Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 32 gości.

Dariusz Strawczynski: Krytyka polityki zagranicznej II RP, czyli „Co można było zrobić lepiej?”

Beck i Hitler

 
Krytyka polityki zagranicznej II RP, czyli „Co można było zrobić lepiej?”
 
1 września 1939 roku o godzinie okręt Schleswig-Holstein otworzył ogień do polskiej placówki wojskowej na Westerplatte w Gdańsku. Zaczynała się II wojna światowa, największy konflikt zbrojny w dziejach, wojna na której Polska miała stracić najwięcej. Nasz kraj poniósł największe straty biologiczne i materialne wśród państw Europy- przeszło 4mln obwateli Polski zginęło w latach 1939-45, straciliśmy ok. 38 proc. stanu majątku narodowego- równowartość 16,9 mld dolarów, niemal 2 razy więcej niż w drugiej pod tym względem Jugosławii. Znacznemu uszkodzeniu lub całkowitemu zniszczeniu uległy polskie fabryki, zakłady przemysłowe, infrastruktura, miasta i wsie.
Słynnymi przykładami terroru niemieckiego okupanta są wsie Lidice w Czechach i Oradour-sur-Glane we Francji. Bez wątpienia doszło tam do wielkich tragedii i trudno znaleźć słowa opisujące ludzi, którzy z zimną krwią mordowali kobiety i dzieci, jednakże mimo całej empatii do ich ofiar należy zapytać: ile takich Lidic, czy Oradour-sur-Glane mieliśmy w Polsce? Nie rozwodząc się nawet nad liczbą zniszczonych wiosek i małych miasteczek, co stało się z naszymi największymi miastami? Co się stało z naszą stolicą, Warszawą? Największe miasta Rzeczypospolitej runęły w gruzach, a nasza stolica została zrównana z powierzchnią ziemi. Razem z dwustoma tysiącami mieszkańców. Mimo to, suche statystyki nie oddają całej niewiarygodnej tragedii, która spotkała nasz naród. W obecnych „sytych” (dla niektórych przynajmniej) czasach trudno wyobrazić sobie biedę i niedolę naszych przodków, którym przyszło żyć w tych burzliwych dekadach. Teraz, 70 lat po zakończeniu wojny zwycięstwem wolnej ludzkości nad faszyzmem, można powiedzieć wprost: Polska jako kraj znalazła się w obozie zwycięzców, ale czy naród polski też? Czy cena była warta zwycięstwa? Albo raczej, czy musiało tak być? Oczywiście mogło być gorzej. Gdyby wojnę wygrały państwa Osi, prawdopodobnie nie zastanawialibyśmy się teraz „Co by było gdyby...”. A przynajmniej nie po polsku. Sądzę jednak, że historia pozwala nam zadać pytanie: co można było zrobić inaczej? Czy nasz kraj był skazany na tak okrutny los? Otóż nie.
Można było zrobić więcej, by zapobiec tragedii.
 
Elit II Rzeczypospolitej i prowadzonej przez nie polityki zarówno wewnętrznej jak i zewnętrznej nie sposób oceniać pozytywnie. Okres dwudziestolecia międzywojennego w Polsce można nazwać jednym wielkim kontrastem. Wielkie inwestycje (jak budowa Gdyni) i wystawne życie elit kontrastowały z biedą i analfabetyzmem mas. Podczas gdy relikt przeszłości- arystokracja, balowała, głodujący robotnicy i chłopi zasilali partie i organizacje socjalistyczne i komunistyczne, bezwzględnie tępione przez rząd. Po bandyckim zamachu majowym roku 1926, gdy na demokrację rękę podniósł Józef Piłsudski, sytuacja jeszcze się pogorszyła. Autorytarne rządy sanacji nasiliły propagandę polityczną i cenzurę oraz zaczęły w sposób iście totalitarny zwalczać opozycję- nie za pomocą dialogu i wymiany argumentów, ale za pomocą karabinu i kuli. Niestety nie lepiej działo się w polityce zagranicznej…
 
Politycy obozu sanacji popełniali wiele błędów, lecz tych związanych z prowadzeniem polityki zagranicznej, błędów za które my, Polacy mieliśmy zapłacić najwyższą cenę nie sposób zapomnieć i pozostawić bez zdecydowanej krytyki. Krytyki konstruktywnej i popartej faktami, ponieważ tylko taka niesie za sobą pewien morał i pouczenie. W historii ważne jest wyciąganie wniosków na podstawie obserwacji zdarzeń przeszłych, by nie powtarzać starych błędów w przyszłości. W obecnych niespokojnych czasach jest to szczególnie ważne.
 
Doktryna równowagi zapoczątkowana przez samego Piłsudskiego i służalczo kontynuowana przez ministra Becka zakładała lawirowanie Polski między dwoma mocarstwami: Niemcami i ZSRR. Rzeczpospolita miała utrzymywać możliwie dobre stosunki z dwoma tymi państwami, jednocześnie realizując swoje niezależne interesy szukając zbliżenia z innymi krajami. Początkowo strategia ta zdawała się odnosić sukcesy, co objawiło się w zawarciu umów o nieagresji z ZSRR w 1932 roku i hitlerowskimi Niemcami dwa lata później. Warte odnotowania są tajne rozmowy prowadzone przez marszałka Piłsudskiego i jego otoczenie z rządem Francji na temat możliwej wojny prewencyjnej przeciwko Niemcom po dojściu do władzy nazistów. Pomysł ten został jednak odrzucony przez stronę francuską.
W ciągu następnych lat polska dyplomacja kontynuowała swoją myśl przewodnią, lecz rozkład sił w Europie zmieniał się na naszą niekorzyść. Rosła w siłę III Rzesza Hitlera i Związek Radziecki Stalina, konflikt dwóch przeciwstawnych ideologii wydawał się nieuchronny. Tymczasem potężna Francja, która miała być głównym gwarantem bezpieczeństwa dla państw Europy środkowo-wschodniej i przeciwwagą dla Niemiec, rozpoczęła budowę imponującej linii umocnień na granicy z Rzeszą, nazwanej linią Maginota. Ruch ten pozwalał określić nową francuską doktrynę wojenną- przede wszystkim obrona granic przez żołnierzy skrytych w bezpiecznych bunkrach i fortecach. Mimo tego minister Beck i jego świta chcieli uwierzyć, że w razie potrzeby francuskie dywizje opuszczą betonowe schrony i uwikłają się w otwartą walkę z Niemcami narażając się na olbrzymie straty- i to wszystko po to, by ruszyć z odsieczą zaatakowanemu sojusznikowi na drugim końcu Europy. Jak się później okazało Francuzi nie chcieli umierać za Gdańsk.
Drugie mocarstwo, z którym nasza dyplomacja wiązała wielkie nadzieje, czyli Wielka Brytania działała na arenie międzynarodowej bardzo w swoim stylu: dużo mówienia i mało działania. Należy wspomnieć między innymi „potępienie” agresji Włoch na Abisynię w 1935 roku. Kolejni brytyjscy premierzy aż po Nevilla Chamberlaina starali się zachować status quo w wersalskiej Europie.
Ostatnim państwem, z którym Polska nawiązała bliższe stosunki dyplomatyczne była Rumunia, państwo słabe i rozbite, które łączyła z polskimi politykami niechęć wobec komunizmu. Choć trzeba oddać, że to tam kierowali się polscy uciekinierzy w 1939r.
Tak oto prezentowały się państwa, które według Józefa Becka miały pomóc naszej ojczyźnie w potrzebie.
 
W 1936r. Niemieckie brygady zajęły zdemilitaryzowaną strefę Nadrenii. Hitler jawnie deptał postanowienia traktatu wersalskiego, zaś zachodnie mocarstwa patrzyły na to ze spokojem. Na wschodzie Związek Radziecki realizował wielkie projekty kolektywizacji i industrializacji. Stalin wprowadzał swoje państwo w XX wiek.
Polska po śmierci Józefa Piłsudskiego uparcie trwała przy jego koncepcji polityki zagranicznej. Jeśli nie wcześniej, to w 1938r. kierownictwo rządu sanacji powinno zorientować się, że dalsze trwanie przy doktrynie „równowagi” jest bezcelowe. Na konferencji monachijskiej we wrześniu 1938 roku Wielka Brytania i Francja w haniebny sposób poświęciły swojego sojusznika Czechosłowację, by ratować wersalski ład. Skąd wynikała pewność ministra Becka, że Chamberlain i Daladier postąpią inaczej w przypadku agresji na Polskę?
W tym okresie rząd RP popełnił jeszcze jeden niewybaczalny błąd. Korzystając z zamętu towarzyszącemu konfliktowi czesko-niemieckiemu, 2 października 1938r. przekazano Pradze ultimatum na temat aneksji Zaolzia. Strona czeska zajęta większymi problemami przyjęła je, a oddziały polskie wkroczyły do regionu przykładając tym samym rękę do demontażu Czechosłowacji. Akt ten negatywnie wpłynął na reputację Polski. Kolokwialnie mówiąc, gra nie była warta świeczki.
Mimo wszystko w tym okresie polska sprawa nie była jeszcze przegrana. Nasz kraj miał wciąż dość dobre stosunki z Niemcami, które to wiązały z Polską spore nadzieje oraz ze Związkiem Radzieckim poszukującym sojuszników. Strategiczne położenie naszego kraju sprawiało, że byliśmy pożądanym partnerem i w naszym interesie było jak najlepiej to wykorzystać. Jednak Beck postanowił trwać przy swoim. W styczniu 1939r. ostatecznie odmówił Niemcom przyłączenie się Polski do paktu antykominternowskiego, co doprowadziło do wypowiedzenia przez ten kraj paktu o nieagresji w kwietniu tego roku. Hitler nigdy nam tego nie zapomniał.
Choć ruchy polskiej dyplomacji przypominały manewry słonia w składzie porcelany, wciąż pozostawała jedna opcja, o której jednak polskie elity społeczne i polityczne nie chciały słyszeć. Rosja Radziecka Stalina.
Napisano w tym kraju już wiele prac na temat możliwości sojuszu z Hitlerem, ale ze Stalinem? Prawda, że ta druga opcja była odleglejsza, wszak minister Beck miał sojusz z Rzeszą na wyciągnięcie ręki, lecz dał się nabrać na obiecanki Chamberlaina. Anglicy za nic nie chcieli dopuścić do zbliżenia polsko-niemieckiego, więc zaczęli obiecywać nam gruszki na wierzbie. Niestety Beck uwierzył, że mała i słaba brytyjska armia lądowa ruszy nam z pomocą, bez wsparcia Francji, która nie opuściłaby swojej linii Maginota, o czym już pisaliśmy.
Jednak w tym jednym przypadku możemy ministra Becka rozgrzeszyć; mimo kuszącej perspektywy współpracy z najsilniejszym państwem Europy, należy podać w wątpliwość trwałość takiego sojuszu. Niestabilność ideowa faszyzmu i jego najwyższego kapłana, Adolfa Hitlera sprawiała, że jakiekolwiek układy z nim obarczone były dużym ryzykiem.
Potencjalny sojusz z Rosją Radziecką byłby bez wątpienia trudny do przełknięcia dla części polskiego społeczeństwa ze względu na rozpowszechnione nastroje antykomunistyczne, lecz historia pokazała, że w krytycznych momentach nasz naród potrafi się zjednoczyć.
Ponadto należy pamiętać, że Niemcy nie były pierwszym wyborem Stalina a do zbliżenia nie doszło bynajmniej z sympatii obu państw tylko na skutek opieszałości zachodnich dyplomatów, którzy w przededniu wojny zostali wyprzedzeni przez Ribbentropa. Stalin wiedział, że Związek Radziecki nie jest gotowy do wojny z faszyzmem, ale wiedział też, że czas działa na niekorzyść Hitlera i postanowił to wykorzystać, był to przykład tak zwanej realpolitik, czyli tego rodzaju polityki, którego Polska prawie nigdy nie prowadziła. Czy naprawdę honor i tradycja, te wyświechtane frazesy polityków były ważniejsze niż przejście kraju przez nieunikniony konflikt w możliwie najlepszej kondycji? Jest w naszym kraju zwyczaj zrzucania winy za obecny stan gospodarki na karb „50 lat komunizmu”, gdy rzekomo zachodnie państwa rozwijały się prężnie w ustroju kapitalistycznym. Niestety mało kto pamięta, że żadne z tych państw nie było tak zacofane przed wojną i nie poniosło takich strat jak Polska podczas II wojny światowej.
 
Podsumowując: na pytanie kto był głównym winnym klęski Polski w 1939r. nie powinniśmy krzyczeć: Hitler! Stalin! Tylko raczej: Beck! Śmigły-Rydz! Po dokładnym przeanalizowaniu zdarzeń lat 20. i 30. odpowiedzialnymi okazują się nasi właśni przywódcy. Tak jak w 1795r. Gdy traciliśmy niepodległość, w 1831, gdy przez złe decyzje kolejnych dyktatorów upadał bohaterski zryw narodu, wreszcie i w 1939r. dwadzieścia lat po powrocie naszego kraju na mapy Europy (zupełnie osobną sprawą jest jaka to była Polska)- naród znów musiał zapłacić za głupotę swoich polityków. Niestety obecny stan naszej Ojczyzny pokazuje, że nie potrafimy się uczyć na błędach. Od upadku komunizmu i bandyckich „reform” Balcerowicza Polskę toczy śmiertelna choroba. Im szybciej My, obwatele Rzeczypospolitej zdamy sobie z tego sprawę, tym większą szansę będziemy mieć, aby uchronić nasz kraj przed katastrofą porównywalną do tej, jaka spotkała nas w 1939 roku.

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Dobry kułak