Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 4 gości.

Morderca Piłsudski i krwawy reżim sanacyjny

Jozef_Pilsudski_mial_dwie_2256596.jpg

 Rocznica śmierci tyrana odpowiedzialnego za liczne morderstwa na domagających się godnych warunków życia robotnikach stała się kolejną okazją dla prezentowania jednostronnej, zakłamanej burżuazyjnej wersji historii.

Ostatnio pod hasłem "Dał Polsce wolność, granice, moc i szacunek" przy wsparciu rządu została zorganizowana apologiczna wystawa ku jego czci.
Jak przyznaje jeden z jej organizatorów "Naszą intencją było zwrócenie uwagi na ponadczasowe przesłanie tych myśli męża stanu, jakim był Piłsudski"
 
 
Jakąż to "wolność", "granice", "moc" i "szacunek" dał mieszkańcom II RP Piłsudski?!
 
Wolność - Obóz koncentracyjny i tortury dla przeciwników politycznych w Berezie Kartuskiej 
 
 
Granice - wewnątrz których żyli pozbawieni praw do swojego języka, poddani przymusowej polonizacji Białorusini i Ukraińcy
 
 
Moc - Siłę policyjnej pałki naprzeciw żądaniom ludzi pracy 
 
 
Szacunek - dla gardzenia człowiekiem w imię i interesów elit, nieliczenie się z ludzkim życiem "aby tylko było mniej bolszewików"
 
Dla wszystkich zwolenników mordowania dla zysku, Piłsudski nadal pozostaje wzorem do naśladowania. Dopóki istnieć będzie kapitalizm, zbrodniarz wciąż będzie nazywany "mężem stanu".  
Naszym zadaniem jest odkłamanie chorobliwych mitów na rzecz prawdy historycznej i nazwania rzeczy po imieniu. Motorem postępu jest prawda a nie kłamstwo
 
Redakcja WR 
 
 
Przewrót majowy
 
Po rewolucyjnych wystąpieniach robotników w Krakowie w 1923 r. wydawało się, że następuje uspokojenie sytuacji. W wyniku masowych strajków sytuacja ludzi pracy uległa poprawie, wysiłki nowego rządu Grabskiego dla ustabilizowania gospodarki wydawały się przynosić efekty – stabilizację waluty i spadek drożyzny. U robotników wywoływało to złudzenie, że rząd naprawdę jest w stanie przywrócić „normalne” warunki bytu, dlatego wykazywali gotowość do ustępstw. Okazało się to wstępem do kolejnego ataku kapitalistów na prawa i warunki pracy klasy robotniczej. Po raz kolejny też wspierały ich w tym rząd i policja.
 
 
 
Na równi pochyłej
 
 
Już w lutym 1924 r. górnikom na Śląsku obniżono płace o 10 proc. Gdy nie spotkało się to z oporem – kapitaliści postanowili z kolei wydłużyć czas pracy pod ziemią. Podczas strajku, który w związku z tym rozpoczął się na Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim, doszło do starć z policją. W Czeladzi, pod biurem dyrekcji kopalni „Piaski”, zastrzelonych zostało dwóch górników (według innych źródeł – pięciu). W całym kraju następowały kolejne obniżki płac.
 
Latem pojawiła się recesja i masowe bezrobocie – kapitaliści zaś, podobnie jak dzisiaj, postanowili przerzucić koszty kryzysu na robotników. Właściciele górnośląskich kopalń i hut zażądali przedłużenia dnia roboczego do 10 godzin. Robotnicy ponownie, jak przed rokiem, wybrali Centralny Komitet Akcji, zwany także Komitetem 21, na którego czele znów stanął znany działacz komunistyczny Józef Wieczorek.
 
 
Józef WieczorekJózef Wieczorek17 lipca odbył się – proklamowany przez związki zawodowe – jednodniowy strajk protestacyjny, kontynuowany na wezwanie Komitetu. Policja obsadziła wówczas huty i kopalnie, członkowie Komitetu zostali zaś aresztowani. W strajku powszechnym, który wybuchł na Śląsku 30 lipca, brało udział 112 tys. górników i 34 tys. hutników. Po dwóch tygodniach strajk został jednak złamany, hutnikom narzucono 10-godzinny dzień pracy. Pomimo wielkich strajków w innych branżach – strajkowali m.in. pracownicy przemysłu naftowego i włókniarze – „pracodawcy” wyszli z tego etapu walki na ogół zwycięsko, stosując często zamykanie fabryk dla złamania oporu. W wyniku lokautów pracę straciło 14 tys. robotników, płace na jesieni spadły o kolejne 20 proc. w stosunku do miesięcy letnich.
 
 
Nasilił się terror policyjny. Bicie i tortury stosowano w więzieniach zarówno wobec komunistów, jak i działaczy mniejszości narodowych, a nawet „na wszelki wypadek” wobec zwykłych chłopów białoruskich. W więzieniach dochodziło do morderstw. Zaczęło to wywoływać oburzenie i protesty nawet za granicą.
 
 
Głośna była sprawa Samuela Engela, działacza komunistycznego rozstrzelanego w Łodzi z wyroku sądu doraźnego za zabójstwo prowokatora. Engel miał zaledwie 19 lat – i nie był jedyną ofiarą. Nasyłanie prowokatorów na rosnącą w siłę KPRP stało się w tym czasie powszechną praktyką. Komuniści bronili się, wykonując na nich wyroki śmierci. W lokalu lewicowej Niezależnej Partii Chłopskiej policja umieściła bomby, aby oskarżyć ją o działalność terrorystyczną; sprawa wyszła na jaw, ponieważ bomby przedwcześnie wybuchły. W marcu 1925 r. dwaj oficerowie-komuniści – Wieczorkiewicz i Babiński – oskarżeni o wysadzenie prochowni w Cytadeli Warszawskiej, mieli być wymienieni na polskich jeńców w ZSRR. Przed granicą zostali jednak zamordowani przez konwojującego ich policjanta. Cała sprawa wysadzonej prochowni okazała się zaś policyjną prowokacją…
 
 
Wcześniej jeszcze, 6 marca, na ulicach Dąbrowy Górniczej zginęli podczas walki z policją dwaj członkowie Związku Młodzieży Komunistycznej – Mieczysław Hajczyk i Franciszek Pilarczyk. Trzej inni działacze KPP zostali wkrótce rozstrzelani na stokach warszawskiej Cytadeli, a kolejny – Naftali Botwin – we Lwowie.
 
 Stanisław ŁańcuckiStanisław Łańcucki
Z kolei komunistyczny poseł na Sejm, Stanisław Łańcucki, został przez prawicową większość pozbawiony nietykalności za „podburzanie” kolejarzy, a następnie przekazany sądowi, który skazał go na sześć lat ciężkiego więzienia. W swoich ostatnich słowach do Sejmu Łańcucki powiedział: „Nie potraficie zamknąć do więzienia głodu, nie potraficie zamknąć do więzienia braku pracy, nie potraficie zaspokoić potrzeb wszystkich pracujących w Polsce. Nie jesteście w stanie tego uczynić, i to będzie waszym dołem grobowym”. W 1924 r. z przyczyn politycznych aresztowano ok. 3 tysięcy osób, w 1925 r. – 5 tysięcy, przede wszystkim w głównych ośrodkach robotniczych i na Kresach Wschodnich, gdzie pacyfikowano całe wsie. W sierpniu 1924 r. w Warszawie tylko w ciągu jednego dnia aresztowano 169 komunistów, kilka dni później – 114.
 
 
Sądy rozpoczęły delegalizację „czerwonych” związków zawodowych, których przywódcy trafiali zwykle do więzienia. Rozwiązano więc warszawski Związek Robotników Przemysłu Budowlanego, liczący 13 tys. osób związek pracowników przemysłu skórzanego, inne związki, liczące w sumie ponad 30 tys. robotników…
 
 
W celu odwrócenia uwagi od coraz gorszej sytuacji gospodarczej, rząd starał się rozpętać histerię antykomunistyczną. Minister spraw wewnętrznych – Raczkiewicz – apelował do wojewodów o przekazywanie sądom doraźnym wszystkich komunistów posiadających broń, nawet legalnie. W prasie powszechnie oskarżano komunistów o „terroryzm”.
 
 
Wszystko to miało odwrócić uwagę od realnego problemu – bezrobocia, które w grudniu 1925 r. sięgnęło 30 proc. Rozpoczęły się demonstracje bezrobotnych. 17 grudnia policja brutalnie rozbiła jedną z nich w Zawierciu. Jednak już w lutym 1926 r. użyć musiano wojska. W Kaliszu zginęło 9 demonstrantów, 12 – w Stryju. Starcia z policją miały miejsce we Włocławku i Lublinie, przez kilka dni – w Warszawie, gdzie znów padli zabici, aresztowano zaś setki osób. Władze wydały komunikat, w którym stwierdzały, że demonstracje udało się opanować „z nadmiernym jedynie wysiłkiem”. Do strajku parli zagrożeni redukcjami kolejarze. 20 kwietnia PPS przeszło do ostrej opozycji; 5 maja rząd upadł. Już w dniu 1 Maja warszawa przypominała strefę działań wojennych – dochodziło do starć między bojówkami prawicy, PPS i demonstrującymi komunistami, zginęło 5 osób – najgorsze jednak miało dopiero nadejść.
 
 
Marszałek chce władzy
 
 
Piłsudski, od połowy 1923 roku nie biorący czynnego udziału w życiu politycznym, szykował się teraz do przejęcia władzy. Nie zamierzał tego robić drogą legalną – posadę premiera ofiarowywano mu kilkakrotnie. Chodziło mu o zbrojny przewrót, rządy niezależne od partii parlamentarnych. Tragiczne było to, że masy robotnicze i chłopskie naprawdę widziały w Piłsudskim nadzieję na poprawę sytuacji, na zaradzenie kryzysowi. Wśród robotników od dawna agitowali poplecznicy Piłsudskiego, powtarzając te jego wypowiedzi, które odnosiły się do sytuacji ludzi pracy. Wszystko to wywoływało wrażenie, że Piłsudski jest „człowiekiem lewicy”. Pomogło mu także utworzenie kolejnego już rządu Chjeno-Piasta z Witosem na czele – przywoływało to wspomnienia 1923 r. i groźbę faszystowskiej dyktatury. Nawet w opinii komunistów każdy, kto walczył z endecją, był „mniejszym złem”.
 
 
Tymczasem, jak pisze historyk Andrzej Ajnenkiel, Piłsudski: „w najgłębszej tajemnicy stale utrzymywał kontakty z wpływowymi przedstawicielami klas posiadających. (…) Deklarował więc swoją niechęć do reformy rolnej, rozbudowy ustawodawstwa socjalnego i systemu parlamentarnego”.
 Piłsudski podczas przewrotu majowegoPiłsudski podczas przewrotu majowego
 
Przewrót, dokonany w dniach 11–14 maja 1926 r. przez wierne Piłsudskiemu wojska, największe straty przyniósł nie którejkolwiek z walczących stron, ale… cywilom, przyglądającym się walkom. Zginęło ich 164. W większości byli to robotnicy, demonstrujący poparcie dla Piłsudskiego. Sam Piłsudski określił zamach jako „rewolucję bez żadnych rewolucyjnych konsekwencji”. Realizację reform społecznych odłożono na czas nieokreślony, zajmując się przede wszystkim wzmacnianiem pozycji prezydenta i aparatu państwowego. Nadzieje na likwidację sadów doraźnych i wyroków śmierci spełzły na niczym. Jeszcze tego samego roku działacza komunistycznego skazano na śmierć za… kolportaż ulotek.
 
 
Jednak robotnicy – zwłaszcza ci, którzy popierali KPP – od razu mogli przekonać się, kim jest Piłsudski. Od razu po zakończeniu walk rozpoczęli oni demonstrację na Placu Teatralnym. Jak wspomina R. Granas: „tysięczne masy robotników wypełniły plac po brzegi. Nastrój był podniosły, jak po wygranej bitwie. Cóż dziwnego – rząd Chjeno-Piasta obalony, faszyzm poniósł klęskę. Na prowizorycznej trybunie (…) Sochacki, nasz poseł. (…) Nagle cały plac zafalował. Z wylotu ulicy Elektoralnej wypadł oddział policji z wyciągniętymi szablami i szarżą ruszył na zgromadzony tłum. Nikt się tego nie spodziewał. Zaskoczenie było tak wielkie, że plac nie opustoszał od razu, zrobiło się tylko wielkie zamieszanie, ludzie biegli falami z jednego końca na drugi, a granatowi pędzili za nimi (…) Próbowaliśmy pocieszać się myślą, że może policja z własnej inicjatywy rozpędziła wiec, tak sobie, siłą przyzwyczajenia. Chyba z godzinę tak czekaliśmy, aż Sochacki wróci z tych pertraktacji. Wreszcie wyszedł z gmachu. Otoczyła go spora grupa robotników. Dostrzegliśmy z dala, jak machnął ręką, co mogło oznaczać tylko jedno: wszelkie iluzje były płonne”.
 
 
 
„Łagodna” dyktatura
 
 
Już w niecały miesiąc po przewrocie dyktatura Piłsudskiego ujawniła swoje prawdziwe oblicze. Gdy kilka tysięcy hutników z Ostrowa Świętokrzyskiego strajkowało, domagając się podwyżek, policja uwięziła ich przywódców. Do tłumu zgromadzonego przed komisariatem oddano salwy, zabijając 2 osoby. W mieście rozpoczęły się walki, w wyniku których zginęło 6 robotników i jeden policjant. 18 czerwca w Grudziądzu policja strzelała do robotników, by bronić łamistrajków – 22 osoby odniosły rany. 22 czerwca trzech robotników zginęło, a wielu odniosło rany podczas starć z policją w Gostyninie. Jeszcze tego samego miesiąca policja dwukrotnie zaatakowała demonstracje PPS, tylko w Inowrocławiu zabijając trzech robotników.
Piłsudski szybko zmierzał do dyktatury. Sfałszowane były już wybory w 1928 r.; tego samego roku z PPS wyodrębniły się prawicowe, pozostające na usługach rządu bojówki pod dowództwem Romualda Jaworowskiego. Przybrały one nazwę „PPS – dawna Frakcja Rewolucyjna”. Jeszcze przed rozłamem „fracy”, jak ich pogardliwie nazywano, otworzyli ogień do olbrzymiej demonstracji pierwszomajowej w Warszawie, kierowanej przez komunistów. Atak wspierała policja. Było wielu zabitych, setki rannych. W późniejszych latach „fracy” służyli Piłsudskiemu do tworzenia łamistrajkowych związków zawodowych, ich bojówki organizowały pobicia przeciwników politycznych Marszałka. Były ofiary śmiertelne.
 
 
Wybory brzeskie
 
W 1930 r. wiadomo było, że szykowana jest generalna rozprawa z opozycją. Piłsudski osobiście zaznaczał, kogo należy zamknąć w twierdzy wojskowej w Brześciu Litewskim. Pierwsze aresztowania – dokonywane nocą przez żandarmerię – objęły 19 osób, które przez kilka dni szykanowano i bito do nieprzytomności. Kolejne – dalszych kilkudziesięciu opozycyjnych posłów i senatorów. Zatrzymano około 5 000 działaczy lewicowych i ukraińskich. Na Śląsku aresztowano Korfantego i Wieczorka. Rozbijając w Warszawie demonstrację Centrolewu w obronie uwięzionych, policja konna zabiła dwie osoby, raniła 80, aresztowała dalszych kilkaset. Bojówki Jaworowskiego atakowały lokale partii opozycyjnych, rozbijając zebrania, biły mówców na wiecach. W tych warunkach odbyły się wybory. Na wschodzie kraju organizowano „pielgrzymki”, które w asyście policjantów zbiorowo oddawały głosy na piłsudczyków. W miastach oszustwa były mniejsze. Ponad pół miliona głosów, zwłaszcza oddanych na lewicę, unieważniono. Potem odbył się „proces brzeski” – 11 socjalistów i ludowców oskarżono o spisek. Skazano ich na od półtora do trzech lat więzienia. Przebieg procesu wywoływał protesty nawet u zagorzałych piłsudczyków. Ostatecznie część oskarżonych, wśród nich Witos, udała się na emigrację, cześć po roku ułaskawiono.
 
 
Wielki kryzys
 
 
Pod koniec 1929 r. rozpoczął się największy w historii kryzys gospodarki kapitalistycznej, który ogarnął cały świat. W Polsce masowo rosło bezrobocie i bezdomność, 40 proc. robotników pracowało w niepełnym wymiarze czasu, innych zmuszano do nadludzkiego wysiłku, by zachować pracę. Na wsi niemal jedynym pożywieniem stały się ziemniaki; sól czy zapałki były oznakami bogactwa. W 1932 r. zmniejszono o połowę dodatki za nadgodziny i urlopy. Centralna Komisja Związków Zawodowych określiła to jako „cyniczny podarunek kapitalizmu, który ma uchronić go przed bankructwem kosztem klasy robotniczej.” Wprowadzono nadzór państwowy nad stowarzyszeniami – włączając w to związki zawodowe. W latach 1931–1932 doszło w Zagłębiu i w Krakowskiem do serii strajków i starć z policją, w których zginęło 9 robotników. W 1931 r. złamano strajk tramwajarzy warszawskich, aresztując setki osób. W 1933 r. na czoło walk wysunęli się włókniarze, których w okręgu łódzkim strajkowało 120 tys. Wśród komitetu strajkowego większość mieli komuniści i lewicowi socjaliści. Interweniująca policja zabiła w Pabianicach pięciu robotników. W Łodzi odbył się strajk protestacyjny, który zatrzymał tramwaje, gazownię, urząd miejski, fabryki metalowe, budowy i warsztaty rzemieślnicze. Kapitaliści musieli skapitulować.
 
 
W sumie w latach kryzysu 40 robotników zginęło w bezpośrednich starciach z policją, aStrajk robotrników Zakładów Drzewnych w HajnówceStrajk robotrników Zakładów Drzewnych w Hajnówce kilkuset odniosło rany. Jak pisała prasa chrześcijańska: „Ze wszystkich stron kraju donoszą o demonstracjach robotników pozbawionych pracy, o krwawych starciach bezrobotnych z policją. O uszy nasze obijają się echa salw karabinowych, przy pomocy których organa bezpieczeństwa publicznego likwidują zatargi wynikłe na tle bezrobocia. Czytamy o rannych i zabitych”. W tym czasie pojawiła się nowa forma walki – strajki okupacyjne. Były one niezwykle skuteczne, zdecydowana większość z nich kończyła się wygraną robotników. W 1931 r. było ich 30, w 1935 – już 390. Zaczęto je nazywać „strajkami polskimi”.
 
 
W międzyczasie rosła przemoc prawicowych bojówek, zwłaszcza wobec Żydów, na uniwersytetach powstawały getta ławkowe. Mnożyły się aresztowania. W 1935 r. powstała Konstytucja Kwietniowa – przez wielu uznana za bliską faszyzmowi, likwidująca swobody obywatelskie. Oparta była na „solidaryzmie społecznym” – przekonaniu, że klasy społeczne powinny współpracować dla dobra państwa. Szybko nadchodziły wydarzenia, które miały pokazać, że taka współpraca jest niemożliwa.
 
 
 
Krwawa wiosna 1936
 
 
 
W marcu 1936 r. znów rozpoczęły się masowe strajki włókniarzy. W Krakowie doszło do okupacji w niemal wszystkich fabrykach, strajkujących szewców i robotników budowlanych setkami aresztowano pod zarzutem „terroru strajkowego”. W nocy z 20 na 21 marca policja usunęła załogę okupowanej fabryki gumowej „Semperit”. Robotnice były bite, jedna z nich poroniła. Policjant, spychając ją ze schodów, powiedział „będzie mniej o jednego bolszewika”. Jednocześnie z kopalni w Wieliczce usunięto górników. 23 marca w proteście strajkowała cała krakowska klasa robotnicza, rozpoczęła się dziesięciotysięczna demonstracja. Po strzale rewolwerowym, oddanym przez prowokatora, policja rozpoczęła salwy do tłumu. Zginęło 8 osób, prawie sto odniosło rany. Chłopi, wracający z Krakowa na wieś, roznieśli wiadomość, że „w Krakowie rewolucja”, co spowodowało wystąpienia na wsi. W demonstracyjnym pogrzebie brało udział 100 000 osób. Również w Częstochowie policja rozbiła demonstrację robotniczą, zabijając jedną osobę. 2 kwietnia odbył się strajk generalny dla upamiętnienia ofiar, w obronie prawa do strajku okupacyjnego. W całym kraju strajkowało od 50 do 90 proc. robotników. Nie był to jednak koniec tragedii.
 
 
16 kwietnia we Lwowie odbył się demonstracyjny pogrzeb bezrobotnego, zamordowanego przez policję. W centrum miasta policja atakowała kondukt, starając się odebrać trumnę, demonstranci bronili się kamieniami. W końcu doszło do masakry. Według danych policji zginęło 16 robotników, ale prawdziwą liczbę ofiar ocenia się nawet na 49. Aresztowano 1 500 osób. W ciągu następnych miesięcy padli zabici robotnicy w Gdyni, Toruniu, Chrzanowie, ranni w Chorzowie, Chełmie i Poznaniu. Kilkanaście osób zabito, rozbijając strajki robotników folwarcznych, aresztowano tysiące działaczy lewicy. Mimo to, setki tysięcy osób uczestniczyły w pochodach pierwszomajowych, a liczba okupowanych zakładów wzrosła do 2 639 w 1937 r. Robotnicy uzyskali wszędzie znaczne podwyżki zarobków i poprawę warunków pracy. W 1938 r. strajki okupacyjne zdelegalizowano. Wtedy jednak liczba protestów już się zmniejszała – wszyscy wiedzieli, że nadchodzi wojna z faszyzmem, przy którym „faszyzm polski” był tylko żałosną karykaturą. Jednak zanim to nastąpiło, klasa robotnicza pokazała w masowych strajkach okupacyjnych swoją siłę.
 
 
Polski obóz koncentracyjny - Bereza Kartuska
 
 
„Miejsce odosobnienia” w Berezie Kartuskiej utworzone zostało w 1934 r., po zabójstwie ministra Pierackiego. Inspiracją stała się wizyta w Polsce Hermanna Goeringa, który zachwalał obóz w Dachau. Nie jest tajemnicą, że ówczesny premier – prof. Leon Kozłowski – podziwiał niemieckich i włoskich faszystów. Jednak zgodę na utworzenie obozu wyraził osobiście Józef Piłsudski.
Na miejsce obozu wybrano dawne więzienie carskie na Polesiu, w rejonie ubogim i odciętym od świata. Jednak wieści o tym, co się tam dzieje, rozprzestrzeniały się szybko. Kierowano tam osoby „zagrażające spokojowi i bezpieczeństwu publicznemu”, czyli więźniów politycznych. Choć pierwszymi więźniami byli członkowie prawicowego ONR, to już w 1936 r. ponad 90 proc. więzionych stanowili komuniści. Nadzór nad obozem sprawował pułkownik Wacław Kostek-Biernacki – szerzej znany jako „Kostka-Wieszatiel”.

 
 
Samuel Podhajecki tak wspomina „przywitanie” w Berezie: „Każdy rozkaz musi być wykonywany przez aresztowanego szybko i ochoczo. To znaczy – dodaje Pytel – że przez cały czas pobytu w obozie nie wolno aresztowanemu nawet trzech kroków zrobić zwykłym krokiem. Zawsze musicie biegać. (…) My wam pokażemy w Berezie amerykańskie tempo. Niewykonanie rozkazu zostanie przełamane siłą, a nawet użyciem broni. Bici i tak będziecie – komentuje ochrypłym głosem Pytel – ale biada temu, kto się nam przeciwstawi”. „Nad gruźlikiem Krupką, który odsiedział już pięć lat w polskich więzieniach, rozbestwiony Świerkowski tak długo się znęcał, aż Krupka zemdlał. Wówczas jedną ręką chwycił go za włosy i głową uderzał w cementową posadzkę, drugą zaś bił w kark. Tak, s... – wykrzykiwał Świerkowski dziko – będę was cucił, gdy będziecie mdleć!”
 
 
Jak wyglądał rozkład dnia w Berezie?
 
 
Pobudka następowała o czwartej rano. Śniadanie składało się z kawy zbożowej i 400 gramów czarnego chleba. „Gimnastyka” trwała od godziny 6.30 do 11.. Obiad, podawany o 12. – była to porcja gorącego płynu i ziemniaków bez tłuszczu. Następnie znów praca do godziny 17., potem kolacja – kawa zbożowa lub żur. Więźniowie wciąż byli głodni, nie mieli paczek od rodzin ani możliwości widzenia się z nimi. O 18.30 rozpoczynano przygotowania do „snu”. W nocy dokonywano „rewizji”. Więźniowie musieli rozebrać się do naga i przebiec do jednej z sal między szpalerem policjantów, którzy bili ich pałkami. Przeszukiwano wówczas cele. Jedynymi ubraniami więźniów były te, w których ich aresztowano. Ubrania te szybko się niszczyły i potwornie śmierdziały. Więźniom nie dawano się nawet załatwiać, cierpieli ciągły ból z powodu niewypróżnionych żołądków.
 
 
O pozwolenie na drobne czynności, takie jak wytarcie nosa, trzeba było prosić policjantów. „Wywijając pałą Pytel krzyczy: – Nic wam nie wolno robić z własnej inicjatywy, dranie, nawet myśleć...”
 
 
„Gimnastyka”, prowadzona przez policjantów lub więźniów kryminalnych, polegała na wielogodzinnym bieganiu, padaniu i czołganiu się, bez przerw – często w miejscach, w których z latryn wypływały nieczystości. Tych, którzy nie wytrzymywali tempa ćwiczeń, bito. „Próchniewicz, Pytel, starszy przodownik i »Garbaty« aspirant raz za razem wyciągali kogoś z szeregu i bili. Przy takiej gimnastyce Próchniewicz tratował nogami tow. Germaniskiego z Wilna, zamordowanego potem 9 maja, grzmocił pięściami w plecy gruźlika Princa, bił po twarzy siwego jak gołąb Edmunda Cedlera, kandydata robotniczego na senatora z Zagłębia Dąbrowskiego, pastwił się nad młodziutkim Czaplickim z Kielc i dziesiątkom z nas odbił nerki i płuca.” Opornych kierowano do specjalnej grupy, zwanej „podchorążówką” – ćwiczyła ona w pracowni betoniarskiej, gdzie tumany betonowego pyłu, zalegającego podłogę 5-centymetrową warstwą, uniemożliwiały oddychanie.
 
 
Z kolei praca polegała na czyszczeniu kibli – zwykle gołymi rękami, których nie pozwalano myć przed posiłkiem. Więźniowie musieli wykopywać, a potem zakopywać rowy, przenosić bez sensu kamienie z jednego miejsca w drugie itp. Tych, którzy zasłabli, bito pałkami.
 
 
 
„Zdyszany od biegu stanąłem przed stupajką Malinowskim i proszę zgodnie z regulaminem, by mi zezwolił dalej biec do depozytu. W odpowiedzi otrzymałem straszliwe uderzenie kolanem pod brzuch. Ty łotrze bolszewicki – darł się Malinowski, degenerat o odrażającej ospowatej twarzy – ja ciebie nauczę, z jakiej odległości należy się do mnie zwracać! Tak nas ujeżdżano do godziny 11. w nocy. Nareszcie dostajemy rozkaz »położyć się spać«. Nie dają sienników ani koców. W samej bieliźnie, ponieważ ubranie musimy, podobnie jak w więzieniach, wynosić na korytarz, kładziemy się na zimną cementową posadzkę. Ciało każdego zbolałe, pełne sińców. Nie można zasnąć. Leżymy z otwartymi oczyma, z zaciśniętych kurczowo ust wyrywają się ciche, stłumione jęki.”
 
 
„Górnika z Zagłębia Dąbrowskiego, Borowika, bito w plecy tak długo, aż mu dosłownie wyrwano płat ciała. Wskutek gnicia powstałej rany zrobiła mu się dziura wielkości pięści.”
 
 
Policjanci dbali również o „uczucia religijne” więzionych: „W Berezie nauczę cię modlić się. Klęknij! Górnik ukląkł. Zidiociały z sadystycznych wyczynów w Berezie Gosławski zaczął bredzić: »Stalin, ażeby cię jasny szlag trafił! Stalin, ażebyś zdechł jak sobaka« itd., itp. Przejęty swą osobliwą modlitwą Gosławski dopiero po chwili zauważył, że klęczący górnik za nim nie powtarza. Oczy nabiegły mu krwią. – Powtórz! – ryknął. Nie będę się modlił – śmiało odpowiedział nasz towarzysz – to nie jest modlitwa. Długo i okrutnie, lecz bezskutecznie pastwił się nad nim Gosławski.”
 
 
Najcięższą pracą było pompowanie wody – więźniów zaprzęgano wówczas do kieratu.
 
 
Podhajeckiemu szczególnie wrył się w pamięć jeden tragiczny dzień: „9 maja urządzono nam przy pracy krwawą masakrę. Owego pamiętnego ranka zjawił się nieoczekiwanie Kamala-Kurhański i długo szeptał na ucho »Garbatemu«, który prężąc się służalczo nie mógł powstrzymać się od zacierania rąk z uciechy. »Rozkaz! Tak jest! Wszystko zostanie wykonane!« Za chwilę Próchniewicz, kierujący dotychczas ćwiczeniami, obejmuje komendę nad tzw. grupą ogólną, przeznaczoną do niwelowania terenu. Spojrzeliśmy na siebie – coś się szykuje... Gdy tylko zaczęliśmy pracować, na znak dany przez Próchniewicza rzucili się na nas policjanci. Bicie w Berezie było naszym chlebem powszednim, ale nigdy przedtem ani potem nie znęcali się nad nami tak, jak wówczas. Próchniewicz uwziął się na szczupłego, wątłej budowy, o typowo żydowskich rysach twarzy Gertnera, pomocnika handlowego ze Lwowa.
 
 
Zmuszał go do zgięcia się w ten sposób, aby prawie czołem dotykał ziemi, a wtedy mierzył w plecy i w nerki. Po każdym uderzeniu Gertner z jękiem padał na ziemię. Kopnięciem w bok przywracał go strażnik do poprzedniej pozycji i bił, dopóki się nie zmęczył. Gdy Próchniewicz pastwił się nad Gertnerem, reszta policjantów wpadała jakby w szał i prześcigała się w okrucieństwach. Korczyński wepchnął Ukraińca z Tarnopola, Micheńkę, do jamy i kazał mu wydobywać się z niej, a gdy ten usiłował to wykonać, bił go pałką po palcach i szczuł na niego psa. Wilczyński zmusił literata Żyrmana, by wykopał sobie dół, a następnie kazał go zasypać aż po szyję. Gosławski kazał pokryć rozciągniętego na ziemi robotnika białoruskiego Mozyrkę liśćmi i urządzał sobie po nim spacery. Wieczorem tego samego dnia Mozyrko zapadł na ostre zapalenie płuc i w kilka dni później zmarł.” Inny więzień Berezy – wspomniany już Józef Kogutek – podaje, że Mozyrkę jeszcze przed śmiercią „zasypali w dole i zadeptali na śmierć”. Nie była to jedyna ofiara tego dnia: „W karcerze zamęczony został na śmierć student z Wilna, Germaniski. Bijąc nas żądali, byśmy krzyczeli: »Nie będę więcej komunistą!« Na palcach można było policzyć tych, którym okrzyk ten wyrwano z ust – reszta milczała... Doprowadzało to katów do wściekłości. Dwa trupy, przeszło stu ciężko pobitych, których musiano zabrać na izbę chorych – oto krwawy plon zebrany 9 maja przez siepaczy Berezy.”
 
 
 
Obóz koncentracyjny w Berezie Kartuskiej istniał do września 1939 r.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Represje wobec ludności ukraińskiej i białoruskiej
 
Według zawyżonych danych – Polacy stanowili zaledwie 69 proc. obywateli II RP. W wielu wschodnich województwach stanowili mniejszość ludności. Największą mniejszością narodową byli Ukraińcy – oficjalnie 3,5 miliona, faktycznie co najmniej 5 milionów ludzi. Podobnie, jak ponad milion Białorusinów – byli to przeważnie chłopi małorolni. Oficjalnie wszystkie ich prawa – do własnego języka, kultury, wyznania – były zabezpieczone w konstytucji. W praktyce – lokalne polskie władze zaprzeczały istnieniu narodu ukraińskiego, osoby przyznające się do narodowości ukraińskiej były wyrzucane z pracy, do ich języka odnoszono się z pogardą. W 1922 r. powstała ustawa o sejmikach wojewódzkich, przewidująca, że w województwach wschodnich powstaną równorzędne izby polskie i „ruskie” z szerokimi prawami. W praktyce – dzięki tej ustawie Europa uznała wschodnią granicę Polski, ale jej postanowienia nigdy nie były realizowane. Podobnie było z ustawą o dwujęzycznych szkołach – wykorzystywano ją do tego, żeby w dotychczasowych szkołach ukraińskich przechodzić na język polski. Również ludność białoruską poddawano przymusowej polonizacji.
 
Na podstawie tekstu autorstwa Wojciecha Orowieckiego z tygodnika "Trybuna Robotnicza"

Portret użytkownika ANTYKOM
 #

To ilu ludzi zginęło w Berezie Kartuskiej? [...]Znacie takie dane?... Ilu w tym samym czasie zginęło w sowieckich łagrach? Ale interesuje mnie liczba z Berezy Kartuskiej! W porównaniu z łagrami to BK była sanatorium. Bereza Kartuska nie była obozem koncentracyjnym, a ciężkim więzieniem pod specjalnym nadzorem. Nie porównujcie tego do łagrów i obozów zagłady [...]: komunistów w ZSRS i narodowych socjalistów w Niemczech [...]...

 
Portret użytkownika seis
 #

W obozie koncentracyjnym (pardon, "miejscu odosobnienia") w Berezie Kartuskiej z reguły ludzie nie umierali, acz było kilka przypadków zakatowania na śmierć.

Co do łagrów:

pierwsze z nich powstały nie w celach represyjnych, lecz reedukacyjnych, i panowały w nich stosunkowo dobre warunki (por. Andrzej Witkowicz, "Wokół terroru białego i czerwonego 1917-1923", Książka i Prasa, Warszawa 2008).

Zwiększenie liczby więźniów następuje dopiero w latach stalinowskiej degeneracji. Wtedy też zaczyna się wykorzystywanie ich jako taniej siły roboczej.

Należy jednak zauważyć (wbrew propagandzie), że przygniatającą większość ludzi trafiających do łagrów stanowili kryminaliści ("urkowie"), zaś odsetek politycznych wahał się między 12,6 a 59,2% (przy czym 50% przekroczono tylko w latach 1946-1947.

Również liczba więźniów w stalinowskim ZSRR była znacznie mniejsza niż podają antykomunistyczne szczekaczki. Wahała się od 0,5 do 2,5 mln (warto zauważyć, że odsetek więźniów w społeczeństwie był mniejszy niż w Stanach Zjednoczonych! - tej "ojczyźnie demokracji").

Zaś paplaninkę Sołżenicyna o 60 mln ofiar łagru (i 100 mln ofiar radzieckiego socjalizmu można między bajki włożyć.

(ustalenia J. Arch Getty'ego, G.T. Rettersporna i W.N. Ziemskowa: http://komsomol.pl/doc/Tabelka_Sousa.pdf)

(tutaj tekst Ziemskowa na temat GUŁAG-ów w języku rosyjskim: http://www.pereplet.ru/history/Author/Russ/Z/Zemskov/Articles/ZEMSKOV.HTM)

Nie porównujemy Berezy do łagrów radzieckich, lecz stwierdzamy tylko, że panowały tam ciężkie warunki i zastraszanie więźniów.

W Berezie byli i polityczni, i kryminaliści. Wśród politycznych większość stanowili komuniści, narodowcy i nacjonaliści ukraińscy. Niemal zawsze bici i katowani.

 
Portret użytkownika seis
 #

Wspomnienie komunisty Aleksandra Hawryluka umieszczone w książce "KPP. Wspomnienia z pola walki", wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1951.

Otwiera się brama Berezy dla przyjęcia ofiar. Policjanci uśmiechają się urągliwie, podsuwają się do aresztantów. Rozlega się komenda:
- Biegiem!

Jednocześnie wściekły cios w głowę ogłusza z lewej strony. Taki sam cios pałką z prawej przywraca równowagę. Uderzenie gumowej pały głucho przytłukło głowę z góry. Aresztowani runęli ku bramie - lecz ciosy sypią się ze wszystkich stron. Biegiem, potykając się, padając i podnosząc się pod ciosami, znów padają, gubiąc swe tłumoki i węzełki. Biegną wśród jakichś zasieków z drutu kolczastego, lecz wszędzie napotykają policjantów. Kaci wyskakują naprzeciw swych ofiar, nastawiają się, jak footbaliści na lecącą piłkę i strasznym zamachem pałki walą ludzi z nóg.
- Biegiem!

Aresztowani biegną pod gradem ciosów. Nie, nie wszyscy biegną: z tyłu ktoś jęczy przedśmiertnym jękiem, na śniegu. Lecz gonitwa nie ustaje.
- Biegiem!

Aresztowani przebiegają obok ostatnich policjantów. Ale to jeszcze nie koniec. Brzmi nowy rozkaz:
- Padnij!

Więźniowie spełniają rozkaz. wszak i tak przed nimi piętrzy się kolczasty zasiek. Policjanci podchodzą i zaczynają bić rozciągnięte na ziemi ciała. Przechodzą od jednego do drugiego i biją...
- Wstać! Biegiem marsz!

Ludzie słaniający się na nogach padają znów pod ciosami. Biegną - lecz dokąd? Pędzeni ciosami dostają się w jakieś komory z drutu kolczastego. Pod gradem uderzeń wbiegają w drzwi gmachu. Ciosami zapędzeni zostają do maleńkiej izdebki.

***

- Rozbierajcie się! - krzyczy policjant. - Tylko prędzej. Z kieszeni wykładać wszystko do czapek.
Więźniowie zaczynają się szybko rozbierać, w pośpiechu rozrywając odzienie. Policjant otwiera drzwi i woła swych kolegów.
- Prędzej! - wykrzykuje kat. - Prędzej! Trwa to zbyt długo. Ubierać się!

Prawie rozdziani więźniowie szybko zaczynają się ubierać, lecz ten z powrotem każe się rozebrać. Powtarza się to wiele razy, koszule z przerażającą szybkością to opadają na plecach, to znów zjeżdżają z nich przez głowę. Lecz pośpiech ten na nic się nie przydaje, bo wykrzyknąć słowo zawsze można prędzej niż odziać się lub rozdziać.
- Ech, już ja was przynaglę - krzyczy policjant. - Skłon! - rozkazuje jednemu z więźniów.

Nagiego człowieka popychają ku oknu. Ten, trzymany za kark, milcząc, oczekuje z twarzą pociemniałą. Policjant poprawia płaszcz, zamierza się i z okropną siłą wprawia w ruch swą pałę. Rozlega się odgłos uderzenia, jakby drzewo runęło w lesie. Raz. I natychmiast: dwa. Dwie sine pręgi na wysokości dłoni nabrzmiewają w poprzek nagich pleców.

***

- Teraz do magazynu - biegiem. Biegiem. Za stołem siedzi policjant, klnąc i złorzecząc, zapisuje rzeczy, rzuca na ludzi puste worki, każe włożyć w nie ubrania. Znów zapędzono nas na korytarz. Baczność. Obrócić się "komunistycznymi mordami" do ściany. Nie oglądać się.
- Przez korytarz biegiem.

Korytarz prowadzi do niechlujnej, obszernej sali, podpartej słupami. Przez rozbite okna, zasmarowane gliną, przez szpary w drzwiach świszczą przeciągi. Pod ściana piece, kocioł na kółkach. Dwaj okaleczeni więźniowie w łachmanach, z numerami na plecach, krzątają się koło pieca podkładając drewka.
Przybyłym znów każą rozebrać się do naga.

Numerowani więźniowie obojętnie pracują w dalszym ciągu, nie patrząc nawet na przybyłych. Zbierają odzież, milcząc kładą ją do kotła, okazując zupełny brak zainteresowania wobec nowych towarzyszów, znów stojących twarzą do ściany z obnażonymi, skatowanymi plecami. Potem przychodzi jeszcze jeden więzień i zaczyna strzyc nowicjuszów tak obojętnie, jakby miał przed sobą nie towarzyszy niedoli, lecz jakieś istoty bezduszne. Było to okropne... Twarze bez wyrazu. Ani myśli, ani uczucia. Ponumerowane automaty...

Lecz oto za plecami szept: - Towarzysze. Spocznijcie.

Co? Co? Co do nich mówią? Nowicjusze nie dosłyszeli słów, lecz zrozumieli to, co najważniejsze: owi ludzie, napiętnowani numerami na plecach, są to towarzysze, oddani i wierni. Noszą maskę na sobie, jakąś okropną maskę Berezy, lecz serca ich po dawnemu biją gorąco i wiernie. Policjant, który na minutę się oddalił, znów powrócił i znowu twarze szarych ludzi stają się ponuro-obojętne. Oto wyjmuje się z kotła parującą, wyparzoną odzież.
- Ubierać się.

Nowicjusze naciągają na siebie ciężką, mokrą odzież, która nagle z gorącej staje się lodowato-zimna. Pędzą ich w głąb korytarza i znów stawiają twarzą do ściany, jest to zapewne stała postawa dla mieszkańców Berezy. Tysiące przeciągów wyje pod tymi sklepieniami. Mokra odzież przejmuje ciało chłodem nie do zniesienia. Woda, parując, w mgnieniu oka pochłania wszystko ciepło z ciała i ludzie drżą jak w febrze. Nie drżą, ale dygocą. Dygocą ramiona, nogi, całe ciało trzęsie się jak w konwulsjach. Mięśnie dygocą poza kontrolą woli tak, że nie podobna utrzymać się na nogach. Fiju-uuu - świszczą przeciągi po korytarzach i salach, poprzez szczeliny drzwi i okien.

Lecz oto znów zbliżają się policjanci i otaczają więźniów. Słychać za plecami: - Ogrzać ich... - i śmiech. I znów zaczyna się masakra ludzi rozstawionych u ścian. Licz, chłopcze. Raz, dwa, trzy, cztery. Cztery? Czyżby tylko cztery? Może więcej, może pięć, sześć... Świadomość kruszy się od nieludzkiego bólu.
Raptem rozkaz: - Biegiem marsz.

Biegną przez korytarz. Za nimi młodziutki policjant.
- Stój. Do góry - biegiem marsz.

Aha, schody. - Biegną w górę, wspinają się na piętro...
- Z powrotem, biegiem marsz. - Zbiegają w dół.

I znowu: - Na górę, biegiem marsz. - Do góry. Na dół. Do góry. Na dół.
Ta szalona gonitwa po schodach nie jest ćwiczeniem łatwym. W gardle zaschło, serce tłucze się w niepomiernym wysiłku, jak ptak, nogi odmawiają posłuszeństwa. I oto pierwszy upada piekarz, chory na gruźlicę kości. Pada i traci przytomność. Towarzysze podnoszą go.
- Do góry biegiem marsz.

Wciągają towarzysza po schodach, pozostając wciąż pod ciosami pałek. Biegną teraz górnym korytarzem, po bokach - drzwi jedne, drugie, trzecie, na komendę wpadają w czwarte.

***

- A teraz „Padnij i obróć się na prawy bok”.
- Spać - kończy policjant - tylko pamiętajcie: jeśli ktokolwiek odważy się poruszyć...

Strażnicy wychodzą. Drzwi zostają otwarte. Ludzie leżą. Podłoga betonowa chciwie pochłania ciepło. Beton wilgotnieje wokół rozpostartego, drętwiejącego ciała. Mróz tutaj prawie taki sam jak na dworze. Nie ma tylko wiatru. Kostnieje biodro, noga, chłód przenika całe ciało. Dla takiego „snu” dość byłoby godziny. Ale noc zimowa jest długa. Wytrwać. Trzeba po prostu wytrwać, nie poddać się zimnu psychicznie. Zdobyć się w sobie na ten sprzeciw, który wspiera siły.

Ale to jest możliwe tylko do pewnego czasu. Możliwe przez jakąś chwilę. Ciało, z którego w ciągu dnia wyszarpano wszystkie siły, nie jest zdolne do takiej odporności. Chłód, jakby zaczyna krążyć po wszystkich komórkach ciała; ciało, zda się, zrobiło się porowate jak gąbka. Zatraca się poczucie czasu. Kto wie, czym ludzie mierzą czas bez zegara, czy rytmem swego serca, czy biegiem swej myśli... Lecz kiedy ciało dygoce na betonie wszystkimi włóknami równo i nieustannie, wówczas minuty rozciągają się w jakieś niepojęte wymiary i wie ciało, jak długo dygoce na podłodze.

***

- Po wodę biegiem marsz!

Pałkami spędzono nas w dół, pałkami wskazywano drogę. Wprzągłszy się w beczkę osadzoną na dwóch kołach, ciągnęliśmy ją wśród zamieci, przez zaspy śnieżne, polem obozu koncentracyjnego. Ja szedłem w dyszlu, towarzysze popychali z tyłu. Czułem, że ręce moje marzną, widziałem - palce zbielały, lecz porzucić dyszel... Zrozumiałem, że dłonie moje giną i spróbowałem ukazać je strażnikowi, porzuciłem nawet dyszel; lecz strażnik zwalił na mnie taki grad razów, że pozostały mi tylko dwie możliwości: albo paść w zaspę śniegu, albo chwycić za dyszel odmrożonymi rękami.

***

Ustęp w Berezie. Ach, z jaką pogardą chciałbym opowiadanie swe cisnąć w twarz urzędowym paryskim i londyńskim "obrońcom kultury europejskiej", humanitarnie ubolewającym nad ruiną "szlachetnej" rzeczypospolitej panów polskich.

W każdej sali, gdzie śpi 28 ludzi, stawiany bywa na noc maleńki kubełek. Co rano zawartość kubełka przelewa się ponad krawędzie, wycieka na podłogę. Ludzie wściekają się, nie mogą, oddają mocz do przepełnionego naczynia; wynik jest taki sam, jak gdyby wprost moczyli podłogę. Dyżurni więźniowie biedzą się także - wszak cieczy nie ma czym zebrać z podłogi, policjanci zaś, urągając, będą pałami uczyli schludności. Jednakowoż przed "terminem" nikogo do ustępu nie puszczą, chociaż drzwi są otwarte.

W oczekiwaniu na ów "termin", ludzie stoją czerwoni od naprężenia, oblani kroplami potu od niewiarygodnych wysiłków. Nareszcie - gwizdek. Ludzie z pierwszej sali pędzą przed drzwi, mkną przepisanym wściekłym cwałem obok policjantów, przez cały korytarz i wpadają do maleńkiej komórki ustępu. Tu jest wszystkiego trzy miejsca, wtargnęło zaś tutaj ludzi około trzydziestu. Na każdą salę wyznaczono trzy minuty włączając w nie także bieg przez korytarz. Zagadnienie rozstrzyga się po prostu: "na podłogę". Mimo to, miejsca zaledwo starczy dla połowy mieszkańców pierwszej sali. Druga połowa czeka na swą kolej.

Policjant wszakże już woła, grożąc: "Koniec s...nia!" Pierwszy okrzyk rzadko odnosił skutek i strażnik, wdarłszy się do ubikacji, łupi pałką po grzbietach ludzi. Marsz. Cel - a właściwie sal - jest dużo: siedemnaście. Po każdej pozostaje ślad. A gdy podłoga korytarza już pokryta jest cuchnącymi śladami, policjant nagle zatrzymuje jedną celę:
- Co wy biegacie jak senni? Już ja was popędzę! - szydzi. I zaczyna się: Padnij. Wstań. Padnij. Wstań. Podłogę wycierają ciała ludzkie. Odzież, ręce, wszystkie pory przesycone są smrodliwym kałem...

Opis mój, być może, grzeszy jaskrawością lub nawet nieprzyzwoitością. Ale przecież w pewnych stolicach Europy nie odwracają nosa od samych wynalazców tej dzikiej katuszy, owszem, podejmują ich życzliwie, jako przedstawicieli sponiewieranego humanitaryzmu europejskiego.

***

Nie upadałem na duchu, nie chciałem poddać się rozpaczy. Poprzez maskę ślepego posłuszeństwa, poprzez pozory doszczętnego zdławienia naszej woli, naszej osobowości, odkryłem, że i tutaj opór nasz trwa, ze i tutaj toczy się nieprzejednana, wielka, stanowcza walka...

Jakoś przypadkiem znalazłem się w grupie pracującej w "betoniarni". Kazano mi przesypać łopatą zmarznięty piach, ażeby nie było w nim zlodowaciałych grudek. Niebawem przysunął się do mnie młodziutki więzień, prawie malec. Nie rozprostowawszy się, udając, że niby to całkowicie pochłonięty jest pracą, malec jął mi perswadować: "Trzeba się trzymać. Nie bój się, wdrożysz się, przywykniesz, nic to. Ja tu już sześć miesięcy... Najważniejsze, pilnuj swej uczciwości. Bo tu dają do podpisywania deklarację - na prowokatora. Ale na to godzi się tylko ostatni łajdak. Lepiej zdechnąć. Od dawna chcemy z wami pogadać, lecz was, nowych, ciągle trzymają osobno. A przy tym, nie wiedzieliśmy nawet, do kogo podejść. Wszak na waszej sali już są szuje - deklaranci. Trzeba przeciwdziałać. Trzeba..."

- Reichstein - z pogróżką nagle wystąpił zza węgla policjant. - Ileś czasu przesiedział w karcerze, draniu jeden?
- Sto pięćdziesiąt dni, panie komendancie. - Stanąwszy na baczność z wyrazem drewnianej, beznamiętnej przepisowości, wyrecytował malec.
- I chciałbyś znowu się tam dostać?
- Bynajmniej, panie komendancie - skromnie odpowiedział Reichstein.
- Nie? To czemu rozmawiasz? Agitujesz, co?
- Nie, ja nie rozmawiam - wciąż tak samo skromnie odpowiada tamten, widocznie gotów z całym spokojem pójść znowu do strasznego karceru Berezy.
- Znam ja ciebie - rzekł niepewnie policjant. - Marsz w inne miejsce. Dam ja ci agitację.

Malec odszedł, najwidoczniej zafrasowany tym, że nie udało mu się doprowadzić do końca zleconej mu instrukcji. Bądź spokojny chłopcze, cel swój osiągnąłeś w pełni. Wskrzesiłeś mnie po prostu do walki. Nie słowy swymi, ale tym, żeś mi wskazał, jak powinien prawdziwy rewolucjonista zachowywać się w warunkach Berezy.

***

Aresztantów Berezy, upadających ze znużenia, zaprzęgano do furgonów, naładowanych kamieniami. Aresztantów Berezy zaprzęgano do potwornie olbrzymiego, wielotonowego wału, ugniatającego szosę - wału, obliczonego na siłę pociągową potężnego traktora. Aresztantów Berezy można było bez końca ciskać o ziemię, mrozić zimnem i tarzać w kałużach błota. "Roboty" w Berezie były obliczone na nękanie ludzi i urządzone w ten sposób, żeby jak najwięcej wypruć sił z człowieka. Na przykład, przymuszono nas dźwigać wory z kartoflami na plecach, jakkolwiek można je było przewieźć o wiele prościej i łatwiej na wozach, stojących tuż obok bezczynnie.

Jednakowoż w porównaniu z "ćwiczeniami", roboty były rajem. Niekiedy przecież robót nie starczyło i wtenczas wszystkich zaganiano na "ćwiczenia". Staraliśmy się wykonywać mnóstwo ruchów zbędnych i niepotrzebnych, byle nie ukończyć roboty, byle nazajutrz nie popędzono nas na "ćwiczenia".

Wszakże chodziło nie tylko o to, żeby samemu wykręcić się od "ćwiczeń", należało ratować od zguby i towarzyszy. Do pewnego stopnia udało nam się to zorganizować. Zazwyczaj brano na ćwiczenia około stu chłopców spośród nowicjuszów. Ogółem było nas w Berezie powyżej czterystu. Wprowadziliśmy kolejność: przez trzy dni chadzano na roboty, czwartego dnia wsuwano się do grupy, przeznaczonej na ćwiczenia. w ten sposób ucisk ćwiczeń rozkładał się mniej więcej równomiernie na wszystkich, a poza tym od razu nawiązaliśmy styczność z nowicjuszami. Policjanci, nie bacząc na nasze plecy numerowane, słabo orientowali się w doborze grup, po wtóre, nie przychodziło im nawet do głowy, żeby ktoś dobrowolnie lazł na ćwiczenia.

Stykanie się z nowicjuszami miało dla nas jeszcze jedno znaczenie wyjątkowo ważne: od nich dowiadywaliśmy się o zdarzeniach politycznych na świecie. Nam, którzyśmy poświęcili siebie "zawodowo" sprawie przebudowy świata, nam, zespolonym w jedno z tą sprawą, dawało się boleśnie we znaki to, że nie tylko nie mieliśmy możności uczestniczenia w walce politycznej poza Berezą, ale nawet nic o niej nie wiedzieliśmy.

Podczas pracy, niepostrzeżenie, stary bereziak posuwał się do nowego i nie odchylając się pytał szeptem:
- Co tam w Hiszpanii?

Takie zawsze bywało pierwsze pytanie. Bohaterska, brocząca krwią Hiszpania stała w ognisku uwagi. Nowicjusz niespokojnie oglądał się na dozorców i zaczynał opowiadać.

***

Tortura chłodu i głodu ustąpiła miejsca torturze upału i pragnienia. Karcer Berezy był teraz stale przepełniony. Nie dlatego, iżby zwiększyła się liczba wykroczeń, lecz po prostu dlatego, że teraz można było na długo pakować tam ludzi, zimą zaś człowiek zamarzłby na śmierć.

Karcer Berezy: osiem dołów kamiennych wśród pola, osiem celek, ogrodzonych drutem kolczastych, osiem grobów bez jednego promienia światła.

Karcer Berezy: wrzucano tam wpółubranego człowieka na siedem dni. Dawano na dwie doby maleńki kawałek chleba i aby nie pozwolić człowiekowi zasnąć, dozorcy dniem i nocą stukali butami co godzinę do drzwi i trzeba było się odezwać: „Jestem”. Najtężsi ludzie na trzeci - czwarty dzień zaczynali podlegać halucynacjom. A po siedmiu dniach wychodzili obrośnięci szczeciną, z zapadniętymi szarymi policzkami, chwiejąc się na nogach, lękając się spojrzeć na słońce oczami, nawykłymi do ciemności.

Albo "Droga Stalina". Była to droga prowadząca przez pole bereskie do karceru i łaźni, droga kolorowa, zrobiona z ułamków cegły, ubita wałem, ciągnionym przez aresztantów, i ich ciałami. Latem kaci Berezy wpadli na pomysł, by zmuszać ludzi do chodzenia obnażonymi kolanami po tej drodze. Ostre odłamki cegieł raniły ciało i czerwona droga jeszcze bardziej czerwieniała tam, gdzie znaczyła ją krew. Policjanci, wśród szyderczego śmiechu, drogę tę nazywali "Drogą Stalina".

(...)

Więźniowie szykowali się do Pierwszego Maja. Musieliśmy przecież dzień ten uczcić, nie bacząc na najgorsze warunki.

Z drugiej strony mieliśmy wszelkie podstawy do oczekiwania, że oprawcy nasi z racji święta rewolucyjnego urządzą jakieś wyjątkowe jatki: to również miało swe tradycje w Berezie. Przypomnijmy okropny dzień w Berezie - 9 maja 1936 roku: owej wiosny przez Polskę przeszła potężna fala walk rewolucyjnych. Niemal we wszystkich dużych miastach rozegrały się prawdziwe bitwy między robotnikami a policją wedle wszelkich reguł bojów ulicznych, przy czym robotnicy nieraz odnosili zwycięstwo.

Aby pomścić swe porażki na barykadach, władze urządziły dziką rozprawę z bezbronnymi więźniami Berezy. 9 maja wypędzono wszystkich w pole, nakazano położyć się na ziemię i w ciągu kilkunastu godzin tratowano ludzi butami i łupano kijami. W rezultacie dwaj towarzysze - Germaniski, student z Wilna, i Mozyrko, chłop białoruski - zginęli pod kijami, a ponad 60 towarzyszy wiele tygodni poniewierało się w szpitalu. Niejeden z nich na całe życie pozostał kaleką. Z powodu Pierwszego Maja rozprawa taka mogła powtórzyć się i teraz.

Nastrój wśród nas był podniosły i mocny. 30 kwietnia podczas przerwy obiadowej policjant w korytarzu zaczął nagle wykrzykiwać nazwiska. Wśród dwudziestu nazwisk wymienił i moje.

***

Minęło dwa lata od czasu, gdym wyszedł z Berezy. Zaczęła się wojna. Nocą gdy radio przerażonymi głosami oficerów zapowiadało zwycięstwo, pochwyciłem odgłos kroków za rogiem chaty - znajome odwiedziny policji.

Około 25 ludzi zapakowano w jeden wagon pociągu, zmierzającego do Berezy. Od Białej do Brześcia - 35 kilometrów - jechaliśmy 11 godzin. Wieczorem jesteśmy na stacji Bereza. Przed sobą mamy tylko sześć kilometrów drogi.

***

- Biegiem.
Wiedziałem co to znaczy i rzuciłem się we wrota.
- Padnij.

Dziś bito nie palkami gumowymi, tylko zwykłymi drągami.
- Biegiem.

Ludzie w mroku, nie znając labiryntu dróżek w Berezie, wbiegli w zasieki. Wywikławszy się z drutów kolczastych, popędzili dalej. Słyszę przed sobą znajome sapanie otyłego olbrzyma, policjanta Tomaki. Ciężko dysząc, zwala mnie z nóg długim drągiem.

Pierwszą noc przeżyliśmy jak trupy, skatowani drągami, półświadomi. Nazajutrz nikt do nas nie zaglądał, następnego zaś rana, nabrawszy śmiałości, zaczęliśmy bębnić do drzwi. Wszedł do nas zdziwiony policjant. Najprawdopodobniej o nas w ogóle zapomniano. Po upływie pół godziny wszystkich nas wyprowadzono na powietrze. Słoneczny dzień oślepiał oczy.

Jednego spojrzenia na pole dość było, aby pojąć, czemu o nas zapomniano. Bereza była nie ta sama co dawniej. Cała przestrzeń stanowiąca wprzódy obszerną łąkę, podzielona była teraz wysokimi przegrodami z drutu kolczastego na cztery kolosalne klatki i w każdej z klatek tych mrowiło się od ludzi. Nad wielotysięczną ciżbą wrzał głośny zgiełk. Słyszało się znajome "wstań" i "padnij". Policjanci mieli w rękach długie pałki bambusowe, rozszczepione i postrzępione od częstego użycia.

Nas - wczorajsze transporty wieczorne - powyżej tysiąca - zapędzono do jednej z klatek, odebrano od nas kufry i dokumenty. Nowe partie więźniów przybywały nieustannie aż do 5 września. Przybyli opowiadali, że pociągi ich w drodze ulegały wielokroć bombardowaniu. Kilka partyj przypędzono pieszo. Pierwszego dnia mego pobytu w Berezie, z pragnienia, wedle pogłosek, umarło ośmiu ludzi.

Zaczynał się głód. Rzeczą było jasną, że wkrótce wybuchną tutaj epidemie tyfusu, cholery i wszelkich innych chorób - krwawa biegunka i tak się już szerzyła.

***

Zasnąłem i zdaje się spałem długo. Nagle zbudził mnie donośny hałas w sali. Panowało jakieś niebywałe podniecenie:
- Wolność...
- Och, towarzysze...
- Wolność. Tam ludzie.

Lecz okrzyki były tak bezładne, ruchy tak gorączkowe, że ja, jak i wielu innych, wzięliśmy je za objaw psychozy wojennej. Po chwili w ciemnościach rozległy się nowe okrzyki:
- To chleb.
- Rzucają.
- Rzucają chleb.
- Gdzie? Gdzie?
- Daj mi, daj mi.

Pod narami przy oknie powstało zamieszanie. Widocznie wyrywano sobie z rąk do rąk chleb, który jakimś cudem się zjawił. Ale i to zamieszanie wydawało się maligną ludzi, konających z głodu.

Większość spośród nas odczuwała zwykły, zimny - przy całym napięciu - spokój. Czyjś głos wyraźny i władczy, stanowczo i surowo wzywał do samoopanowania. Poczekać niech nastanie świt. Ale na świt nie czekano. Wychodzono na korytarz bezładnie, po jednemu. Drzwi, jak się okazało, były już otwarte. z sali do sali biegali więźniowie i nawoływali się, poszukując znajomych. Z wolna zaczęto wysypywać się na dziedziniec. Tak, policjantów nie było już ani śladu. A więc: runęła Bereza.

Uchodząc z Berezy, napotkaliśmy ślady ich pożegnania się z nami: dwa trupy leżały w szopie. Jeden przebity był bagnetem, drugi zaś starszy mężczyzna, zamordowany był jakimś tępym narzędziem, bądź kolbą od karabinu, bądź młotkiem; czaszka była popękana w kilku miejscach. Towarzysze rozpoznawali zwłoki: byli to ojciec i syn - robotnicy z Białegostoku. Ponadto osiem trupów znaleziono na kartoflisku za szopą; wszystkie te trupy były przekłute bagnetem, oprawcy chcieli zapewne uniknąć odgłosu strzałów. Utrzymywano, że ponad trzydzieści takich samych trupów leży na polu za barakami, które zaczęto budować.

Szliśmy - kolumna zmartwychwstałych trupów - a chłopi białoruscy wynosili nam jadło; oto z odległej sadyby biegnie wyrostek, ledwo dźwigając ciężki ceber, pełen mleka, nie wiadomo skąd on tyle mleka nabrał. Oto kobieta dźwiga cały kosz serów domowych; oto staruch, wspierając się na lasce, niesie kilka jabłek.

Nikt pomocy tej nie organizował, lecz przed nami, wyprzedzając nas, mknie wieść o upadku Berezy. Białoruś wie, czym była Bereza. Cały kraj był zdławiony tym okropnym cieniem. Przyjmujemy dary jako rzecz należną, dziękujemy z płaczem.

 
Portret użytkownika seis
 #

Inne wspomnienie Aleksandra Hawryluka, poety, działacza Sel-Robu Jedności i KPZU, z Berezy Kartuskiej:

Pada komenda:
-Rozejść się po kątach. Biegiem. Pyskami do ścian.
Już i ustać nie sposób. Zmaltretowane nogi nie utrzymują ciężaru ciała. Wcisnąć by się w kąt, oprzeć się plecami o ściany, żeby nie upaść, żeby utrzymać własny ciężar.
-Zbiórka w szeregu.
-Ty! - nagle krzyczy policjant do jednego z więźniów. -Coś ty za jeden? Zawód?
-Elektromonter - odpowiada więzień.
-Aha. Elek-tro-mon-ter. Ta-ak. Montowałeś jaczejki komunistyczne? Znamy się na tym. Skłon. Taki synu. O tak.
Policjant zamierzył się. Szerokim łukiem mignęła pałka - straszny świst uderzeń: raz, dwa.
-Następny. Kto? Aha, doktor? Recydywista. Skłon. Ośle. Co, nie chcesz? Pomóżcie, przyjaciele...
-Teraz, poeto, twoja kolej.
Młokos policjant podchodzi. Pałką dotyka twarzy.
-Ty jesteś literat? Zbuntowany chamie. Zobaczysz, ile warte są twoje książki. Zaraz ci to wypiszemy na tyłku. Skłon. Skłon, draniu jeden. Za kark go, za kark, niżej mu łeb schylcie. O-o tak...

(Cyt. za: Henryk Rechowicz, "Konsekwentna lewica. Komunistyczna Partia Polski", Warszawa 1972, str. 131-132)

 
Portret użytkownika zdzisław klauza
 #

Niestety takich jak Piłsudski karierowiczów żerujących na nszej ideologii jest masa a po dostaniu się do władzy szybko zapominają o fundamęcie naszej idei ! O sprawiedliwości społecznej !!! Pracuję na zmiany i pewnej nocki słuchałem słuchowisko o Piłsudskim w głównej z nim w roli .Po pierwszej wojnie światowej i zwolnieniu z niemieckiego więzienia w Magdemburgu Piłsudski przyjechał do Warszawy gdzie proponowano mu stworzenie wzaz z innimi socjalistami rządu tymczasowego w którym miał stanąć na jego czele ! W teakcie rozmowy powiedział ,cytuję; JA JUŻ WYSIADŁEM Z TEGO  CZRWONEGO TRAMWAJU ! Wystarczy ,prawda ? Tak samo jest z SLD-wcami za czasu PRL-u w sejmie śpiewali międzynarodówk a jak doszli do władzy ,kradli nie mniej niż prawicowcy i w kościele teraz kolana wycierają i kler po rękach całują ! I jeszcz mają tupet maszerować pod czrwonym sztandarem na 1-maja ! HAŃBA!!! I co ludzie pracy mają mówić o nas komunistach i socjalistach ?!                                                                                                                                          FELIKS ASKI

 

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Ernst Thälmann - Sohn seiner Klasse