Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 13 gości.

Redakcja WR: 25 października 2015 skończył się w Polsce poststalinizm

Miller_Kwaśniewski.jpg

25 października 2015 skończyła się w Polsce pewna epoka. Po pierwsze: Skończyła się definitywnie sielanka 8-letnich rządów PO, ugrupowania zhańbionego wieloma antyrobotniczymi ustawami – w tym m.in. podwyższeniem wieku emerytalnego czy liberalizacją Kodeksu Pracy z 2013. Niekwestionowanym zwycięzcą wyborów jest Prawo i Sprawiedliwość (37,6 %), wyprzedzając PO, które straciło niemal połowę poparcia. Z 39% w roku 2011 zostało tylko 24% w 2015. PiS, konserwatywno-szowinistyczno-populistyczne, antykomunistyczne ugrupowanie uchodzi jednak – jak pokazują badania – za głos protestu klasy robotniczej przeciwko obecnemu systemowi. Trzecią pozycję zajęła populistyczno-nacjonalistyczna lista Kukiz'15 (8,81%), założona przez muzyka rockowego o bliżej nieokreślonej orientacji politycznej.

„Będą się działy ciekawe rzeczy” - tak skwitował wstępne wyniki wyborów niegdyś lewicowy historyk Tomasz Nałęcz w wywiadzie dla jednej ze stacji telewizyjnych.

Do parlamentu weszła także liberalna partia Nowoczesna.pl, założona przez Ryszarda Petru, ucznia odpowiedzialnego za kontrrewolucyjną, neoliberalną masakrę Leszka Balcerowicza (7,16%) oraz centrowy PSL (5,13%). Nieznacznie pod progiem 5% znalazła się również faszystowska partia KORWiN, założona przez byłego lidera Kongresu Nowej Prawicy i UPR.

Niestety zdrada i indolencja liderów dotychczas dominującej partii lewicy doprowadziła do zaprzepaszczenia potencjału buntu społecznego. Mimo, że na jej listy zagłosowało przeszło 7,5% wyborców, żadnej z nich nie udało się wprowadzić swoich posłów. Nie pomógł „efekt Nowackiej” . Co prawda nowa liderka koalicji – łącząca socjalliberałów z burżuazyjnego Twojego Ruchu, liberalnych socjaldemokratów z SLD i socjalistów z PPS i PPP, partię Zielonych a także związki zawodowe – zdołała podnieść poparcie społeczne dla lewicy – nie zmywa to jednak politycznej winy poststalinisty Leszka Millera i jego neoliberalnych klakierów, czy tak nieprzemyślanych decyzji kierownictwa, jak utworzenie koalicji zamiast jednolitego ugrupowania.

26 lat po wyborach 4 czerwca 1989, w których Polska Zjednoczona Partia Robotnicza oddała władzę i 25 lat po jej likwidacji, dokonał się jeden z ostatnich aktów kontrrewolucyjnego niszczenia bazy organizacyjnej polskiej lewicy. Liderzy SLD – istniejącego od 1991 jako koalicja, a od 1999 jako jednolita partia o charakterze socjaldemokratycznym – przez ćwierć wieku uczciwie pracowali na obecny wynik wyborczy. SLD od początku była partią wielonurtową – należy wspomnieć, że początkowo w skład tej koalicji wchodziły nie tylko Socjaldemokracja RP i inne pomniejsze ugrupowania o podobnym profilu, ale także komuniści ze Związku Komunistów Polskich „Proletariat”. Do dzisiaj jednak SLD pozostało partią sięgającą swoimi korzeniami w PZPR. Pod względem tradycji działacze SLD często odwołują się do tradycji polskiego ruchu robotniczego – w roku 2006 w warszawskiej dzielnicy Wola, dzięki staraniom lewicowego wiceburmistrza Pawła Pawlaka wzniesiony został pomnik Ludwika Waryńskiego, a ponadto wydany w roku 2013 „Niezbędnik historyczny lewicy” pozytywnie ocenia okres Polski Ludowej i odnosi się z pewną sympatią do przedwojennej Komunistycznej Partii Polski.

SLD miało potencjał, aby zdobyć antykapitalistyczny elektorat i zaufanie klasy robotniczej. Niemniej jednak neoliberalne rządy tej partii w latach 2001-2005 – naznaczone liberalizacją życia gospodarczego (w tym obniżeniem podatku CIT z 27% do 19%, a w wypadku wielkiego kapitału nawet zwolnienie zeń), skandalami korupcyjnymi, pomocą w tworzeniu katowni CIA czy wreszcie wciągnięciem Wojska Polskiego do udziału w imperialistycznej inwazji na Irak – zdecydowanie nadszarpnęły zaufanie społeczeństwa. Przez 4 lata SLD straciło ¾ głosów i wynik 41% z roku 2001 stopniał do 11% w roku 2005.

Nadal jednak Sojusz pozostawał liczącą się w parlamencie siłą, nadal posiadał bazę, na której można było zbudować partię robotniczą (w wypadku przejęcia steru partii przez lewe skrzydło). Stan ten utrzymywał się z grubsza do końca roku 2014. W międzyczasie doszło do kilku roszad w kierownictwie. Paradoksalnie, wybór poststalinisty Millera na przewodniczącego SLD pod koniec 2011 roku skończył epokę flirtów partii z Business Center Club i innymi organizacjami kapitalistów oraz zapoczątkował dryf na lewo. W latach 2012, 2013 i 2014 SLD wraz z Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych przeprowadziło wielotysięczną demonstrację w centrum stolicy – pochód pierwszego majowy – podczas którego zarówno Miller, Guz jak i zaproszeni goście wygłosili prorobotnicze przemowy. Naturalnie nie zabrakło też socjalistycznego hymnu „Międzynarodówki”.

Nowy rok 2015 rozpoczął się dla lewicy nadzieją, że kierownictwo SLD postawi na prorobotniczy kurs, porozumie się ze związkami zawodowymi i radykalną lewicą, będzie aktywne w walkach klasowych (takich jak np. protesty górnicze) i pod robotniczymi hasłami zmobilizuje czerwony elektorat, co poskutkować mogło sukcesem w wyborach prezydenckich (maj) i parlamentarnych (październik).

Po dwóch tygodniach było jednak jasne, że oto rozpoczął się dramat. Kandydatką lewicy na prezydenta okazała się być posiadająca skrajnie prawicowe poglądy (silny liberalizm gospodarczy czy islamofobia) Magdalena Ogórek. Osoba bez doświadczenia politycznego, za to z wielkim mniemaniem o sobie, kompromitująca siebie i SLD propozycjami „budowania gwardii narodowej z myśliwych” i „pisaniem prawa od nowa”. Liderzy SLD – Leszek Miller i wicemarszałek sejmu Jerzy Wenderlich – z czułością wypowiadający się na temat „pani doktor Ogórek”, swoim uporem i bezkrytycznym poparciem dla Ogórek doprowadzili największe ugrupowanie lewicy do ruiny. Protestujące wobec żenującej kandydatury Ogórek lokalne organizacje SLD często rozchodziły się do domów, a partia ulegała atrofii. Rezygnacja z masowego marszu na 1 maja 2015 była tylko papierkiem lakmusowym katastrofy jaka nastąpiła potem. Jej jakże wymownym potwierdzeniem był wynik wyborów prezydenckich z 10 maja – Ogórek zakończyła je z poparciem zaledwie 2,38%, wobec 13,68% kandydującego z ramienia SLD Grzegorza Napieralskiego z 2010 roku.

Także sondaże świadczyły o spadku poparcia dla SLD – 2-3% dawało partii, która jeszcze 10 lat temu utworzyła własny rząd nikłe szanse na przekroczenie 5% progu wyborczego. Wobec tego faktu Leszek Miller w porozumieniu z liderem socjalliberalnego TR zdecydował się na utworzenie wspólnej listy wyborczej. Do Zjednoczonej Lewicy zostały zaproszone również związki zawodowe – OPZZ i Sierpień 80, a także partie na lewo od SLD – Zieloni, PPS i PPP. Tak ukształtowana koalicja, z programem podniesienia płacy minimalnej do 2500 zł brutto z obecnych 1750 zł, wprowadzenia minimalnej płacy godzinowej i walki umowami śmieciowymi, stanowczo odpowiadająca się za rozdziałem kościoła od państwa, mieszcząca się tym samym w nurcie umiarkowanej socjaldemokracji. Mimo że koalicja pozostała heterogeniczna pod względem klasowym – SLD jako partia skupiająca urzędników, robotnicze związki zawodowe i drobnomieszczańską lewica w postaci Zielonych zaczęła odzyskiwać poparcie wyborców.

Do progu 8% dla koalicji zabrakło niewiele. Kiedy w poniedziałek 26 października spływały wyniki z poszczególnych komisji mogło się wydawać, że ZL dostanie się do Sejmu. We wtorek jednak porażka była już faktem, mimo zaklinania Nowackiej że „Lewica się jednak zmobilizowała”.

Drugą partią lewicową, startującą w obecnych wyborach było ugrupowanie „Razem”, którego najbardziej rozpoznawalna twarz, Adrian Zandberg, określa się jako „demokratyczny socjalista”. Partia „Razem”, wzorowana w swojej symbolice na hiszpańskim PODEMOS, została założona w maju tego roku, zdobywając w krótkim czasie dziesiątki tysięcy „lajków” na portalu społecznościowym Facebook przy znikomej aktywności w tzw. „realu”. Zmieniło się to jednak we wrześniu, kiedy to działacze „Razem” zmobilizowali się do zebrania przeszło 100 tysięcy podpisów i zarejestrowali listę wyborczą. Partia Razem powstała jako twór internautów z portalu Facebook, a także części działaczy Młodych Socjalistów – powstałego w 2005 roku młodzieżowego stowarzyszenia mieszczącego się w nurcie antykomunistycznej „Nowej Lewicy” i lewicy obyczajowej, znanej z ataków na komunistów podczas pochodów majowych. Razem przyjęło jednak odrębny wizerunek, stając się lewicą socjalną, domagającą się przede wszystkim 35-godzinnego tygodnia pracy i wprowadzenia 75% progresji podatkowej, co sytuuje ją w nurcie „starej” zachodnioeuropejskiej socjaldemokracji. Mimo prorobotniczych haseł ugrupowanie ma charakter zdecydowanie drobnomieszczański. Co ważne: Razem to partia antykomunistyczna – według jednej z działaczek partie charakteryzować ma „zero złogów postkomunistycznych” - i sekciarsko wroga wobec SLD.

Szara eminencja Razem i jej twarz – 36-letni filozof Adrian Zandberg (w partii nie ma formalnie liderów) zaskarbił sobie ok. 3% poparcia społeczeństwa, wygrywając w dniu 20 października debatę prezydencką. Owszem, podczas gdy przedstawicielki PO – premier Ewa Kopacz i PiS – przyszła premier Beata Szydło – zajmowały się głównie sobą, Zandberg zaprezentował nie tylko lewicowy i pro-pracowniczy, ale także najbardziej merytoryczny z wszystkich program wyborczy.

Nieprawdą jest natomiast, że Razem „ukradło” głosy ZL. Jak pokazują sondaże opublikowane przez TVN – jedynie 4% z wyborców SLD z roku 2011 zagłosowało na to ugrupowanie, podczas gdy aż 7% z tych co w 2011 wybrali PO. Gdyby dodać 4% z 3,62% dla Partii Razem czyli 0,15% ogółu głosów do wyniku SLD, ZL, która otrzymała 7,55% nadal brakowałoby do progu.

Jednakże zarówno partia Razem, jak i Zjednoczona Lewica z racji uzyskanego poparcia otrzymają dotacje budżetowe, co pomoże im w zachowaniu bazy politycznej. Baza ta nie jest jednak bazą klasową, ani też partie te nie cieszą się szczególnym poparciem klasy robotniczej. Jak wynika z sondaży poparcia wśród różnych grup społecznych – robotnicy wybrali przede wszystkim PiS i Ruch Kukiza, stanowiąc tym samym ok. 1/3 ogółu ich elektoratu. Poparcie dla ZL, Razem i PSL było nieznacznie większe niż wynik ogólnokrajowy. Niskie, czterokrotnie niższe niż wśród kapitalistów było wśród robotników poparcie dla partii Nowoczesna.pl.

Jak widać, burżuazja w Polsce posiada świadomość klasową i doskonale wie, jakie poglądy leżą w jej interesie. Nie można tego jednak powiedzieć o klasie robotniczej, która – po zerwaniu ciągłości organizacyjnej po 45 latach stalinizmu – nie dość, że po kolejnym ćwierćwieczu nie znalazła ani nie utworzyła masowej partii reprezentującej jej interesy, to straciła także szanse na wprowadzenie swoim przedstawicieli – takich jak Elżbieta Fornalczyk, Patryk Kosela i Piotr Szumlewicz – do parlamentu.

Niemniej jednak, obecna kampania była krokiem w dobrym kierunku. Pierwszy raz w III RP radykalni, klasowo nastawieni działacze ruchu robotniczego mieli realną szanse wywalczenia mandatu poselskiego i prowadzenia aktywnej obrony interesów proletariatu z trybuny sejmowej, co mogłoby podziałać jak katalizator dla budowy przyszłej partii robotniczej. Lewica wróciła do punktu "0" – jak nigdzie indziej w Europie.

Być może jednak zdobyte doświadczenia zaowocują w przyszłości. Nadchodzące tygodnie oraz rozwój wydarzeń na scenie polityczna zdecydują o przyszłej formule lewicy w Polsce – nasze zadanie polegać będzie na umiejętności zorganizowania się na gruncie powyborczej pożogi.

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

UPA