Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 28 gości.

Jak Amerykanie planowali zniszczyć Polskę

grzyb atomowy.jpg

Choć współcześnie polski rząd uważa Stany Zjednoczone za gwaranta swojego bezpieczeństwa i robi wszystko, by mu się przypodobać, były takie czasy, gdy Amerykanie planowali Polskę zrównać z ziemią.
 
Odtajnione właśnie dokumenty z materiału zatytułowanego „Badanie Zapotrzebowania na Broń Jądrową Dowództwa Lotnictwa Strategicznego na rok 1959”, będące własnością amerykańskiej armii, pokazują dokładnie, co zostałoby z Polski, gdyby w tamtym czasie doszło do atomowego konfliktu.
 
Wątpliwości, że w wypadku wojny pomiędzy NATO a Układem Warszawskim na teren Polski spadłoby wiele bomb jądrowych nie było nigdy. Dla Jankesów nasz kraj stanowił istotny cel: Polska leżała na trasie marszu Armii Radzieckiej na zachód oraz była ważnym sojusznikiem ZSRR.
 
Opublikowane dokumenty szczegółowo i dokładnie opisują, jak amerykańskie lotnictwo strategiczne planowało zniszczyć Związek Radziecki i jego sojuszników. Materiały zawierają m.in. analizę potencjału arsenału jądrowego USA i ocenę, czy jest on wystarczająco potężny do pokonania przeciwników. Wśród wysuwanych przez amerykańskich wojskowych postulatów, co znalazło odzwierciedlenie w odtajnionych dokumentach, było zbudowanie wielkich bomb termojądrowych o mocy około 60 megaton (równe mniej więcej 2400 bomb zrzuconych na Hiroszimę), które ostatecznie nigdy nie powstały. Jedynie ZSRR zdetonował porównywalny ładunek nazywany „Car Bomba” (miała siłę ok. 50-58 megaton), ale okazał się on być niepraktyczny i za silny do zastosowania wojskowego.
 
Dowództwo Lotnictwa Strategicznego (SAC), które w latach 50. dysponowało niemal całym arsenałem jądrowym USA w postaci bomb przenoszonych przez bombowce (w tamtym czasie rakiety nie były jeszcze powszechnym środkiem przenoszenia głowic jądrowych), planowało w pierwszej fazie III wojny światowej skoncentrować się na zniszczeniu baz lotnictwa Układu Warszawskiego. Priorytetem były lotniska bombowców na terenie ZSRR i państw satelickich. Na nie spaść miały najpotężniejsze ładunku termojądrowe. Jednocześnie miały zostać zaatakowane kluczowe centra dowodzenia i inne duże bazy wojskowe. W drugiej fazie ataku, gdy zostałby wyeliminowany potencjał ZSRR do wykonania kontrataku jądrowego, amerykańskie bombowce miały przystąpić do „systematycznej destrukcji”. Na kilka tysięcy celów miały spaść mniejsze bomby (ale i tak potężniejsze niż te, których użyto przeciwko Japonii), w celu zniszczenia mniej istotnych obiektów wojskowych, przemysłu zbrojeniowego, fabryk mogących wspierać produkcję wojenną, ważnej infrastruktury, a także ludności cywilnej. Według amerykańskich archiwistów, SAC planowało atakować cele w państwach satelickich przy użyciu bomb stosunkowo słabszych od tych zrzucanych na ZSRR. Motywowano to powodami „politycznymi” i „psychologicznymi”. Jak się uważa, Amerykanie prawdopodobnie zostawiali sobie furtkę do tłumaczenia później, że starali się „minimalizować zniszczenia”.
Archiwa Narodowe USA nie udostępniły kompletnego dokumentu, a jedynie jego fragmenty, więc trudno oszacować ile dokładnie bomb miało spaść w Polsce i na jakie cele. Na pewno byłoby to jednak niemniej niż kilkadziesiąt głowic. Tylko w Poznaniu i Warszawie wyznaczono w sumie 35 celów, które miałyby zostać zniszczone.
 
 
Niezależnie od wspomnianego „zachowywania umiaru” w bombardowaniu państw satelickich, zniszczenia w Polsce i tak byłyby niewyobrażalne. Amerykanie nie zamierzali bowiem poprzestać na atakach na główne lotniska. Wysoko na liście celów były między innymi bazy w Brzegu i Modlinie, na które miały spaść ładunki o mocy wielu megaton, które wywołałyby ogromne zniszczenia i skażenie w promieniu dziesiątek kilometrów. Co ważne, wiele celów wojskowych znajdowało się w miastach lub w ich bezpośrednim sąsiedztwie. W Warszawie i okolicach wyznaczono 15 celów, głównie obiekty militarne i infrastrukturalne, ale też cel nr 275, czyli ludność cywilna. 

Społeczność

SIERP i MŁOT