Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 27 gości.

Piotr Ikonowicz: Lewica - socjalizm albo kapitulacja

Piotr Ikonowicz

Trzeba zaproponować rozwiązania systemowe stanowiące logiczną, spójną alternatywę dla obecnego chaosu.

Zaczęło się od zrównania komunizmu z faszyzmem. Okazało się, że ideologie oparte na równości i na nienawiści rasowej są równie zbrodnicze. I nikt nie zadał sobie trudu porównania myśli Saint-Simona, Owena, Marksa z pismami Giovanniego Gentile, Georges’a Sorela czy Nietschego. „Kapitału” z „Mein Kampf”. Wystarczyło stwierdzenie, że w imieniu jednej i drugiej ideologii popełniano zbrodnie przeciwko ludzkości. Zupełnie tak jak gdyby w imię Boga Wszechmogącego, demokracji, praw człowieka, amerykańskiego stylu życia, nie mordowano, nie zrzucano napalmu. Nie torturowano i nie eksterminowano milionów pogan, muzułmanów, innowierców, kacerzy, czy po prostu biedaków, którzy znaleźli się na linii ognia naszych dzielnych wojsk.
 
Nikt jednak nie upomniał się o komunizm. Lewicowcy, anarchiści, socjaliści i socjaldemokraci uznali, że komunistyczną utopię można poświęcić po to żeby spokojnie zająć się przekształcaniem globalnego kapitalizmu w duchu socjaldemokratycznego państwa dobrobytu. Zwłaszcza, że jednym ruchem delegalizowano największego wroga demokracji – faszyzm.
 
Lewica w Polsce i nie tylko uznała, że warto zrezygnować z otwartego dążenia do socjalizmu, ustroju opartego na zasadzie sprawiedliwości społecznej, równości, współpracy, na rzecz polityki reformowania kapitalizmu. Działacze odwołujący się do lewicy pogodzili się z upowszechnianym coraz bardziej przekonaniem, ze dążenie do socjalizmu to też rodzaj totalitaryzmu. Uwierzyli też, że kapitalizm jest reformowalny i że w ramach tego systemu można równie dobrze realizować lewicowe wartości.
 
Odrzucenie czerwonego sztandaru i socjalistycznego, komunistycznego ideału ustrojowego, oznaczało ideową kapitulację lewicy, która przeszła do obozu prokapitalistycznego. Im bardziej kapitalizm okazuje się niereformowalny, im większe rozwarstwienie, władza kapitału nad pracą, przewaga siły pieniądza nad siłą kartki wyborczej - tym bardziej skuteczny sprzeciw wobec tego systemu wymaga zaprezentowania ustrojowej, ideologicznej alternatywy. 
 
Liberalizm prawa zastąpił wolnościami, a same prawa zaczął zwalczać jako przywileje. W ten sposób owoce ponad stuletniej walki ruchu robotniczego w języku debaty publicznej stały się nienależnymi przywilejami odziedziczonymi po erze totalitarnej. Reliktem totalitaryzmu stało się wszystko co wspólne, od spółdzielczości, przez ogródki działkowe, po państwowe zakłady. Przejawem wolności zaś własność prywatna. Wynikający z niej ucisk ekonomiczny to teraz przejaw działania prawa naturalnego opartego na dobrowolnej wymianie rynkowej. Sprzedając siebie na kapitalistycznym rynku niewolników, jesteśmy wolnymi jednostkami podejmującymi suwerenne decyzje, za które my sami ponosimy pełną odpowiedzialność. Niewolnictwo wraca w miarę, jak praca staje się towarem podlegającym prawom podaży i popytu, jak każdy inny towar. Niska płaca jest prezentowana jako dobrodziejstwo, bo można jeszcze nie dostać żadnej pracy i nic nie zarobić.
 
 
Rosnące cierpienie mas powoduje jednak coraz większe niezadowolenie. Jedyną ideologią, po abdykacji ideologii lewicowej, pozostaje więc nacjonalizm, który nic sobie nie robi z totalitarnych konotacji i oskarżeń o neofaszyzm. Atakując frontalnie wartości liberalne, wyrasta on na jedyną siłę polityczną o możnej ideologicznej podstawie, która przeciwstawia się rynkowemu zniewoleniu. Państwo narodowe oparte na tradycyjnych, konserwatywnych wartościach stało się nową Walhallą zbuntowanych proletariuszy, którzy coraz bardziej przechodzą spod czerwonego, osieroconego przez partie lewicowe sztandaru, pod sztandar narodowy o coraz bardziej brunatnym odcieniu.
 
 
Lewica jest przez nich postrzegana, i słusznie, jako część neoliberalnego establishmentu, lekceważącego potrzeby tych, którzy w rynkowym wyścigu szczurów przegrywają.
 
Sto tysięcy uczestników Marszu Niepodległości to wyraźny znak, że sztandarem buntu przeciw systemowi opartemu na prywatyzacji zysków i nacjonalizacji strat. będzie sztandar narodowy. Polscy nacjonaliści nie wykształcili jeszcze wprawdzie jakiegoś inteligentnego projektu politycznego w stylu Marine Le Pen i jej Frontu Narodowego, który wygrał ostatnio we Francji eurowybory. 
 
To nam, socjalistom, lewicy społecznej daje trochę czasu, ale niezbyt wiele. Najważniejsza decyzja do podjęcia polegać musi na opuszczeniu obozu reformatorów kapitalizmu i konstruowaniu lewicowego projektu ustrojowego. Taki projekt z natury rzeczy przelicytuje w swym radykalizmie polityczne projekty narodowców, które nie są w stanie wyzwolić się z okowów mieszczańskiej, właścicielskiej mentalności. Przelicytowanie oferty, polegającej na zastąpieniu obcych wyzyskiwaczy rodzimymi, nie będzie trudne. Zwłaszcza, że ceną za rządy narodu będzie autorytaryzm, drastyczne ograniczenie swobód obywatelskich.
 
Osią lewicowego projektu nowego systemu powinno być odzyskanie kontroli demokratycznie zorganizowanego społeczeństwa nad pieniędzmi i zasobami oraz ich podziałem i inwestowaniem. Kryterium sprawności takiego ustroju będzie nie poziom wzrostu PKB, lecz stopień zaspokojenia potrzeb społeczeństwa. Wiadomo, że przy takim dochodzie narodowym jak nasz, nie musi być głodnych dzieci, bezdomnych, ani wielomiesięcznych kolejek do lekarza. Dobrze zorganizowane państwo, przy odpowiednich rozwiązaniach ustawowych, może te najpilniejsze potrzeby zaspokoić w stosunkowo krótkim czasie.
 
Wystarczy odpowiednio opodatkować sektor przedsiębiorstw. Osiąga on wielkie zyski, które są w minimalnym tylko stopniu opodatkowane. Wymaga to jednak woli politycznej. Chodzi oczywiście o firmy zatrudniające powyżej 50 pracowników. W tym zagraniczne. Ten bowiem segment gospodarki osiąga zyski sięgające 100 miliardów złotych rocznie. Dla porównania - na zasiłki z pomocy społecznej wydajemy rocznie niewiele ponad 1 miliard zł. Gdyby te zyski opodatkować na poziomie zbliżonym do państw starej Unii, uzyskalibyśmy środki potrzebne nie tylko na przyzwoitą pomoc społeczną, ale i na podniesienie poziomu służby zdrowia i budowę mieszkań czynszowych pod wynajem.
 
Opór wobec podnoszenia podatków i zwiększania sfery publicznej wiąże się ze stosunkiem do socjalizmu. Jest on przez prostych ludzi postrzegany jako zamach na wszelką własność prywatną. Takie postrzeganie stało się możliwe, gdyż na scenie politycznej nie ma żadnego silnego podmiotu, który by się do socjalizmu przyznawał. Największe nawet głupstwa wypowiadane na ten temat pozostają więc bez żadnej sensownej silnej odpowiedzi. Socjalizm jako demokratyczna kontrola społeczeństwa nad gospodarką nie jest obecny w debacie publicznej.
 
Dodatkowo sprawę komplikuje celowe pomieszanie małych firm rodzinnych z wielkim kapitałem. W sytuacji kiedy 96 procent firm prywatnych zatrudnia do 9 pracowników, każda propozycja sięgnięcia po zyski korporacji międzynarodowych napotyka na opór ze strony tych, którzy już dziś podlegają nadmiernemu opodatkowaniu, drobnych przedsiębiorców, którzy gospodarują na granicy opłacalności, a jednocześnie zatrudniają bardzo znaczącą część siły roboczej w kraju.
 
Tak oto możni i bogaci, którzy małych i biednych wypierają z rynku, potrafią się jeszcze nimi zasłaniać w obronie prawa do niepłacenia uczciwych podatków w kraju, w którym realizują ogromne zyski. Powstaje sztuczna solidarność w ramach fikcji „wszyscy jesteśmy biznesmenami”. Biznesmeni „koledzy Kulczyka” prowadzący w osiedlach mieszkaniowych budki warzywne nie osiągają często nawet płacy minimalnej. Paradoks ten potęguje tradycyjną niechęć ludzi lewicy społecznej do „prywaciarzy” , którzy wprawdzie oferują wiele miejsc pracy, ale bardzo lichych. W kraju, w którym praktycznie nie można się utrzymywać z zasiłków pomocy społecznej, łatwo ludzi przestraszyć, dowodząc, że każde podniesienie podatków pozbawi ich nawet mizernych zarobków, jakie osiągają w mikrofirmach. 
 
Dlatego w dążeniu do nałożenia daniny publicznej na zyski tam gdzie one są, należy dążyć do przeciągnięcia na stronę lewicy właścicieli i pracowników sektora drobnotowarowego. Duża część tych przedsiębiorstw powstała jako obrona przed bezrobociem i bez wsparcia władzy publicznej nie ma szans na przetrwanie we wrogim otoczeniu wielkich korporacji.
 
Jakkolwiek egzotycznie by to nie brzmiało, projekt socjalistyczny powinien zapewnić sobie wsparcie podupadającej klasy średniej, która z trudem próbuje przetrwać na zglobalizowanym rynku.
 
Modne są ostatnio takie pojęcia jak „prekariat”, „salariat” czy klasa średnia. Wszyscy oni jednak w relacji z wielkim kapitałem korporacyjnym są aktualnym lub potencjalnym proletariatem, tylko większość z nich o tym nie wie. 
 
 
Na rynku nie mają ze swoim przeciwnikiem żadnych szans. Mogą go jednak przegłosować jako obywatele. W tym
celu musi tylko i aż powstać socjalistyczny projekt polityczny, który wspólnie we własnym dobrze pojętym interesie poprą.
 
Wiem, że słowa te spotkają się z zarzutem braku realizmu. Wiadomo, że lewicowy projekt napotka na barierę „fałszywej świadomości”. Żeby ją przełamać trzeba jednak zaproponować rozwiązania systemowe stanowiące logiczną, spójną alternatywę dla obecnego chaosu, w którym większość obywateli nie ma żadnych szans na życiowy sukces.
 
Tekst ukazał się pod linkiem http://strajk.eu/index.php?article=371

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

jednolity front