Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 9 gości.

Oskar Lange: Bez samorządu robotniczego nie ma socjalizmu (1961)

Oskar Lange

 
Oskar Lange (1904-1965) był jednym z najwybitniejszych polskich ekonomistów i teoretyków socjalizmu w XX wieku. Po raz pierwszy jego nazwisko zyskało światową sławę w latach 30., gdy polemizując z ekonomistami „szkoły austriackiej” dowiódł teoretycznie, że racjonalna alokacja czynników produkcji jest możliwa bez prywatnej własności środków produkcji.

W drugiej połowie lat 50. Lange był gorącym zwolennikiem samorządu robotniczego, upatrując w nim skutecznej ochrony przed zjawiskami typowymi dla stalinizmu. W tym okresie na fali „odwilży październikowej” tworzono w zakładach pracy Rady Robotnicze, które miały umożliwić robotnikom współudział w zarządzaniu własnością społeczną, a w myśl propozycji Langego miały uczestniczyć w demokratycznym planowaniu gospodarczym. Niestety na początku lat 60. biurokracja partyjno-państwowa zaczęła sabotować działanie Rad, aż ostatecznie straciły one jakikolwiek rzeczywisty wpływ na funkcjonowanie przedsiębiorstw.

Poniżej publikujemy fragment wypowiedzi Langego podczas dyskusji zorganizowanej przez czasopismo „Samorząd Robotniczy”, w której ekonomista daje wyraz swoim obawom nt. sytuacji społeczno-ekonomicznej i zapowiada odwrócenie się proletariatu od ustroju.
 
Oryginalnie opublikowno pt. "Robotnicy w samorządzie" w: Oskar Lange „Wybór pism”, PWN 1990, t. 1, str. 480-488
 
Redakcja WR

__________________________________________________________________________________

 
 (…) Co do poruszanej tu sprawy stosunków między samorządem a dyrekcją, zbyt mało wiem, jak to wygląda w rzeczywistości. Mówi się o zjawisku podporządkowania samorządu dyrekcji. Mam podstawowe pytanie: skąd się to podporządkowanie bierze? Jaki jest jego mechanizm? Czy dzieje się to poza organizacją partyjną? Czy działa prestiż dyrekcji? […]
 
Mam wrażenie, że w pierwszym okresie niski udział robotników w Radach Robotniczych był wynikiem tego, że sami robotnicy chcieli być reprezentowani przez ludzi bardziej wymownych. Chodziło im o efektywność tej reprezentacji. Teraz zaś jest to raczej „spychanie”.
 
W czasie kampanii wyborczej w Warszawie odniosłem wrażenie (a zostało ono potwierdzone przynajmniej w dwóch miejscach, co do których zasięgałem informacji od innych posłów: w województwie katowickim i w Wałbrzychu), że wśród robotników istnieje wyraźnie poczucie, że w hierarchii społecznej Polski Ludowej zajmują nie najwyższe miejsce. Nie jest to sprawa płacowa. To sprawa statusu socjalnego. Na zebraniach wyborczych rysowała się ona dość ciekawie. Przez pierwsze dziesięć dni na zebraniach przemawiali dyrektorzy, personel inżynieryjny. Przemawiali bardzo ciekawie; ich uwagi, pretensje, wątpliwości były słuszne. Tam właśnie wychodziły wszystkie te historie z odgórnymi zarządzeniami i wzrastającą centralizacją; także sprawa bodźców wychodziła dość wyraźnie – wszystko to, co w jakiś sposób przeszkadza w sprawności przedsiębiorstwa.
 
Przez dziesięć dni robotnicy milczeli. Tamci siadali w pierwszych ławkach, ci dalej w tyle, i nikt nie zabierał głosu spośród robotników, natomiast bardzo aktywny był personel dyrektorski i inżynieryjny plus aktyw partyjny i może aktyw związków zawodowych. Ich wypowiedzi były zresztą bardzo rzeczowe, konstruktywne. Jednomyślna była postawa (nie widzieliśmy żadnych wyjątków), że proces „recentralizacji” zarządzania posunął się za daleko.
 
I nagle coś się stało, robotników „ruszyło”. Skąd się to wzięło, tego nie wiem, ale zaczęli zabierać głos. Odtąd żadne zebranie nie trwało krócej niż cztery i pół godziny. Zaczął się przy tym ujawniać wyraźny nastrój – może za mocno to określam – antyinteligencki. Zaczęło się od powszechnego poruszania sprawy uprzywilejowania pracowników umysłowych w urlopach i zasiłkach chorobowych. Przy dalszych pytaniach okazało się jednak, że chodzi o coś głębszego. Zaczynano mówić w ogóle o pozycji pracowników umysłowych w porównaniu z robotnikami. Pytaliśmy: Czy rzeczywiście chcielibyście się zamienić np. z sekretarką, która zarabia tylko tyle a tyle? – Ale ma inne przywileje! – I dość szybko można było dojść do wniosku, że nie chodzi o zarobki, ale o status socjalny, o to, że to „tamci właściwie rządzą, a my jesteśmy szarą masą”.
 
Słyszeliśmy np. przemówienie robotnika z zakładów budowlanych MDM, który mówił: „pracownicy umysłowi siedzą w gabinetach, mają dywany, pracują wygodnie, a nasz robotnik stoi na rusztowaniu, wiatr nim pomiata w prawo, w lewo, a jak spadnie – to się zabije. Tamten jest pan, a ja – zwykły robotnik”. Mówiono też: „tamci” dostają lepsze mieszkania. Może nawet nie lepsze, ale mają „chody”, żeby je dostać. „Jeszcze my nie skończyliśmy budowy, a już żony tamtych panów chodzą, oglądają. Już mają swoje mieszkanie, ale chcą zamienić na jeszcze lepsze”.
 
Padło też pytanie: - „Czy możecie pokazać na przykład syna generała, który źle się uczył w szkole i wobec tego zostaje potem robotnikiem fizycznym? Nie, bo przepychają go z klasy do klasy, choćby nawet był osioł, jeszcze na uniwersytet go posyłają, uruchamiają korepetytorów, wykorzystują protekcje, bo przecież jemu nie wypada zostać robotnikiem”. – Odpowiedziałem, że takiego przykładu akurat nie dam, ale dam liczne przykłady robotników, którzy w Polsce zostali generałami. Oni jednak na to, że nie o to tu chodzi, ale o zjawiska odwrotne.
 
Odniosłem wrażenie istnienia jakiegoś głęboko nurtującego niezadowolenia ze statusu społecznego. Bo zdaniem robotników ten pracownik umysłowy, który zresztą mniej zarabia od wykwalifikowanego robotnika, uważa, że należy do warstwy nadającej ton społeczeństwu, do „panów”; tamci zaś to zwykli „robociarze”. Potwierdza się to na Śląsku, w Wałbrzychu. W Wałbrzychu dość masowo skreślano niegórników. Na jednym z zebrań o przewodniczącym Rady Narodowej, który jest górnikiem, powiedziano: „on już do nas nie należy, on się zdeklasował”. I oczywiście zawsze mówiło się: „Gdzie tu jest socjalizm?”.
 
Zetknąłem się z taką sprawą. Mieszkająca w Polsce obywatelka radziecka wyjeżdża do rodziny, bo – jak mówi – w rodzinie jest tragedia: córka brata chce wyjść za mąż za człowieka bez żadnego wyższego wykształcenia. Te i podobne zjawiska i u nas, i w Związku Radzieckim występowały na dużą skalę. Działają różne czynniki, nie wszystkie o charakterze antydemokratycznym. Wchodzą w grę problemy awansu umysłowego. Sam widziałem szereg takich konkretnych przykładów: małżeństwa ludzi, w których mężczyźni zaczynali jako robotnicy, ale zdobyli wykształcenie, zostali dyrektorami, rośli w hierarchii społecznej i w poziomie kultury. Tymczasem kobieta pozostała nadal prymitywną „babuszką”. W rezultacie małżeństwo się rozpadło. Takie bywają wyniki szybkich awansów. Zjawisko to niekoniecznie musi być antydemokratyczne, ale może nim być. Wyrabia się snobizm.
 
Jak to wszystko łączy się ze sprawą samorządu robotniczego? Chodzi mi tu o ów problem społecznego samopoczucia klasy robotniczej. Nie wiem, czy jest ono w tej chwili badane i czy nie wymagałoby szerszego przeanalizowania. Jaki jest jego zasięg, w jakich częściach klasy robotniczej, jakie działają przyczyny? Intuicyjnie wiemy dość dużo, ale dokładniejsze badania mogłyby rzecz sprecyzować.
 
Osobiście mam wrażenie, że w związku z tym zagadnieniem właśnie wcześniej czy później stanie przed nami kwestia ożywienia samorządu robotniczego jako ważna potrzeba społeczna. I od sprostania tej potrzebie nie będzie się można wymigać. Bo zaistnieje groźba takiej sytuacji, że nasz ustrój ma za sobą wszystkie klasy i warstwy społeczeństwa – oprócz klasy robotniczej. A jeżeli sprawę zanalizować bliżej, to pewne elementy takiej sytuacji już teraz występują. Całą techniczną inteligencję mamy dziś szczerze za sobą. Ona buduje przemysł, jest w to wewnętrznie zaangażowana, bo wie, ze na innych niż socjalistyczne podstawach tego wszystkiego nigdy by się u nas nie zrobiło. I jest to siła prężna, może najbardziej dynamiczna baza społeczna socjalizmu w tej chwili – uwzględniając oczywiście wszelkie związane z tym zjawiska biurokratyczno-technokratyczne. Oni „wyżywają się”, oni właśnie mają możliwość awansu (tak jak w kapitalizmie możliwość te mają przedsiębiorstwa zaczynające od małego, ale wyrastające na wielkie potęgi); przy tym chodzi nie tylko o awans dochodowy, ale o awans w pozycji społecznej.
 
Polityczna sytuacja dobra jest dziś także wśród chłopstwa; nie tylko dlatego, że się ich nie kolektywizuje. Sprawa jest głębsza. Chłopi oceniają bardzo pozytywnie industrializację, a przede wszystkim – awans społeczny dzieci. Kiedy się przyjeżdża na wieś, okazuje się na przykład, że jeden syn gospodarza jest w marynarce i pisze listy z Argentyny, drugi jest inżynierem czy lekarzem. To chłopom daje wiele satysfakcji.
 
Ale najsłabiej ocenia to klasa robotnicza. Są w tym pewne elementy ekonomiczne, ale nie tylko i nie głównie. Problem stosunku do pracownika umysłowego inaczej wygląda u robotnika niż u chłopa. Może chłop ma mniejsze ambicje. Chłopów dość zadowoliła ta demokratyzacja zarządzania gospodarką, która rzeczywiście jest. Weźcie jako przykład kampanię wyborczą w radach gromadzkich. Jeszcze przed wyborami ogromną liczbę proponowanych kandydatów trzeba było skreślić z list, bo chłopi powiedzieli, że im się nie podobają. A czy kogokolwiek usunięto z list dlatego, bo robotnicy powiedzieli, że im się nie podoba? Znam pewne wypadki, kiedy proponowani przez partię kandydaci na posłów przepadli na tajnych konferencjach partyjnych; ale to przypadki marginesowe. A kandydatów do rad gromadzkich zmieniano masowo – a potem chłopi sobie dalej kreślili, natomiast kartki z kandydatami do Sejmu wrzucali czyste, bez skreśleń. Bo to ich w gruncie rzeczy nie interesowało. Interesowały ich: powiat, województwo, a w szczególności gromada. I jeśli te ostanie listy nie zostały oczyszczone na wstępnych zebraniach wyborczych, to skreślali. I na wsi odczuwa się pewne usatysfakcjonowanie.
 
Natomiast u robotników jest inaczej. I niewątpliwie rozwiązaniem tej sytuacji jest przede wszystkim samorząd robotniczy. To bowiem jest jedyne co może dać robotnikowi poczucie udziału we własności społecznej: że to jego własność, a nie zarządzana przez panów za biurkiem w gabinecie z dywanami; że on sam ma jednak coś do powiedzenia. Chłopa demokracja gromadzka usatysfakcjonowała. Oczywiście: i tam powstają „kliki”, „siuchty”; ale to dzieje się między nimi samymi, chłopami, to nie ma charakteru odgórnego.
 
Uważam, że ten element kryzysu społecznego, jaki może narastać w klasie robotniczej, może być rozwiązany tylko przez rozbudowę samorządu robotniczego. Wystąpią tu opory z różnych stron, nawet oddolne, w tej chwili najważniejsze: opory elementu inżynieryjno-techniczno-biurokratycznego; mogą być i częściowo opory ze strony kierownictw organizacji partyjnych, ale będzie to problem, od którego się nie wymigamy, bo będzie on chyba narastał. (Trudno to powiedzieć z całą pewnością, bo inne czynniki mogą grać rolę.) Tu, przy zetknięciu się z pracownikami umysłowymi, z grupą zarządzającą przedsiębiorstwem, powstaje cały problem uwarstwienia społecznego, który na wsi albo nie istnieje, albo jeśli istnieje, to jako sprawa wewnątrzchłopska, że jeden chłop jest bogatszy niż drugi. A okres „walki z kułakami” udowodnił solidarność grupy chłopskiej jako całości w obliczu zewnętrznej ingerencji.
 
Problem będzie narastał. Dlatego dziś do badań nad samorządem robotniczym i nad szerszymi sprawami społecznego samopoczucia klasy robotniczej (na pewno istnieją różnice uwarstwienia w różnych zakładach i w różnych częściach kraju) przywiązywałbym dużą wagę. Nie wiem, czyje to zadanie: może socjologów, a może coś mógłby zrobić Instytut Gospodarstwa Społecznego. […]
 
Powracając do samopoczucia społecznego klasy robotniczej, sprawa ta urośnie do dużego problemu: realizacji społecznych wartości socjalizmu. Społecznych w odróżnieniu od osiągnięć ekonomicznych, produkcyjnych. Sprawa może nie stanowi dużego problemu z punktu widzenia samego rządzenia. Ostatecznie można rządzić i bez aktywnego udziału klasy robotniczej. Oczywiście, skutki społeczne – to, co z tego wychodzi – nie są najlepsze. Ale z techniczno-praktycznego punktu widzenia – że gospodarka funkcjonuje, że produkcja rośnie, że dba się o zaopatrzenie rynku – można w zasadzie rządzić i tak. Z drugiej jednak strony wszystkie te zagadnienia rzutują na wydajność pracy i te powiązania się już ujawniają. Przede wszystkim jednak nie jest obojętne, jaka jest baza społeczna tego wszystkiego. Przypuszczam, że w miarę wzrostu dobrobytu te elementy społeczne staną się ważniejsze od tego nawet, czy jest mięso i jaka jest płaca realna. W miarę wzrostu, kiedy potrzeby ekonomiczne będą lepiej zaspokajane, uwypuklą się problemy statusu społecznego. Na niskim poziomie nie ma co o nich myśleć: każdy robotnik ma pilniejsze kłopoty z wyżywieniem, utrzymaniem itp. Na tle pewnego jednak dobrobytu chodzi mu nie tyle o to, co ma jeść, ale jaki jest jego status.
 
Sygnalizowano mi inną rzecz, której zresztą nie sprawdzałem bliżej. Chodzi o stosunek robotników do inteligencji, stosunek do tych inżynierów, którzy wyszli z klasy robotniczej, poszli na politechnikę, skończyli ją. Jest to stosunek dość dwuznaczny. Z jednej strony, można przypuszczać, że tak jak to jest u chłopów, robotnik jest zadowolony: jego dziecko wypłynęło, wybiło się, osiągnęło awans społeczny. Ale są pewne sygnały, że wśród robotników w stosunku do tych synów-inżynierów są jakieś mieszane uczucia: on się wyobcował ze środowiska, już „nie jest nasz”. Trzeba by mieć tu jednak szersze badania socjologiczne, bo trudno generalizować na bazie jednego czy kilku przypadków.
 
W 1956 r., zwłaszcza w dniach październikowych, zaznaczyła się duża społeczno-polityczna współpraca, głównie studentów z klasą robotniczą. Przypisywałem to w znacznej mierze temu, że pokaźna część młodzieży akademickiej sama jest pochodzenia robotniczego i to ułatwia znalezienie wspólnego języka. W tamtym okresie pewne grupy starały się szerzyć nastroje antyinteligenckie i to się im nie udało.
 
Kiedy podnosiły się głosy robotników w kwestii urlopów, w aparacie partyjnym mówiono, że to nie autentyczne, że to „robota natolińska”. Teraz widzimy, że zjawisko to jest głębsze. Nie można tego tłumaczyć robotą frakcyjną, zresztą to są określenia już nieaktualne, tak samo jak „natolińska” antyinteligenckość. Teraz nastroje antyinteligenckie mają już inną bazę społeczną, to jest już inny okres.
 
Te zjawiska trzeba wydobyć na jaw i postawić jako problem do przemyślenia. Nie da się tego załatwić szybko, nic nie może być robione „po łebkach”. […]
 
 
Jest i wiele innych czynników. Ale odpowiedź jest jedna: aktywizacja samorządu robotniczego.

Społeczność

USRR