Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 11 gości.

Arturo Rodríguez – „Hiszpańskie wybory: cios dla reżimu”

Pablo Iglesias Podemos

Arturo Rodríguez – „Hiszpańskie wybory: cios dla reżimu”
Tekst ukazał się 21 grudnia br. na stronie Międzynarodowej Tendencji Marksistowskiej – „In Defence of Marxism” (http://www.marxist.com/the-spanish-elections-a-blow-to-the-regime.htm)
Tłumaczenie:  Tow.Jakub

Zaraz po tym jak ogłosono wyniki głosowania, jeden z rzeczników dotychczas rządzącej prawicowej Partii Ludowej określił Hiszpanię jako „nienadającą się do rządzenia” (ang. ungovernable). To trafne podsumowanie obrazu kraju w tym momencie.

Wyniki wyborów stworzyły ekstremalnie rozbity parlament, który, jak wyjaśnialiśmy niedawno, oddaje stan klasowej polaryzacji i radykalizacji, postępujących w hiszpańskim społeczeństwie w ostatnich latach. Najjaskrawszym przejawem tych procesów jest wdarcie się na scenę polityczną lewicowej partii PODEMOS, która spełniła obietnicę powrotu (hiszp. remontada) i uzyskała 20,66% głosów, zaledwie 1,35 punkta procentowego mniej niż tradycyjna partia socjaldemokratyczna PSOE, wstrząsając hiszpańską polityką. Jak określił to Pablo Iglesias (lider PODEMOS – przyp. tłum.): „Hiszpania zagłosowała za zmianą w systemie”.

Wyniki
(liczba mandatów w Kongresie Deputowanych, czyli niższej izbie hiszpańskiego parlamentu – Kortezów Generalnych – przyp. tłum.)
 
PP (prawica): 28.72%, 123 mandaty,
PSOE (centro-lewica): 22.01%, 90 mandatów,
PODEMOS (lewica): 20.66%, 69 mandatów,
Ciudadanos (prawicowi populiści): 13.93%, 40 mandatów,
Izquierda Unida-Unidad Popular (lewica): 3.67%, 2 mandaty,
ERC (katalońscy nacjonaliści, centro-lewica): 2.39%, 9 mandatów,
DiL-CDC (katalońscy nacjonaliści, prawica): 2.25%, 8 mandatów,
PNV (baskijscy nacjonaliści, prawica): 1.2%, 6 mandatów,
CC (partia regionalna z Wysp Kanaryjskich): 1 mandat.
 
 
Na początku należy zauważyć, iż system dwupartyjny, będący podstawą burżuazyjnego reżimu powstałego po śmierci Franco (Francisco Franco Bahamonde, faszystowski dyktator Hiszpanii w latach 1939-75 – przyp. tłum.), w ramach którego PP i PSOE wymieniały się władzą, i gdzie PSOE odgrywała rolę zaworu bezpieczeństwa przeciwko ludowemu gniewowi na prawicę, upadł. Wzrost PODEMOS, napędzany przez historyczną falę radykalizacji, zniszczył wszystkie zawory bezpieczeństwa, jakimi dysponowała hiszpańska burzuazyjna demokracja.

PP straciła 15,92 pkt. proc. w porównaniu z wyborami w 2011 r. – niemal 4 miliony głosów. Ciudadanos, które to ugrupowanie było sztucznie nadmuchiwane przez media i kapitalistów, którzy pompowali pieniądze w tę partię od miesięcy, wypadło niespodziewanie słabo. Na ostatnim etapie kampanii wielu ludzi prawidłowo postrzegało ich jako prawicową, reakcyjną siłę polityczną, stworzoną jako potencjalny zamiennik zdruzgotanej PP. Również PSOE nie zdołała pozyskać utraconych przez PP głosów, tracąc 6,7 pkt. proc. od 2011 r., czyli przeszło 1,5 miliona głosów.

Należy podkreślić erozję PSOE, którą w Hiszpanii nazywa się czasem pasokizacją, w nawiązaniu do niegdyś potężnej, a teraz niemalże nieistniejącej greckiej socjaldemokratycznej partii PASOK. Jednakże w przeciwieństwie do PASOK-u, PSOE nie weszło – jeszcze – w koalicję z prawicą. Okres, w którym będąc u władzy prowadzili politykę oszczędności (ang. austerity) trwał jedynie półtora roku, od momentu gdy pierwsza runda cięć została zapowiedziana przez Zapatero (José Luis Rodríguez Zapatero, premier Hiszpanii w latach 2004-2011 – przyp. tłum.) w maju 2010 r. do listopada 2011 r; znacznie krócej niż w przypadku PASOK-u. Ta gwałtowna erozja PSOE będącej w opozycji wskazuje na szybką radykalizację ludności Hiszpanii w tych latach masowej mobilizacji i walki klas. Odnowienie partyjnego kierownictwa po wyborach do parlamentu europejskiego w maju 2014 r., gdy na stanowisku przewodniczącego stary i niecharyzmatyczny Pérez Rubalcaba zastąpiony został przez młodego Pedro Sáncheza, nie zdołało zatrzymać upadku PSOE. Tarapaty, w których teraz znajdują się socjaliści, wskazują nie tylko na fakt, że ludzie chcą rozliczyć partię, która wprowadzała cięcia i była zaangażowana w szereg skandali korupcyjnych, ale także na to, że istotna część Hiszpanów rozumie, iż problemy z jakimi boryka się ich społeczeństwo, nie dadzą się rozwiązać dzięki „umiarkowanym” propozycjom PSOE, nie oferującej niczego więcej niż austerity w łagodniejszym wydaniu; niezbędna jest całkowita transformacja społeczeństwa.

Bez wątpienia partią postrzeganą jako zdolną do radykalnej politycznej zmiany jest PODEMOS. Utworzona w lutym 2014 r., rosła w zawrotnym tempie, uzyskując trzecie miejsce w tych wyborach. Pomimo, że doświadczyła kilku miesięcy stagnacji, gdy przewidywano, że jej zajmie czwarte miejsce, za Ciudadanos, z ok. 10-15% głosów, PODEMOS odwróciła ten trend dzięki doskonałej kampanii, w której stosowała klasowy, lewicowy język i odwoływała się do pamięci o walkach ubiegłych lat. Podczas ostatniego przedwyborczego wiecu w Walencji, który zgromadził 12 tysięcy ludzi, Pablo Iglesias nawiązywał do walk lat 30. i 70., wskazując, że język mógł się zmienić, ale ideały pozostały te same, podkreślając, że reżim Franco obalony został przez ruch robotniczy. Bardzo znacząca była obecność Ady Colau, burmistrza Barcelony i działaczki ruchu przeciwko eksmisjom, podczas całej kampanii PODEMOS, co obrazuje przesunięcie (PODEMOS na lewo – przyp. tłum.). To dzięki tej kampanii PODEMOS zdołał odzyskać swoją początkową siłę. Chociaż nie udało się wyprzedzić PSOE, wyniki i tak robią wrażenie: 20,66%, 5 159 078 głosów.

Do wyniku PODEMOS musimy dodać godne szacunku 3,68% uzyskane przez Zjednoczoną Lewicę (IU), niemalże 1 milion głosów – a także pamiętajmy, że w Katalonii i Galicji, gdzie IU startowała w koalicji z PODEMOS i innymi ugrupowaniami, oddanych na nich głosów nie liczy się do tego wyniku (głosy oddane na lewicowe koalicje w tych dwóch prowincjach liczą się do ogólnego wyniku PODEMOS – przyp. tłum.). Kampania IU skoncentrowana była wokół charyzmatycznego lidera Alberto Garzóna, który odwoływał się do jednoznacznie lewicowego, klasowo myślącego wyborcy oraz był w stanie gromadzić na wiecach tysiące ludzi. Jednakże wynik IU, najgorszy w jej historii, jest ceną, jaką koalicja ta płaci za lata błędów i biurokratycznego zaślepienia części kierownictwa.

Razem PODEMOS i Zjednoczona Lewica mają o 576 073 więcej głosów niż PSOE. To jeszcze raz podkreśla znaczenie jedności na lewicy, która została storpedowana przez wąski interes aparatów biurokratycznych obu partii. Ważne, by wyciągnąć z tego naukę na przyszłość.

Kto głosował na PODEMOS?

Analiza głosów daje nam wgląd w krajową politykę. Trzeba sięgnąć głębiej, by dostrzec prawdziwą dynamikę hiszpańskiego społeczeństwa. Prawda jest taka, że jako nowa siła, PODEMOS uzyskała najlepsze rezultaty wśród klasy robotniczej w dużych miastach i, choć bardziej dokładna analiza jest niezbędna, przypuszcza się, na co wskazują także sondaże, że partia ta wypadła najlepiej wśród młodzieży. PP i PSOE opierają się zaś o swoje starzejące się elektoraty w małych miasteczkach i na wsi. Należy pamiętać, że wśród starszych i mniej zaangażowanych w politykę członków społeczeństwa, PSOE wciąż jest postrzegana jako lewicowa, postępowa partia. Połączenie głosów PSOE, PODEMOS, IU i mniejszych ugrupowań, takich jak ERC i Bildu, wskazują na znaczny skręt Hiszpanów w lewo.

PODEMOS i zgromadzone wokół niej koalicje wyprzedziły PSOE w większości głównych miast: w Madrycie, Barcelonie, Walencji, Alicante, Saragossie, Bilbao, Oviedo, Coruñie, Palma de Mallorca, Vigo, Vitorii, Donosti-San Sebastián, Tarragonie, Santa Cruz de Tenerife itd. Jedyne znaczące wyjątki to Sewilla i Málaga w Andaluzji, gdzie PSOE jest tradycyjnie silna.

Bliższy rzut okiem na wyniki wskazuje na robotniczy skład elektoratu PODEMOS. Ugrupowanie to uzyskało pierwszy miejsce na przemysłowych peryferiach dużych miast, w tzw. „czerwonych pasach”, gdzie skoncentrowane są ciężkie bataliony hiszpańskiej klasy robotniczej – na obszarach takich jak: Rivas, Coslada i Parla w Madrycie; Hospitalet del Llobregat, Santa Coloma del Gramenet i Terrassa w Barcelonie; Pasaia w Donostia-San Sebastián; Paiporta i Paterna w Walencji i Barakaldo w Bilbao. W wielu spośród takich miejsc PODEMOS dostał ponad 30% głosów. Inne ważne lewicowe okręgi wyborcze, takie jak Kadyks i Coruña, gdzie zjednoczone lewicowe listy, wspierane przez PODEMOS, zwyciężyły w wyborach lokalnych w maju, również stały się świadkami świetnych wyników PODEMOS.

Te chłodne liczby jednakże nie są w stanie pokazać pełnego obrazu klasowych sił, biorących udział w politycznej rozgrywce. Frekwencja była wyższa o 3 pkt. proc. niż podczas ostatnich wyborów w 2011 r., jednakże wzrost ten był bardzo nierównomierny. Dziesięć okręgów miejskich o populacji przekraczającej 100 tys. osób, gdzie frekwencja zwiększyła się najbardziej, to: Santa Coloma de Gramenet, Kadyks, Barakaldo, Donostia-San Sebastián, Getafe, Vitoria-Gasteiz, Vigo, Coruña, Terrassa, Hospitalet de Llobregat. Jak można zauważyć, wszystkie to bastiony klasy robotniczej i masowo głosowano tam na PODEMOS.

Po przeciwnej stronie mamy dziesięć okręgów miejskich o populacji powyżej 100 tys. osób, gdzie frekwencja zmniejszyła się najbardziej w porównaniu z 2011 r. Były to: Granada, Gijón, Mataró, Alicante, Huelva, Córdoba, Murcia, Badajoz, Jaén, Cartagena. Są to nieduże miasta prowincjonalne, opierające się na turystyce i rolnictwie, tradycyjne bastiony PP.

Przytoczone liczby znajdują potwierdzenie w oddolnych raportach, które wspominają o przepełnionych punktach głosowania w robotniczych dzielnicach, takich jak Nou Barris w Barcelonie, gdzie ludzie byli pełni entuzjazmu, oraz o w połowie pustych komisjach wyborczych, gdzie głosowali prawicowi, starsi, podenerwowani wyborcy, w takich regionach jak San Juan w Alicante. Frekwencja najbardziej spadła w małomiasteczkowej Andaluzji, ostoi PSOE.

To wszystko wskazuje, że miejska klasa robotnicza przeszła do ofensywy, a drobnomieszczaństwo i ludność wiejska są zdezorientowane i zdemoralizowane. Absencja wyborcza w ośrodkach poparcia PSOE sugeruje, że wielu wyborców nie było pewnych czy głosować na PSOE czy raczej na PODEMOS, i mogą być oni pozyskani (w domyśle – dla PODEMOS – przyp. tłum.) w najbliższej przyszłości. Innymi słowy, PSOE żyje na kredyt.

Należy zauważyć, że hiszpańskie prawo wyborcze jest nieczułe na zjawisko absencji – każda prowincja otrzymuje stałą ilość mandatów parlamentarnych niezależnie od frekwencji w danym regionie. Takie rozwiązanie premiuje wiejskie twierdze PSOE, gdzie absencja była znaczna, podczas gdy wielkie miasta, w których PODEMOS uzyskał dobre wyniki, nie zostały wynagrodzone za wysoki poziom frekwencji. Pomaga to wyjaśnić, dlaczego między dwiema partiami (PSOE i PODEMOS – przyp. tłum.), które uzyskały niemalże tyle samo głosów, jest taka skandaliczna różnica 21 mandatów.

Możliwe, że najważniejszą kwestią, o jakiej należy wspomnieć, jest wynik koalicji En Comú Podem, grupującej m.in. PODEMOS, IU oraz Barcelona En Comú (BEC), która w Katalonii uzyskała najwięcej głosów spośród wszystkich list wyborczych. Koalicja ta odniosła zwycięstwo w prowincjach Barcelona i Tarragona, ze szczególnym wskazaniem na Barcelonę, gdzie wywalczyła więcej głosów, niż skupiona wokół Ady Colau BEC w majowych wyborach lokalnych, gdy szturmem zdobyła radę miejską.

Jak już wyjaśnialiśmy, PODEMOS startował teraz w Katalonii jako część szerokiego wyborczego frontu razem z innymi partiami lewicy i ruchami przeciwko polityce oszczędności, pod nazwą wspomnianej koalicji En Comú Podem, pod kierownictwem charyzmatycznej burmistrz Barcelony i działaczki lokatorskiej Ady Colau, która znajduje się na lewo od krajowego kierownictwa PODEMOS. W rzeczy samej kampania tego frontu była bardziej radykalna i mocniej skupiona na aspektach klasowych niż PODEMOS w skali kraju. Język, jakim En Comú Podem mówiła o kwestii narodowej, był jednoznaczny; z zapałem broniono prawa do samookreślenia Katalończyków, czyniąc ze zgody na referendum w sprawie niepodległości Katalonii podstawowy warunek wszelkich ewentualnych koalicji rządowych.

Istotnym jest także fakt, że Dil-CDC, burżuazyjna partia nacjonalistyczna, dowodzona przez Artura Masa, która dotychczas stała na czele ruchu niepodległościowego, wypadła kiepsko w tych wyborach. Z ponad miliona głosów, jakie otrzymała w 2011 r., teraz dostała blisko o połowę mniej, uzyskując w Katalonii zaledwie 15% i zajmując w tym regionie dopiero czwarte miejsce. Centro-lewicowi nacjonaliści z ERC poczynili za to znaczące postępy, podwajając swój wynik do 600 tys. głosów.

To wszystko wskazuje na znaczący zwrot na lewo w katalońskim społeczeństwie. Jak wyjaśnialiśmy wcześniej, pod powierzchnią polaryzacji wokół kwestii narodowych, która dała o sobie znać podczas wrześniowych wyborów do parlamentu regionalnego, tak naprawdę kryją się sprzeczności klasowe. Wielu robotników i młodych ludzi postrzegało głos na partie nacjonalistyczne jako wyzwanie rzucone prawicowemu rządowi w Madrycie oraz całemu establishmentowi i głosowało na nie raczej by wyrazić swoją klasową nienawiść niż bronić katalońskiej tożsamości narodowej.

Niektóre spośród bardziej konserwatywnych warstw klasy robotniczej głosowały we wrześniu na Ciudadanos, obawiając się odcięcia od reszty Hiszpanii jak również ze względu na niechęć do burżuazyjnego demagoga jakim jest Artur Mas.

Teraz En Comú Podem, dzięki klasowemu językowi, z programem radykalnej trasformacji społeczeństwa, zdolna była pozyskać wielu postępowych nacjonalistów jak również były elektorat PSOE i Ciudadanos. W Katalonii rządząca Hiszpanią PP zajęła dopiero szóste miejsce, uzyskując tylko 11%.

PODEMOS wypadło również niezwykle dobrze w Kraju Basków, zajmując pierwsze miejsce w całym regionie jak również w Araba i Gipuzkoa (tradycyjnych twierdzach lewicowych nacjonalistów), zaś w Bizkai zabrakło jedynie kilku tysięcy głosów do bycia najsilniejszym ugrupowaniem. Wyniki w Galicji także były bardzo dobre. W tym regionie PODEMOS startował w ramach szerokiej koalicji, En Marea, w której skład weszli również lewicowi nacjonaliści Xosé Manuela Beiras. En Marea zdobyła drugi wynik, uzyskując 25% głosów, przed PSOE oraz zwyciężyła w największym i najbardziej przemysłowym mieście Vigo z 34%.
Pokazuje to, jak różne narodowści zamieszkujące Hiszpanię intensywnie poszukują sojuszników w reszcie kraju dla równoległej walki o prawa narodowe i przeciwko polityce cięć.

Niestabilne koalicje

Puszka Pandory została otwarta. Niezwykle interesujący okres rozpoczyna się właśnie w Hiszpanii. Nagłówek z gazety The Financial Times głosił: „Hiszpania zmierza ku zamętowi”. W rzeczy samej, niestabilność i walka klas będą normą w nadchodzącym okresie. Hiszpańska giełda zareagowała na wyniki wyborów spadkami, co stanowi wiarygodny miernik nastrojów panujących wśród burżuazji. Będzie teraz niesamowicie ciężko stworzyć rząd. Niepowodzenie Ciudadanos odebrało nadzieje na koalicję tej partii i PP, gdyż nie zabezpieczy ona bezwzględnej większości. Ale klasa rządząca potrzebuje „stabilności”, czyli silnego rządu, który kontynuowałby politykę ataków i cięć prowadzoną przez PP.

Możliwe są teraz trzy główne scenariusze. Po pierwsze, możliwa jest wielka koalicja PP i PSOE. Byłby to jedyny stabilny rząd, gdyż skupiałby tylko dwie partie, współpracujące już zresztą w przeszłości (chociażby w lokalnym baskijskim parlamencie) i, pomimo formalnej wrogości, mających zaufanie burżuazji. Koalicja taka dysponowałaby porządną większością 213 mandatów w 350-osobowej izbie. Jednakże, taki sojusz politycznie zniszczyłby PSOE, ugrupowanie to znalazłoby się na analogicznej drodze jak grecki PASOK. Rozwiązanie to jest więc bardzo ryzykowne, gdyż pozostawiłoby burżuazyjny reżim nie chroniony z lewej flanki. Jednakże można sobie wyobrazić, że kapitaliści spróbują wywrzeć presję na sformowanie takiego rządu, próbując jednocześnie zdystansować od niego Ciudadanos, zachowując ich jako swojego asa w rękawie na przyszłość. Jeszcze przed wyborami, wielka prasa burżuazyjna, powołując się na wewnętrzne źródła w PP, na serio dyskutowała możliwość zastąpienia aktualnego kierownictwa PSOE w osobie Pedro Sáncheza przez prezydent Andaluzji, Susanę Díaz, reprezentującą prawe skrzydło socjalistów, a następnie parcie do paktu z PP.

Drugą opcją jest porozumienie pomiędzy PSOE i PODEMOS, które miałoby zaledwie 159 mandatów, o 16 za mało do niezbędnej większości, i dlatego potrzebne byłoby wsparcie co najmniej Zjednoczonej Lewicy, ERC, Bildu, CC i możliwe że także PNV. Ciudadanos wykluczyli wszelkie poparcie dla rządu, w którego składzie znalazłby się PODEMOS (to tyle, jeśli idzie o ich „centryzm”). Takie rozwiązanie byłoby bardzo niestabilne, potrzebna byłaby skomplikowana parlamentarna arytmetyka dla przepchnięcia każdej ustawy. Istnieją również istotne przeszkody dla sformowania takiego rządu. Wiążące referendum w sprawie niepodległości Katalonii, które, jak powiedziano wyżej, PODEMOS uczynił warunkiem wstępnym wszelkich rozmów koalicyjnych, jest ciężkie do przełknięcia dla socjalistów, systematycznie broniących jedności Hiszpanii. Obecność En Comú Podem i potrzeba włączenia ERC do ewentualnego paktu czynią referendum sprawą niepodlegającą negocjacjom. Pozostaje także kwestia reformy prawa wyborczego, która prawdopodobnie stanie się głównym żądaniem PODEMOS, a której PSOE się sprzeciwia, jako że odnosi znaczne korzyści z istniejącego stanu prawnego. Co więcej, PSOE i PODEMOS otrzymały prawie tyle samo głosów. To nie byłoby porozumienie socjalistów z mniejszymi partiami jak w Portugalii, gdzie Blok Lewicy i Portugalska Partia Komunistyczna reprezentują mniejszość, ale sojusz z potężną i wciąż rosnącą siłą, który wymagałby wielu ustępstw ze strony PSOE. Rządząca klasa zmobilowałaby się przeciwko każdemu potencjalnemu porozumieniu obejmującemu PODEMOS, więc PSOE znalazłaby się pod ogromną presją by takie porozumienie odrzucić. Podsumowując, choć wiele się jeszcze może wydarzyć, opcja druga wydaje się nieprawdopodobna.

Wreszcie, możliwość trzecia to ponowne wybory w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Niewielu jednak chce takiego rozwiązania, szczególnie wśród poważnych strategów burżuazji, ponieważ nie wydaje się, by pomogło to wyjść z impasu, a mogłoby jeszcze pogorszyć bieżącą sytuację. Otworzyłoby to drogę greckiemu scenariuszowi ekstremalnej niestabilności. Zwłaszcza PSOE czuje, że traci wiatr w żaglach i prawdopodobnie zrobi wszystko, by uniknąć kolejnego głosowania. Jednakże, w ciągu kilku najbliższych miesięcy PP może poczuć się na tyle pewnie, aby wezwać do wyborów, przedstawiając siebie jako jedynego gwaranta stabilizacji i mając nadzieję na odebranie części głosów Ciudadanos i innym partiom.

Dla klasy rządzącej wszystkie trzy opcje są niekorzystne. Ten parlamentarny pat doskonale oddaje intensywność walki klasowej w Hiszpanii oraz fakt, że klasa robotnicza zepchnęła burzuazję do narożnika.

Jaka droga dla PODEMOS?

PODEMOS powinna przejść teraz do ofensywy i postawić PSOE pod ścianą. Powinna naciskać na cofnięcie rozwiązań oszczędnościowych oraz reakcyjnych ustaw PP i uczynić z tego wstępny warunek do wszelkich rozmów koalicyjnych. Jeśli PSOE odmówi, zostanie jeszcze mocniej obnażona jako partia cięć i oszczędności. Obrona prawa do narodowego samookreślenia powinna być kolejnym kluczowym punktem parlamentarnej aktywności PODEMOS. Ugrupowanie to powinno próbować wywrzeć presję na PSOE co do tych podstawowych żądań, by ukazać masom, że socjaliści tak naprawdę niewiele różnią się od PP.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz to taki, w którym PODEMOS jest najważniejszą partią opozycyjną w ciągu najbliższych miesięcy. W związku z tym parę rzeczy będzie ważnych. Razem ze Zjednoczoną Lewicą, PODEMOS mogłoby wyprzedzić PSOE. W regionach, gdzie startowano w ramach szerokich koalicji, PODEMOS wypadło lepiej. Jedność lewicy nie może być tym razem narażona na szwank. Inną istotną sprawą jest fakt, że w ciągu ostatniego półtora roku Hiszpanie głosowali kilkakrotnie, więc uwaga mas skupia się na wyborczym froncie. Perspektywa nowego burżuazyjnego rządu u władzy w nadchodzącym okresie może jednak wypchnąć ludzi na ulice, zobaczylibyśmy nową serię protestów jak w latach 2011-2014. PODEMOS powinien stać na czele tych ruchów i użyć swoich ogromnych możliwości mobilizacyjnych właśnie na ulicach.

Jednakże, wielka lekcja pozostaje do odrobienia z ostatnich kilku tygodni. Podczas kampanii Pablo Iglesias potrafił przełamać stagnację PODEMOS dzięki radykalnemu, klasowemu językowi. Zaczął mówić znowu o klasie robotniczej, o socjalizmie, o rewolucyjnych tradycjach ludu Hiszpanii. Parcie na lewo ze strony Ady Colau i En Comú Podem również nie pozostało bez znaczenia. Podobnie było podczas majowych wyborów lokalnych, gdy PODEMOS gwałtownie skręciło w lewo. Na wiecu po ogłoszeniu wyniku wyborów, Iglesias powiedział: „Dziś ponownie usłyszeliśmy głos klasy robotniczej, która wywalczyła swoje prawa dzięki strajkom… głos republiki, głos Largo Caballero, Companysa, Durrutiego, Andreu Nina, Salvadora Allende… Wnieśmy demokrację do gospodarki… Historia jest nasza i lud tworzy historię”.

Gdyby Pablo Iglesias używał takiego języka stale, a nie tylko na kilka tygodni przed wyborami, stałby się niezwykle popularny. To takie wypowiedzi, jak przytoczona powyżej, zyskały mu poparcie, a nie keynesowskie propozycje zwiększenia zagregowanego popytu czy luzowania ilościowego (QE), albo obietnica pozostania w NATO. Prawidłowo wskazuje on, że hiszpańska klasa robotnicza znowu podnosi głowę i komentowane wyniki wyborów ukazują gwałtowny zwrot na lewo w hiszpańskim społeczeństwie. Jeśli kierownictwo PODEMOS zaczęłoby teraz cierpliwie tłumaczyć program przejściowy prowadzący do socjalizmu, bazując na wczesnych doświadczeniach SYRIZY w Grecji – zanim Tsipras ukorzył się przed Troiką – zyskaliby zainteresowanie milionów ludzi w Hiszpanii i poza jej granicami, a także przygotowali grunt pod nową hiszpańską rewolucję w nieodległej przyszłości.

Społeczność

LENIN - rocznica