Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 20 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: W kwestii słabości lewicy w Polsce i nie tylko

SLD2.png

Zgoda co do faktu, że stan lewicy jest zły. Krytycyzm w tej sytuacji jest konieczny. Jednak aby krytycyzm prowadził do sensownej propozycji zmiany złej sytuacji, musi być trafny. O ile można się ze Stachem Głąbińskim zgodzić co do określenia stanu lewicy, o tyle diagnoza dotycząca przyczyn wydaje się nietrafiona i przez to jałowa. Nie oznacza to, żeby spostrzeżenia poczynione przez Stacha nie odnosiły się do faktycznych bolączek nurtu lewicowego w Polsce, zaś krytyka marazmu intelektualnego czy braku demokratyzmu nie była osadzona w realiach. Jak najbardziej owe spostrzeżenia i krytyczny ich ogląd są uzasadnione. Problem w tym, że sposób, w jaki Stach owej krytyki dokonuje, nie prowadzi do rozwiązania problemu zasadniczego, a mianowicie do wydostania się lewicy ze stanu marazmu czy zapaści w świadomości społecznej.
 
 Krytyce Stacha brakuje rzeczy zasadniczej. Bezkrytycznie Stach przyjmuje nieuzasadnione założenie, że definicja lewicy wyczerpuje się w spektrum poglądów od centrowych do socjaldemokratycznych. Tzw. skrajna lewica nie może z natury rzeczy w jego światopoglądzie jawić się jako formacja wiodąca. Może być, co najwyżej, jakimś skrzydłem nurtu, którego rdzeniem jest socjaldemokracja, czyli – polskich warunkach – taki twór, jak SLD. Dlatego też w krytyce, skądinąd koniecznej, brakuje odniesienia do problemów spoza ciasnego horyzontu bezideowej i skrajnie oportunistycznej formacji socjaldemokratycznej. Tymczasem problemy, które szaleją wręcz – jakby nie wyrażało się to w chaotycznej i pozbawionej jakiegokolwiek uporządkowania walce – bezkształtnego i pozbawionego własnej głowy ludu, daleko wykraczają poza problemy własne prokapitalistycznej lewicy czy problemy, z jakimi owa lewica borykała się w warunkach państwa dobrobytu na Zachodzie.
 
 
Stawiamy tu więc tezę, że pierwszym warunkiem dla znalezienia recepty na wyjście lewicy (cokolwiek by to znaczyło) z marazmu i bezradności politycznej jest zdanie sobie sprawy z rzeczywistych bolączek społecznych doby kapitalizmu, a niekoniecznie problemy własne formacji, które w tej sytuacji zajmują miejsce dalsze.
 
 
Wychodzi więc na to, że cenny materiał faktograficzny, zebrany przez Stacha, ukazujący przyczyny marnego wyniku wyborczego, jest straconym zachodem, jeśli pominąć sprawę o charakterze zasadniczym – co by się zmieniło, gdyby lewicy typu SLD udało się dojść do władzy, ba, utrzymać się przy niej. Do pewnego stopnia Stach daje na to pytanie odpowiedź: „Widoczne jest zarazem, że w 2000 roku społeczeństwo polskie okazało naturalną skłonność do lewicowości wyrażoną – wg sondaży poparciem dla SLD ponad 50%, a rok później, w wyborach – nieco ponad 40%. Przy tym uważna obserwacja zachowań ludzi wskazuje na to, że lewicowość pojmowania porządku społecznego[2] była w społeczeństwie powszechna, a jedynie kompromitacja PZPR-u i osiągnięte w latach 1980-1990 sukcesy propagandowe ugrupowań antyPRLowskich sprawiły, że sympatie zwróciły się ku „Solidarności”.”
 
Wynika stąd, jakby na to nie patrzył, że społeczeństwo po pierwszym szoku doświadczenia transformacji (trwającym jakieś 10 lat), opowiedziało się za tym, co – jak mu się wydawało – reprezentowało sobą SLD, a mianowicie: powrotem do „realnego socjalizmu”. Jako do mniejszego zła zapewne, ale zawsze. Na pewno zaś – szczególnie protestujący i strajkujący robotnicy – opowiedzieli się przeciwko kapitalizmowi jako ustrojowi, który właśnie niszczył wspólną własność, własność państwową, jedyną formę własności społecznej znaną robotnikom w PRL. Jak ten nastrój społeczny odczytał SLD? Fakty są zabójcze dla tej formacji: SLD przeprowadziła akcesję do Unii Europejskiej oraz do NATO, czyli utrwaliła w sposób polityczny (ustrojowy) i militarny zdobycze kapitalizmu w Polsce. Postąpiła więc dokładnie wbrew oczekiwaniom społecznym. To nie afery czy arogancja władzy, a nawet nie brak demokracji wewnętrznej były przyczynami porażki SLD, ale właśnie uświadomienie sobie społeczeństwa, a zwłaszcza naturalnego zaplecza lewicy – świata pracy z klasą robotniczą na czele – że sprawniej zarządzać kapitalistycznymi stosunkami społecznymi będą formacje polityczne o tradycjach ugruntowanych w burżuazyjnym systemie społecznym. Jeżeli nie ma formacji, która potrafiłaby zorganizować socjalizm w skali świata lub choćby Europy, to pozostaje tylko opcja państw narodowych walczących między sobą o podział akumulowanego kapitału. Im wcześniej, tym lepiej, ponieważ czas jest równie ważnym, jeśli nie najważniejszym czynnikiem przechwytywania nadzwyczajnej wartości dodatkowej, czego możliwości określa miejsce danego kraju w systemie międzynarodowego kapitalistycznego podziału pracy. W ten sposób, przechodząc na pozycje prokapitalistyczne, polska lewica post-PZPR-owska była głównym architektem nowej, populistyczno-prawicowej formacji politycznej. Pseudosocjalny program prawicy populistycznej może się rozwijać jako propozycja w pełni akceptująca kapitalistyczne warunki gry ekonomicznej, a więc pełną konkurencję i morderczą rywalizację państw narodowych na rynkach świata. Spełnienie choć w jakimś – nieuchronnie ułomnym – stopniu postulatów socjalnych swego elektoratu musi być uwarunkowane pozycją Polski w owej rywalizacji rynkowej z wykorzystaniem środków pozaekonomicznych, które nadzwyczaj wydatnie pomagają w tzw. wolnej konkurencji. Te środki mają charakter polityczny i militarny. Jesteśmy dziś świadkami nieuchronnego przenikania się obu typów czynników, wzajemnego wzmacniania i nieustannego przechylania się szali na stronę dominującej pozycji zastosowania siły militarnej do rozwiązywania problemu gospodarczego, jakim jest walka o jak najlepszą (kosztem innych konkurentów) pozycję na rynku światowym. Tylko socjalizm może dać rozwiązanie, które nie będzie się uciekało do wygrywania kosztem „konkurentów”. Jest to jednak dość skomplikowana operacja. Dużo prostsze jest zastosowanie nagiej przemocy. Jednak to ostatnie rozwiązanie leży wyłącznie w interesie klasy kapitalistów (produkcyjnych i finansowych), zaś poparcie dla tego niekorzystnego rozwiązania dla świata pracy może wynikać wyłącznie z braku socjalistycznej alternatywy. No właśnie, powiedziałby Stach – chodzi mi akurat o to, aby taka alternatywa istniała na polskiej scenie politycznej, i taką alternatywą byłaby lewica socjaldemokratyczna, taki SLD, jaki by nie był ułomny.
 
 
Otóż Stach jest w błędzie. SLD, podobnie jak i cała lewica socjaldemokratyczna, nie jest żadną alternatywą, co udowodniła w ciągu ostatniego ćwierćwiecza po wielokroć. Walka o socjalizm nie jest nawet najmarniejszym punktem programowym tej antykomunistycznej formacji. Wyborcy nie przejmują się zbytnio ani „wodzowskim” charakterem partii, ani brakiem wewnętrznej demokracji, ani nawet aferami. Natomiast tzw. lewica w Polsce wyraźnie nie jest żadną alternatywą dla centroprawicy ani dla populistycznej prawicy. Lewicy post-PRL-owskiej wydawało się, że w ramach transformacji wchodzimy w świat uporządkowany i stabilny w swojej politycznej i ekonomicznej istocie. Nic bardziej mylnego. Unia Europejska, którą lwia część lewicy uważała za jedyną słuszną wersję socjalizmu (tzn. bez komunistycznego antykapitalizmu na sztandarach), okazała się tworem, który w sytuacji braku „komunistycznego”, konkurencyjnego modelu rozpadł się na naszych oczach na „normalne” w kapitalizmie, coraz silniej rywalizujące coraz wyraźniejsze państwa narodowe. Wiara w możliwość zachowania solidaryzmu w ramach Unii, której warunkiem przetrwania było i jest unikanie skutków koniunkturalnych i mniej lub bardziej strukturalnych kryzysów kapitalizmu, okazała się złudna, kiedy zabrakło obozu socjalistycznego, dzielnie podtrzymującego tzw. otoczenie niekapitalistyczne – warunek względnie bezkonfliktowej rywalizacji burżuazyjnych gospodarek narodowych na rynku szerszym niż chwilowe możliwości przerobu. Burżuazyjne państwa narodowe wróciły do jedynej im dostępnej metody rozwiązywania własnych problemów, a mianowicie do wojny. Upadek obozu socjalistycznego zburzył także 40-letni ład powojenny, w ramach którego obóz ów pracował na utrzymanie krajów Trzeciego Świata w pozycji „otoczenia niekapitalistycznego”, wyzyskiwanego przez kraje kapitalistyczne, ale w warunkach pewnego kontrolowania tego wyzysku przez sam fakt istnienia alternatywy wobec kapitalizmu.
 
Logiczne jest, że kiedy owa alternatywa znikła, kapitalizm został zmuszony do ukazania swego prawdziwego oblicza, a którym mamy do czynienia od ćwierćwiecza. Rozkład instytucji niekoniecznie nadąża za rozpadem rzeczywistych więzi społecznych, więc rozkład ten przebiega niejako z pewnym opóźnieniem i nie zawsze bez oporów. Społeczeństwa Zachodu przyzwyczaiły się do warunków, które zapewnił im ponad 40-letni okres wyczerpującej (dla Wschodu) rywalizacji między systemami. Odłożone skutki tej olbrzymiej zmiany, jaką był upadek ZSRR i całego obozu, kumulują się obecnie prowadząc z żelazną koniecznością do nowej, wojennej konfrontacji obejmującej już nie tylko „jakieś tam” peryferie „cywilizowanego świata”, ale i jego Centrum. Na tle tak pojętego splotu okoliczności, w których przyszło nam żyć, zupełnie nieadekwatne są lamenty nad jakimiś pozornie ważnymi błędami taktycznymi popełnionymi przez socjaldemokrację. Tzw. postkomunistom wydawało się, że szczera postawa antykomunistyczna da im możliwość życia i działania w świecie, który był tworem chwiejnego, jak się okazało, układu, w którym zasadniczą rolę odegrał czynnik komunistyczny. Bez tego czynnika – podobnie jak w Niemczech hitlerowskich po wyeliminowaniu komunistów połączonym wysiłkiem socjaldemokracji i nazistów – socjaldemokracja nie może być żadną alternatywą.
 
 
Nie jest prawdą, że gdyby SLD wszedł do Sejmu, to odwróciłby się bieg po równi pochyłej w kierunku wojennej konfrontacji. SLD udowodniło, że nie ma żadnej alternatywnej propozycji politycznej. Nawet nie dążąc do owej konfrontacji bezpośrednio, SLD ani nawet sojusz wszystkich partii socjaldemokratycznych Unii Europejskiej nie byliby skłonni do samodzielności w ramach NATO.
 
Najważniejsze jest to, że w warunkach powrotu do kapitalistycznego, klasycznego modelu, kraj, taki jak Polska, musi trzymać się silniejszego partnera gospodarczego, bez którego nie ma szans zaistnieć w poważnej rywalizacji o światowe zasoby. A to pozbawia podmiotowości, o którą zresztą polska formacja socjaldemokratyczna w ogóle nie zabiega. Do świadomości społecznej przemawia trzymanie się tradycji historycznych, a raczej brudnej indoktrynacji fałszującej historię II Rzeczypospolitej i forsującej konfrontację z Rosją jako kwintesencję naszej tożsamości narodowej. Czy SLD ma jakąś alternatywę wobec tej propagandy w tym zasadniczym punkcie dzisiejszej debaty, od której zależą losy pokoju na kontynencie europejskim?
 
 
Przykro nam więc, ale z punktu widzenia autentycznie lewicowej alternatywy wobec kapitalizmu, przegrana socjaldemokracji nie wydaje się nam żadną stratą dla społeczeństwa polskiego. Najwyższa pora, aby uznać, że to nie błędy taktyczne ani tzw. lewicowy światopogląd ograniczający się do rozbudowywania swobód obyczajowych w ramach ustrojowych kapitalizmu są czynnikiem w grze o odbudowanie świadomości lewicowej w Polsce i na świecie. Prawica i prawicowy populizm nie miały racji bytu w sytuacji choćby tak słabej, ale zawsze, dominacji doktryny lewicy klasowej. Wystarczyło, że zabrakło choćby tego malowanego tygrysa, żebyśmy zobaczyli, jak wyglądałby świat bez komunistycznego epizodu.
 
 
Stach bezkrytycznie kupuje SLD-owskie przekonanie, że istnieje w Polsce miejsce na antykomunistyczną socjaldemokrację akceptującą kapitalizm. Teoretycznie byłoby to słuszne podejście, gdyby nie fakt, że poczęcie post-PZPR-owskiej socjaldemokracji było obarczone genetycznym defektem. Mówiliśmy już o tym wyżej – oczekiwania pierwotnego „żelaznego” elektoratu SLD rozmijały się z planami owego ugrupowani, polegającymi na zlaniu się z kapitalistyczną rzeczywistością, podczas gdy oczekiwania zasadniczego trzonu elektoratu szły w kierunku przeciwstawienia się transformacji kapitalistycznej. Dlatego SLD nie było w stanie zapełnić miejsca, które socjaldemokracja mogła na początku transformacji zagospodarować. Oportunizm SLD w tym okresie spowodował, że miejsce dla socjaldemokracji zostało zdefiniowane jako szeroki wachlarz poglądów centrowych. W ten sposób, w późniejszym okresie, ugrupowania centroprawicowe mogły bezkarnie poszerzać i zabagniać to miejsce, które spokojnie mogły zająć takie partie, jak prawicowoliberalna Platforma Obywatelska, pozująca w razie potrzeby na formację zezującą w stronę socjaldemokracji. To nikt inny, jak post-PRL-owska lewica dokonała kastracji lewicowości do kwestii obyczajowych, w kwestiach gospodarczych w pełni podporządkowując się linii liberalnej, zaś w polityce edukacyjnej przyjmując antykomunistyczną indoktrynację. To formacja SLD splugawiła do reszty to, co pozostało z lewicy socjalnej. Logicznie w ciągu ćwierćwiecza musiało się okazać, że SLD nie potrafiła poszerzyć swego elektoratu. Zawodząc „sieroty po PRL” i nie mając oryginalnej oferty dla lewicowego młodego pokolenia, musiała skończyć jako formacja nikomu niepotrzebna. Lepiej kapitałowi wysługuje się PO, zaś bardziej antykomunistyczne jest populistyczne PiS. SLD nie potrafiło (bo nie chciało) zawiesić wysoko poprzeczki lewicowości, nic więc dziwnego, że w tak sprostytuowaną definicję lewicowości jest w stanie wejść każde gówno.
 
 
Trudno tutaj nie wspomnieć o wspomagającej roli tzw. nowej radykalnej lewicy, która dzielnie wspierała SLD w kastrowaniu pojęcia lewicowości na modłę zachodniej radykalnej lewicy niosącej od dziesięcioleci sztandar radykalnej demokracji (burżuazyjnej) jako synonimu porządnej lewicy, która w pełni akceptuje „zachodnią cywilizację” z jej dobrobytem opartym na wyzysku reszty świata. I to mimo papierowego przywiązania do sloganów o imperializmie czy neokolonializmie. W praktyce tzw. nowa radykalna lewica przyjęła sowietologiczną wizję świata, w której ZSRR odgrywa rolę zarówno imperium, jak i kolonisty, nawet po swojej niesławnej śmierci w 1990 roku.
 
 
Podsumowując: prawicowy populizm PiS jest dzieckiem antykomunizmu formacji socjaldemokratycznej, reprezentowanej w Polsce przez SLD.
 
Argumenty mówiące o tym, że w SLD panowało „wodzostwo” czy brak wewnętrznej demokracji, to są argumenty skomlące o akceptację na prawicowych salonach III RP. SLD okazało się, wedle naszego autora i wedle własnego oglądu samokrytycznego, partią niegodną „dobrego towarzystwa”. Nawet jeśli partie ze słusznym, antykomunistycznym rodowodem zachowują się „wodzowsko” czy arogancko, to ich rodowód immunizuje je przeciwko zbytniej surowości poprawnego politycznie elektoratu. Natomiast SLD, jak uważają krytycy w typie Stacha Głąbińskiego, powinno tym bardziej pilnować się, ponieważ nie będzie miało takiej taryfy ulgowej. Piesek niech służy, to może go zaakceptują – zdaje się mówić taka postawa. Ale przecież zaakceptowali po 20 latach kurwienia się w burżuazyjnych salonach! Problem w tym, że elektoratowi nie jest potrzebna taka reprezentacja, ma lepsze, bardziej wyraziste i mniej zeszlajane partie do wyboru. Po co komu gąbka, która chłonie każdy brud?
 
 
Poza tym, SLD nie pasuje do nowych czasów. Jest reliktem epoki, w której socjaldemokracja mogła udawać coś więcej niż była, ponieważ jej tłem były partie „komunistyczne” czy „robotnicze”, które chociaż historycznie zawierały groźbę innego systemu. W dobie potęgującej się konkurencji między państwami narodowymi, socjaldemokracja staje się odległym przeżytkiem, z chwiejącym się oparciem w Unii Europejskiej. Socjaldemokracja nie jest w stanie zaproponować alternatywy nie tylko w skali Polski, ale i w skali całego kontynentu. Tak jak w okresie Republiki Weimarskiej, socjaldemokracja nie jest w stanie stawić czoła zagrożeniu prawicowo-populistycznemu, które narzuca proste reguły gry: każdy za siebie! I w tej atomizacji dążeń społecznych, które nie są w stanie przełożyć się na program klasowy, tkwi rosnąca siła prawicowej ofensywy. Chaos, jaki ona sprowadza, skutecznie udaremnia zespolenie sił zdolnych do przeciwstawienia się temu zagrożeniu. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
15 listopada 2015 r.
 
Tekst wraz z załącznikiem znajduje się na stronie http://www.dyktatura.info/?p=2842#more-2842

Społeczność

Lenin 005