Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 86 gości.

Włosi mówią „Nie” w referendum konstytucyjnym – dymisja Renziego; skrajna prawica pokonana w Austrii

renzi.jpg

W minioną niedzielę we Włoszech odbyło się referendum konstytucyjne, zaś w Austrii powtórzone wybory prezydenckie.
 
Mieszkańcy Italii mieli odpowiedzieć na pytanie czy zgadzają się na zmianę Konstytucji z 1948 r. polegającą za zmniejszeniu uprawnień drugiej izby włoskiego parlamentu – Senatu, zmniejszeniu izby senatorów oraz zamienieniu Senatu w reprezentację włoskich regionów. Dotychczas obowiązującą w parlamentaryzmie włoskim zasadą był tzw. równy bikameralizm. Oznacza to, że obie izby parlamentu mają takie same uprawnienia i taki sam wpływ na rządy (przeciwieństwem jest np. system polski, gdzie władza Senatu jest zdecydowanie mniejsza niż Sejmu). Premier Matteo Renzi (na zdjęciu) i rządząca Partia Demokratyczna (PD, oficjalnie socjaldemokracja) chcieli, jak sami twierdzili, usprawnić sprawowanie władzy i uprościć istniejący system, celem łatwiejszego i szybszego stanowienia prawa. Drugą korzyścią (głównie za sprawą redukcji liczby senatorów) miała być oszczędność dla budżetu.
 
Jak wskazują wszyscy obserwatorzy, pozornie problematyka referendum nie powinna budzić poważniejszych emocji. Mało kto chciałby także bronić zarabiających wielkie pieniądze senatorów, którzy w wyniku zmian mieliby stracić stołki. Jednakże zapowiedź Renziego, iż w razie klęski referendalnej poda się do dymisji, sprawiła że głosowanie nad reformą konstytucyjną zamieniło się w swoisty plebiscyt poparcia dla premiera. Partie opozycyjne, w szczególności Ruch Pięciu Gwiazd i prawicowa Liga Północna, choć dotychczas krytykowały stan włoskiego parlamentaryzmu (nie tylko jego niesprawność, ale przede wszystkim korupcję i ogromne zarobki parlamentarzystów) jednogłośnie zaczęły nawoływać do głosowania na „Nie”. Ewentualna dymisja Renziego mogłaby doprowadzić do ponownych wyborów parlamentarnych, a w tych niewykluczona jest (zgodnie z aktualnymi sondażami) wygrana Ruchu Pięciu Gwiazd, zaś Liga Północna umocniłaby się znacząco. Wśród przeciwników reformy znalazły się także Włoska Lewica (koalicja ugrupowań na lewo od PD) oraz Włoska Powszechna Konfederacja Pracy (CGIL, lewicowe związki zawodowe, dawniej związane z Partią Komunistyczną). Z kolei zwolennikami zmian były m.in. Confindustria (Powszechna Konfederacja Przemysłu Włoskiego, główna organizacja włoskich kapitalistów) oraz chadecka konfederacja związkowa CISL.
 
Sondaże od dłuższego czasu wskazywały na przewagę przeciwników reformy, choć Partia Demokratyczna zdawała się odrzucać takie prognozy. Nikt nie spodziewał się jednak skali wygranej obozu „Nie”.  Za reformą głosowało 40, 89% uprawnionych, przeciwko 59,11%. Frekwencja , jak się podkreśla, była wysoka jak na Włochy i wyniosła 65,47%. Praktycznie wszystkie regiony Italii zagłosowały na „Nie” (z wyjątkiem trzech, gdzie tradycyjnie silne są wpływy PD, dawniej zaś komunistów: Emilia-Romania, Toskania i Tyrol Południowy; za reformą głosowali również Włosi zza granicy).
 
Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami premier Matteo Renzi podał się do dymisji jak tylko podano wyniki głosowania. Wskazuje się jednak, że wbrew nadziejom partii opozycyjnych może nie dojść do przedterminowych wyborów parlamentarnych, a prezydent Sergio Mattarella desygnuje nowego szefa rządu. Wśród potencjalnych kandydatów wymienia się m.in. aktualnego ministra finansów Pier Carlo Padoana, ministra kultury Dario Franceschiniego lub przewodniczącego Senatu Pietro Grasso.
 
Jak oczekiano, wyniki włoskiego referendum i dymisja Renziego przyniosły spadki na światowych parkietach. Szczególnie mocno taniały akcje włoskich banków, stanowiących, jak się wskazuje, systemowe zagrożenie dla europejskich finansów. Przecenę kontynuuje także euro wobec dolara. Ogólnie jednak, podobnie jak w przypadku wygranej Donalda Trumpa, rynki zareagowały łagodniej niż się spodziewano. Wydaje się, że nie dojdzie do finansowego załamania w Italii, co wróżyli niektórzy analitycy. Z ostateczną oceną skutków włoskiego „Nie” należy jednak poczekać.
 
 
W tym samym dniu, co Włosi, głosowali ich sąsiedzi z północy – Austriacy. Nad Dunajem odbyła się powtórzona II tura wyborów prezydenckich, w której zmierzyli się: lider skrajnie prawicowej Partii Wolności (FPÖ) Norbert Hofer oraz popierany przez Zielonych, choć oficjalnie bezpartyjny, Alexander Van der Bellen. Poprzednio głosowano 22 maja br., jednakże w związku z nieprawidłowościami w komisjach wyborczych wyniki anulowano (nieznacznie wygrał wtedy Van der Bellen).
 
W powtórzonym głosowaniu ponownie zwyciężył kandydat Zielonych, zdobywając blisko 51,7 % głosów (wciąż trwa ich liczenie). Frekwencja wyniosła ponad 65,5%. Wydaje się, że na europejskich salonach odetchnięto z ulgą, gdyż zwycięstwo kandydata ugrupowania eurosceptycznego w sytuacji Brexitu, rosnącego poparcia dla Le Pen we Francji i włoskiego referendum mogłoby stanowić kolejny gwóźdź do trumny Unii Europejskiej. A tak, jak powiedział po opublikowaniu wyników exit polls Van der Bellen, możliwe jest wygranie wyborów pod proeuropejskimi (czyt.: prounijnymi) hasłami.
 
- „Wyniki tych wyborów są sygnałem, że moje proeuropejskie poglądy podziela większość wyborców. W największym interesie Austrii (...) jest bycie członkiem Unii Europejskiej. Ważnym członkiem, który pozytywnie współpracuje" – powiedział prezydent-elekt.
 
 
Rola austriackiego prezydenta, podobnie jak jego niemieckiego odpowiednika, jest niewielka. Jego uprawnieniem jest jednak desygnowanie kandydata na kanclerza. Jak aktualnie wskazują sondaże, na prostej drodze do wygranej znajduje się właśnie Partia Wolności. I pomimo, że dotychczas prezydent zazwyczaj wskazywał lidera zwycięskiego ugrupowania jako szefa rządu, to Van der Bellen już zapowiedział, że w żadnym wypadku nie desygnuje Hofera.

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Lenin001