Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 20 gości.

Ludwik Hass: O „krzywdzie” ziemiaństwa

ZWIĄZEK SZLACHTY POLSKIEJ.gif

Gdzieś w drugiej połowie lat pięćdziesiątych pojawiły się na łamach prasy pierwsze głosy, które zasadny postulat oczyszczenia historii z bzdurnych, a zarazem ponurych, w swej wymowie złowrogich nawarstwień stalinowskich zafałszowań, usiłowały sprowadzić do „pisania historii na odwrót”. Sprowadziło się to do gloryfikacji przede wszystkim całego dwudziestolecia międzywojennego, a również okresów wcześniejszych.

Pojawili się wtedy na widowni życia publicznego pierwsi harcownicy – publicyści przyszłej kampanii przeciwko stosowaniu w polityce kadrowej jakichkolwiek kryteriów pochodzenia społecznego czy przekonań. Taka bowiem praktyka – zapewniali – walnie przyczyniła się do wszystkich słabości i wad naszego życia gospodarczego i społecznego. W porównaniu z rozmiarami, jakie oba te wątki kampanii swoistej „naprawy Rzeczypospolitej” przybrały w późniejszych dziesięcioleciach, były to jeszcze niewinne dziecięce igraszki. Stanowiły jednak sygnał ostrzegawczy wskazujący, w jakim kierunku mogą potoczyć się sprawy, jeśli analizą i krytyką stalinowskiego zwyrodnienia teorii i praktyki socjalizmu zajmą się nie ci, którzy do tego są najbardziej powołani – siły proletariackie i pro proletariackie w rewolucyjnym ruchu robotniczym.

Wzajemnie podpierające się konkluzje obu tamtych nurtów krytyki niedawnej przeszłości, na wpół i jeszcze więcej będącej zarazem czasem bieżącym, nieuchronnie prowadziły do przeświadczenia o niezmiernie pozytywnej roli przed 1944 rokiem w życiu narodu i państwa dawnych polskich klas posiadających, przede wszystkim więc, i głównie, warstwy szlachecko-ziemiańskiej, jak również do wniosku o pożytku, jaki by przyniosło Polsce udostępnienie potomstwu tej warstwy wysokich stanowisk w administracji państwowej. W takich bowiem dziedzinach, jak nauka czy sztuka i ich obocza, już wtedy byli oni wcale licznie reprezentowani i bynajmniej nie krzywdzeni. Lecz o tym owa publicystyka, świadomie bądź z niewiedzy, pary z ust nie puszczała.

Gdy w świecie myśli tak się dziać zaczynało, w życiu towarzyskim sfer elitarnych i do nich „przymykających” (inne tak pojętego „życia towarzyskiego” nie znają) pojawiła się

MODA NA SYGNET Z HERBEM RODOWYM

czy rzekomo rodowym. Z tą, noszoną na którymś to palcu którejś to ręki uświęconą ziemiańską tradycją oznaką lepszego pochodzenia, teraz z dyskretną ostentacją pokazywali się publicznie, po miejsca swej pracy włącznie, często tacy, którzy dotąd sygnet wciągali na palec tylko przy sposobności spotkań w wąskim kółku samych swoich. Moda ta, okazała się trwała, upowszechniła się. Niebawem dało się zaobserwować inne jeszcze zjawisko: w antykwariatach pojawiały się przeróżne herbarze polskie i szybko znajdowały nabywców. Ceny wielotomowego Niesieckiego, Żychlińskiego, Bonieckiego czy Uruskiego, tych katalogów „narodu szlacheckiego”, szybko rosły. Ich ruch cen znacznie wyprzedzał inflację złotego. Wszak wskazanie swego nazwiska w takiej publikacji miało zaświadczyć o elitarności noszącego je i o jego niewątpliwej polskości. Zaś jedno w połączeniu z drugim uzasadniać miało danej osoby prawo do pierwszeństwa w zajmowaniu odpowiedzialnych stanowisk, lepsze niż tam jakaś przynależność partyjna (najlepiej jednak było mieć uzasadnienie dla aspiracji w jednym i drugim).

Wszystko to wydawać się mogło niewinnym snobizmem, który jacyś tępi dogmatycy – wiadomo, stalinowcy – ze starego przyzwyczajenia demonizują. Bujnie natomiast owocowało ziarno myśli niedogmatycznej, „odkłamującej” zasiane w glebę użyźnianą zrozumieniem cennej roli prywatnej inicjatywy, ajencyjności itp. osiągnięć praktycznej nauki ekonomistów z otwartą głową. Coraz intensywniej rozmaici uczeni – niezmiennie tacy „obiektywni zezowato”, zatem widzący wszelkiego rodzaju zalety głównie w środowisku byłych klas posiadających i grup prawicy politycznej – odkrywali, i innych o tym pouczali, jak wysoko cenić należy wkład szlacheckiej warstwy ziemiańskiej w rozwój kultury polskiej; nawet czasy saskie okazywały się pod ich piórem nie takie już ponure, jak o tym w ciągu prawie dwu wieków pisano. Sarmatyzm urastał do rangi osiągnięcia cywilizacyjnego itd., itp. W taki to sposób kreowano ziemiaństwo na jedyną (od schyłku XIX w. wespół z inteligencją, też przecież rzekomo z niego się wywodzącą) polską warstwę kulturotwórczą. Co więcej, wręcz – jak ostatnio podał do wierzenia w pewnym miesięczniku natchniony teoretyk rymotwórca – zarazem narodotwórczą.

Łaskawie pomija się przy tym stwierdzony w niemal wszystkich bibliotekach podworskich fakt. Jeśli u schyłku XVIII wieku i na początku następnego ich właściciele nabywali utwory wybitnych pisarzy i myślicieli Oświecenia, potem nowinki liberalizmu, to im dalej w XIX wiek, tym bardziej wśród nabytków takich księgozbiorów dominowały kalendarze i modlitewniki, świadectwa przeżywanego przez warstwę regresu kulturowego, regresu trwałego. Tego zjawiska masowego nie daje się zamazać powoływaniem się na ziemiański rodowód Karola Huberta Rostworowskiego bądź Ludwika Hieronima Morstina i wspaniałą atmosferę jego Pławowic czy nawet wskazywanie na „samego” Melchiora Wańkowicza.

O wspaniałości i wyższości ziemiaństwa przekonać winne były mniej wrażliwych na sprawy ducha obszerne opracowania w rodzaju E. Koweckiej „W salonie i w kuchni. Opowieść o kulturze materialnej pałaców i dworów polskich w XIX w.”. (PIW 1984, s. 292). Czyż trzeba jeszcze mówić, jakie i na czyją korzyść skojarzenia budzą opisy owego życia u czytelnika przeżywającego właśnie wraz z większością narodu wiadome trudności materialne, mieszkaniowe, aprowizacyjne itp.? W jednostronności tego obrazu, uwiarygodnianego niejednemu wnuczusiowi opowiadaniami babci-ziemianki, która zapomniała o kłopotach materialnych dni własnej młodości (o których później), zorientować się mogą tylko czytelnicy fachowej prasy historycznej (zob. L Rychlikowa „Pozory świata wielkiego są bardzo powabne”, „Przegląd Historyczny” nr 4, 1985, s. 819-835). Tyle tylko, że książka rozreklamowana przez kilka tygodników i „Życie Warszawy”, wydana została w nakładzie 15-tysięcznym, podczas gdy sprostowanie jej informacji znaleźć można w kwartalniku ukazującym się w 2,5 tys. egzemplarzy. Możliwości 6-krotnie mniejsze!

W wielu rozmaitego kalibru i sygnowanych różnej wagi nazwiskami publikacjach

ODDAJE SIĘ SPRAWIEDLIWOŚĆ

coraz to nowym postaciom i ugrupowaniom, podobno poprzednio przez piśmiennictwo historyczne i publicystykę krzywdzonym, a zasłużonym w dziele utrzymania substancji narodowej. W tej wizji przeszłości najzacniejsi i najzasłużeńsi okazują się owi właściciele wielopokojowych pałaców, miłośnicy wielkopańskiej wyżerki, słowem, dziedzice – im większy właściciel ziemski, tym lepszy z niego patriota – i ich tak pięknie dosiadający konia synowie-panicze. Kto nie ma ciągot do czytania, dowie się tego z seriali telewizyjnych (1982 – „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy” czy właśnie emitowana „Republika Ostrowska”). Żadne jednak najbardziej rewelacyjne odkrycia naukowe nie zdołają zdjąć z warstwy szlacheckiej odpowiedzialności za upadek Rzeczypospolitej szlacheckiej, ani za zaciekły upór i zbrodniczą krótkowzroczność w stosunku do problemu wolności osobistej chłopów i ich uwłaszczenia. Rozwiązywali go za nas cudzoziemcy: Napoleon i monarchowie trzech państw zaborczych. Na dobrą sprawę, nawet zaliczany na poczet zasług warstwy ziemiańskiej fakt, iż z niej wywodzi się polska inteligencja oraz liczni działacze demokratyczni, nawet rewolucyjni, jest mistyfikacją. Wywodzili się ze szlachty, która się zdeklasowała, przestała bądź nigdy nie była właścicielami folwarków, przez ich właścicieli zaś bywała traktowana z wyraźną pogardą. Lecz z tej przyrządzonej z różnorodnych ingrediencji strawy duchowej konsumenci nieuchronnie musieli dojść do wniosku, że – parafrazując znane powiedzenie Talleyranda – kto nie żył przed wrześniem 1939 roku, może nawet przed lipcem 1944 roku,

TEN NIE WIE, CO TO SŁODYCZ ŻYCIA.

Kiedy przyszedł czas na szeroko zakrojone badania nad ziemiaństwem, a przyszedł akurat po roku 1981, znaleźli się tacy, którzy uznali, że najkompetentniej wypowiedzieć się mogą na ten temat sami ziemianie. Wszak, jak niedawno zapewniała ich pokrzywdzona latorośl posługująca się pseudonimem „Abe”, właśnie oni są zdolni tworzyć „na ogół dokumenty […] wartościowe, gdyż […] charakterystyczne tym, że wolne od jadu. Życie codzienne wyłania się z nich bez przymusu – a o to właśnie, o te zapomniane z biegiem czasu realia najbardziej naszym historykom teraz chodzi”. („Twórczość” nr 7, 1983, s. 159). Zatem ruchliwy historyk średniego pokolenia, który już z nie jednego pieca zdążył się najeść chleba suto omaszczonego, pod patronatem Sekcji Krytycznej Polskiego Towarzystwa Historycznego szybko zebrał w maju 1983 roku „przedstawicieli rodzin, które nie lekceważą swoich tradycji”. Według relacji tegoż p. Abe, „spotkanie upłynęło przyjemnie. Gospodarz – dodajmy człek z krótkim stażem bezpartyjności – starał się jak umiał zapewnić gości o swojej do nich sympatii”. M.in., chyba żeby już całkowicie przekonali się o łączącej ich z nim wspólnocie postaw wobec współczesności polskiej: „przyznał, powołując się na profesora Lorentza, że zniszczenia wojenne w tej mierze (tj. dokumentacji żyda ziemiańskiego – L.H.) są mniejsze od powojennych” (jw., s. 158). Z całą pewnością, świadczą o tym wszak nabywane (za ciężkie pieniądze przez muzea) od byłych ziemian porcelany, srebra, obrazy itd.

Nieco wcześniej w jednym z instytutów naukowych podjęto pomyślaną na dużą skalę akcję zbierania ankiet i relacji ziemian, które miały odtworzyć

ETOS ZIEMIAŃSTWA W LATACH OKUPACJI,

zatem całokształt społecznie uznawanych i przyswojonych w tej zbiorowości norm regulujących zachowanie jej członków. Można postawić pytanie, czy w ciągu pięciu lat mógł się ukształtować i upowszechnić jakiś nowy etos? I ponadto refleksja: jeśli członkowie określonej zbiorowości mają w tak delikatnej materii mówić o sobie, chyba z góry wiadomo, że niczego ujemnego o sobie nie powiedzą. Tak też przyjęte za dobrą monetę wstępne wyniki owej akcji pokazały ów etos.
Już przysłowie łacińskie pouczało o kropli, która drąży kamień nie swą siłą, lecz trwałym nań padaniem, Niczego więc zaskakującego nie ma w tym, że po ostrzale opinii publicznej wspomnianymi informacjami i poglądami zaczęła się pojawiać refleksja o krzywdzie wyrządzonej ziemiaństwu reformą rolną, krzywdzie zadanej warstwie tak dla narodu zasłużonej, wręcz o szkodliwości tego posunięcia dla całego bytu narodowego, zarówno materialnego, jak duchowego. Krzepła, gdy tamte rzekomo pewniki zaczęły interferować się z innymi, równie bezspornymi wiadomościami, ostatnio głośno wypowiadanymi, o pewnych wrogich narodowi polskiemu siłach, które z myślą o zadaniu mu śmiertelnego ciosu narzuciły mu socjalizm, i to jeszcze w wersji marksowskiej, a nie według Cieszkowskiego czy Libelta.
– Bóg – głosi Pismo Święte – ustami prostaczków przemawia. Nic więc w tym dziwnego, że wszystkie te myśli i inspiracje w jedną spójną prawdę stopił i ją niedawno wypowiedział, wprawdzie nie tyle prostaczek, co teoretyk poezji. Wszem wobec objawił, iż Polska Ludowa, już w zaraniu swoim, wskutek „błędnych, złowrogich w skutkach decyzji politycznych” podjętych przez wiadome siły kosmopolityczne (czyżby i Stalin stał się ich narzędziem?), została zepchnięta na zgubne dla niej tory. Dlatego przekreślono jedyne słuszne i zdrowe, „stworzone jeszcze w podziemiach okupacji plany, by oprzeć Polskę na rolnictwie i przetwórstwie (artykułów rolnych – L.H.), by stworzyć z niej kraj nie tylko samowystarczalny żywnościowo, ale mogący żywić innych – zastąpione zostały planami rozbudowy przemysłu ciężkiego, zbrojeniowego”. („Poezja” nr 3, z 1986. s. 7). Zaprzepaszczona została, dodajmy od siebie, szansa, żebyśmy zostali krajem gospodarki neokolonialnej całkowicie uzależnionym od państw wysoko uprzemysłowionych, krajem, w którym na mocy wielowiekowej tradycji wielcy producenci rolni, czyli właściciele ziemscy, nadal byliby warstwą panującą. Co gorsza, jeszcze tej warstwie właśnie – zdaniem cytowanego myśliciela – kulturotwórczej (przez to i narodotwórczej) zadano śmiertelny cios. W pełni świadomie bowiem radykalnie zlikwidowano materialne podstawy jej bytu i społecznego panowania. Uczyniła to „reforma rolna rozbijająca dobrze prosperujące majątki i opierająca rolnictwo na biedniakach, którzy nie byli w stanie wyprodukować żywności nawet dla siebie i rodziny” (tamże).
Wbrew pozorom, nie jest to credo zatwardziałego reakcjonisty, lecz – wskazują na to znaki na ziemi i niebie – punkt widzenia pewnych zwichrowanych ideowo środowisk, głoszących, chyba nawet szczerze, że pragną socjalizmu, lecz takiego szczerze polskiego. Jeszcze więc jeden owoc nie doprowadzonej do końca analizy stalinizmu, pełnej niedomówień i nieprzypadkowych kompleksów. Zarazem powód to do zadumy, jak nieograniczone są możliwości łamańców ideologicznych rodzimego nacjonalizmu.
Całe to rozumowanie na temat

CZEGO POLSKA ROKU 1944 POTRZEBOWAŁA

i jak postąpiono, to sformułowania zasługujące na uważną analizę. Składa się na nie pouczający splot mitologii z mistyfikacją w zakresie problematyki społecznej i rolniczej. Zaczyna się od pozornie niewinnego przemianowania gospodarstw folwarcznych na gospodarstwa rolne, oczywiście indywidualne. Obliczone to na współczesne skojarzenia takich gospodarstw z gospodarnością chłopską, przeciwstawną rzekomo z natury swej marnotrawnym PGR-om i rolniczym spółdzielniom produkcyjnym. Efekt zabiegu: reforma rolna i społeczna własność ziemi zostają gruntownie skompromitowane.

Rzecz jednak w tym, że rzadko który folwark czy nawet duży klucz folwarków był w latach trzydziestych „dobrze prosperującym”, później zniszczonym przez reformę rolną. To właśnie owe tak pogardliwie potraktowane przez omawianego teoretyka gospodarstwa chłopskie, rozporządzając względnie tanią rodzinną siłą roboczą, wykorzystywały każdy skrawek ziemi i rozwijały pracochłonną hodowlę. Dlatego – w przeliczeniu na hektar powierzchni – miały produkcję większą niż gospodarstwa folwarczne, mimo że te osiągały wyższą wydajność plonów poszczególnych upraw.

Pozorna też i przejściowa była międzywojenna wyższość ekonomiczna folwarku, stanowiła produkt uprzywilejowującej go polityki ekonomicznospołecznej rządów Drugiej Rzeczypospolitej, zwłaszcza pomajowych. Podczas gdy wieś poza kredytem parcelacyjnym w istocie nie korzystała z kredytu zorganizowanego, bankowego, ziemiaństwo otrzymywało długoterminowe nisko oprocentowane kredyty, przekraczające 25 proc. wartości jego ziemi. Preferował je również system podatkowy. Np. w roku budżetowym 1933/34 każdy hektar majątków o powierzchni powyżej 60 ha – przeważnie więc folwarków – był obciążony podatkami państwowymi i samorządowymi oraz przymusowym ubezpieczeniem na łączną sumę 6 zł 28 gr, natomiast w mniejszych gospodarstwach odpowiednio na 8 zł 56 gr (gospodarstwa 15-60 ha), bądź nawet 8 zł 94 gr (gospodarstwa 5-15 ha). Wielka własność poprawiała swoje wyniki gospodarcze dzięki innym jeszcze formom pośredniego dofinansowywania, chociażby poprzez zmonopolizowanie przez nią rentownej uprawy buraka cukrowego, prawie niedostępnej dla chłopów.

Podatki egzekwowano od chłopów znacznie surowiej niż od ziemian, toteż wielka własność rolna rocznie zalegała ponad 40 proc. sum podatku gruntowego, faktycznie więc płaciła jeszcze mniej niż wynikało to z przytoczonych stawek, ulgowych dla niej. Odpowiednio znacznie więcej skorzystała na ustawach, które z zaległości podatkowych powstałych przed 1 IV 1934 umarzały 70 proc., a spłatę reszty odraczały do 31 III 1938. Nawet wielkie latyfundia rodowe, np. dobra poleskie (Ołyka) Radziwiłłów – o czym szeroko ówcześnie wiedziano – miały ogromne zaległości podatkowe. Działo się tak, mimo że opracowywane od roku 1930 i wprowadzane w życie tzw. rządowe plany doraźnej pomocy rolnictwu stanowiły przede wszystkim formę pomocy dla wielkiej własności ziemskiej. Jednakże każdy hektar jej użytków rolnych był już w roku 1932 zadłużony w bankach i u osób prywatnych na 472 zł, gdy użytków chłopskich trzykrotnie mniej – na 155 zł. Lata następne rozbieżność tę powiększyły. Począwszy od ustawy z 12 III 1932 o ułatwieniu spłaty uciążliwych zobowiązań obciążających gospodarstwa rolne, całe późniejsze ustawodawstwo konwersyjno-moratoryjne było zabiegiem mającym

UŁATWIĆ ZIEMIAŃSTWU PRZETRWANIE.

Akty prawne z lat 1933-1934 obniżyły stopę oprocentowania pożyczek bankowych dla rolnictwa – korzystała z nich prawie wyłącznie gospodarka ziemiańska – do 4.5 proc., zaś długoterminowych, zaciągniętych w Państwowym Banku Rolnym, nawet do 3 proc. Równocześnie część tych wierzytelności umorzyły, zaś spłaty kapitałowe (spłaty długu) rozłożyły na okres 14 lat.

Już w roku następnym kolejna ustawa zawiesiła owe spłaty na okres 2 lat. Po ich upływie nastąpiło ich ustawowe dalsze zawieszenie. Państwowy Bank Rolny na owe pożyczki zużył własne miliardy złotych oraz pochodzące z administrowanych przez siebie funduszów państwowych miliardowe sumy na przedsięwzięcia związane z rolnictwem. Wobec faktu niezwracania pożyczek, stanął on w przededniu wojny w obliczu bankructwa. Tak na ogół dofinansowywano owe „dobrze prosperujące majątki”, społeczeństwo dopłacało miliardy do nich i do realizacji próżniaczego stylu życia większości ich właścicieli.

Funkcjonowanie gospodarki kapitalistycznej jako całości nie pozwalało jednak na przedłużanie w nieskończoność tego stanu, licytacja zadłużonych majątków była nieuchronną perspektywą. Odsunęła ją czasowo okupacja hitlerowska. Co więcej, władze okupacyjne, żeby zwiększyć dostawy płodów rolnych dla potrzeb gospodarki Rzeszy, wyposażały te gospodarstwa w nowoczesne maszyny, dostarczały wysokogatunkowego materiału siewnego, natomiast nie egzekwowały spłaty uprzednich długów bankowych. Majątki rolne korzystały też z rozmaitych innych ulg. Toteż ich wydajność się zwiększała. Ziemianie, nawet wysiedleni ze swoich folwarków, liczyli, że po klęsce okupanta jego inwestycje w ich majątki stanowić będą ich czysty zysk, umocnią ich pozycję ekonomiczną i społeczną. Stąd brało się ich, odnotowywane w niektórych relacjach, poczucie, iż

ROLA ZIEMIAŃSTWA JESZCZE SIĘ NIE SKOŃCZYŁA.

O spłacie długów wolano zapomnieć. Może nawet ufano w pomyślne zrządzenie losu: akta bankowe i hipoteczne zniszczą wycofujące się oddziały wroga bądź spłoną od bomb zrzucanych z sojuszniczych samolotów.

Utyskujący czy wybrzydzający od dawna na reformę rolną wolą nie dostrzegać innego wariantu losów warstwy ziemiańskiej. Odrodzenie się w 1944 roku Polski w jej przedwojennym, kapitalistycznym kształcie, prędzej czy później nieuchronnie pociągnęłoby za sobą egzekucję zadłużenia zarówno bankowego, jak i prywatnego, na luksus jego umorzenia nie mógłby sobie pozwolić kapitał finansowy, w poważnej części obcy, zachodni.

W praktyce więc ogromna większość dłużników zostałaby zlicytowana. Na pokrycie zadłużenia byłyby „sprzedane z młotka” nie tylko same majątki ziemskie i dwory czy pałace, lecz również karety i meble, antyki, stołowe srebra i precjoza rodowe, co według paradygmatu warstwy ziemiańskiej – okryłoby hańbą ogromną większość jej członków.

Rewolucja robotnicza okazała się dla tej warstwy znacznie wygodniejsza od owej ewentualności. Proklamując i realizując radykalną reformę rolną oszczędziła jej członkom przykrych przeżyć towarzyszących licytacji, co więcej –

REFORMA URATOWAŁA HONOR ZIEMIAŃSTWA,

z bankrutów przeistoczyli się w „ofiary rewolucji”, wzbudzające w środowiskach inteligencji i innych, zwłaszcza w młodszym pokoleniu, nie pamiętającym czasów przedwojennych, współczucie. Nie na tym kończą się jednak korzyści, jakie owa warstwa, skazana rozwojem ekonomicznym i społecznym, osiągnęła dzięki reformie rolnej. Ta wszak anulowała jej zadłużenie, zarazem zaś pozostawiła jej cały majątek ruchomy, wcale niemały. A pozwolił on teraz kontynuować w skromnym zakresie elementy starego pańskiego stylu życia. Dzieci „ofiar reformy” nie musiały we wczesnej młodości zarabiać na utrzymanie, mogły względnie beztrosko uczęszczać do szkół średnich i wyższych. Miały więc ułatwiony start w przyszłość. Aureola poszkodowanych przez rewolucję, i to „narzuconą z zewnątrz”, współczucie dla tych młodych ludzi prześladowanych przez „socjalizm” za swoje pochodzenie społeczne, pozwalały z niego odcinać kupony. Niejednemu i niejednej dało to na uczelni czy w innych placówkach priorytet w stosunku do dzieci robotniczych i chłopskich w zabiegach o miejsce w nauce czy sztuce.

Ponad cztery dekady upłynęły od czasu reformy rolnej. Powoli, nie bez świadomego w tym udziału środowisk zainteresowanych, w zapomnienie uchodzi w opinii publicznej waga tego wydarzenia. Niemal gafą towarzyską bywa przypominanie, że ono właśnie otworzyło tysiącom i dziesiątkom tysięcy dzieci biedoty chłopskiej i wczorajszych fornali drzwi do szkół średnich i wyższych, o których ich rodzice nawet nie odważali się myśleć. Natomiast szeroko starannie bywają kultywowane i reprodukowane odpustowo barwne

SCHEMATY DWORKU ZIEMIAŃSKIEGO

sacharynowo-słodkiego życia w nim, dworku – ostoi polskości i wszelakich cnót rodzinnych oraz obywatelskich. Właściwość pamięci ludzkiej pozostawiającej z odleglejszej przeszłości to, co było przyjemne, nakłada się na wzmożoną u nas w ostatnich latach antysocjalistyczną kampanię propagandową. Ów stop stawia pod znakiem zapytania zasadność reformy rolnej i nacjonalizacji przemysłu, zasadność samego obalenia panowania starych klas panujących i wyzyskujących.

Lewica robotnicza z racji swego podstawowego interesu, identycznego z interesem całej zbiorowości ludzi pracy najemnej, nie może uchylić się od podjęcia również w tej sprawie walki ideologicznej, zarazem politycznej. Nie ma ona potrzeby owijania w niej w bawełnę dwuznaczników i przemilczeń licznych błędnych, drastycznych i głęboko szkodliwych posunięć nie tyle przez siebie popełnionych, co akceptowanych czy nie oprotestowanych. Wszak cenę za nie sama pierwsza płaciła. Uczucie zemsty czy chęć rozprawienia się z tymi jej prześladowcami nie może jej też zaślepiać do tego stopnia, żeby stanęła we wspólnym szeregu krytyki z wrogami rewolucji robotniczej, ani żeby w imię złudnej nadziei na popularność takim wtórowała.

LUDWIK HASS
artykuł ukazał się w
SPRAWY I LUDZIE
nr 28 (224) 10 VII 1986

Społeczność

CAPITALIST