.
 
Niechaj czytelnik uważnie przeczyta te rozważania i dobrze się nad nimi zastanowi. Bogactwo „pereł” jest tu wprost zdumiewające. Po pierwsze, oceńcie to wystąpienie z punktu widzenia jego frakcyjności! Wyobraźcie sobie, co by powiedział i jak by wystąpił Trocki, gdyby Tomski opublikował platformę, oskarżając Trockiego i „wielu” działaczy wojskowych o krzewienie ducha biurokratyzmu, podtrzymywanie przeżytków dzikości itp.? A jaką „rolę” odgrywają Bucharin, Prieobrażenski, Sieriebriakow i in., którzy nie widzą – ot, po prostu nie dostrzegają, zupełnie nie dostrzegają – ostrości i frakcyjności tutaj, nie widzą, o ile bardziej jest to frakcyjne niż wystąpienie towarzyszy piterskich?
 
Po drugie. Przemyślcie to ujęcie sprawy: wielu działaczy związkowych „krzewi w swym środowisku ducha”... Ujęcie na wskroś biurokratyczne. Cała rzecz, rozumiecie, polega na tym, jakiego „ducha” krzewią „w swym środowisku” Tomski i Łozowski, a bynajmniej nie na tym, jaki jest poziom rozwoju i warunki życia mas, milionów.
 
Po trzecie. Towarzysz Trocki wyraził tu niechcący istotę całego sporu, którą tak starannie pomijał i tuszował zarówno on, jak i „buforowy” Bucharin i ska.
 
Czyż istota całego sporu i źródło walki tkwi w tym, że wielu działaczy związkowych odżegnuje się od nowych zadań i metod, krzewiąc w swym środowisku ducha niechęci do nowych pracowników?
 
Czy też w tym, że masy zorganizowanych zawodowo robotników słusznie protestują i wyrażają zdecydowaną wolę przepędzenia precz tych spośród nowych pracowników, którzy nie chcą usunąć niepotrzebnych i szkodliwych skrajności biurokratyzmu?
 
Czy istota sporu tkwi w tym, że ktoś nie chce zrozumieć „nowych zadań i metod”? Czy też w tym, że ktoś gadaniną o nowych zadaniach i metodach nieudolnie maskuje obronę pewnych niepotrzebnych i szkodliwych skrajności biurokratyzmu?
 
Niechaj czytelnik zapamięta tę istotę całego sporu.
 
 
FORMALNY DEMOKRATYZM A REWOLUCYJNA CELOWOŚĆ
 
 
„Demokracja robotnicza nie zna fetyszów” – pisze tow. Trocki w swoich tezach będących „owocem kolektywnej pracy”. „Zna ona jedynie rewolucyjną celowość” (teza 23). Z tymi tezami tow. Trockiego wyszła nieprzyjemna historia. To, co w nich jest słuszne, nie tylko nie jest nowe, ale nawet obraca się przeciwko Trockiemu. To zaś, co jest w nich nowe, jest od początku do końca niesłuszne.
 
Wynotowałem słuszne twierdzenia tow. Trockiego. Obracają się one przeciwko niemu nie tylko w tej sprawie (Głównego Wydziału Politycznego Ludowego Komisariatu Komunikacji), którą porusza teza 23, ale i w innych.
 
Z punktu widzenia formalnego demokratyzmu Trocki miał prawo wystąpić z frakcyjną platformą chociażby nawet przeciwko całemu KC. To jest bezsporne. Bezsporne jest również i to, że KC potwierdził to formalne prawo swą uchwałą z 24 grudnia 1920 r. o wolności dyskusji. To formalne prawo buforowy Bucharin przyznaje Trockiemu, nie przyznaje go jednak organizacji piterskiej – zapewne dlatego, że Bucharin 30 grudnia 1920 r. wykoncypował „święte hasło demokracji robotniczej” (s. 45 sprawozdania stenograficznego)...
 
No, a rewolucyjna celowość?
 
Czyż znajdzie się choć jeden poważny człowiek, nie zaślepiony frakcyjnym samolubstwem frakcji „cektranowskiej” czy też „buforowej”, który uznałby – będąc przy zdrowych zmysłach –  że t a k i e wystąpienie w sprawach ruchu zawodowego t a k i e g o autorytatywnego przywódcy jak Trocki odznacza się rewolucyjną celowością?
 
Czyż można zaprzeczyć, że gdyby nawet Trocki wskazywał „nowe zadania i metody” tak samo słusznie, jak w rzeczywistości wskazuje je z gruntu niesłusznie (o tym niżej), to już przez samo takie ujęcie sprawy wyrządziłby szkodę i sobie, i partii, i ruchowi zawodowemu, i sprawie wychowania milionów członków związków zawodowych, i republice?
 
Poczciwy Bucharin i jego grupa dlatego widocznie mienią się „buforowcami”, że stanowczo postanowili nie myśleć o tym, jakie obowiązki nakłada na nich to miano.
 
POLITYCZNE NIEBEZPIECZEŃSTWO ROZŁAMÓW W RUCHU ZAWODOWYM
 
Wszyscy wiedzą, że duże rozbieżności wyrastają niekiedy z najdrobniejszych – początkowo nawet najbłahszych – różnic zdań. Wszyscy wiedzą, że z najbłahszej ranki lub bodaj zadraśnięcia, które każdy miewał w życiu dziesiątki razy, może rozwinąć się niezwykle niebezpieczna, a niekiedy nawet wręcz śmiertelna choroba, jeśli ranka zaczyna ropieć, jeśli następuje zakażenie krwi. Tak bywa we wszelkich, nawet czysto osobistych konfliktach. Tak bywa również w polityce.
 
Dowolna, nawet najbłahsza różnica zdań może stać się politycznie niebezpieczna, jeżeli istnieje możliwość tego, że rozrośnie się doprowadzając do rozłamu, i to do rozłamu takiego właśnie rodzaju, który może zachwiać całym gmachem polityki i zburzyć go, może doprowadzić – używając porównania tow. Bucharina – do katastrofy kolejowej.
 
Jasne jest, że w kraju, który przeżywa dyktaturę proletariatu, rozłam wśród proletariatu lub między partią proletariacką a masami proletariatu jest już nie tylko niebezpieczny, ale i najbardziej niebezpieczny, zwłaszcza jeśli w kraju tym proletariat stanowi niewielką mniejszość ludności. A rozłamy w ruchu zawodowym (który jak to usiłowałem z całą mocą podkreślić w swoim przemówieniu z 30 grudnia 1920 r., jest ruchem proletariatu niemal powszechnie zorganizowanego w związkach zawodowych [3] – to rozłamy właśnie w masach proletariatu.
 
Dlatego też, kiedy „rozpętała się burza” na V Wszechrosyjskiej Konferencji Związków Zawodowych 2­6 listopada 1920 r. (a rozpętała się właśnie na tej konferencji), kiedy natychmiast po tej konferencji... nie, mylę się, podczas tej konferencji zjawił się w Biurze Politycznym niesłychanie wzburzony tow. Tomski i, poparty całkowicie przez najzupełniej zrównoważonego tow. Rudzutaksa, zaczął opowiadać, jak to tow. Trocki mówił na tej konferencji o „przetrząsaniu” związków zawodowych i jak on, Tomski, polemizował z tym – kiedy to nastąpiło, natychmiast doszedłem do kategorycznego wniosku, że istota sporu kryje się właśnie w polityce (tj. w polityce partii wobec związków zawodowych) i że w tym sporze z tow. Tomskim tow. Trocki ze swą polityką „przetrząsania” z gruntu nie ma racji.
 
Albowiem polityka „przetrząsania”, nawet gdyby ją częściowo usprawiedliwiały „nowe zadania i metody” (teza 12 u Trockiego), jest w danej chwili i w danej sytuacji polityką absolutnie niedopuszczalną, ponieważ grozi rozłamem.
 
Towarzyszowi Trockiemu wydaje się teraz, że przypisywanie mu polityki „przetrząsania od góry” „stanowi najczystszej wody karykaturę” (L. Trocki: „Odpowiedź towarzyszom piotrogrodzkim” w „Prawdzie” nr 9 z 15 stycznia 1921 r.). Słówko „przetrząsanie” jest jednak prawdziwym „skrzydlatym słówkiem” nie tylko w tym sensie, że wypowiedziane przez tow. Trockiego na V Wszechrosyjskiej Konferencji Związków Zawodowych „obleciało” już, że się tak wyrażę, i partię, i związki zawodowe.
 
Nie. Pozostaje ono, niestety, trafne i po dzień dzisiejszy w sensie znacznie głębszym. A mianowicie: już ono samo wyraża, w formie najzwięźlejszej, całego ducha, całą tendencję broszury-platformy „Rola i zadania związków zawodowych”. Od początku do końca cała ta broszura-platforma tow. Trockiego przeniknięta jest na wskroś właśnie duchem polityki „przetrząsania od góry”. Wystarczy przypomnieć oskarżenie tow. Tomskiego czy też „wielu działaczy związkowych” o to, że „krzewią w swym środowisku ducha niechęci do nowych pracowników”!
 
Jeśli jednak na V Wszechrosyjskiej Konferencji Związków Zawodowych (2­6 listopada 1920 r.) dopiero zaczynała powstawać atmosfera grożąca rozłamami, to na początku grudnia 1920 r. rozłam w Cektranie stał się faktem.
 
Jest to wydarzenie podstawowe, główne, najbardziej znaczące dla oceny politycznej istoty naszych sporów; i na próżno towarzysze Trocki i Bucharin myślą, że przemilczanie może tu w czymkolwiek pomóc. W danym wypadku przemilczanie nie „buforuje”, ale dolewa oliwy do ognia, gdyż sprawę tę postawiło na porządku dziennym nie tylko życie – została ona podkreślona przez tow. Trockiego w jego broszurze-platformie. Albowiem ta właśnie broszura w przytoczonych przeze mnie miejscach, a szczególnie w tezie 12, wielokrotnie stawia sprawę: czy sedno tkwi w tym, że „wielu działaczy związkowych krzewi w swym środowisku ducha niechęci do nowych pracowników”, czy też w tym, że „niechęć” mas jest uzasadniona wskutek pewnych niepotrzebnych i szkodliwych skrajności biurokratyzmu, na przykład w Cektranie?
 
Już w pierwszym swoim przemówieniu z 30 grudnia 1920 r. tow. Zinowjew zupełnie słusznie postawił tę sprawę wprost twierdząc, że do rozłamu doprowadzili „nierozważni zwolennicy tow. Trockiego”. Może dlatego tow. Bucharin nazwał urągliwie przemówienie tow. Zinowjewa „wodolejstwem”? Ale o niesłuszności tego zarzutu przekona się teraz każdy członek partii, który przeczyta sprawozdanie stenograficzne z dyskusji z dnia 30 grudnia 1920 r. i zobaczy, że ścisłe fakty cytuje i na ścisłych faktach opiera się właśnie tow. Zinowjew, natomiast najwięcej inteligenckiej „literatury” bez jakichkolwiek faktów jest właśnie u Trockiego i Bucharina.
 
Kiedy tow. Zinowjew powiedział: „Cektran stoi na glinianych nogach, rozpadł się już na trzy części”, wówczas tow. Sosnowski przerwał mu okrzykiem:
 
„A wyście to popierali” (Sprawozdanie stenograficzne, s. 15).
 
Tak, jest to oskarżenie poważne. Gdyby zostało udowodnione, to rzecz jasna, że dla ludzi, którzy ponoszą winę za popieranie r o z ł a m u , choćby w jednym ze związków zawodowych, nie byłoby miejsca ani w KC, ani w partii RKP, ani w związkach zawodowych naszej republiki. Na szczęście poważne oskarżenie wysunął w formie niepoważnej towarzysz, który nieraz już, niestety, dawał przykłady swych niepoważnych „zapędów” polemicznych. Towarzysz Sosnowski nawet doskonałe swoje artykuły, powiedzmy z dziedziny propagandy produkcyjnej, potrafił niekiedy zaprawiać taką „łyżką dziegciu”, która znacznie przeważała wszystkie dodatnie strony samej propagandy produkcyjnej. Bywają takie szczęśliwe natury (jak na przykład Bucharin), które nawet podczas jak najbardziej zaciekłej walki są jak najmniej zdolne do zatruwania swych ataków jadem; bywają też i takie niezbyt szczęśliwe natury, które zbyt często zatruwają swe ataki jadem. Przydałoby się, aby tow. Sosnowski pod tym względem uważał na siebie, a nawet by poprosił swych przyjaciół, aby uważali na niego.
 
Ale – może ktoś powiedzieć – oskarżenie mimo wszystko zostało wysunięte. Nawet jeśli w niepoważnej, nieudolnej, wyraźnie „frakcyjnej” formie. Ale kiedy sprawa jest poważna, to lepiej nieudolnie powiedzieć prawdę niż ją przemilczeć.
 
Sprawa jest niewątpliwie poważna, gdyż tutaj, powtarzam, w większym stopniu, niż ktoś by sądził, tkwi sedno całego sporu. I mamy, na szczęście, dostatecznie przekonujące i dostatecznie obiektywne dane, aby odpowiedzieć merytorycznie na poruszoną przez tow. Sosnowskiego sprawę.
 
Po pierwsze, na tej samej stronie sprawozdania stenograficznego czytamy oświadczenie tow. Zinowjewa, który nie tylko odpowiedział tow. Sosnowskiemu: „Nieprawda!”, ale odwołał się precyzyjnie do faktów mających decydujące znaczenie. Towarzysz Zinowjew zwrócił uwagę na to, że tow. Trocki usiłował wystąpić (dodam od siebie: działając wyraźnie we frakcyjnym zapędzie) bynajmniej nie z takim oskarżeniem, z jakim wystąpił tow. Sosnowski, ale z oskarżeniem o to, że on, Zinowjew, przyczynił się swym wystąpieniem na wrześniowej Wszechrosyjskiej Konferencji RKP do rozłamu czy też wywołał rozłam. (Oskarżenie, nawiasem mówiąc, bezzasadne już choćby dlatego, że treść wrześniowego wystąpienia Zinowjewa była zaaprobowana zarówno przez Komitet Centralny, jak i przez partię, i nikt ani razu formalnie przeciw niemu nie zaprotestował).
 
Towarzysz Zinowjew odpowiedział również, że tow. Rudzutaks na posiedzeniu KC wykazał z protokołami w ręku, iż „sprawa ta [sprawa pewnych niepotrzebnych i szkodliwych skrajności biurokratyzmu w Cektranie] rozpatrywana była i na Syberii, i nad Wołgą, i na Północy, i na Południu na długo przed jakimikolwiek moimi [tj. Zinowjewa] wystąpieniami i na długo przed wszechrosyjską konferencją”.
 
Jest to oświadczenie zupełnie jasne, ścisłe, oparte na faktach. Złożył je tow. Zinowjew w pierwszym swym przemówieniu wobec tysięcy najbardziej odpowiedzialnych członków RKP, przy czym ani tow. Trocki, który dwukrotnie wystąpił po tym przemówieniu Zinowjewa, ani tow. Bucharin, który wystąpił także po tym przemówieniu Zinowjewa, nie zakwestionowali faktów wskazanych przez Zinowjewa.
 
Po drugie. Jeszcze bardziej miarodajnym i oficjalnym dokumentem, który obala oskarżenia tow. Sosnowskiego, jest uchwalona 7 grudnia 1920 r. i zamieszczona w tym samym sprawozdaniu stenograficznym rezolucja plenum KC RKP w sprawie konfliktu między komunistami-wodniakami a komunistyczną frakcją narady Cektranu. Część rezolucji poświęcona Cektranowi głosi:
 
 „W związku z konfliktem między Cektranem a wodniakami KC postanowił:
 
1) Utworzyć w zjednoczonym Cektranie sekcje wodniaków.
 
2) Zwołać w lutym zjazd kolejarzy i wodniaków; na zjeździe tym przeprowadzić normalne wybory do nowego Cektranu.
 
3) Do tego czasu Cektran powinien sprawować swe funkcje w starym składzie.
 
4) Niezwłocznie zlikwidować Główny Zarząd Polityczny Transportu Wodnego Ludowego Komisariatu Komunikacji i Główny Wydział Polityczny Ludowego Komisariatu Komunikacji oraz przekazać wszystkie ich siły i środki organizacji zawodowej na zasadach normalnego demokratyzmu”.
 
Czytelnik widzi stąd, że nie tylko nie ma nawet mowy o potępieniu wodniaków, ale przeciwnie, we wszystkim, co najistotniejsze, przyznano im rację. A przecież za tą rezolucją nie głosował (oprócz Kamieniewa) żaden z tych członków KC, którzy podpisali wspólną platformę 14 stycznia 1921 r. („O roli i zadaniach związków zawodowych”.
 
Projekt uchwały X Zjazdu RKP, zgłoszony do KC przez grupę członków KC i członków komisji związkowej. Łozowski podpisał się nie jako członek KC, ale jako członek komisji związkowej; pozostali to: Tomski, Kalinin, Rudzutaks, Zinowjew, Stalin, Lenin, Kamieniew, Pietrowski, Artiom Siergiejew).
 
Rezolucja ta została przeforsowana wbrew wymienionym członkom KC, tj. wbrew naszej grupie. Głosowalibyśmy bowiem przeciwko tymczasowemu pozostawieniu starego Cektranu. A nieuchronność zwycięstwa naszej grupy zmusiła Trockiego do głosowania za rezolucją Bucharina, gdyż w przeciwnym razie przeszłaby nasza uchwała. Towarzysz Rykow, który w listopadzie opowiadał się za Trockim, uczestniczył w grudniu w pracach komisji związkowej rozpatrującej konflikt wodniaków z Cektranem i przekonał się, że rację mają wodniacy.
 
Wniosek: w grudniu (7 grudnia) większość w KC stanowili towarzysze: Trocki, Bucharin, Prieobrażenski, Sieriebriakow itd., tj. tacy członkowie KC, których nikt nie będzie podejrzewał o stronnicze stanowisko wrogie Cektranowi. I większość ta – jeśli chodzi o istotę jej decyzji – potępiła nie wodniaków, lecz Cektran, sprzeciwiając się jedynie jego niezwłocznemu rozwiązaniu. Tak więc bezpodstawność oskarżenia Sosnowskiego została udowodniona.
 
Aby nie pozostawiać miejsca na niejasności, należy zwrócić uwagę na jeszcze jeden punkt. Na czym właściwie polegały „pewne niepotrzebne i szkodliwe skrajności biurokratyzmu”, o których nieraz wspominałem? Czy to oskarżenie nie było i nie jest gołosłowne lub wyolbrzymione?
 
I znów: odpowiedź na to dał tow. Zinowjew już w pierwszym swym przemówieniu 30 grudnia 1920 r., i to taką odpowiedź, która pod względem ścisłości nie pozostawia niczego do życzenia.
 
Towarzysz Zinowjew przytoczył wyciąg z wydrukowanego rozporządzenia tow. Zofa, dotyczącego transportu wodnego (z 3 maja 1920 r.), wyciąg zawierający oświadczenie: „koniec z komitetowością” [4].
 
Towarzysz Zinowjew słusznie nazwał to zasadniczym błędem. To jest właśnie wzór niepotrzebnych i szkodliwych skrajności biurokratyzmu i „mianowań”. Przy tym tow. Zinowjew zastrzegł się od razu, że istnieją „znacznie mniej wypróbowani i mniej doświadczeni” niż tow. Zof „towarzysze” – mianowańcy.
 
Słyszałem w KC ocenę Zofa jako bardzo wartościowego pracownika, a moje spostrzeżenia w Radzie Obrony całkowicie potwierdzają tę ocenę. Nikt nie ma zamiaru ani podważać autorytetu takich towarzyszy, ani robić z nich „kozłów ofiarnych” (jak to insynuował, nie mając do tego najmniejszych podstaw, tow. Trocki w swym referacie, s. 25). Nie ten podważa autorytet „mianowańców”, kto naprawia ich błędy, lecz ten, kto zechciałby bronić ich nawet wówczas, kiedy popełniają błędy.
 
Widzimy więc, że niebezpieczeństwo rozłamów w ruchu zawodowym nie było zmyślone, lecz realne. Widzimy również wyraźnie, na czym właściwie polegała nie wyolbrzymiona istota rozbieżności: w walce o to, by pewnych niepotrzebnych i szkodliwych skrajności biurokratyzmu i mianowań nie bronić, nie usprawiedliwiać, lecz by je usuwać. I to wszystko.
 
O ROZBIEŻNOŚCIACH NATURY ZASADNICZEJ
 
Jeśli istnieją jednak fundamentalne i głębokie rozbieżności natury zasadniczej, to – może nam ktoś powiedzieć – czyż nie usprawiedliwiają one nawet najbardziej ostrych i frakcyjnych wystąpień? Jeśli trzeba powiedzieć coś nowego i jeszcze nie zrozumianego, to czy nie usprawiedliwia to niekiedy nawet rozłamu?
 
Oczywiście, że usprawiedliwia, jeśli rozbieżności są rzeczywiście niezmiernie głębokie i jeśli naprawienia błędnego kierunku polityki partii lub klasy robotniczej nie można osiągnąć w inny sposób.
 
Ale bieda polega właśnie na tym, że takich rozbieżności nie ma. Towarzysz Trocki starał się je pokazać, ale nie mógł. I jeśli przed ukazaniem się jego broszury (25 grudnia) można było – i należało – rozmawiać umownie czy też pojednawczo („nie należy tak stawiać zagadnienia nawet w wypadku, jeśli istnieją nowe zadania, których sobie jeszcze nie uświadomiono, nawet jeśli istnieją rozbieżności”), to po ukazaniu się tej broszury trzeba było powiedzieć: w tym, co tow. Trocki wnosi nowego – nie ma on racji merytorycznie.
 
Najwyraźniej widzimy to, kiedy porównujemy tezy tow. Trockiego z tezami Rudzutaksa uchwalonymi przez V Wszechrosyjską Konferencję Związków Zawodowych (2­6 listopada).
 
Przytoczyłem je w przemówieniu wygłoszonym 30 grudnia oraz w „Prawdzie” z 21 stycznia 5 . Tezy te są i słuszniejsze, i bardziej kompletne niż tezy Trockiego. Tam, gdzie tezy Trockiego różnią się od tez Rudzutaksa, Trocki jest w błędzie.
 
Weźmy na początek sławetną „demokrację produkcyjną”, którą tow. Bucharin pospiesznie włączył do rezolucji KC z 7 grudnia. Oczywiście, czepianie się tego niezręcznego i po inteligencku sztucznego („zakrętasy”) terminu, gdyby go użyto w przemówieniu lub artykule, byłoby śmieszne. Ale przecież to Trocki i Bucharin postawili siebie w tak śmiesznej sytuacji wskutek tego, że upierają się w tezach właśnie przy tym terminie, odróżniającym ich „platformy” od uchwalonych przez związki zawodowe tez Rudzutaksa!
 
Termin ten jest teoretycznie błędny. Wszelka demokracja, podobnie jak w ogóle wszelka nadbudowa polityczna (nieunikniona, dopóki ostatecznie nie zniesiono klas, dopóki nie powstało społeczeństwo bezklasowe) – służy w ostatecznym rachunku produkcji i określana jest w ostatecznym rachunku przez stosunki produkcji danego społeczeństwa. Toteż wyodrębnienie „demokracji produkcyjnej” spośród wszelkiej innej demokracji nic nie daje. Jest to gmatwanina i puste gadanie. To po pierwsze.
 
Po drugie. Popatrzcie, jak wyjaśnia ten termin sam Bucharin w napisanej przez siebie rezolucji plenum KC z 7 grudnia. „Dlatego – pisał tam Bucharin – metody demokracji robotniczej powinny być metodami demokracji produkcyjnej. Znaczy to” – zwróćcie uwagę na: „znaczy to”! Zwracając się do mas Bucharin zaczyna od tak mądrego terminu, że trzeba go specjalnie wyjaśniać: moim zdaniem z punktu widzenia demokratyzmu jest to niedemokratyczne; dla mas należy pisać bez takich nowych terminów, które wymagają specjalnego wyjaśnienia; z punktu widzenia „produkcyjnego” jest to szkodliwe, ponieważ zmusza do daremnej straty czasu na wyjaśnianie niepotrzebnego terminu – „znaczy to, że podczas wyborów, przy wysuwaniu kandydatów, popieraniu ich itd. należy zawsze uwzględniać nie tylko hart polityczny, ale również uzdolnienia gospodarcze, staż administracyjny, zalety organizatorskie i sprawdzoną w życiu troskę o materialne i duchowe interesy mas pracujących”.
 
Rozumowanie to jest jawnie naciągnięte i fałszywe. Demokracja to nie tylko: „wybory, wysuwanie kandydatów, popieranie ich itd.” To po pierwsze. Po drugie zaś – podczas wyborów nie zawsze należy uwzględniać hart polityczny i uzdolnienia gospodarcze. Musimy także, wbrew Trockiemu, mieć w milionowej organizacji pewien procent wstawienników, biurokratów (bez dobrych biurokratów nie obejdziemy się jeszcze przez wiele lat). Ale my nie mówimy o demokracji „wstawienniczej” czy też „biurokrackiej”.
 
Po trzecie. Błędem jest brać pod uwagę tylko ludzi wybieranych, tylko organizatorów, administratorów i in. Bądź co bądź ci wybitniejsi ludzie stanowią mniejszość. Trzeba brać pod uwagę szeregowców, masy. Rudzutaks wyraża to nie tylko prościej, bardziej zrozumiale, ale i teoretycznie słuszniej (teza 6):
 
 „...konieczne jest, aby każdy, kto uczestniczy w produkcji, zrozumiał niezbędność i celowość wykonywanych przezeń zadań produkcyjnych; aby każdy, kto uczestniczy w produkcji, brał udział nie tylko w wykonywaniu zadań otrzymywanych z góry, ale i świadomie uczestniczył w naprawianiu wszystkich – technicznych i organizacyjnych – niedociągnięć w dziedzinie produkcji”.
 
Po czwarte. „Demokracja produkcyjna” to termin rodzący możliwość błędnych interpretacji.
 
Można go zrozumieć jako negowanie dyktatury i jednoosobowego kierownictwa. Można go interpretować jako odraczanie zwykłej demokracji lub też uchylanie się od niej. Obie te interpretacje są szkodliwe; by zaś ich uniknąć, nie będzie się można obejść bez specjalnych i obszernych komentarzy.
 
Proste wyłożenie tych samych myśli przez Rudzutaksa jest zarówno słuszniejsze, jak i pozbawione wszystkich tych niedogodności. A Trocki w swym artykule „Demokracja produkcyjna”, w „Prawdzie” z 11 stycznia, nie tylko nie przeczy, że te błędy i niedogodności istnieją (pomija on całe to zagadnienie, nie porównuje swoich tez z tezami Rudzutaksa), ale przeciwnie – pośrednio potwierdza niedogodność i błędność swojego terminu, a mianowicie przez powołanie się na analogię do „demokracji wojskowej”. Na szczęście nie wszczynaliśmy nigdy – o ile pamiętam – sporów frakcyjnych o podobny termin.
 
Jeszcze bardziej niefortunny jest taki termin Trockiego jak „atmosfera produkcyjna”. Zinowjew słusznie wyśmiał ten termin. Trocki bardzo się rozzłościł i argumentował: „Mieliśmy przecież atmosferę wojenną... Teraz powinna powstać w masach robotniczych, w samym gąszczu tych mas, a nie tylko na powierzchni, atmosfera produkcyjna, tj. takie samo napięcie, rzeczowe zainteresowanie, skupienie uwagi na produkcji, jakie istniały w stosunku do frontu...” O to właśnie chodzi, że „do mas robotniczych, do samego gąszczu tych mas”, należy mówić tak, jak mówią tezy Rudzutaksa, a nie używać wyrazów w rodzaju: „atmosfera produkcyjna”, które wywołają zdziwienie lub uśmiech. Używając wyrażenia „atmosfera produkcyjna” tow. Trocki w istocie rzeczy wyraża tę samą myśl, jaką zawiera pojęcie propagandy produkcyjnej. Ale właśnie w masach robotniczych, w samym ich gąszczu, należy tak prowadzić propagandę produkcyjną, aby unikać tego rodzaju wyrażeń. Wyrażenie to może służyć jako wzór, jak nie należy prowadzić w masach propagandy produkcyjnej.
 
POLITYKA A EKONOMIKA. DIALEKTYKA A EKLEKTYZM
 
Dziwne, że trzeba ponownie stawiać zagadnienie tak elementarne, tak podstawowe. Niestety, Trocki i Bucharin zmuszają do tego. Obydwaj zarzucają mi, że na miejsce jednego zagadnienia „podsuwam” drugie lub że ja ujmuję zagadnienie „politycznie”, oni zaś – „gospodarczo”. Bucharin nawet wstawił to do swoich tez i usiłował „wznieść się ponad” obydwu uczestników sporu: ja, powiada, łączę jedno z drugim.
 
Rażący błąd teoretyczny. Polityka to skoncentrowany wyraz ekonomiki – powtórzyłem w swym przemówieniu, ponieważ wcześniej już słyszałem ten zgoła niedorzeczny, a w ustach marksisty zupełnie niedopuszczalny zarzut z powodu mego „politycznego” ujęcia zagadnienia. Polityka nie może nie mieć prymatu nad ekonomiką. Inne rozumowanie – to zapominanie abecadła marksizmu.
 
A może moja ocena polityczna jest fałszywa? Powiedzcie to i udowodnijcie. Ale mówienie (lub choćby nawet pośrednie dopuszczanie myśli), że ujęcie polityczne jest równoznaczne z „gospodarczym”, że można brać „jedno i drugie” – to zapominanie abecadła marksizmu.
 
Innymi słowy. Ujęcie polityczne oznacza: jeżeli podejść do związków zawodowych niewłaściwie, to zgubi to władzę radziecką, dyktaturę proletariatu. (Rozłam między partią a związkami zawodowymi, w wypadku jeśli partia nie ma racji, na pewno doprowadziłby do upadku władzy radzieckiej w takim chłopskim kraju jak Rosja). Można (i należy) sprawdzać słuszność tej opinii pod względem merytorycznym, tj. analizować, wnikać, rozstrzygać, czy dane ujęcie jest słuszne, czy też niesłuszne. Ale mówić: „cenię” wasze polityczne ujęcie, „lecz” jest to ujęcie tylko polityczne, nam natomiast potrzebne jest „również i gospodarcze”, to tyle samo co powiedzieć: „cenię” wasze mniemanie, że robiąc taki a taki krok, skręcacie sobie kark, ale zważcie także i to, że lepiej jest być sytym i odzianym niż głodnym i nagim.
 
Opowiadając się za połączeniem ujęcia politycznego i gospodarczego Bucharin pod względem teoretycznym stoczył się do eklektyki.
 
Trocki i Bucharin stawiają sprawę tak: my, powiadają, troszczymy się o wzrost produkcji, a wy tylko o formalną demokrację. Jest to fałszywe stawianie sprawy, gdyż zagadnienie przedstawia się (a z punktu widzenia marksizmu może się przedstawiać) jedynie tak: bez słusznego politycznego ujęcia sprawy dana klasa nie utrzyma swego panowania, a zatem nie zdoła również rozwiązać swego zadania produkcyjnego. Bardziej konkretnie. Zinowjew powiada: „Popełniacie błąd polityczny doprowadzając do rozłamów w związkach zawodowych. Natomiast o wzroście produkcji mówiłem i pisałem już w styczniu 1920 r., przytaczając jako przykład zbudowanie łaźni”. Trocki odpowiada: „Wielka mi sztuka, myślałby kto (s. 29), napisać broszurę z przykładem o łaźni, gdy tymczasem «ani słowa», «ani jednego słowa» (s. 22) nie ma u was o tym, co powinny robić związki zawodowe”.
 
Nieprawda. Przykład z łaźnią wart jest, wybaczcie kalambur, dziesięciu „atmosfer produkcyjnych” i jeszcze kilku „demokracji produkcyjnych” na dodatek. Przykład z łaźnią mówi wyraźnie, po prostu właśnie masom, właśnie „samemu ich gąszczowi”, co powinny robić związki zawodowe, natomiast „atmosfery produkcyjne” i „demokracje” to śmiecie zasypujące oczy mas robotniczych, utrudniające im rozumienie.
 
Mnie tow. Trocki również zarzucał, że: „Lenin nie powiedział ani słowa” (s. 66) o tym, „jaką rolę odgrywają i powinny odgrywać te dźwignie, które noszą nazwę aparatu związków zawodowych”.
 
Wybaczcie, tow. Trocki: po przeczytaniu w całości tez Rudzutaksa i przyłączeniu się do nich powiedziałem na ten temat więcej, bardziej wyczerpująco, słuszniej, prościej i jaśniej niż wszystkie wasze tezy oraz cały wasz referat czy koreferat i słowo końcowe. Albowiem, powtarzam, premie w naturze i koleżeńskie sądy dyscyplinarne mają stokroć większe znaczenie dla opanowania gospodarki, dla zarządzania przemysłem, dla podniesienia produkcyjnej roli związków zawodowych niż najzupełniej abstrakcyjne (i dlatego puste) słowa o „demokracji produkcyjnej”, o „zrastaniu się” itp.
 
Pod pretekstem wysuwania „produkcyjnego” punktu widzenia (Trocki) lub przezwyciężania jednostronności ujęcia politycznego oraz łączenia go z ujęciem gospodarczym (Bucharin) uraczono nas:
 
1) lekceważeniem zasad marksizmu, co znalazło wyraz w teoretycznie błędnym, eklektycznym określeniu stosunku polityki do ekonomiki;
 
2) obroną lub maskowaniem błędu politycznego, którego wyrazem jest polityka przetrząsania przenikająca na wskroś całą broszurę-platformę Trockiego. A błąd ten, jeśli go sobie nie uświadomić i nie naprawić, prowadzi do upadku dyktatury proletariatu;
 
3) krokiem wstecz w sferze zagadnień czysto produkcyjnych, gospodarczych, zagadnień dotyczących tego, jak zwiększać produkcję; właśnie krokiem wstecz od rzeczowych tez Rudzutaksa, które stawiają zadania konkretne, praktyczne, życiowe, żywotne (rozwijajcie propagandę produkcyjną, uczcie się rozdzielać należycie premie w naturze i umiejętniej stosować przymus w postaci koleżeńskich sądów dyscyplinarnych), do abstrakcyjnych, oderwanych, „wyjałowionych”, teoretycznie błędnych, po inteligencku sformułowanych ogólnikowych tez, z pominięciem tego, co jest najbardziej rzeczowe i praktyczne.
 
Oto jaki jest w rzeczywistości stosunek między Zinowjewem i mną, z jednej strony, a Trockim i Bucharinem – z drugiej, w sprawie polityki i ekonomiki.
 
Toteż nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu czytając skierowane przeciwko mnie uwagi polemiczne, które 30 grudnia ogłosił tow. Trocki: „tow. Lenin na VIII Zjeździe Rad w słowie końcowym po dyskusji nad referatem o naszej sytuacji mówił, że trzeba nam mniej polityki, więcej gospodarności, natomiast jeśli chodzi o związki zawodowe, wysuwał na plan pierwszy polityczną stronę sprawy” (s. 65).
 
Słowa te wydały się tow. Trockiemu „nadzwyczaj trafne”. W rzeczywistości są one wyrazem wręcz niesłychanej gmatwaniny pojęć, wyrazem zaiste bezgranicznego „rozgardiaszu ideowego”. Zawsze oczywiście wyrażałem, wyrażam i będę wyrażał życzenie, abyśmy się mniej zajmowali polityką, a więcej gospodarką. Nietrudno jednak zrozumieć, że do spełnienia tych życzeń trzeba, by nie było niebezpieczeństw politycznych i błędów politycznych. Błędy polityczne, które popełnił tow. Trocki, a pogłębił, spotęgował tow. Bucharin, odciągają naszą partię od zadań gospodarczych, od pracy „produkcyjnej”, każą nam, niestety, tracić czas na naprawianie tych błędów, na polemizowanie z odchyleniem syndykalistycznym (prowadzącym do upadku dyktatury proletariatu), na polemizowanie z fałszywym ujęciem ruchu zawodowego (ujęciem prowadzącym do upadku władzy radzieckiej), na polemizowanie z ogólnikowymi „tezami” zamiast tego, by prowadzić rzeczową, praktyczną, „gospodarczą” polemikę, kto lepiej i z większym skutkiem przydzielał premie w naturze, organizował sądy, wprowadzał w życie zrastanie się na podstawie tez Rudzutaksa, uchwalonych 2­6 listopada przez V Wszechrosyjską Konferencję Związków Zawodowych: młynarze saratowscy czy górnicy Donbasu, czy też metalowcy Pitra itd.
 
Weźcie kwestię pożyteczności „szerokiej dyskusji”. Tu również zobaczymy, jak błędy polityczne odciągają od zadań gospodarczych. Byłem przeciwny tak zwanej „szerokiej” dyskusji i uważałem oraz uważam za błąd, za błąd polityczny tow. Trockiego, udaremnienie przezeń pracy komisji związkowej, w której powinna była się odbyć rzeczowa dyskusja. Uważam za błąd polityczny grupy buforowej z Bucharinem na czele, że nie zrozumiała ona zadań buforu (podsunęła i tutaj eklektyzm na miejsce dialektyki); właśnie z punktu widzenia „buforu” grupa ta powinna była wystąpić jak najbardziej energicznie przeciw szerokiej dyskusji, a za przeniesieniem dyskusji do komisji związkowej. Popatrzcie, co z tego wynikło.
 
30 grudnia Bucharin wykoncypował, że „proklamowaliśmy nowe, święte hasło demokracji robotniczej, polegającej na tym, że wszystkie sprawy należy omawiać nie na wąskich kolegiach, nie na małych zebraniach, nie w jakiejś tam swojej korporacji, ale stawiać je na szerokich zebraniach. Otóż twierdzę, że stawiając zagadnienie roli związków zawodowych na tak wielkim zgromadzeniu jak dzisiejsze, czynimy przez to krok nie wstecz, lecz naprzód” (s. 45). I ten człowiek oskarżał Zinowjewa o wodolejstwo i o wyolbrzymianie demokracji! Jedno wielkie wodolejstwo i „plecenie głupstw”, całkowite niezrozumienie tego, że formalny demokratyzm powinien być podporządkowany rewolucyjnej celowości!
 
Wcale nie lepiej u Trockiego. Występuje on z oskarżeniem: „Lenin chce za wszelką cenę uciąć, przerwać merytoryczną dyskusję” (s. 65). On oświadcza: „Dlaczego nie wchodziłem do komisji, o tym w KC powiedziałem wyraźnie: póki nie będzie mi wolno na równi ze wszystkimi innymi towarzyszami poruszyć tych zagadnień w całej rozciągłości w prasie partyjnej, póty nie spodziewam się żadnego pożytku z gabinetowego rozpatrywania tych zagadnień, a więc i z pracy w komisji” (s. 69). Rezultat? Nie upłynął i miesiąc od chwili, gdy Trocki 25 grudnia zapoczątkował „szeroką dyskusję”, a wątpliwe, czy znajdzie się 1 na 100 odpowiedzialnych działaczy partyjnych, który by nie odczuwał niesmaku po tej dyskusji, nie uświadamiał sobie jej bezużyteczności (jeśli nie gorzej). Trocki bowiem zajął czas partii sporem o słowa, o kiepskie tezy, nazwawszy urągliwie „gabinetową” właśnie rzeczową, gospodarską dyskusję w komisji, która stawiałaby sobie za zadanie zbadanie i sprawdzenie praktycznego doświadczenia po to, by ucząc się na tym doświadczeniu posuwać się naprzód w prawdziwej pracy „produkcyjnej”, nie zaś wstecz – od spraw żywych do martwej scholastyki wszelakich „atmosfer produkcyjnych”.
 
Weźcie sławetne „zrastanie się”. 30 grudnia radziłem nie mówić o nim, gdyż nie zbadaliśmy naszego własnego doświadczenia praktycznego, a bez tego spory na temat zrastania się nieuchronnie przeradzają się w wodolejstwo, w próżne odciąganie sił partii od pracy gospodarczej. Tezy Trockiego dotyczące tego punktu, który zawiera propozycje wprowadzania w skład rad gospodarki narodowej od 1/3 do 1/2 i od 1/2 do 2/3 przedstawicieli związków zawodowych 6 , nazwałem biurokratyczną projektomanią.
 
Z tego powodu mocno się na mnie obruszył Bucharin i, jak widzę ze s. 49 sprawozdania, wyczerpująco i szczegółowo udowadniał mi, „że kiedy ludzie zbierają się i mówią o czymś, to nie powinni udawać głuchoniemych” (dosłownie tak właśnie wydrukowano na wskazanej stronie!). Obruszył się również i Trocki, który zawołał:
 
„Proszę, aby każdy z was zapisał sobie w notesie, że tow. Lenin tego a tego dnia nazwał to biurokratyzmem, ja natomiast ośmielam się przepowiadać, że po kilku miesiącach zostanie przyjęte do wiadomości i jako wytyczna, aby w WCRZZ i w NRGN, w Komitecie Centralnym metalowców i w Wydziale Metalu itd. było od jednej trzeciej do połowy pracowników obu instytucji jednocześnie...” (s. 68).
 
Gdy to przeczytałem, poprosiłem tow. Milutina (zastępca przewodniczącego Najwyższej Rady Gospodarki Narodowej), aby przesłał mi wszelkie istniejące, wydrukowane sprawozdania dotyczące zagadnienia zrastania się. Myślę sobie w duchu: a zacznę, choć pomaleńku, badać nasze doświadczenie praktyczne, gdyż rzeczą nieznośnie nudną jest zajmowanie się „ogólnopartyjną gadaniną” (wyrażenie Bucharina, s. 47, które chyba stanie się równie „skrzydlatym słówkiem” jak sławetne „przetrząsanie”) – po próżnicy, bez materiałów, bez faktów, wysysając z palca rozbieżności, definicje, „demokracje produkcyjne”.
 
Towarzysz Milutin przysłał mi kilka książek, a między innymi „Sprawozdanie NRGN na VIII Wszechrosyjski Zjazd Rad” (Moskwa 1920; przedmowa nosi datę 19 grudnia 1920). Na s. 14 zamieszczona jest tabela, która pokazuje udział robotników w organach zarządzania. Przytaczam tę tabelkę (obejmującą tylko część gubernialnych rad gospodarki narodowej i przedsiębiorstw):

 

Tak więc już teraz udział robotników stanowi przeciętnie 61,6%, tj. bliższy jest 2/3 niż połowy! Biurokratyczno-projektomański charakter tego, co napisał na ten temat w tezach tow. Trocki, jest już dowiedziony. Mówić, wieść spory, pisać platformy „od 1/3 do 1/2” czy „od 1/2 do 2/3” – wszystko to jest absolutnie jałową „ogólnopartyjną gadaniną”, odciąganiem sił, środków, uwagi, czasu od pracy produkcyjnej, jest najzwyklejszym politykierstwem pozbawionym poważnej treści. Natomiast w komisji, gdzie znaleźliby się ludzie z doświadczeniem, gdzie nie zgodzono by się na pisanie tez bez zbadania faktów, można by było z pożytkiem dla sprawy zająć się sprawdzeniem doświadczenia, powiedzmy – zbadaniem opinii kilkudziesięciu osób (spośród tysiąca „pracowników obu instytucji jednocześnie”), porównaniem ich wrażeń i wniosków z obiektywnymi danymi statystyki, próbą uzyskania rzeczowych, praktycznych wskazań na przyszłość: czy należy wobec takich a takich wyników doświadczenia posuwać się natychmiast naprzód w tym samym kierunku, czy nieco zmienić i jak mianowicie zmienić kierunek, metody, ujęcie, czy też dla dobra sprawy należy zatrzymać się, po raz drugi i trzeci sprawdzić doświadczenie, może przerobić coś niecoś itd. itp.
 
Prawdziwy „działacz gospodarczy”, towarzysze (pozwólcie, że i ja zajmę się nieco „propagandą produkcyjną”!), wie, iż nawet w najbardziej przodujących krajach kapitaliści i organizatorzy trustów przez wiele lat, niekiedy po dziesięć lat i dłużej, zajmowali się badaniem i sprawdzaniem własnego (i cudzego) doświadczenia praktycznego, poprawiając, przerabiając to, co już zaczęto, cofając się, poprawiając wielokrotnie, aby osiągnąć odpowiadający w pełni danemu zadaniu system zarządzania, doboru wyższych i niższych pracowników administracji itd. Tak było w kapitalizmie, który w całym świecie cywilizowanym opierał się w swej działalności gospodarczej na wiekowym doświadczeniu i wiekowych nawykach. My zaś budujemy na nowym gruncie, który wymaga niezmiernie długiej, wytrwałej i cierpliwej pracy nad przemianą nawyków pozostawionych nam w spadku przez kapitalizm; a przekształcenie ich możliwe jest tylko stopniowo. Ujmowanie tej sprawy tak, jak ujmuje ją Trocki, jest z gruntu fałszywe. „Czy mają – wołał on w przemówieniu z 30 grudnia – czy mają nasi robotnicy, działacze partii i związków zawodowych przeszkolenie produkcyjne? tak czy nie? Odpowiadam: nie” (s. 29). Śmieszne jest takie ujmowanie tego rodzaju zagadnienia. To tak, jakbyście pytali: czy dana dywizja ma dostateczną ilość walonek? tak czy nie?
 
Nawet i za dziesięć lat z pewnością będziemy musieli powiedzieć, że nie wszyscy działacze partii i związków zawodowych mają dostateczne przeszkolenie produkcyjne. Podobnie jak nie wszyscy działacze partii, związków zawodowych i resortu wojskowego będą mieli za dziesięć lat dostateczne przeszkolenie wojskowe. Ale przeszkolenie produkcyjne zapoczątkowaliśmy już w ten sposób, że około tysiąca robotników – członków i delegatów związków zawodowych – uczestniczy w zarządzaniu i zarządza przedsiębiorstwami, głównymi zarządami oraz jeszcze wyżej. Podstawowa zasada „przeszkolenia produkcyjnego”, przeszkolenia nas samych, starych działaczy nielegalnych i zawodowych dziennikarzy, polega na tym, abyśmy sami się brali i uczyli innych brać się do jak najbardziej uważnego i szczegółowego badania naszego własnego doświadczenia praktycznego kierując się regułą: „trzy razy przymierz, nim raz utniesz”. Wytrwałe, powolne, ostrożne, rzeczowe i umiejętne sprawdzanie tego, co zrobił ów tysiąc, jeszcze bardziej ostrożne i umiejętne korygowanie ich pracy i posuwanie się naprzód dopiero po całkowitym przekonaniu się o użyteczności danej metody, danego systemu zarządzania, danej proporcji, danego doboru osób itd. – oto podstawowa, główna, bezwzględnie obowiązująca zasada „przeszkolenia produkcyjnego”. I właśnie tę zasadę łamie tow. Trocki we wszystkich swoich tezach, w całym swoim ujęciu zagadnienia. Wszystkie tezy, cała broszura-platforma tow. Trockiego są właśnie tego rodzaju, że swymi błędami odciągnęły uwagę i siły partii od rzeczowej pracy „produkcyjnej” zużywszy je na jałowe, pozbawione treści utarczki słowne.
 
DIALEKTYKA A EKLEKTYZM. „SZKOŁA” A „APARAT”
 
Do wielu nader cennych przymiotów tow. Bucharina zaliczyć należy jego zdolności teoretyczne oraz zamiłowanie do wykrywania w każdym zagadnieniu jego korzeni teoretycznych. Jest to przymiot nader cenny, nie sposób bowiem wyjaśnić sobie w pełni żadnego błędu, w tym i politycznego, jeśli się nie wykryje teoretycznych korzeni błędu u tego, kto go popełnia, wychodząc z określonych, świadomie przezeń przyjmowanych założeń.
 
Zgodnie z tym swoim dążeniem do teoretycznego zgłębienia zagadnienia tow. Bucharin, poczynając od dyskusji z 30 grudnia, jeśli nie wcześniej, przenosi spór do wspomnianej właśnie dziedziny.
 
„Uważam za absolutnie niezbędne [mówił tow. Bucharin 30 grudnia], na tym polega teoretyczna istota tego, co nazywane jest tu «frakcją buforową» czy jej ideologią, i wydaje mi się najzupełniej bezsporne, że nie można odrzucić ani tego politycznego, ani tego gospodarczego momentu...” (s. 47).
 
Teoretyczna istota błędu, który popełnia tu tow. Bucharin, polega na tym, że na miejsce dialektycznego stosunku między polityką a ekonomiką (którego uczy nas marksizm) podsuwa on eklektyzm. „I jedno, i drugie”, „z jednej strony, z drugiej strony” – oto teoretyczne stanowisko Bucharina. A to jest właśnie eklektyzm. Dialektyka wymaga wszechstronnego uwzględniania stosunków w ich konkretnym rozwoju, a nie wyrywania kawałka stąd, kawałka stamtąd. Wykazałem to już na przykładzie polityki i ekonomiki.
 
Przykład „buforu” wykazuje to w sposób równie oczywisty. Bufor jest pożyteczny i potrzebny, jeżeli pociąg partyjny stacza się ku katastrofie. To jest bezsporne. Bucharin postawił zadanie „buforowe” w sposób eklektyczny, biorąc po kawałku od Zinowjewa i od Trockiego. Bucharin, jako „buforowiec”, powinien był samodzielnie określić, gdzie, kiedy i w czym popełnia błąd jeden czy drugi, ci czy inni, błąd teoretyczny czy błąd polegający na braku taktu politycznego, czy błąd sprowadzający się do frakcyjności w wystąpieniu, czy też błąd polegający na przesadzie itp., i z całą siłą atakować każdy taki błąd. Bucharin nie zrozumiał tego swojego zadania „buforu”. Oto jeden z oczywistych tego dowodów:
 
Frakcja komunistów Piotrogrodzkiego Biura Cektranu (KC związku kolejarzy i wodniaków) – organizacja sympatyzująca z Trockim i wręcz deklarująca, że jej zdaniem „w podstawowej kwestii, kwestii produkcyjnej roli związków zawodowych, stanowiska towarzyszy Trockiego i Bucharina są odmianami tego samego punktu widzenia” – wydała w Piotrogrodzie w formie broszurki koreferat, który wygłosił tow. Bucharin w Piotrogrodzie w dniu 3 stycznia 1921 r. (N. Bucharin: „O zadaniach związków zawodowych”, Piotrogród 1921). W koreferacie tym czytamy:
 
„Początkowo tow. Trocki formułował zagadnienie tak, że należy zmienić kierownictwo związków zawodowych, że należy dobrać odpowiednich towarzyszy itp., a jeszcze wcześniej stał nawet na stanowisku «przetrząsania», czego obecnie się wyrzekł, toteż wysuwanie «przetrząsania» jako argumentu przeciw tow. Trockiemu jest najzupełniej niedorzeczne” (s. 5).
 
Nie będę się zatrzymywał nad licznymi faktycznymi nieścisłościami tej relacji. (Słówka „przetrząsanie” użył Trocki na V Wszechrosyjskiej Konferencji Związków Zawodowych, która obradowała w dniach 2­6 listopada. O „doborze personelu kierowniczego” Trocki mówił w § 5 swoich tez, które zgłosił w KC 8 listopada i wydanych, nawiasem mówiąc, przez któregoś ze zwolenników Trockiego w postaci drukowanej ulotki. Całą broszurę Trockiego z 25 grudnia: „Rola i zadania związków zawodowych” przenika na wskroś ten sam sposób myślenia, ten sam duch – o czym już uprzednio mówiłem. Gdzie i w czym znalazło wyraz owo „wyrzeczenie się”, zupełnie nie wiadomo). Tematem moim jest w tej chwili co innego. Jeśli „bufor” jest eklektyczny – pomija on jedne błędy, wspomina o innych; przemilcza błędy z 30 grudnia 1920 r. w Moskwie, popełnione wobec tysięcy pracowników RKP z całej Rosji; mówi o błędach w Pitrze z 3 stycznia 1921 r. Jeśli „bufor” jest dialektyczny – ze wszystkich sił atakuje każdy błąd, który dostrzega u obydwu lub u wszystkich stron. Ale tego właśnie Bucharin nie czyni. Nie próbuje on nawet zanalizować broszury Trockiego z punktu widzenia polityki przetrząsania. Po prostu ją przemilcza. Nic dziwnego, że takie wykonywanie swej roli przez bufor wywołuje u wszystkich śmiech.
 
Dalej. W tym samym piotrogrodzkim przemówieniu Bucharina na s. 7 czytamy:
 
„Błąd tow. Trockiego polega na tym, że niedostatecznie broni on momentu szkoły komunizmu”.
 
Podczas dyskusji 30 grudnia Bucharin rozumuje tak:
 
„Towarzysz Zinowjew mówił, że związki zawodowe – to szkoła komunizmu, a Trocki – że to administracyjno-techniczny aparat zarządzania produkcją. Nie widzę żadnych racji logicznych, z których by wynikało, że prawdziwe jest nie pierwsze i nie drugie: prawdziwe są oba te twierdzenia i połączenie obu tych twierdzeń” (s. 48).
 
Tę samą myśl zawiera 6 teza Bucharina i jego „grupy” czy też „frakcji”: „...z jednej strony, są one [związki zawodowe] szkołą komunizmu [...] z drugiej strony, są one – i to w coraz większym stopniu – częścią składową aparatu gospodarczego i aparatu władzy państwowej w ogóle...” („Prawda”, 16 stycznia).
 
Otóż tu właśnie tkwi podstawowy błąd teoretyczny tow. Bucharina – zastąpienie dialektyki marksizmu eklektyzmem (rozpowszechnionym zwłaszcza wśród autorów różnych „modnych” i reakcyjnych systemów filozoficznych).
 
Towarzysz Bucharin mówi o racjach „logicznych”. Całe jego rozumowanie wykazuje, że stoi on tu – być może bezwiednie – na stanowisku logiki formalnej, czyli scholastycznej, a nie na stanowisku logiki dialektycznej, czyli marksistowskiej. Aby to wyjaśnić, rozpocznę od najprostszego przykładu przytoczonego przez samego tow. Bucharina. Podczas dyskusji 30 grudnia mówił on:
 
„Towarzysze, spory, które tu się toczą, mogą sprawiać na wielu z was mniej więcej takie wrażenie: przychodzi dwóch ludzi i jeden pyta drugiego, czym jest szklanka, która stoi na katedrze. Jeden mówi: «to szklany walec i niechaj będzie wyklęty każdy, kto powiada, że jest inaczej». Drugi mówi: «Szklanka to przyrząd do picia i niechaj będzie wyklęty każdy, kto powiada, że jest inaczej»” (s. 46).
 
Za pomocą tego przykładu Bucharin chciał, jak widzi czytelnik, wyjaśnić mi popularnie szkodliwość jednostronności. Przyjmuję to wyjaśnienie z wdzięcznością i aby czynem dowieść swojej wdzięczności, odpowiadam popularnym wyjaśnieniem, co to jest eklektyzm w odróżnieniu od dialektyki.
 
Szklanka – to niewątpliwie zarówno szklany walec, jak i przyrząd do picia. Ale szklanka ma nie tylko te dwie własności lub przymioty, lub strony, lecz nieskończoną ilość innych własności, przymiotów, stron, stosunków wzajemnych i „mediacji” z całym pozostałym światem. Szklanka jest przedmiotem ciężkim, przyrządem, którym się rzuca. Szklanka może służyć jako przycisk do papierów, jako pomieszczenie dla schwytanego motyla, szklanka może posiadać wartość jako przedmiot rżnięty artystycznie lub ozdobiony rysunkiem, zupełnie niezależnie od tego, czy nadaje się ona do picia, czy zrobiona jest ze szkła, czy ma kształt cylindryczny, czy też niezupełnie, i tak dalej, i temu podobne.
 
Dalej. Jeśli w tej chwili potrzebna mi jest szklanka jako przyrząd do picia, to wcale nie muszę wiedzieć, czy ma ona kształt cylindryczny i czy rzeczywiście zrobiona jest ze szkła, ważne natomiast jest, aby na dnie nie było pęknięcia, aby przy używaniu tej szklanki nie można było poranić sobie warg itp. Jeśli zaś szklanka potrzebna mi jest nie do picia, ale do takiego użytku, do jakiego nadaje się wszelki szklany walec, wówczas nadaje mi się również szklanka z pękniętym dnem albo nawet zgoła bez dna itd.
 
Logika formalna, do której ograniczają się w szkołach (i do której powinni się ograniczać – z poprawkami – w niższych klasach szkoły), posługuje się definicjami formalnymi, kierując się tym, co jest najbardziej pospolite lub co najczęściej rzuca się w oczy, i na tym poprzestaje. Jeśli przy tym bierze się dwie lub więcej rozmaitych definicji i łączy się je zupełnie przypadkowo (zarówno szklany walec, jak i przyrząd do picia), to otrzymujemy definicję eklektyczną, wskazującą na różne strony przedmiotu i na nic ponadto.
 
Logika dialektyczna wymaga, abyśmy szli dalej. Aby rzeczywiście znać przedmiot, należy ogarnąć, zbadać wszystkie jego strony, wszystkie związki i „mediacje”. Nigdy nie osiągniemy tego w pełni, ale postulat wszechstronności ustrzeże nas od błędów i od skostnienia. To po pierwsze. Po drugie, logika dialektyczna wymaga, aby rozpatrywać przedmiot w jego rozwoju, „w samoruchu” (jak mówi niekiedy Hegel), w zmianie. Jeżeli chodzi o szklankę, nie jest to od razu jasne, ale i szklanka nie pozostaje niezmienna, zwłaszcza zaś zmienia się przeznaczenie szklanki, jej użycie, jej związek z otaczającym światem. Po trzecie, cała ludzka praktyka – i jako kryterium prawdy, i jako praktyczny miernik związku między przedmiotem a potrzebami człowieka – powinna wejść w skład pełnej „definicji” przedmiotu. Po czwarte, logika dialektyczna uczy, że „prawdy abstrakcyjnej nie ma, prawda jest zawsze konkretna”, jak lubił mawiać za Heglem nieboszczyk Plechanow. (Nawiasem mówiąc, sądzę, że warto zaznaczyć dla młodych członków partii, iż nie można stać się świadomym, prawdziwym komunistą bez studiowania – właśnie studiowania – wszystkiego, co napisał Plechanow z zakresu filozofii, ponieważ są to rzeczy najlepsze w całej międzynarodowej literaturze marksizmu [7].
 
Nie wyczerpałem, ma się rozumieć, pojęcia logiki dialektycznej. Ale na razie i to wystarczy. Można przejść od szklanki do związków zawodowych i do platformy Trockiego.
 
„Z jednej strony – szkoła, z drugiej – aparat” – twierdzi Bucharin i pisze tak w swych tezach. Błąd Trockiego polega na tym, że „niedostatecznie broni on momentu szkoły”... błąd zaś Zinowjewa – to niedostateczne podkreślenie „momentu” aparatu.
 
Dlaczego to rozumowanie Bucharina jest martwym i pozbawionym treści eklektyzmem? Dlatego że Bucharin nawet w najmniejszym stopniu nie próbuje samodzielnie, ze swego punktu widzenia, zanalizować zarówno całej historii tego sporu (a marksizm, to znaczy logika dialektyczna, wymaga tego bezwarunkowo), jak i całego podejścia do zagadnienia, całego ujęcia – lub, jeśli chcecie, całego kierunku ujęcia – zagadnienia w danej chwili, w danych konkretnych okolicznościach. Bucharin nawet w najmniejszym stopniu nie próbuje tego uczynić! Podchodzi on do zagadnienia bez jakiejkolwiek konkretnej analizy, posługuje się gołymi abstrakcjami i bierze kawałek od Zinowjewa, kawałek od Trockiego. To właśnie jest eklektyzm.
 
Aby wyjaśnić to jeszcze bardziej poglądowo, posłużę się przykładem. Nie wiem nic zgoła o powstańcach i rewolucjonistach Chin południowych (poza 2­3 artykułami Sun Jat-sena oraz kilku książkami i artykułami prasowymi, które czytałem wiele lat temu). Skoro są tam powstania, to zapewne są i spory między Chińczykiem nr 1, który mówi, że powstanie – to wytwór walki klasowej, która uległa szczytowemu zaostrzeniu i ogarnęła cały naród, a Chińczykiem nr 2, który mówi, że powstanie – to sztuka. Tezy, podobne do tez Bucharina, mogę napisać nie wiedząc nic ponadto: „z jednej strony... z drugiej strony”. Jeden niedostatecznie uwzględnił „moment” sztuki, drugi – „moment zaostrzenia” itd. Będzie to martwy i pozbawiony treści eklektyzm, nie ma tu bowiem konkretnej analizy danego sporu, danej kwestii, danego jej ujęcia itd.
 
Związki zawodowe to z jednej strony – szkoła; z drugiej – aparat; z trzeciej – organizacja ludzi pracy; z czwartej – organizacja obejmująca niemal wyłącznie robotników przemysłowych; z piątej – organizacja według gałęzi przemysłu 8 itd. itd. U Bucharina nie ma ani śladu jakiegokolwiek uzasadnienia, jakiejkolwiek samodzielnej analizy, która by wykazała, dlaczego należy wziąć pod uwagę pierwsze dwie „strony” zagadnienia lub przedmiotu, a nie trzecią, czwartą, piątą itd. Toteż i tezy grupy bucharinowskiej – to jedna eklektyczna jałowa gadanina. Całe zagadnienie stosunku między „szkołą” a „aparatem” Bucharin ujmuje z gruntu fałszywie, eklektycznie.
 
Aby ująć to zagadnienie w sposób właściwy, należy od czczych abstrakcji przejść do konkretnego, tj. danego sporu. Rozpatrujcie ten spór, jak chcecie: czy tak, jak powstał on na V Wszechrosyjskiej Konferencji Związków Zawodowych, czy tak, jak go ujął i jaki nadał mu kierunek sam Trocki w swojej broszurze-platformie 25 grudnia – a zobaczycie, że całe ujęcie Trockiego, cały kierunek jest u niego błędny. Nie zrozumiał on, że należy i można uważać związki zawodowe za szkołę i wówczas, gdy stawia się sprawę „radzieckiego trade-unionizmu”, i wówczas, gdy mówi się o propagandzie produkcyjnej w ogóle, i wówczas, gdy zagadnienie „zrastania”, zagadnienie udziału związków zawodowych w zarządzaniu produkcją stawia się tak jak Trocki. Również w takim ujęciu tego ostatniego zagadnienia, jakie prezentuje cała broszura-platforma Trockiego, błąd polega na niezrozumieniu, że związki zawodowe są s z k o ł ą administracyjno-technicznego zarządzania produkcją. Nie „z jednej strony – szkoła, a z drugiej – coś innego”, ale ze wszystkich stron, w danym sporze, w danym ujęciu zagadnienia przez Trockiego – związki zawodowe są szkołą, szkołą zrzeszania się, szkołą solidarności, szkołą obrony własnych interesów, szkołą gospodarowania, szkołą zarządzania. Zamiast zrozumieć i naprawić ten podstawowy błąd tow. Trockiego tow. Bucharin wprowadził śmieszną popraweczkę: „z jednej strony, z drugiej strony”.
 
Podejdźmy do zagadnienia jeszcze bardziej konkretnie. Popatrzmy, czym są obecne związki zawodowe jako „aparat” zarządzania produkcją. Widzieliśmy, że według niekompletnych danych około 900 robotników, członków i delegatów związku zawodowego, zarządza produkcją. Zwiększcie tę liczbę, jeśli chcecie, choćby nawet dziesięciokrotnie, choćby nawet stokrotnie; przypuśćmy nawet – by ustąpić wam i wyjaśnić wasz podstawowy błąd – że „posuwanie się naprzód” odbywać się będzie w najbliższym czasie z taką właśnie niewiarygodną szybkością, to mimo wszystko w porównaniu z ogólną 6­milionową masą członków związków zawodowych udział ludzi bezpośrednio uczestniczących w zarządzaniu okazuje się nikły. I stąd jeszcze wyraźniej widać, że skupianie całej uwagi na „warstwie kierowniczej”, jak to czyni Trocki, mówienie o produkcyjnej roli związków zawodowych i o zarządzaniu produkcją bez uwzględniania tego, że 98½% uczy się (6 000 000 – 90 000 = 5 910 000 = 98½% całej sumy) i długo musi się uczyć – to popełnianie podstawowego błędu. Nie szkoła i zarządzanie, lecz s z k o ł a zarządzania.
 
Kiedy tow. Trocki polemizował 30 grudnia z Zinowjewem i oskarżał go, zupełnie gołosłownie i niesłusznie, o negowanie „polityki mianowań”, tj. negowanie prawa i obowiązku KC do mianowań, to niechcący wymknęło mu się niezwykle charakterystyczne przeciwstawienie:
 
„...Zinowjew – powiedział on – zbyt propagandystycznie ujmuje każde praktyczne, konkretne zagadnienie, zapominając, że chodzi tu nie tylko o materiał do agitacji, ale i o zagadnienie, które należy rozstrzygnąć w trybie administracyjnym” (s. 27).
 
Wyjaśnię zaraz dokładnie, jakie mogłoby być administratorskie podejście do danego zagadnienia. Ale na tym właśnie polega podstawowy błąd tow. Trockiego, że do tych zagadnień, które sam wysunął w swej broszurze-platformie, podszedł (raczej: podleciał) jako administrator, gdy tymczasem do tych zagadnień mógł i powinien był podejść wyłącznie jako propagandysta.
 
Rzeczywiście. Co jest dobre u Trockiego? Nie w jego tezach, lecz w jego przemówieniach – zwłaszcza kiedy zapomina on o swej niefortunnej polemice z rzekomo „konserwatywnym” skrzydłem działaczy związkowych – niewątpliwie dobra i pożyteczna jest propaganda produkcyjna. Uczestnicząc w rzeczowej pracy „gospodarczej” w komisji związkowej, występując z trybuny i w druku, będąc uczestnikiem i pracownikiem Wszechrosyjskiego Biura Propagandy Produkcyjnej, tow. Trocki niewątpliwie przyniósłby (i niewątpliwie przyniesie) niemałą korzyść sprawie. Błędem są „tezy-platforma”. Czerwoną nicią przewija się przez nie podejście administratora do „kryzysu” w organizacji zawodowej, do „dwóch tendencji” w związkach zawodowych, do interpretowania programu RKP, do „radzieckiego trade-unionizmu”, do „przeszkolenia produkcyjnego”, do „zrastania”. Wyliczyłem teraz wszystkie główne tematy poruszone w „platformie” Trockiego; w danej chwili właściwym ujęciem właśnie takich tematów i z takim materiałem, jaki posiada Trocki, może być jedynie ujęcie propagandystyczne.
 
Państwo to dziedzina przymusu. Szaleństwem byłoby wyrzekać się przymusu, zwłaszcza w okresie dyktatury proletariatu. „Administrowanie” i administratorskie podejście do sprawy jest tu konieczne. Partia – to bezpośrednio rządząca awangarda proletariatu, to przywódca. Wydalenie z partii, a nie przymus – oto specyficzny środek oddziaływania, środek oczyszczania i hartowania awangardy. Związki zawodowe – to rezerwuar władzy państwowej, szkoła komunizmu, szkoła gospodarowania. W tej dziedzinie tym, co specyficzne i główne, jest nie zarządzanie, ale „ w i ę ź ” „między centralnym [i, oczywiście, także terenowym] zarządzaniem państwowym, gospodarką narodową i szerokimi masami ludzi pracy” (jak mówi program naszej partii, § 5 części ekonomicznej, paragraf poświęcony związkom zawodowym).
 
Przez całą broszurę-platformę Trockiego czerwoną nicią przewija się całkowicie błędne ujęcie tego zagadnienia, niezrozumienie tego stosunku.
 
Wyobraźcie sobie, że to sławetne „zrastanie” Trocki opracowałby w powiązaniu z pozostałymi tematami swojej platformy, ujmując całe zagadnienie od innej strony. Wyobraźcie sobie, że jego broszura byłaby w całości poświęcona zadaniu szczegółowego zbadania, powiedzmy, 90 spośród 900 przypadków „zrastania”, przypadków łączenia funkcyj zarządzania przemysłem w NRGN z wybraniem na te funkcje przez związki zawodowe, łączenia tych funkcji przez członków związków zawodowych i etatowych pracowników ruchu zawodowego. Wyobraźcie sobie, że te 90 przypadków byłoby zanalizowane łącznie z danymi reprezentacyjnego badania statystycznego, łącznie z raportami i sprawozdaniami rewidentów i instruktorów Inspekcji Robotniczo-Chłopskiej i odpowiednich komisariatów ludowych, tj. zanalizowane według danych instytucji administrujących, zanalizowane z punktu widzenia wyników i rezultatów pracy, osiągnięć produkcyjnych itp. Takie podejście do sprawy byłoby słusznym podejściem administratorskim i całkowicie usprawiedliwiałoby politykę „przetrząsania”, tj. skierowanie uwagi na to, kogo usunąć, kogo przenieść, kogo mianować, jakie postulaty wysunąć niezwłocznie pod adresem „warstwy kierowniczej”. Jeżeli Bucharin powiedział w swym wydanym przez cektranistów przemówieniu piterskim z dnia 3 stycznia, że Trocki przedtem stał na stanowisku „przetrząsania”, a teraz wyrzekł się tego, to Bucharin i tutaj wpada w eklektykę, śmieszną pod względem praktycznym, a już zupełnie niedopuszczalną dla marksisty pod względem teoretycznym. Bucharin traktuje zagadnienie abstrakcyjnie, nie umiejąc (lub nie chcąc) podejść do niego konkretnie. Dopóki my, KC partii i cała partia, będziemy administrowali, tj. rządzili państwem, dopóty nie wyrzekniemy się nigdy i nie możemy się wyrzec „przetrząsania”, tj. usuwania, przenoszenia, mianowania, zwalniania itd. Ale broszura-platforma Trockiego przytacza zupełnie nie ten materiał, nie wysuwa zupełnie „praktycznego, rzeczowego zagadnienia”. Przedmiotem sporu między Zinowjewem a Trockim, przedmiotem sporu między nami a Bucharinem, przedmiotem sporu całej partii nie jest „praktyczne, rzeczowe zagadnienie”, ale zagadnienie „t e n d e n c y j w dziedzinie ruchu zawodowego” (zakończenie 4 tezy Trockiego).
 
Jest to z istoty swej zagadnienie polityczne. Naprawienie błędu Trockiego za pomocą eklektycznych popraweczek i uzupełnień, jak tego chce Bucharin, powodowany, ma się rozumieć, najbardziej ludzkimi uczuciami i zamiarami, jest ze względu na samą istotę sprawy – danej, konkretnej „sprawy” – rzeczą niemożliwą.
 
Rozwiązanie może być tutaj jedno, i tylko jedno.
 
Prawidłowo rozwiązać polityczne zagadnienie „tendencyj w dziedzinie ruchu zawodowego”, stosunku między klasami, stosunku między polityką a ekonomiką, zagadnienie specyficznych ról państwa, partii, związków zawodowych – „szkoły” i aparatu itp. To po pierwsze.
 
Po drugie: mając już prawidłowe rozwiązanie polityczne, przeprowadzić – raczej: prowadzić – długotrwałą, systematyczną, uporczywą, cierpliwą, wielostronną, wciąż ponawianą propagandę produkcyjną, prowadzić ją w skali państwowej, z ramienia i pod kierownictwem instytucji państwowej.
 
Po trzecie: „praktycznych, rzeczowych zagadnień” nie mieszać z owymi sporami o tendencje, które (spory) stanowią integralną część „ogólnopartyjnej gadaniny” i szerokich dyskusji, ale stawiać je rzeczowo, w roboczych komisjach, przesłuchując świadków, studiując sprawozdania, raporty, statystykę i na podstawie tego wszystkiego – jedynie na podstawie tego wszystkiego, jedynie w takich warunkach – jedynie na podstawie decyzji odpowiedniego organu radzieckiego czy partyjnego lub obu takich organów – „przetrząsać”.
 
A u Trockiego i Bucharina powstała mieszanina z błędów politycznych w ujęciu zagadnienia, zerwania w środku transmisji, pasów transmisyjnych, napadania znienacka lub bezpodstawnego, jałowego ataku na „administrowanie”. „Teoretyczne” źródło błędu – skoro swą „szklanką” Bucharin postawił zagadnienie źródła teoretycznego – jest jasne. Teoretyczny – w danym wypadku gnoseologiczny – błąd Bucharina polega na podsunięciu eklektyki na miejsce dialektyki. Stawiając zagadnienie eklektycznie Bucharin zaplątał się całkowicie i doszedł do syndykalizmu. Błąd Trockiego: jednostronność, nadmierny zapał, wyolbrzymianie, upór. Platforma Trockiego sprowadza się do tego, że szklanka jest przyrządem do picia, ale cóż, gdy okazało się, że szklanka ta nie ma dna.
 
ZAKOŃCZENIE
 
Pozostaje mi jeszcze tylko poruszyć pokrótce pewne punkty, których przemilczenie mogłoby dać powód do nieporozumień.
 
W tezie 6 swojej „platformy” tow. Trocki przytoczył § 5 ekonomicznej części programu RKP, dotyczący związków zawodowych. O dwie stroniczki dalej, w tezie 8, tow. Trocki oświadczył:
 
„...Utraciwszy dawną podstawę swego istnienia, klasową walkę ekonomiczną, związki [to nieprawda, to zbyt pochopny, przesadny sąd: związki utraciły taką podstawę jak klasowa walka ekonomiczna, ale bynajmniej nie utraciły i, niestety, przez długie lata nie będą jeszcze mogły utracić takiej podstawy jak nieklasowa „walka ekonomiczna” – w sensie walki z biurokratycznymi wypaczeniami aparatu radzieckiego, w sensie ochrony materialnych i duchowych interesów mas pracujących drogami i środkami niedostępnymi dla tego aparatu itp.] związki, wskutek szeregu okoliczności, nie zdołały zgromadzić w swych szeregach niezbędnych sił i wypracować niezbędnych metod, które pozwoliłyby im rozwiązać nowe zadanie postawione im przez rewolucję proletariacką, a sformułowane przez nasz program: zorganizować produkcję” (kursywa Trockiego, s. 9, teza 8).
 
Jest to znowu sąd zbyt pochopny, przesadny, zawierający w sobie zalążek wielkiego błędu. Program nie zawiera takiego sformułowania i nie stawia przed związkami takiego zadania jak „zorganizowanie produkcji”. Prześledzimy krok za krokiem każdą myśl, każdą tezę naszego programu partii w tej samej kolejności, w jakiej tezy te znajdują się w tekście programu:
 
(1) „Aparat organizacyjny [nie wszelki] przemysłu uspołecznionego powinien się opierać przede wszystkim [a nie wyłącznie] na związkach zawodowych”. (2) „Powinny one coraz bardziej wyzbywać się cechowej ciasnoty [jak wyzbywać się? pod kierownictwem partii i w procesie wychowawczego i wszelkiego innego oddziaływania proletariatu na nieproletariackie masy pracujące] i przekształcać w wielkie zrzeszenia produkcyjne, obejmujące większość, a stopniowo i wszystkich bez wyjątku ludzi pracy danej gałęzi produkcji...”
 
Jest to pierwsza część rozdziału, który w programie partii poświęcony jest związkom zawodowym. Jak widzicie, część ta stawia od razu bardzo „surowe” i wymagające bardzo długiej pracy „warunki” na przyszłość. Dalej zaś mamy, co następuje:
 
„...Uczestnicząc już – zgodnie z ustawami Republiki Radzieckiej i istniejącą praktyką [sformułowanie, jak widzicie, bardzo ostrożne: jedynie uczestnicząc] – we wszystkich terenowych i centralnych organach zarządzania przemysłem, związki zawodowe powinny doprowadzić do faktycznego skoncentrowania w swych rękach całego zarządzania całą gospodarką narodową jako jednolitym organizmem gospodarczym [zwróćcie uwagę: powinny doprowadzić do faktycznego skoncentrowania zarządzania nie gałęziami przemysłu i nie przemysłem, ale całą gospodarką narodową, i to jako jednolitym organizmem gospodarczym: warunek ten, jako warunek ekonomiczny, można będzie uważać za faktycznie spełniony dopiero wówczas, kiedy drobni producenci, zarówno w przemyśle jak w rolnictwie, będą stanowili mniej niż połowę ludności i kiedy mniej niż połowę będzie stanowił ich udział w gospodarce narodowej]. Zapewniając w ten sposób [właśnie «w ten sposób», który spełnia stopniowo wszystkie uprzednio wymienione warunki] nierozerwalną więź między centralnym zarządzaniem państwowym, gospodarką narodową i szerokimi masami ludzi pracy, związki zawodowe powinny w jak najszerszym zakresie wciągać je [tj. masy, tj. większość ludności] do bezpośredniej pracy w dziedzinie kierowania gospodarką. Udział związków zawodowych w kierowaniu gospodarką i wciąganie przez nie do tej działalności szerokich mas jest jednocześnie głównym środkiem walki z biurokratyzacją aparatu gospodarczego władzy radzieckiej oraz umożliwia wprowadzenie ludowej kontroli nad wynikami produkcji”.
 
Tak więc w ostatnim zdaniu znów mamy bardzo ostrożne sformułowanie: „udział w kierowaniu gospodarką”; znów mamy wskazanie, aby wciągać szerokie masy, co ma stanowić główny (ale nie jedyny) środek walki z biurokratyzmem; i na zakończenie nader ostrożne wskazanie: „umożliwia” wprowadzenie „ludowej”, tj. robotniczo-chłopskiej, a bynajmniej nie tylko proletariackiej, „kontroli”.
 
Wyciąganie z tego wszystkiego wniosku, że program naszej partii „sformułował” jako zadanie związków zawodowych „zorganizowanie produkcji” – jest wręcz niewłaściwe. Jeśli natomiast będziemy upierać się przy tym błędnym poglądzie, wprowadzać go do tez-platform, to nie może stąd wyniknąć nic innego jak antykomunistyczne, syndykalistyczne odchylenie.
 
Jeśli już o tym mowa. Towarzysz Trocki pisze w swoich tezach, że „w ostatnim okresie nie zbliżyliśmy się do wytyczonego przez program celu, lecz oddaliliśmy się od niego” (s. 7, teza 6). Jest to gołosłowne i, jak sądzę, nieprawdziwe. Nie można udowadniać tego – jak to robił Trocki w dyskusjach – powoływaniem się na to, że fakt ten uznały „same” związki zawodowe. Dla partii nie jest to ostatnia instancja. A w ogóle udowodnić to można jedynie na podstawie bardzo poważnego obiektywnego zbadania wielkiej liczby faktów. To po pierwsze. A po wtóre, gdyby nawet zostało to udowodnione, to pozostawałaby jeszcze otwarta kwestia: dlaczego oddaliliśmy się? Czy dlatego, że „wielu działaczy związkowych” „odżegnuje się od nowych zadań i metod”, jak sądzi Trocki, czy też dlatego, że „my” „nie zdołaliśmy zgromadzić w swych szeregach niezbędnych sił i wypracować niezbędnych metod, aby” położyć kres pewnym niepotrzebnym i szkodliwym skrajnościom biurokratyzmu oraz je usunąć.
 
W związku z tym warto wspomnieć o zarzucie, który postawił nam tow. Bucharin 30 grudnia (a który Trocki powtórzył wczoraj, 24 stycznia, podczas naszej dyskusji na zebraniu komunistycznej frakcji II Zjazdu Górników i Hutników); zarzut ten dotyczy „wyrzeczenia się linii nakreślonej przez IX Zjazd partii” (s. 46 sprawozdania z dyskusji 30 grudnia). Toć przecież Lenin na IX Zjeździe bronił militaryzacji pracy i drwił z powoływania się na demokrację, teraz zaś „wyrzekł się” tego. W słowie końcowym, wygłoszonym 30 grudnia, tow. Trocki przyprawił ten zarzut szczególnym, że się tak wyrażę, pieprzem: „Lenin uwzględnia fakt, że w związkach zawodowych zachodzi [...] grupowanie się opozycyjnie nastrojonych towarzyszy” (s. 65); Lenin ujmuje sprawę „pod kątem widzenia dyplomacji” (s. 69); „lawirowanie wewnątrz ugrupowań partyjnych” (s. 70) itp. Takie przedstawienie sprawy przez tow. Trockiego jest oczywiście bardzo pochlebne dla niego i gorzej niż niepochlebne dla mnie. Spójrzmy jednak na fakty.
 
Podczas tej samej dyskusji 30 grudnia Trocki i Kriestinski wskazują na fakt, iż „tow. Prieobrażenski już w lipcu (1920) postawił w KC sprawę, że powinniśmy przestawić się na nowe tory w dziedzinie życia wewnętrznego naszych organizacji robotniczych” (s. 25). W sierpniu tow. Zinowjew pisze projekt listu, a KC zatwierdza list KC w sprawie walki z biurokratyzmem i rozszerzenia demokratyzmu. We wrześniu sprawa staje na konferencji partyjnej i KC zatwierdza jej uchwałę. W grudniu sprawa walki z biurokratyzmem zostaje postawiona na VIII Zjeździe Rad. A więc cały KC, cała partia i cała republika robotniczo-chłopska uznały konieczność postawienia na porządku dziennym sprawy biurokratyzmu i walki z nim. Czyż wynika stąd, że „wyrzeczono się” IX Zjazdu RKP? Bynajmniej. Żadnego wyrzeczenia się tu nie ma. Uchwały o militaryzacji pracy itd. są bezsporne, toteż nie mam najmniejszej potrzeby odwoływać swoich drwin z powoływania się na demokratyzm tych, którzy kwestionowali te uchwały. Wynika stąd tylko to, że w organizacjach robotniczych będziemy rozszerzali demokratyzm, nie czyniąc zeń bynajmniej fetysza; – że sprawie walki z biurokratyzmem będziemy poświęcali szczególnie dużo uwagi; – że będziemy szczególnie skrupulatnie usuwali wszelkie niepotrzebne i szkodliwe skrajności biurokratyzmu bez względu na to, kto na nie wskazuje.
 
Jeszcze jedna, ostatnia uwaga w drobnej sprawie priorytetowości i równorzędności. Podczas dyskusji 30 grudnia powiedziałem, że sformułowanie tezy 41, dotyczącej tego punktu, jest u tow. Trockiego teoretycznie błędne, gdyż według niego w spożyciu ma być równorzędność, a w produkcji – priorytetowość. Priorytetowość – to przyznanie pierwszeństwa, odpowiedziałem, a pierwszeństwo bez uwzględnienia spożycia jest niczym. Towarzysz Trocki czyni mi zarzuty zarówno z tego powodu, jak i z powodu „nadzwyczajnego braku pamięci” oraz „terroryzowania” (s. 67 i 68); dziwię się tylko, że nie ma zarzutu lawirowania, uciekania się do dyplomacji itp. On, Trocki, czynił ustępstwa na rzecz mojej linii równorzędności, a ja Trockiego atakuję.
 
W rzeczywistości czytelnik interesujący się sprawami partii ma do dyspozycji ściśle sprecyzowane dokumenty partyjne: listopadową rezolucję plenum KC, punkt 4 oraz tezy-platformę Trockiego, tezę 41. Choćbym był najbardziej „zapominalski”, choćby tow. Trocki miał najlepszą pamięć, pozostaje faktem, że teza 41 zawiera teoretyczny błąd, którego nie ma w rezolucji KC z 9 listopada. Rezolucja ta brzmi: „Uznając konieczność zachowania zasady priorytetu przy wykonywaniu planu gospodarczego, KC, w całkowitej zgodności z uchwałą ostatniej (tj. wrześniowej) Wszechrosyjskiej Konferencji, uważa za konieczne stopniowe, lecz konsekwentne przechodzenie do równorzędności w sytuacji rozmaitych grup robotników i odpowiednich związków zawodowych, wzmacniając nieustannie organizację ogólnozwiązkową”. Jasne, że jest to skierowane przeciw Cektranowi, toteż wyraźnie sprecyzowanego sensu tej rezolucji nie można interpretować opacznie. Priorytet nie zostaje zniesiony. Przyznanie pierwszeństwa (w wykonywaniu planu gospodarczego) takiemu priorytetowemu przedsiębiorstwu, związkowi zawodowemu, trustowi, resortowi – pozostaje; zarazem jednak „linia równorzędności” – której bronił nie „tow. Lenin”, ale którą zatwierdziła konferencja partyjna i KC, tj. cała partia – wymaga wyraźnie: p r z e c h o d ź do równorzędności stopniowo, lecz konsekwentnie. To, że Cektran nie wykonał tej listopadowej rezolucji KC, widać z grudniowej (przeforsowanej przez Trockiego i Bucharina) uchwały KC, która przypomina raz jeszcze o „zasadach normalnego demokratyzmu”. Błąd teoretyczny w tezie 41 polega na tym, że głosi ona: w dziedzinie spożycia – równorzędność, w dziedzinie produkcji – priorytetowość. Jest to absurd ekonomiczny, ponieważ stanowi to oderwanie spożycia od produkcji. O niczym podobnym nie mówiłem i mówić nie mogłem. Jeśli fabryka jest niepotrzebna – należy ją zamknąć. Zamknąć te wszystkie fabryki, które nie są absolutnie niezbędne. Spośród absolutnie niezbędnych – przyznać pierwszeństwo priorytetowym. Powiedzmy – pierwszeństwo dla transportu. Rzecz bezsporna. Aby jednak nie nadużywać pierwszeństwa oraz wobec tego, że w Cektranie było ono nadużywane, dyrektywa partii (a nie Lenina) głosi: przechodź stopniowo, lecz konsekwentnie do równorzędności. Jeżeli Trocki po plenum listopadowym, które dało nam uchwałę ściśle sprecyzowaną i trafną pod względem teoretycznym, występuje z frakcyjną broszurą o „dwóch tendencjach” i w tezie 41 proponuje swoje ekonomicznie błędne sformułowanie, to niech ma pretensję do samego siebie.
 
* Dzisiaj, 25 stycznia, minął akurat miesiąc od dnia frakcyjnego wystąpienia tow. Trockiego. Teraz widać już bardzo wyraźnie, że partia została przez to niecelowe co do formy i niesłuszne co do treści wystąpienie oderwana od rzeczowej, praktycznej, gospodarczej, produkcyjnej pracy, oderwana gwoli naprawienia błędów politycznych i teoretycznych. Ale nie darmo stare przysłowie mówi: „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”.
 
O wewnętrznych rozbieżnościach w KC opowiadano, jeśli wierzyć pogłoskom, potworne rzeczy. Wokół opozycji uwili sobie gniazdko (i niewątpliwie nadal je sobie wiją) mienszewicy i eserowcy, którzy rozdmuchują pogłoski, przekazują je w niesłychanie złośliwej wersji, zmyślają niestworzone rzeczy, aby na wszelkie sposoby oszkalować partię, w plugawy sposób zinterpretować fakty, zaostrzyć konflikty, zniweczyć pracę partii. Są to polityczne chwyty burżuazji, w tym i demokratów drobnomieszczańskich, mienszewików i eserowców, którzy pałają wściekłą nienawiścią do bolszewików i nie mogą nie pałać nienawiścią z przyczyn aż nadto zrozumiałych. Każdy świadomy członek partii zna te chwyty polityczne burżuazji i wie, ile one są warte.
 
Rozbieżności wewnątrz KC spowodowały, że trzeba było zwrócić się do partii. Dyskusja wykazała wyraźnie istotę i zakres tych rozbieżności. Pogłoskom i oszczerstwom położono kres. Partia uczy się i hartuje w walce z nową (w tym sensie, że po przewrocie październikowym zapomnieliśmy o niej) chorobą – frakcyjnością. W istocie rzeczy jest to choroba stara, której recydyw nie da się zapewne uniknąć w ciągu kilku lat, ale wyleczenie się z niej może i powinno postępować teraz szybciej i łatwiej.
 
Partia uczy się nie wyolbrzymiać rozbieżności. Należy tu powtórzyć słuszne uwagi tow. Trockiego pod adresem tow. Tomskiego. „W najostrzejszej polemice z tow. Tomskim zawsze mówiłem, że jest dla mnie absolutnie jasne, iż kierownikami naszymi w związkach zawodowych mogą być jedynie ludzie z doświadczeniem, z autorytetem, które to właściwości posiada tow. Tomski. Mówiłem to na zebraniu frakcji V Konferencji związków zawodowych, mówiłem to również w tych dniach w teatrze Zimina. Walka idei w partii nie oznacza wzajemnego odrzucania, lecz wzajemne oddziaływanie 9 ” (s. 34 sprawozdania z dyskusji 30 grudnia). Rozumie się samo przez się, że partia zastosuje to słuszne rozumowanie również wobec tow. Trockiego.
 
Odchylenie syndykalistyczne ujawniło się podczas dyskusji szczególnie u tow. Szlapnikowa i jego grupy, tak zwanej „opozycji robotniczej”. Ponieważ jest to oczywiste odchylenie od partii, od komunizmu, to sprawą tego odchylenia trzeba będzie zająć się osobno, trzeba będzie o nim pomówić osobno, trzeba będzie zwrócić szczególną uwagę na propagowanie i wyjaśnianie błędności tych poglądów i niebezpieczeństwa takiego błędu. Towarzysz Bucharin, który wykoncypował syndykalistyczny frazes: „obligatoryjne kandydatury” (związków zawodowych do organów administracji), broni się dziś w „Prawdzie” nader nieudolnie, jawnie niewłaściwie. W innych punktach, uważacie, mówi on o roli partii! Tego tylko brakowało! Gdyby było inaczej, oznaczałoby to wystąpienie z partii. Gdyby było inaczej, to nie byłoby to tylko błędem wymagającym naprawienia i dającym się łatwo naprawić. Jeśli się mówi o „obligatoryjnych kandydaturach” i nie dodaje się natychmiast, że są one obligatoryjne nie dla partii, to jest to odchylenie syndykalistyczne, to nie daje się tego pogodzić z komunizmem, nie daje się pogodzić z programem partyjnym RKP. Jeśli się dodaje: „obligatoryjne nie dla partii”, znaczy to, że oszukuje się bezpartyjnych robotników złudą jakiegoś tam zwiększenia ich praw, podczas gdy w rzeczywistości najmniejszej zmiany w stosunku do tego, co jest teraz, nie będzie. Im bardziej będzie tow. Bucharin bronił swego jawnie niesłusznego pod względem teoretycznym i oszukańczego pod względem politycznym odstępowania od komunizmu, tym bardziej opłakane będą rezultaty tego uporu. Nie sposób jednak obronić tego, co jest niemożliwe do obrony. Partia nie jest przeciwna wszelkiemu rozszerzeniu praw robotników bezpartyjnych, wystarczy jednak trochę się zastanowić, by zrozumieć, jaką drogą tu iść można, a jaką nie można.
 
Podczas dyskusji w komunistycznej frakcji II Wszechrosyjskiego Zjazdu Górników i Hutników platforma Szlapnikowa, choć bronił jej cieszący się szczególnym autorytetem w tym związku tow. Kisielow, poniosła porażkę: na naszą platformę padło 137 głosów, na platformę Szlapnikowa – 62, na 9 24 grudnia 1920 r. w byłym teatrze Zimina, gdzie odbywało się wspólne zebranie aktywu ruchu zawodowego i delegatów na VIII Wszechrosyjski Zjazd Rad, zorganizowane przez Centralny Komitet Zjednoczonego Związku Zawodowego Pracowników Transportu Kolejowego i Wodnego, L. Trocki wygłosił referat o zadaniach związków zawodowych w produkcji. Wystąpienie to zapoczątkowało w partii otwartą dyskusję o związkach zawodowych. – Red. platformę Trockiego – 8. Odchylenie syndykalistyczne musi być przezwyciężone i będzie przezwyciężone.
 
W ciągu jednego miesiąca i Piter, i Moskwa, i szereg miast prowincjonalnych dowiodły już, że dyskusja znalazła oddźwięk w partii, która przytłaczającą większością głosów odrzuciła błędną linię tow. Trockiego. Jeśli w „górach” i na „peryferiach”, w komitetach, w instytucjach, niewątpliwie były wahania, to masy szeregowych członków partii, robotnicze masy partyjne właśnie w przytłaczającej większości wypowiadały się przeciw tej błędnej linii.
 
Towarzysz Kamieniew zakomunikował mi, że podczas dyskusji w dzielnicy Moskwy Zamoskworieczje, 23 stycznia, tow. Trocki oświadczył, iż wycofuje swoją platformę i łączy się na nowej platformie z grupą Bucharina. Niestety, ani 23, ani 24 stycznia nie słyszałem o tym ani słówka od tow. Trockiego, który występował przeciwko mnie na zebraniu komunistycznej frakcji zjazdu górników i hutników. Czy zamiary i platformy tow. Trockiego znowu uległy zmianie, czy też tłumaczy się to w jakiś inny sposób – tego nie wiem. W każdym razie oświadczenie tow. Trockiego z 23 stycznia świadczy o tym, że jakkolwiek partia nie zdołała nawet zmobilizować wszystkich swoich sił, jakkolwiek zdołała wyrazić poglądy tylko Pitra, Moskwy i mniejszości ośrodków prowincjonalnych, to jednak naprawiła od razu, stanowczo, zdecydowanie, szybko i bez wahania błąd tow. Trockiego.
 
Daremny był triumf wrogów partii. Nie zdołali oni i nie zdołają wykorzystać nieuniknionych niekiedy rozbieżności wewnątrz partii na jej szkodę i na szkodę dyktatury proletariatu w Rosji.
 
 
[1] „Pietrogradskaja Prawda” – gazeta codzienna; zaczęła ukazywać się 2 kwietnia 1918 r. jako organ Komitetu Centralnego i Komitetu Piotrogrodzkiego RKP(b). W styczniu 1924 r. nazwa gazety została zmieniona na „Leningradskaja Prawda” i pod tą samą nazwą ukazuje się do dziś. – Red.
 
[2] Patrz: „O związkach zawodowych, o chwili bieżącej i o błędach tow. Trockiego” (w: Włodzimierz Lenin, „Dzieła wszystkie”, Warszawa 1988, s. 193). – Red.
 
[3] Tamże, ss. 193-194.– Red
 
[4] Rozporządzenie W. Zofa z 3 maja 1920 r. zostało opublikowane w tym samym roku w piśmie „Biulletień Mariinskogo Obłastnogo Uprawlenija Wodnogo Transporta” nr 5. Głosiło ono: „Tak więc w działalności transportu wodnego następuje zdecydowany przełom. Koniec z chałupnictwem, komitetowością, bezplanowością i bezrządem, sprawa transportu wodnego staje się sprawą państwową. Na czele staną komisarze polityczni z odpowiednimi pełnomocnictwami. Władza komitetów, związków zawodowych i obieralnych delegatów, jeśli chodzi o ingerowanie w sprawy techniczne i administracyjne, ulega anulowaniu”. Rozporządzenie to było przykładem bezdusznego administrowania i biurokratyzmu, uporczywie stosowanych przez trockistowskie kierownictwo Komitetu Centralnego Zjednoczonego Związku Zawodowego Pracowników Transportu Kolejowego i Wodnego (Cektranu), oraz dobitnym świadectwem niezrozumienia roli związków zawodowych w odbudowie transportu. Związki zawodowe przyrównywano do komitetów armijnych, które były już przeżytkiem, określano mianem „komitetowości” i w trybie rozporządzenia odsuwano od organizowania pracy w transporcie wodnym. – Red.
 
[5] „O związkach zawodowych, o chwili bieżącej i o błędach tow. Trockiego”, wyd. cyt., ss. 214-216. – Red.
 
[6] Tamże, s. 206. – Red.
 
[7] Przy tej okazji należałoby wyrazić życzenie, po pierwsze, aby w ukazującym się aktualnie wydaniu dzieł Plechanowa wyodrębniono wszystkie artykuły z zakresu filozofii w oddzielny tom lub oddzielne tomy z jak najbardziej szczegółowym skorowidzem itp. Powinno to bowiem wejść do serii obowiązkowych podręczników komunizmu. Po drugie, państwo robotnicze powinno, moim zdaniem, wymagać od profesorów filozofii, aby znali plechanowowski wykład filozofii marksistowskiej i umieli przekazać tę wiedzę uczącym się. Ale to wszystko jest już dygresją od „propagandy” w stronę „administrowania”.
 
[8] Nawiasem mówiąc, Trocki i tu popełnia błąd. Sądzi on, że związek produkcyjny jest to związek mający za zadanie podporządkować sobie produkcję. Jest to niesłuszne. Związek produkcyjny jest to związek organizujący robotników według gałęzi produkcji, co jest nieuniknione przy obecnym (zarówno w Rosji, jak i na całym świecie) poziomie techniki i kultury.

ZałącznikWielkość
Lenin Ilicz Włodzimierz - Raz jeszcze o związkach zawodowych, o chwili bieżącej oraz o błędach towarzyszy Trockiego i Bucharina.PDF599.19 KB

Społeczność

Amerykańska gospodarka 2008