Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 5 gości.

Patryk Kosela: Centrum wyzysku

kaufland.gif

 
Centrum Dystrybucji Kaufland Polska w Rokszycach koło Piotrkowa Trybunalskiego to nie tylko szkoła życia, ale prawdziwy obóz przetrwania. Rzadko kto wytrzymuje tam więcej niż kilka miesięcy. Często nowo przyjęci pracownicy rezygnują po paru godzinach.
Zaprzyjaźnione z Wolnym Związkiem Zawodowym „Sierpień 80” Stowarzyszenie Byłych Pracowników Sieci Handlowych „Sieciowcy” dotarło do osób niegdyś, a także i obecnie pracujących w Centrum w Rokszycach.
 
 
 
 
Do tej pory o łamaniu praw pracowniczych przez wielkie sieci handlowe pisało się w kontekście kasjerek i pracowników poszczególnych działów. Zarzuty najczęściej dotyczyły braku przerw i konieczności pracy w nadgodzinach, zmuszania do dźwigania ciężarów i pracy ponad siły. Sklepy wielkopowierzchniowe uderzały w swoich pracowników, których my, jako klienci możemy na co dzień zobaczyć. Przez cały ten czas nikt jednak nie wspominał o grupie pracowników spółek handlowych, których prawa również są rażąco łamane – o zatrudnionych w magazynach i załadowniach towarowych.
 
 
 
Zaprzyjaźnione z Wolnym Związkiem Zawodowym „Sierpień 80” Stowarzyszenie Byłych Pracowników Sieci Handlowych „Sieciowcy” dotarło do osób niegdyś, a także i obecnie pracujących w Centrum Dystrybucji Kaufland Polska (CDKP) w Rokszycach. Nazywane jest ono magazynem centralnym. To tam na olbrzymich halach trzyma się towar, który załadowywany jest na TIR-y i wysyłany w Polskę do różnych sklepów sieci Kaufland. Po rozładunku, z samochodu towar trafia na półki, a następnie do naszych koszyków podczas zakupów.
 
 
 
To jednak duże uproszczenie. Zbyt duże. Ktoś ten towar musi przecież przygotować i załadować. Osoby pracujące w CDKP na pierwszej zmianie (są cztery) powinny zaczynać pracę o 6:00, ale faktycznie na swoich stanowiskach muszą być o 5:30, przez co pół godziny pracują za darmo! Gdy zdarzą się jakieś opóźnienia, nawet z winy pracodawcy (jak np. problem ze sprzętem), pracownik karany jest upomnieniem.
 
 
 
Monika Giełażys powinna była pracować w systemie 15 dni po 12 godzin miesięcznie. Faktycznie pracowała nawet po 30 dni po 12 godzin w miesiącu. – Robiłam to dla dzieci, by im niczego nie brakło. Harowałam bez patrzenia na to, że kręgosłup bokiem mi wyjdzie – mówi. Nie miała żadnej ulgi, nawet z tego powodu, że dopiero co wyleczyła u siebie nowotwór. Przez nawał pracy opuściła kilka wizyt kontrolnych u onkologa. Zaciskała zęby i pracowała.
 
 
 
Nie wszyscy byli tak silni jak ona. W magazynie pracowali przede wszystkim młodzi i silni ludzie, ale i oni w pewnym momencie mieli dość i się zwalniali z pracy. Rotacja jest tam ogromna. Oferty pracy w Rokszycach zalewają portale tematyczne i Powiatowe Urzędy Pracy w Bełchatowie i Piotrkowie. Kaufland postawił też w regionie kilka bilbordów zachęcających do podjęcia pracy. Zachwala się, że zapewnia pracownikom ciepłe posiłki. – Nikt nie korzysta z zakładowej stołówki, bo grozi to zatruciem pokarmowym i ciężką obstrukcją – mówi Giełażys. „Ciekawie” też jest, gdy do pracy w CDKP najmie się osoba starsza. Wówczas uruchamia się system eliminacji słabej jednostki. Polega na narzuceniu takiego tempa załadunku, by człowiek miał dość i jeśli heroicznie dotrzyma do końca zmiany, na drugi dzień w pracy się już nie pojawił. Robi się tak, ponieważ odmówienie zatrudnienia z powodu wieku kwalifikuje się jako dyskryminacja. Stąd pomysł z eliminacją poprzez tempo pracy ponad ludzkie siły i możliwości.
 
 
 
Obecnie w magazynie centralnym pracuje więcej Ukraińców i Białorusinów, niż Polaków. Pracują na akord non stop przez 3 miesiące, po czym mają 3 miesiące przerwy i tak na okrągło. Częste kontrole Państwowej Inspekcji Pracy zmusiły Kaufland do przeróbek w ewidencji czasu pracy. Firma praktykuje tzw. wsparcie. Polega to na tym, że kierownik dzwoni do pracownika o godzinie 20:00 i mówi, że ten ma jutro przyjść na rano do pracy, choć ten dzień miał mieć wolny. – Więc ja wtedy zmuszona byłam, szczególnie zimą, budzić dzieci i zawozić je do mojej mamy, by na drugi dzień wstać przed 4:00 do pracy – opowiada Monika. Znacznie gorzej było, gdy firma zaczęła oddawać godziny wolne z nadgodzin. – Bywało, że wieczorem, a nawet w środku nocy w trakcie pracy mówiono, że mam iść do domu, bo mam dużo nadgodzin. Do Rokszyc dojeżdżam z Bełchatowa i musiałam nieraz na deszczu czekać na jakieś transport do domu, ale nikogo z kierowników to nie obchodziło – mówi.
 
 
 
Narzucone tempo, dopingowane wypowiadanymi co rusz słowami: „Ciśnij!”, stwarza ogromne niebezpieczeństwo. Bywa i tak, że pracownikowi spadają skrzynki z piwem na głowę, bo ktoś inny źle zaplanował załadunek. Niejednokrotnie spotkał się z tym Przemysław Giełażys, mąż Moniki. Do pracy tam ściągnęła go żona. – Pracowałem w Irlandii i najgorsza była ta rozłąka z rodziną. Potem też z pracą tam było coraz gorzej. I kiedy usłyszałem, że ona zarabia w Kauflandzie po 3 tysiące złotych, postanowiłem wrócić i dostać się tam do roboty – mówi. Zaraz dodaje, że nie miał pojęcia, jak wiele trzeba dać z siebie, by zarobić te pieniądze. – Człowiek wracał do domu wykończony. Często zmęczenie wypierało odczuwanie głodu. Myślało się tylko o śnie – wspomina.
 
 
 
Ale dla sieci wszystko było w porządku. Zadowolenie z pracy wynikało wprost z ankiet, które były przeprowadzane wśród pracowników. I choć stwarzano pozory jej anonimowości, wcale takie nie były. Kody ankiet były tak zrobione, że łatwo było dojść do tego, kto którą ankietę wypełnił.
 
 
 
Janusz Włodarczyk pracował w Centrum na stanowisku brygadiera. Wylicza, że jego podwładni musieli w ciągu godziny przerzucić do załadunku 250 jednostek Miesięcznie przerzucali po 60 ton towarów! W podobnym magazynie centralnym Kauflandu, tyle że w Czechach, norma to 160 jednostek na godzinę. – Menedżerowie chodzili z teczkami personalnymi i krzyczeli do ludzi: „Wynik! Przyciśnij!” – twierdzi.
Byli pracownicy rokszyckiego CDKP mówią, że pomiędzy pracownikami był całkowity zakaz rozmów. Dopuszczalne były, i to też aby nie za często, wykonywanie „gestów niewerbalnych”, jak np. pomachanie do kogoś. Nawet rozmowa tylko i wyłącznie o sprawach służbowych, związanych z pracą, była zakazana. Chodziło o to, by wymiana zdań nie zmniejszała wydajności pracy, a także, by uniknąć integracji załogi i tym samym jakiegoś buntu czy zrodzenia się pomysłu założenia związku zawodowego.
Z opowieści osób, które pracowały w magazynie centralnym tej sieci handlowej, wynika, że były to warunki znane z Chin lub przypominające stosunki pracy panujące w XIX-wiecznym kapitalizmie. Wiele z opisywanych przez nich kwestii potwierdziły kontrole PIP. I co z tego? Niewiele one dały. Firma dalej robi swoje. Teraz tylko bardziej kamufluje swoje brudne praktyki.
Na drodze nieuczciwego postępowania koncernu Kaufland stanąć zamierza Stowarzyszenie „Sieciowcy”. Jak informuje sekretarz organizacji, stowarzyszenie właśnie zmienia swój status prawny ze stowarzyszenia zwykłego na rejestrowe zgłoszone w Krajowym Rejestrze Sądowym. – Poszerzy to nasze możliwości działania. Będziemy mogli być stroną w sprawach sądowych w tym jako oskarżyciele posiłkowi – informuje Jan Bartoszewski.
 
 
 
– Zgłaszają się do nas pracownicy różnych dyskontów spożywczych, super- i hipermarketów. Dopiero teraz widzimy jak wielki jest to problem w skali kraju – przyznaje Tatiana Michalik, prezeska „Sieciowców”.
 
 
 
Stowarzyszenie działa prężnie, czym budzi zainteresowanie mediów. O aktywistach materiał nakręciła i wyemitowała telewizja Polsat w głównym wydaniu swoich „Wydarzeń”. Także dziennik „Polska The Times” opublikował duży tekst poświęcony temu, co dzieje się w Kauflandzie. Wzbudziło to popłoch wśród dyrektorów i niemieckiego prezesa sieci. Nagle zaczęli interesować się sprawą i dążyć do naprawienia chorej sytuacji. – Uwierzymy w szczerość intencji, gdy zobaczymy konkretne działania – podkreśla skarbniczka stowarzyszenia, Aneta Łazowska.
 
 
 
Pomoc i pełne wsparcie zadeklarował WZZ „Sierpień 80”. – Myślę, że nadszedł teraz odpowiedni moment, by uderzyć w ten system wyzysku i go rozwalić – mówi Bogusław Ziętek, przewodniczący „Sierpnia 80”.
 
 
 
Centrum wyzysku może upaść, niczym starożytny Babilon. Tak samo skończy wyzysk kasjerek i pracowników działów. Będzie płonął, jak niegdyś Bastylia.
 
http://partiapracy.pl/

Społeczność

rot front