Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 32 gości.

Krzysztof Wójcicki: Donald Trump - alegoria gnijącego, imperialistycznego kapitalizmu

Donald Trump

Donald Trump – alegoria gnijącego, imperialistycznego kapitalizmu

 
Sto lat po wydaniu przez Lenina pracy „Imperializm jako najwyższe stadium kapitalizmu” gnicie opartego na wyzysku systemu własności prywatnej przyjmuje niespotykane dotąd natężenie, wyrażające się w nieznanych dotąd formach. Tak jak procesy akumulacji i koncentracji kapitału, immanentne w kapitalizmie niszczą wolność działania dla drobnego przedsiębiorcy i XVIII wieczny mit o wolnej konkurencji, tak obecne przewartościowania w polityce międzynarodowej niszczą budowany w pocie czoła przez ostatnie dekady przez połączone siły neoliberałów i neokonserwatystów świat złudzeń i burżuazyjnych cnót takich jak „demokracja”, „prawa człowieka” i „wolny rynek”.
 
 
Nikt nie wierzy już w zapowiedziany przez Fukuyamę „koniec historii”. Upadek Lehman Brothers przeszło 8 lat temu zniszczył w oczach wszystkich klas społecznych wbudowane w fukuyamowską wizję przeświadczenie o samodoskonaleniu się kapitalizmu w sferze bazy. 8 lat temu, okazało się, że kapitalizm nie działa i że jedynie zdecydowana interwencja państwa jest w stanie ocalić największe przedsiębiorstwa, takie jak banki czy koncerny samochodowe przed upadkiem.
 
 
W roku 2008 stało się jasne że współczesny kapitalizm podobny jest do chwiejącego się, chodzącego o lasce, rozpadającego się staruszka. „Laską” była rehabilitacja keynesizmu i interwencjonizmu państwowego w świecie zachodnim, tak bardzo sprzeczna z kierunkiem rozwoju ideologicznego elit przez poprzednie ćwierćwiecze, liczone od czasów reaganomiki i thatcheryzmu. W ten sposób, chwiejący się i kulawy kapitalizm przeczołgał się przez kolejne 8 lat. Ucierpiały Syria, Libia, Ukraina i Grecja, ale królestwa City i Wall Street pozostały nienaruszone.
 
 
Kryzys sprzed 8 lat był jednak tylko kryzysem w strefie bazy. Był kryzysem lecącego na łeb na szyję Dow Jones, FTSE 100 i WIG 20. W ciągu kolejnych roku-dwóch depresja przyjęła bardziej społeczną naturę w postaci ogólnoeuropejskiej recesji i masowego bezrobocia.
 
 
Załamanie gospodarcze nie oznaczało jednak automatycznego załamania w sferze zaufania społecznego dla nadbudowy ideologicznej jaką pieczołowicie przygotowała burżuazja. Wybrany 8 lat temu Barack Obama był uosobieniem właśnie tych burżuazyjnych cnót „demokracji”, „praw człowieka”. Burżuazyjnych cnót, które – dodajmy – mają swoją „lewicową” wersję z pewną umiarkowaną wersją dbałości o najuboższych i „prawicową” wersję z leseferyzmem. Jakkolwiek jednak „lewicowy” nie byłby Obama, któremu nie można zapomnieć wprowadzenia obowiązkowych ubezpieczeń zdrowotnych w ramach Obamacare (co prawda nadal opartych na prywatnych ubezpieczycielach, a sam pomysł był autorstwa prawicowego think-tanku „Heritage Foundation”, ale jednak mimo wszystko został on uznany przez prawicę za pełzający socjalizm (http://www.1917.net.pl/node/18113).
 
 
Obama nie wprowadził jednak nowej jakości w dziedzinie nadbudowy ideologicznej w porównaniu do swoich trzech poprzedników.
 
 
Stany Zjednoczone nadal pozostały światowym mocarstwem, globalnym superimperialistycznym hegemonem. Superimperialistycznym hegemonem, który realizuje swoje partykularne interesy wysyłając US Army w odległe zakątki globu celem walki z „dyktaturami” i szerzenia zachodniego modelu burżuazyjnej demokracji.

Zmiana polityki wobec Kuby i braci Castro z pewnością zaskarbiła Obamie sympatię wielu ludzi lewicy. Nie oznaczała jednak zmiany w imperialistycznej polityce USA w skali globalnej w porównaniu do czasów Clintona (Jugosławia) i Busha juniora (Afganistan, Irak).
 
 
Dwa lata po zaprzysiężeniu Baracka Husseina z Hawajów światem arabskim wstrząsnęła fala rewolucji. Rewolucji, które przyczyniły się do obalenia trzech przywódców państwowych (Ben Ali, Mubarak, Kaddafi) i podgrzania nastrojów wśród mas ludowych. Te burżuazyjno-demokratyczne rebelie z jednej strony spotkały się z krwawą odpowiedzią reżimów i ich proamerykańskich akolitów (tłumienie powstania w Bahrajnie przez saudyjskie wojsko) a z drugiej strony zostały użyte instrumentalnie przez imperializm amerykański do destabilizacji sytuacji w regionie (Libia, Syria). Tak było w roku 2011. Najgorsze dla burżuazyjno-demokratycznych cnót dopiero miało jednak nadejść.
 
 
 Jeszcze pięć lat temu wydawało się, że wzrost siły lewicy i ruchu robotniczego wyzwolony przez Egipt, Occupy Wall Street i ateńską ulicę będzie w stanie uchronić kapitalizm od bolesnej agonii i kompromitacji jaka trawi go obecnie i doprowadzić to serii gwałtownych turbulencji politycznych. Globalne przesunięcie w lewo z przełomu dekad okazało się być jednak tylko przesunięciem w lewo. Winy za zaistniały stan rzecz należy szukać w globalnej słabości ruchu robotniczego i partii robotniczych, które, nawet jeśli istniały, to nie były w stanie przejąć kierownictwa nad którąkolwiek z burżuazyjno-demokratycznych rewolucji i uczynić rok 2011 dla świata arabskiego tym, czym był 1905 dla Rosji.
 
 
 Dialektyka rewolucji burżuazyjno-demokratycznej, tak jak pisał o niej Lenin, uwzględnia wiodącą rolę klasy robotniczej w niej. Rewolucje burżuazyjne 1789, 1848 czy 1905 – wszystkie one były dziełem mas pracujących i to właśnie aktywności politycznej i świadomości mas zawdzięczamy to, iż burżuazja wyniosła „prawa człowieka” i „demokrację” do rangi cnót. Dzięki temu mamy pochodzących z wyboru republikańskich prezydentów w miejsce koronowanych pomazańców bożych.
 
 
 Moment, w którym jankeskie wsparcie militarne dla opozycji (zdominowanej przez islamistów) stało się wiodącym czynnikiem kształtującym sytuację w Syrii, gdy stało się jasne, że poza Rożawą lewica stanowi margines, pogrzebana została wiara ludzi lewicy w tzw. „syryjską rewolucję”.
 
 
Letni pucz wojskowy al-Sisiego w roku 2013 położył kres marzeniom o jakkolwiek rozumianej „demokracji” w Egipcie. Ogłoszenie kalifatu w Syrii i Iraku w czerwcu 2014 ostatecznie zdarło ze wspieranych przez USA islamistycznych siepaczy maski „demokratów”. Nagle „tyran” Assad okazał się być „mniejszym złem” wobec potwora wykarmionego przez imperializm we własnej osobie. W ten oto sposób misja szerzenia „demokracji” w świecie arabskim zakończyła się druzgocącą klęską.
Kryzys kapitalizmu w zakresie nadbudowy stał się więc faktem.
 
 
Jego efekty dały o sobie znać przez kolejne dwa lata. Wzrost fali islamskiego terroryzmu w Europie 2015 i 2016 doprowadził do dalszego osłabienia demokratycznych liberałów na rzecz zapowiadającej stanowczą walkę z dżihadystami skrajnej prawicy. Jednoczesna arogancka dominacja imperializmu niemieckiego w UE doprowadziła do rozbicia sił lewicy tam, gdzie była ona silna – w lipcu 2015 prorobotniczy minister Warufakis z ramienia Syrizy został zmuszony do rezygnacji, a rząd do akceptacji programu cięć narzuconego przez Angelę Merkel, co ostatecznie zadecydowało o prokapitalistycznym charakterze niegdyś wielonurtowej partii zrzeszającej trockistów i maoistów.
 
 
O ile jednak rok 2014 stanowił dowód na słabość lewicy w świecie arabskim, a 2015 – dowód na słabość lewicy w Europie i zarazem naukę dla mas świadczącą o niereformowalności kapitalizmu, to rok 2016 pokazał, że „cnoty” i reformistyczne iluzje pękają niczym bańki mydlane w obliczu rzeczywistych sprzeczności kapitalizmu.
 
 
Dialektyka kompromitacji burżuazyjnych cnót z jednej strony wypuszcza do mainstreamu brunatne demony takie jak familia Le Penów i rozmaite Geerty Wildersy a z drugiej strony odbiera klasie robotniczej złudzenia. Złudzenia dotyczące „burżuazyjnych cnót” właśnie. Dwa bieguny, przyciągające się przeciwieństwa, które wypłynęły na bazie kompromitacji burżuazyjnych cnót (reprezentowanych przez klan Bushów, małżeństwo Clintonów i Obamę) – to Bernie Sanders i Donald Trump.

Obecny prezydent i jego niedoszły adwersarz będący niezaprzeczalnym „nr 3” w kampanii prezydenckiej USA w warstwie nadbudowy ideologicznej stanowią absolutną negację wszystkich trzech swoich poprzedników. Negację burżuazyjnych cnót właśnie.
 
 
Sanders – pierwszy od dziesięcioleci rzeczywiście lewicowy kandydat na prezydenta USA, popierany przez związkowców, jako prezydent USA miałby szanse być prezydentem, który rozwiąże palące problemy mas pracujących.
 
 
 
Trump z kolei to typowy przedstawiciel wielkiego kapitału. Wnuk emigranta z Bawarii, który wyrzekł się swoich korzeni, rozwijający i pielęgnujący rodzinną fortunę (Trump Organisation została założona przez babcię Donalda w roku 1923).
 
 Wszelkie burżuazyjne cnoty, do których oprócz demokracji i praw człowieka należy zaliczyć także tolerancję i sprzeciw wobec rasizmu, wszystko to, co obok wolności dla kapitału przyniosła Rewolucja Francuska, co od czasu wejścia kapitalizmu w fazę monopolistyczną nieco ponad sto lat temu stanowiło jedynie listek figowy zasłaniający rzeczywiste działania burżuazji w oczach mas.
 
 
 
Trump, multimiliarder, rasista i wyzyskiwacz nawet nie próbuje zakładać „demokratycznej” maski. Podobnie jak faszyści jest to kandydat protestu, reprezentujący interesy wielkiego kapitału, próbujący budować swoje poparcie wśród ludu na szowinistycznej ideologii, którą w przypadku Trumpa jest islamofobia, zajmująca miejsce hitlerowskiego antysemityzmu. Odpowiedź na pytanie „czy Trump jest faszystą?”, wymaga uwzględnienia odmiennych warunków historycznych Niemiec czy Włoch czasów międzywojennych. W Niemczech i Włoszech burżuazja potrzebowała faszystów dla rozgromienia ruchu robotniczego, aby zniszczyć partie, związki zawodowe, instytucje kulturalne i robotnicze kluby szachowe, tak, aby zamienić proletariat w amorficzną masę. Obecnie w USA proletariat już stanowi amorficzną masę, tak więc nawet ultrareakcyjny polityk reprezentujący interesy wielkiego kapitału nie musi maszerować w brunatnej koszuli na stolicę, podpalać Kongresu i wysyłać lewicy do Dachau, aby zadowolić burżuazję.
 
 
Z pewnością jednak Donald Trump to doskonała alegoria współczesnego kapitalizmu. Trump to nie byle agent burżuazji, ale wielki kapitalista we własnej osobie. Arogancki we wszystkich sferach życia publicznego i prywatnego, przekonany o swojej dominacji i wyższości. Z drugiej strony skory do najbardziej kontrowersyjnych w oczach jego poprzedników kompromisów jak ocieplenie stosunków z Władimirem Putinem czy też zarzucenie umowy TTIP i możliwe taktyczne wycofanie się USA z roli światowego żandarma po serii bolesnych porażek.
 
 
Henry Kissinger, który swego czasu, ledwie kilkanaście lat po fali McCarthyismu i polowaniu na komunistyczne czarownice, pertraktował z Mao Tse-Tungiem, jest w stanie jednak nauczyć Trumpa Realpolitik. Realpolitik będącej dobrze znaną Trumpowi biznesową kalkulacją przeniesioną w świat polityki. Nihilista Trump podobnie jak nihilistyczny kapitał posiada tylko jedną świętość. Tą świętością jest zasada własności prywatnej i maksymalizacji zysków. Kapitał bowiem w głębokim poważaniu ma wszystkie narody świata, ich wolność, demokrację, tolerancję, prawa człowieka. Cnoty to atrybut człowieka, a kapitał jest ze swojej natury antyludzki i zdehumanizowany. Równie zdehumanizowany co Donald Trump. O ile polityka Baracka Obamy, przynajmniej początkowo rodziła pewne nadzieje wśród amerykańskiej i światowej lewicy, to Trump jest antyludzką emanacją kapitału w ciele człowieka. Bez maski.
 
 
31 I 2017

Społeczność

Towarzysz Lenin oczyszcza ziemię ze śmieci