Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 8 gości.

Filip Ilkowski: NIE dla militaryzacji – Żadnych baz NATO w Polsce – Pieniądze na potrzeby socjalne, nie na cele wojenne

Polski biedaimperializm w akcji - Komorowski przed paradą wojskową 15 sierpnia 2014


1200 żołnierzy i 120 pojazdów w największej od lat sierpniowej paradzie wojskowej. Na czele sam Bronisław Komorowski, niczym jowialny Ojciec Narodu, w towarzystwie najwyższych notabli cywilnych i wojskowych, świeckich i duchownych.

Gdy w 2007 roku ówczesny prezydent Lech Kaczyński wskrzesił znaną z PRL i II RP tradycję parad wojskowych, zarówno partie opozycyjne, jak i niemała część mediów słusznie kpiły z karykaturalnej pompatyczności całego wydarzenia i pytały o jego koszty. Teraz kpin i pytań nie było. Dziennikarze w telewizyjnych relacjach pękali z dumy nie mniej od wyprężonych postaci w loży honorowej.
 
 
Oczywiście, nieprzypadkowo szumna parada miała miejsce właśnie w tym roku. “Chcesz pokoju, gotuj się do wojny” – pouczał z mównicy Komorowski. Choć prezydent podkreślał chęć pokojowych stosunków “ze wszystkimi sąsiadami”, nie zmieniało to ochoczego wpisania się w rodzaj ograniczonej zimnej wojny z Rosją, której zapalnikiem stała się rzeczywista wojna na wschodzie Ukrainy i mocarstwowa gra z tym związana.
 
 
To wszystko mimo faktu, że sytuację Polski trudno w jakikolwiek sposób porównać do sytuacji Ukrainy – z jej liczną mniejszością rosyjską, znaczną częścią ludności nastawioną antyzachodnio, powszechną dwujęzycznością i antyrosyjskimi nacjonalistami we władzach – sytuacji pozwalającej Rosji na różne formy interwencji politycznej i militarnej. Dramatyczne wydarzenia na Ukrainie wykorzystano jednak do “zbudowania konsensusu” wokół militaryzacji Polski i odbudowy poparcia dla Sojuszu Północnoatlantyckiego nadwerężonego po amerykańskich wojnach ostatnich kilkunastu lat.
 
 
Przemawiając na paradzie Komorowski po raz kolejny wspomniał więc o zwiększeniu wydatków na zbrojenia do 2% PKB. Wiąże się to ze wzrostem i tak już ogromnych sum planowanych na “restrukturyzację” uzbrojenia. To chyba jedyny przykład, gdy słowo “restrukturyzacja” nie oznacza cięć i redukcji, ale ogromny zastrzyk finansowy. Program “wieloletniej restrukturyzacji technicznej sił zbrojnych RP” opracowano już we wrześniu, a przyjęto przez rząd w grudniu 2013 roku – bez zbytniego afiszowania się z planowanymi wydatkami.
 
 
Konflikt na Ukrainie dodał rządzącym w Polsce pewności siebie w wieszczeniu radosnej nowiny przeznaczenia na zbrojenia 130 mld zł w ciągu ośmiu lat. Teraz, po planowym zwiększeniu wydatków, ma to być już blisko 140 mld. To wszystko – znów – przy poparciu sejmowych partii opozycyjnych (które, jak PiS, co najwyżej “krytykują” rząd, że… wciąż wydaje na ten cel zbyt mało), jak i braku jakiejkolwiek krytyki w oficjalnych mediach.
 
 
Według własnych kalkulacji Polska dotychczas przeznaczała ok. 1,95% Produktu Krajowego Brutto na wydatki wojskowe. Za każdym razem, gdy mieliśmy do czynienia ze wzrostem gospodarczym, automatycznie rosły więc nakłady na wojsko. Jak dotychczas, według własnych wyliczeń, tylko pięć państw spośród 28 członków Sojuszu Północnoatlantyckiego wydaje więcej jako procent PKB: USA, Brytania, Grecja, Turcja i Estonia.
 
 
Według danych natowskich z 2013 roku (i nieco odmiennego sposobu liczenia) wydatki wojskowe Polski wynoszą 1,8% PKB, ale wciąż tylko pięć państw NATO ma wyższy udział: wraz z Turcją, znajduje się za szóstym miejscu (Polskę minimalnie wyprzedza Francja). Dla porównania, inne państwa natowskie Europy Wschodniej wydają wedle tych wyliczeń zwykle znacznie mniejszą część własnego dochodu narodowego. Czechy – 1,1%, Węgry – 0,9%, Litwa – 0,8% PKB.
 
 
Często słyszymy, że Polska przeznacza na wojsko zbyt mało w porównaniu do zbrojącej się Rosji. To prawda, że putinowska Rosja o mocarstwowych ambicjach wydaje wyraźnie więcej nie tylko w liczbach absolutnych, ale także jako procent PKB (4,1% w 2014 roku). Jednak nawet Białoruś Łukaszenki, mimo wzrostu wydatków na zbrojenia w ostatnich latach, przeznacza na ten cel wyraźnie mniej – 1,3% PKB.
 
Dodajmy przy tym, że rosnące wydatki wojskowe Rosji – choć nieporównywalne z polskimi – wciąż stanowią zaledwie kilkanaście procent wydatków Stanów Zjednoczonych, nie mówiąc już o całości NATO. Komorowski bez wątpienia wyrażał własne imperialne marzenia mówiąc, że “jesteśmy odpowiedzialni za siłę Sojuszu Północnoatlantyckiego”, gdyż nawet dozbrojona Polska pozostanie militarnie w tyle za najpotężniejszymi imperializmami – zarówno wewnątrz, jak i poza Sojuszem. Stąd też obok rozległych planów własnej militaryzacji niezmiennie pojawiają się próby ściągnięcia jak największej ilości żołnierzy i sprzętu natowskiego na polską ziemię.
 
 
Nasz waleczny prezydent zapowiedział więc, że “Polska będzie dalej domagać się wzmocnienia wschodniej flanki NATO przez obecność żołnierzy z innych krajów i wysunięte bazy sprzętu”. Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisław Koziej wyraził w tym kontekście nadzieję (w wywiadzie dla radiowej Jedynki), że podczas wrześniowego szczytu NATO “duża część, czy nawet większość naszych postulatów zostanie uwzględniona, a następnie stopniowo realizowana”.
 
 
Chęć odgrywania roli wiodącej w regionie Europy Wschodniej, co jest jednym z głównych celów strategicznych ambitnego polskiego miniimperializmu, wciąż ma więc głównie charakter żebraczy, oparty o siłę sojuszników w NATO (głównie USA). Potężne w skali polskiej plany militaryzacji obliczone są głównie na osiągnięcie innego celu powiązanego z tym pierwszym – zwiększenia wiarygodności i tym samym siły przebicia polskich rządzących w ramach struktur międzynarodowych (nie tylko Sojuszu Północnoatlantyckiego, ale i Unii Europejskiej).
 
 
Pomijanie Polski w ostatnich dyskusjach o “rozwiązaniu problemu ukraińskiego” było w tym kontekście smutną wiadomością dla “naszych” władz, gdyż pokazywało, że pomimo wysiłków pozostają graczem drugorzędnym nawet w rozgrywkach w najbliższym otoczeniu.
 
 
To wszystko nie zmienia faktu, że Polska przeznacza na zbrojenia relatywnie dużo, a chce przeznaczać jeszcze więcej. Ten pęd ku militaryzacji jaskrawo kontrastuje z innymi wydatkami, w których Polska nie foruje się już tak ochoczo naprzód na tle innych państw.
 
Dla przykładu na ochronę zdrowia (według danych OECD) przeznacza 6,9% PKB – wyraźnie mniej nie tylko od średniej 34 państw OECD (wynoszącej 9,3%), ale także od innych państw
regionu (Węgry i Słowacja – 7,9%, Czechy – 7,5%). Przy tym około 25% bieżących wydatków na ochronę zdrowia w Polsce stanowią ubezpieczenia i inne opłaty w systemie prywatnym. Dodajmy, że generalnie wydatki na świadczenia społeczne są w Polsce wyraźnie poniżej średniej w Unii Europejskiej (19,1% wobec 29,1%, według danych Eurostatu z 2011 roku).
 
 
Można złośliwie zauważyć, że władze polskie oferują pomniejszoną skalę drogi rozwoju imperializmu rosyjskiego – połączenie narastających zbrojeń i socjalnej degradacji. Oczywiście widoczne są też różnice dotyczące nie tylko skali, ale i zależności od “większych braci”.
 
Niemniej jednak równie oczywiste jest, że ambicje polskich panujących realizowane mogą być tylko kosztem interesów niezamożnej większości społeczeństwa.
 
Filip Ilkowski

Tekst ukazał się we wrześniowym numerze miesięcznika "Pracownicza Demokracja"

Społeczność

Niech żyje rewolucjca socjalisyczna