Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 24 gości.

Dyskusja z WJM, epizod 4 – w oczekiwaniu na dowód, że „walki klas nie ma”

class_struggle_game.jpg

TREŚĆ EMAILA:

Data:
Mon, 19 Oct 2015 20:04:18 +0200

Nadawca:
wjm <wjm@vp.pl>

Adresat:
Wladza Rad <wladzarad1917@gmail.com>





Redakcjo "Władza Rad" (ponownie, niestety)


Na wstępie – dość zabawny jest fakt, że już w tytule swojej odpowiedzi zarzucacie mi "erystykę", po czym swój wywód otwieracie argumentem z autorytetu postaci zdjęcia Jana Pawła II z cytatem. Później powracacie do tego, jakże przekonującego, sposobu argumentacji, powołując się na Warrena Buffeta, również ze zdjęciem. Jakikolwiek efekt sądziliście, że w ten sposób osiągniecie, pomyliliście się i nie sądzę by było konieczne tłumaczyć, dlaczego.


W poprzednim liście, odpowiadając na wasze twierdzenie, że "kiedy burżuazyjne demokracje i stalinowski ZSRR walczyły razem o wolność i demokrację, nikomu nie przyszło do głowy zrównywanie sojusznika z wspólnymi wrogami" odpowiedziałem, że sojusz z ZSRR był wojenną koniecznością. Miałem przez to oczywiście na myśli, że fakt tego sojuszu o ZSRR - wbrew temu co zdajecie się sugerować – nie mówi absolutnie nic, poza tym że miały wspólnego wroga z państwami zachodnimi. W żaden sposób nie zaprzecza określaniu tego państwa mianem totalitarnego (również go nie potwierdza, ale nie o to przecież chodziło). Czemu ma służyć to "odbicie piłeczki", przyznam, że nie wiem.


W kwestii klasizmu. Frazy komunistów o klasowości i walce klasowej to wąski język ideologiczny. Z tezami wygłaszanymi w tym języku o tyle trudno dyskutować, że jeżeli w ogóle mają one jakiś sens to wyłącznie z punktu widzenia ideologii, którą reprezentują. Podobnie jak wyłącznie z nazistowskiego punktu widzenia mogły mieć jakikolwiek sens absurdalne wywody Hitlera z "Mein Kampf". Przywołuje ten przykład, by zilustrować podobną trudność w poważnym traktowaniu tez wygłaszanych w języku komunistycznym, opartych na ideologicznym, a przynajmniej rozumianym w zideologizowany sposób pojęciu "klasy".


A propos "erystyki". W tym miejscu po raz kolejny sami odwołujecie się do banalnych, schopenhauerowskich trików. Tym razem – żądając ode mnie udowodnienia serii twierdzeń, których nigdy nie wygłaszałem (poczynając od „jednorodności społeczeństwa”), a które w żaden sposób nie wynikają z mojego stwierdzenia, które próbujecie w tym miejscu obalić – że koncepcja „walki klas” jest ideologicznym bełkotem. 


Z niejednorodności społeczeństwa „walka klas” w żaden sposób nie wynika. Możliwych kryteriów podziału społeczeństwa jest wiele i są one zupełnie dowolne. Może to być podział na grupy wyróżnione ze względu na status majątkowy, może to być podział na grupy wyróżnione ze względu na pochodzenie, a także wiek, płeć, wykształcenie, wyznanie, światopogląd czy nawet styl życia albo upodobania kulinarne. Podział ze względu na stan majątkowy zbliżony jest do upodobanej przez komunistów „klasy”, a podział ze względu na pochodzenie do upodobanej przez nazistów „rasy”, choć w żadnym razie nie są one tożsame z tymi pojęciami. Mniejsza jednak o szczegółową analizę kryteriów podziału. Sednem sprawy jest fakt, że praktycznie każde z nich może być wykorzystane do oparcia na nim jakiejś ideologii i do wysuwania żądania uprzywilejowania bądź pognębienia grupy znajdującej się po jednej ze stron podziału – tak jak robili to komuniści i naziści, arbitralnie uznając dobrane przez siebie kryteria za właściwe i jedyne słuszne. W obu przypadkach jest to próba zdobycia politycznego posłuchu przez wykorzystywanie bądź pogłębianie podziałów i wskazanie grupie, o której poparcie się zabiega, wroga, którego może obwinić za swoje problemy. Tezy oparte na założeniach tych podziałów, włączając tę, że „cała historia ludzkości to dzieje walki klas”, są po prostu niebezpieczną demagogią, merytorycznie nieposiadającą wartości. 


Nie mam najmniejszej potrzeby, by udowadniać, że robotnik z Huty Batory nie ma żadnych sprzecznych interesów z Romanem Karkosikiem i Janem Kulczykiem, ani, że żyje na tym samym poziomie, co oni. Istnienie tych różnic w poziomie życia, a także sprzecznych interesów, po raz kolejny, w żaden sposób nie dowodzi słuszności koncepcji „walki klas”, więc nie wiem po co miałbym te tezy udowadniać. To samo tyczy się pozostałych zmyślonych przez was twierdzeń, których udowodnienia zażądaliście. Ów robotnik z Huty Batory może mieć sprzeczne interesy także z innymi robotnikami z Huty Batory, z Romanem Karkosikiem i Janem Kulczykiem. Ze wszystkimi tymi osobami ma również pewne wspólne interesy. Istnienie państwa prawa, które chroni prawa każdego z nich i samo ich nie narusza, oraz jego obrona przed rewolucyjnymi zamachami, jest zresztą jednym z nich. W interesie robotnika z Huty Batory mogłoby co prawda być gwizdnięcie portfela Kulczykowi, ale przyzwolenie na to żeby kraść portfele, byłoby generalnie sprzeczne z interesami ich obu. Nie jest nawet w interesie tego robotnika, by państwo pozwoliło tylko jemu kraść portfele Karkosikowi i Kulczykowi. Jeżeli prawa i interesy jednostki nie stanowią dla państwa żadnej przeszkody, bardzo szybko może się to obrócić przeciwko temu robotnikowi. 


Dalej stwierdzacie, że „jeżeli marksiści się mylą i to nie warunki materialne kształtują osobowość człowieka (…) to pozostaje twierdzić, że wszystko sprowadza się do dziedziczenia i tzw. krwi – stąd już tylko krok do twierdzenia o rasach panów i podludziach”. Z uwagi na porażającą mętność tego wnioskowania, ograniczę się do krótkiego stwierdzenia: non sequitur. To samo odnosi się do dalszego zdania „istnienie klas społecznych, a zatem walki klasowej”. Nie ma tam żadnego „a zatem”. Odsyłam tu do mojego wcześniejszego akapitu na temat możliwych kryteriów podziału społeczeństwa. Jeżeli z możliwości podziału społeczeństwa na klasy (co jest rzecz jasna możliwe, wystarczy taką klasę zdefiniować, w sposób dowolny) wynika „walka klas”, to w takim razie z możliwości podziału społeczeństwa na ludzi mniej i bardziej odpowiadających aktualnie panującym wzorcom urody, wynika walka atrakcyjności. Ponieważ ludzie bardzo różniący się pod tymi względami zawsze istnieli, a także zachodzą pomiędzy nimi sprzeczności interesów, stąd już tylko krok do wniosku, że owa walka brzydali i pięknisiów jest motorem napędowym historii.


Parę akapitów dalej po raz kolejny popisujecie się erystycznymi machinacjami, wygłaszając absurdalną tezę, że każde państwo w którym obowiązuje porządek prawny można by uznać za totalitarne. Kary za morderstwa, gwałty i kradzieże służą ochronie jednostek przed naruszeniami ich praw, natomiast postulowane przez komunistów „prawo” obejmujące np. wywłaszczenia i nacjonalizacje, czy dowolne inne pognębienie „burżuazji” i ingerowanie w stosunki międzyludzkie w celu realizacji ideolocznych celów, samo jest tych praw naruszeniem. Nie powinno wymagać żadnego tłumaczenia, że treść prawa może być oceniana z punktu widzenia sprawiedliwości i słuszności. „Prawo”, które nakazuje jedną trzecią społeczeństwa okraść, a drugą trzecią społeczeństwa wymordować („krnąbrnych burżujów"), będzie de facto bezprawiem i zbrodnią, choćby nawet zostało uchwalone przez „prawomocne organy państwa robotniczego”. 


O tym co dobre dla robotników, rzeczywiście najlepiej wiedzą sami robotnicy – a nie agitatorzy, którzy zasłaniając się interesem robotników po ich plechach chcieliby się wspinać do absolutnej władzy, jak to w praktyce miało miejsce. Oczywiście, że „robotnicy” (jak w ogóle wszyscy pracujący, gdyż co ciekawe komuniści unikają pojęcia „pracownicy”) chcą jak najmniej pracować i jak najwięcej zarabiać. Jak wszyscy, walczą o swój własny, indywidualny, prywatny interes, czyli coś na co w ideologii komunistycznej nie ma miejsca. Prowokacyjnie spytałbtm, z jakiej racji to chcenie robotników miałoby zostać uznane za ważniejsze niż chcenie pracodawców, którzy chcieliby jak najmniej płacić za jak najwięcej pracy? Jest to dokładnie taki sam indywidualny interes, który starają się realizować i nie jest rolą państwa, a już na pewno nie jakichś rewolucyjnych fanatyków, arbitralne i generalne przyznawanie jednemu z tych interesów prymatu nad drugim. Zresztą współcześnie nawet w tych krajach Europy, które słyną z wprowadzenia tych „robotniczych” postulatów w życie, a które mniej nieco mniej sfanatyzowani zwolennicy lewicy przedstawiają za wzór do naśladowania, panuje bynajmniej nie komunizm, lecz gospodarka wolnorynkowa oparta na własności prywatnej – pod wieloma względami bardziej liberalna, niż ogarnięta ponoć „wilczym kapitalizmem” Polska.



Końcówki komentować nie będę, gdyż przyznam szczerze, przestałem czytać wasz tekst po akapicie, w którym to przewrotnie wykorzystując przedstawioną przeze mnie kalkę waszych zamordystycznych poglądów usiłujecie mi przypisać nazistowskie sympatie. Trudno jednak oprzeć się dodaniu, że jak na ironię świadczy to wyłącznie o waszych własnych sympatiach, gdyż komentowany przez was w ten sposób akapit, czego najwyraźniej nie zauważyliście, był ironicznym przełożeniem waszych wypowiedzi na grunt antykomunistyczny.


 
 
ODPOWIEDŹ WR:
 
 
Jak zapewne wiedzą czytelnicy portalu WR, pan WJM począwszy od połowy sierpnia br. polemizuje z nami o prawnych aspektach legalności komunizmu, totalitaryzmie, walce klasowej i rasizmie. Nasze teksty znajdują się pod linkami: http://www.1917.net.pl/node/20650 („O wolności i telepatii – odpowiedź antykomuniście” - 19 sierpnia br.) ihttp://www.1917.net.pl/node/20675 („Totalitaryzm a wolność” - 29 sierpnia br.). Trzeci z kolei list, wraz z odpowiedzią zatytułowaną („O klasach społecznych, bajce o liberalnym kapitalizmie i państwie robotniczym czyli odpowiedź na erystykę WJM”) opublikowaliśmy 7 października pod linkiem http://www.1917.net.pl/node/20767. Mimo wciąż padających w naszym kierunku nieuzasadnionych porównań nas do Hitlera i nazistów zdecydowaliśmy się kontynuować tę dyskusję, ze względu na powszechność występujących w niej argumentów, oraz jej niewątpliwy walor edukacyjny.
 
 
Jak zaczyna się czwarty już ostatnimi czasy mail od WJM „Na wstępie – dość zabawny jest fakt, że już w tytule swojej odpowiedzi zarzucacie mi "erystykę", po czym swój wywód otwieracie argumentem z autorytetu postaci zdjęcia Jana Pawła II z cytatem. Później powracacie do tego, jakże przekonującego, sposobu argumentacji, powołując się na Warrena Buffeta, również ze zdjęciem. Jakikolwiek efekt sądziliście, że w ten sposób osiągniecie, pomyliliście się i nie sądzę by było konieczne tłumaczyć, dlaczego.
 
No właśnie to, że posługuje się Pan argumentami nierzeczowymi, nie udowodnił Pan podstawowej tezy którą pan postuluje, o tym, że Marks mylił się że "historia wszelkiego społeczeństwa jest historią walk klasowych", którą sparafrazowaliśmy w naszej odpowiedzi z 29 sierpnia (http://1917.net.pl/node/20675), gdzie stwierdziliśmy że "Cała historia ludzkości to dzieje walki wolności jakiejś klasy z wolnością jakiejś innej". Wobec tego odbiliśmy piłeczkę, twierdząc że tzw. autorytety w postaci klechy i burżuja, którym do Marksa daleko, nie poddają obiektywnego faktu walki klasowej w wątpliwość. W wątpliwość tezy te jednak nadal poddaje WJM. Jak pisze w mailu z 19 października frazy komunistów o klasowości i walce klasowej to wąski język ideologiczny. Z tezami wygłaszanymi w tym języku o tyle trudno dyskutować, że jeżeli w ogóle mają one jakiś sens to wyłącznie z punktu widzenia ideologii, którą reprezentują
 
Znaczy się że Jan Paweł II był komunistą ponieważ wygłaszał w swoich encyklikach "frazy o walce klasowej"? A jeśli nie, to czy antykomuniści również mogą wypowiadać "frazy o walce klasowej" i czy jeśli tak to czy noszą one znamiona "wąskiego języka ideologicznego" (komunistycznego w domyśle) , a może po prostu "walka klasowa" jest powszechnie uznaną w naukach społecznych koncepcją, do której odwołują się różni krytycy kapitalizmu i społeczeństw klasowych, czasami także antykomuniści?
Mimo tego, WJM stara się jednak znaleźć luki w naszym rozumowaniu. Piszę on, że Z
niejednorodności społeczeństwa „walka klas” w żaden sposób nie wynika. Możliwych kryteriów podziału społeczeństwa jest wiele i są one zupełnie dowolne. Może to być podział na grupy wyróżnione ze względu na status majątkowy, może to być podział na grupy wyróżnione ze względu na pochodzenie, a także wiek, płeć, wykształcenie, wyznanie, światopogląd czy nawet styl życia albo upodobania kulinarne.
 
 
 
A styl życia, wykształcenie, światopogląd i upodobania kulinarne są bez związku z statusem
materialnym?
 
Podział ludzi na klasy bądź grupy społeczne, można zdefiniować owszem w różny, arbitralny sposób. Dla marksistów w definicji klas najważniejsza jest jednak antagonistyczna sprzeczność interesów zbiorowości. Jak określił klasy społeczne Włodzimierz Lenin.
 
Klasami nazywamy wielkie grupy ludzi, różniące się pomiędzy sobą pod względem zajmowanego przez nie miejsca w historycznie określonym systemie produkcji społecznej, pod względem ich stosunku (przeważnie utrwalonego i prawnie wyrażonego) do środków produkcji, pod względem ich roli w społecznej organizacji pracy - i co za tym idzie - pod względem sposobu otrzymywania i rozmiarów tej części bogactwa społecznego, którą rozporządzają. Klasy - to takie grupy ludzi, z których jedna może przywłaszczać sobie pracę innej, dzięki różnicy pod względem miejsca, które zajmują w określonym systemie gospodarki społecznej.
 
[W.I.Lenin. "Dzieła Wybrane" wyd KiW 1949 strona 520]
 
Historia wszelkiego społeczeństwa jest historią walki właśnie tak określonych klas społecznych, jak pisał Karol Marks w swoim najsłynniejszym tekście
 
 
Wolny i niewolnik, patrycjusz i plebejusz, pan feudalny i chłop-poddany, majster cechowy i czeladnik, krótko mówiąc, ciemiężyciele i uciemiężeni pozostawali w stałym do siebie przeciwieństwie, prowadzili nieustanną, to ukrytą, to jawną walkę, - walkę, która za każdym razem kończyła się rewolucyjnym przekształceniem całego społeczeństwa, lub też wspólną zagładą walczących klas.
 
 
http://www.1917.net.pl/node/562
 
Dopiero tak postawione zagadnienie klas społecznych stwarza grunt do merytorycznej dyskusji nad istnieniem/nieistnieniem klas społecznych w sensie marksistowskim, czyli odpowiedzi na pytanie czy mówienie o klasach społecznych, walce klas jest "ideologicznym bełkotem", czy stwierdzaniem obiektywnie prawdziwych faktów. Aby dowieść nieistnienie klas społecznych należy dowieść brak większych różnic w społecznym podziale pracy, brak różnic w podziale własności środków produkcji oraz brak nierówności majątkowych. Wszystkie te rzeczy mają miejsce w obecnym społeczeństwie, dlatego też klasy istnieją i mają, co wynika z tak przedstawionej definicji, antagonistyczne interesy.  A pan WJM cały czas mota się w zrównywaniu nas z nazistami nie chcąc przyznać się do błędu. Pisze on, że
 
 
Podział ze względu na stan majątkowy zbliżony jest do upodobanej przez komunistów „klasy” podział ze względu na pochodzenie do upodobanej przez nazistów „rasy”, choć w żadnym razie nie są one tożsame z tymi pojęciami. Mniejsza jednak o szczegółową analizę kryteriów podziału.
 
Problem w tym, że "rasy" nie są grupami w których "jedna przywłaszcza sobie pracę innych", ponieważ definicja ras to kwestia antropologii, nie ekonomii politycznej, a jak pisaliśmy w poprzednim liście twierdzenia rasistów, że różnice w wyglądzie niosą za sobą " niezbywalne różnice osobowościowe i intelektualne", zostały przez naukę obalone. Bezsprzecznym faktem pozostaje jednak, że różnice osobowe i intelektualne zależą od warunków materialnych, czyli właśnie od przynależności klasowej jednostki, zwłaszcza jeśli weźmiemy definicję z pracy Lenina. Dla WJM fakt ten jednak nie jest bezsprzeczny, skoro pisze on, że
 
 Sednem sprawy jest fakt, że praktycznie każde z nich może być wykorzystane do oparcia na nim jakiejś ideologii i do wysuwania żądania uprzywilejowania bądź pognębienia grupy znajdującej się po jednej ze stron podziału – tak jak robili to komuniści i naziści, arbitralnie uznając dobrane przez siebie kryteria za właściwe i jedyne słuszne
 
Tak jest w istocie, i jest to właśnie przejaw walki klasowej w dziedzinie nauki - naziści propagowali rasizm i teorie o „żydobolszewizmie” celem walki z komunizmem i zabezpieczenia zysków niemieckich monopoli przemysłowych i finansjery. Naziści byli skrajnym ruchem politycznym ochraniającym interesy wielkiej burżuazji. Natomiast komuniści twierdzą, że ma miejsce walka klas i dążą do ustanowienia dyktatury proletariatu w ramach walki klasowej proletariatu. Jednak wg WJM 
 
W obu przypadkach jest to próba zdobycia politycznego posłuchu przez wykorzystywanie bądź pogłębianie podziałów i wskazanie grupie, o której poparcie się zabiega, wroga, którego może obwinić za swoje problemy.
 
Naziści jednak nie zabiegali o względy "wszystkich Aryjczyków" bo wysokich blondynów o niebieskich oczach można znaleźć także na ziemiach słowiańskich. Celem wywołania II WŚ przez Hitlera było zdobycie przestrzeni życiowej dla Niemców i zapewnienie zysków wielkiemu kapitałowi. Warto podkreślić, że udział najbogatszego 1% Niemców w dochodzie narodowym wzrósł z ok. 11% na początku rządów Hitlera do 16% w 1939 roku (udział najbogatszego 0,1% wzrósł w tym samym czasie z 4% do 7%). [T. Piketty, „Kapitał w XXI wieku”, Warszawa 2015, wykresy 9.3 i 9.6]. WJM jednak nieświadom tychże faktów dalej kontynuuje swoje uporczywe zrównywanie komunizmu i nazizmu
 
 
Tezy oparte na założeniach tych podziałów, włączając tę, że „cała historia ludzkości to dzieje walki klas”, są po prostu niebezpieczną demagogią, merytorycznie nieposiadającą wartości.
 
Przeczytawszy to zdanie, prosimy o dowód, który byłby jednocześnie obaleniem wyżej przeprowadzonego rozwiązania dowodzącego istnieniu klas społecznych według definicji Lenina. Wypadałoby jakoś uzasadnić swoje argumenty, skoro WJM tak ochoczo prowadzi wywody o rzekomo równej pozycji wyzyskiwanych i wyzyskiwaczy. 
 
Ów robotnik z Huty Batory może mieć sprzeczne interesy także z innymi robotnikami z Huty Batory, z Romanem Karkosikiem i Janem Kulczykiem. Ze wszystkimi tymi osobami ma również pewne wspólne interesy. Istnienie państwa prawa, które chroni prawa każdego z nich i samo ich nie narusza, oraz jego obrona przed rewolucyjnymi zamachami, jest zresztą jednym z nich. W interesie robotnika z Huty Batory mogłoby co prawda być gwizdnięcie portfela Kulczykowi, ale przyzwolenie na to żeby kraść portfele, byłoby generalnie sprzeczne z interesami ich obu. Nie jest nawet w interesie tego robotnika, by państwo pozwoliło tylko jemu kraść portfele Karkosikowi i Kulczykowi. Jeżeli prawa i interesy jednostki nie stanowią dla państwa żadnej przeszkody, bardzo szybko może się to obrócić przeciwko temu robotnikowi.
 
W tym momencie odeślemy pana WJM do naszego artykułu pt. "Dlaczego wolna konkurencja nie rozwiąże wszystkich problemów" (http://www.1917.net.pl/node/20576) opublikowanego w dniu 13 lipca br.. Artykuł ten stanowi przełożenie na współczesny język broszury Karola Marksa pt. "Płaca, cena i zysk" i miał w założeniu być elementarzem przedstawiającym to, czym jest w istocie kapitalistyczny wyzysk.
 
Mówiąc w skrócie - w kapitalizmie to Kulczykowie i Karkosikowie "kradną portfele" klasie robotniczej, ponieważ źródłem zysku w kapitalizmie jest nieopłacona praca robotnika. Interes robotnika jest sprzeczny z interesem kapitalisty, ponieważ każda złotówka mniej w płacy roboczej to złotówka więcej na koncie u kapitalisty i vice versa. Interes robotnika jest za to wspólny z interesem jego kolegi, ponieważ organizacja w walce m.in. o wyższe płace i krótszy dzień roboczy, może dać wspólne korzyści wszystkim robotnikom.
 
W tym momencie mamy pytanie do pana WJM - co kształtuje w takim razie osobowość człowieka, jeżeli nie są to warunki materialne egzystencji jednostki i w jaki sposób prowadząc tego typu (z naszego punktu widzenia błędne) rozumowanie, nie dojść do rasistowskich wniosków? Prosimy nie ograniczać się do "salonowych" epitetów o "mętności" naszej wypowiedzi. W tekście z 7 października stwierdziliśmy, że jeżeli marksiści się mylą i to nie warunki materialne kształtują osobowość człowieka (…) to pozostaje twierdzić, że wszystko sprowadza się do dziedziczenia i tzw. krwi – stąd już tylko krok do twierdzenia o rasach panów i podludziach”. Pana odpowiedź z 19 października brzmiała - Z uwagi na porażającą mętność tego wnioskowania, ograniczę się do krótkiego stwierdzenia: non sequitu
 
 
Zamiast rzeczowego argumentu otrzymaliśmy jednak „mętny” wywód o „walce atrakcyjności” 
 
Jeżeli z możliwości podziału społeczeństwa na klasy (co jest rzecz jasna możliwe, wystarczy taką klasę zdefiniować, w sposób dowolny) wynika „walka klas”, to w takim razie z możliwości podziału społeczeństwa na ludzi mniej i bardziej odpowiadających aktualnie panującym wzorcom urody, wynika walka atrakcyjności. Ponieważ ludzie bardzo różniący się pod tymi względami zawsze istnieli, a także zachodzą pomiędzy nimi sprzeczności interesów, stąd już tylko krok do wniosku, że owa walka brzydali i pięknisiów jest motorem napędowym historii.
 
Powstania Spartakusa czy Wielkiej Rewolucji Francuskiej nie da się raczej wyjaśnić walką atrakcyjności, ale da się walką klas. Dla burżuazyjnego moralizatora kwestia ta jest jednak mało istotna.

 
 
Dalej WJM pisze: „Prawo”, które nakazuje jedną trzecią społeczeństwa okraść, a drugą trzecią społeczeństwa wymordować („krnąbrnych burżujów"), będzie de facto bezprawiem i zbrodnią, choćby nawet zostało uchwalone przez „prawomocne organy państwa robotniczego”.
 
De facto bezprawiem i zbrodnią to jest odbieranie ludziom pracy prawa do emerytury czy ośmiogodzinnego dnia pracy, a także zatrudnianie na umowy śmieciowe nie dające prawa do urlopu, nawet jak jest uchwalone przez "prawomocne organy" państwa burżuazyjnego. Rozróżnijmy podstawowe prawa człowieka i prawa, które de facto je łamią w interesie klasy panującej, takiej jak burżuazja w kapitalizmie.
 
Na prowokacyjne pytanie WJM,z jakiej racji to chcenie robotników miałoby zostać uznane za ważniejsze niż chcenie pracodawców, którzy chcieliby jak najmniej płacić za jak najwięcej pracy? - odpowiadamy:
 
Po pierwsze z powodów "demokratycznych" - robotników jest po prostu więcej, po drugie - z powodów humanitarno-strategicznych klasa robotnicza ma interes w obaleniu kapitalizmu który jest systemem nędzy, głodu, bezrobocia i wyzysku, a burżuazja takiego interesu nie ma.
 
 
Jak uważa nasz dyskutant, cofając nas do XVIII wieku, Monteskiusza i idealistycznej koncepcji państwa jako „umowy społecznej” 
nie jest rolą państwa, a już na pewno nie jakichś rewolucyjnych fanatyków, arbitralne i generalne przyznawanie jednemu z tych interesów prymatu nad drugim
Jest natomiast praktyką, że w większości państw jeden z tych interesów jest ważniejszy od drugiego. Przez większość ludzkiej historii państwa nie ukrywały swojego klasowego charakteru i nie przyznawały klasom wyzyskiwanym (niewolnikom, chłopom pańszczyźnianym) praw politycznych. Było tak również w przypadku państw kapitalistycznych mniej więcej do połowy XIX wieku – obowiązywał cenzus majątkowy, który zniesiono dopiero pod naciskiem masowego ruchu robotniczego. Ale to nie zmieniło klasowej istoty państwa. Współczesne państwo i prawo burżuazyjne opiera się na cynicznym udawaniu, że różnice klasowe nie istnieją. Jak zauważył postępowy pisarz francuski Anatole France: „Ta reklamowana równość wszystkich wobec prawa zabrania bogatym, podobnie jak i biednym, żebrać na ulicy, kraść chleb i spędzać noce pod mostem!”. Nawet w najbardziej demokratycznym państwie kapitalistycznym to burżuazja finansuje partie polityczne, ekonomiści z organizacji „pracodawców” piszą programy ekonomiczne tych partii, koncerny medialne będące prywatnymi przedsiębiorstwami głoszą propagandę zgodnie z interesami swojej klasy, a kiedy partie z burżuazyjnym programem wygrywają wybory dzięki burżuazyjnemu wsparciu finansowemu i medialnemu, tworzą (korzystając z rad burżuazyjnych lobbystów) „ponadklasowe” prawo.
 
 
Na koniec WJM próbuje nam wykazać, że zachodnioeuropejskie „państwa dobrobytu” są efektem działania wolnego rynku:
 
 
Zresztą współcześnie nawet w tych krajach Europy, które słyną z wprowadzenia tych „robotniczych” postulatów w życie, a które mniej nieco mniej sfanatyzowani zwolennicy lewicy przedstawiają za wzór do naśladowania, panuje bynajmniej nie komunizm, lecz gospodarka wolnorynkowa oparta na własności prywatnej – pod wieloma względami bardziej liberalna, niż ogarnięta ponoć „wilczym kapitalizmem” Polska.
 
 
Po kapitalistycznej kontrrewolucji jaka przetoczyła się przez Europę w latach 1989-91 i doprowadziła do zamknięcia zakładów pracy, wyludnienia całych miast, bezrobocia milionów ludzi, tysięcy samobójstw w samej tylko Polsce, śmierci milionów Rosjan z powodu alkoholizmu wynikającego z braku perspektyw, śmierci 100-200 tysięcy ludzi w czasie wojen bałkańskich w latach 1992-95 oraz wygnania ok. 1,8 milionów obywateli b. Jugosławii, zniknęły stojące na linii Łaby radzieckie czołgi, które dotąd straszyły kapitalistów od Szwecji po Portugalię i Włochy, zmuszając ich do ustępstw na rzecz klasy robotniczej i budowy państw dobrobytu.

 
 
Dzięki tej tragedii, dotychczas socjalny kapitalizm Europy zachodniej jest systematycznie demontowany i zamieniany w barbarzyński neoliberalizm. Jeżeli mówimy o socjalnej Europie, trzeba pamiętać o tym, że od około 30 lat, od czasów reaganomiki i thatcheryzmu jest ona zasadniczo w defensywie, a zdobycze klasy robotniczej są atakowane, trzeba pamiętać także o ofiarach zbrodniczej kapitalistycznej kontrrewolucji w Europie wschodniej, która trwa już 27. rok.

 
 
Jak pokazuje WJM, ofiary kontrrewolucji w Polsce to nie tylko głodne dzieci i pracownicy PGRów pozostający bez środków do życia, ale także ludzie, którym system publicznego i powszechnego zidiocenia lansowany przez kapitalistyczne państwo kompletnie wyprał mózgi.

Społeczność

front