Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 9 gości.

Misja wroga ludu

morawiecki.jpg

Pan Mateusz Morawiecki, który jutro wygłosi expose (czyli opowie bajkę, jak to pod jego rządami – choć pozostanie jedynie namiestnikiem Jarosława Kaczyńskiego oraz finansjery – będzie się fajnie żyło), ma poczucie misji. I to wielkiej misji.
 
Po pierwsze, chce rozwijać polską gospodarkę (ciekawe, czy pokaże kolejną prezentację na PowerPoincie?), w tym dbać o rozwój innowacji. Cóż, jako odpowiedzialny za to minister i wicepremier w jednej niezbyt skromnej osobie, ograniczył się do: prezentacji w PowerPoincie, wpuszczania na nasz rynek obcego kapitału (czyli zagranicznych „inwestorów”, jacy otwierają u nas montownie i magazyny, pasąc się na taniej polskiej sile roboczej, bez przepływu know-how czy rozwoju technologicznego) i chęci przerobienia (k)raju nad Wisłą w jedną wielką Specjalną Strefę Wyzysku. Miał wprawdzie Mateusz Morawiecki kilka dobrych pomysłów, np. plan produkcji polskich samochodów elektrycznych… ale skończyło się to wszystko, niestety, na fazie pomysłów właśnie lub co najwyżej na rozpisaniu konkursów. Zastopował za to pomoc dla frankowiczów i kilka innych spraw, o czym pisałem w poprzedniej notce. Jedyną pozytywną decyzją, za którą nowo mianowany premier odpowiada, jest nacjonalizacja PKO.
 
Powiedzmy sobie szczerze – Mateusz Morawiecki to typowy prawicowiec o naprawdę konserwatywnych poglądach, co oznacza ni mniej, ni więcej, a całkowitą akceptację oraz gloryfikację nieludzkiego systemu kapitalistycznego ze wszystkimi jego patologiami. Totalne podporządkowanie pracy kapitałowi, nieograniczony wyzysk i eksploatacja siły roboczej przez kapitalistów, umowy śmieciowe i bezpłatne staże, niskie płace, niestabilne zatrudnienie, harówa po kilkanaście godzin na dobę bez dni wolnych, robotnik traktowany przez kapitalistów jak (pół)darmowy parobek lub wręcz narzędzie – to dla Morawieckiego POŻĄDANE cechy systemu społeczno-ekonomicznego. Świadczenia socjalne traktuje jako obciążenie budżetu państwa i czynnik zniechęcający ludzi do pracy (czyt.: do zasuwania za grosze przez całą dobę, siedem dni w tygodniu, celem pomnożenia majątku garstki kapitalistów); wątpliwe, by Jarosław Kaczyński był takim idiotą, żeby pozwolić Morawieckiemu zlikwidować 500 Plus, ale program ów na dziewięćdziesiąt dziewięć procent zostanie ograniczony, a inne świadczenia socjalne, czyli marne polskie zasiłki, przysługujące mało komu, mogą zostać całkiem obcięte. Morawiecki niczym się pod tym względem nie różni od Leszka Balcerowicza, Ryszarda Petru czy Janusza Korwin-Mikkego. Do tego pozostaje przedstawicielem i reprezentantem finansjery, i to jej interesy realizował będzie jako premier. Jest więc typowym prawicowym wrogiem ludu, jednym z elementów misji którego będzie całkowite podporządkowanie polskiego proletariatu kapitałowi… niekoniecznie polskiemu.
 
Dalej, misja nowego premiera polegała będzie też na ociepleniu wizerunku (k)raju nad Wisłą w Unii Europejskiej. To nie wyjdzie; zaprzestanie prowadzenia polityki zagranicznej (bo nie da się tym mianem określić obrażania wszystkich dookoła czy lansowanie idiotycznej idei „Trójmorza”), zniszczenie trójpodziału władzy i budowa z dnia na dzień brutalniejszej dyktatury spowodowały, że polski wizerunek za granicą, zwłaszcza wśród unijnych partnerów, został tak mocno zszargany, iż żaden polityk z PiS-owskiego nadania nie będzie cieszył się zaufaniem na zachód od Odry i Nysy (na wschód od Bugu też zresztą nie, podobnie jak na południe od Sudetów i Karpat oraz na północ od Bałtyku).
 
No i jest jeszcze jedna misja pana Morawieckiego. Ta najważniejsza, i też poniekąd związana z polityką zagraniczną, czy raczej jej imitacją. Mianowicie, pochwalił się nowy premier, iż zamierza „rechrystianizować Europę”. Przeszkadza mu, że w wielu regionach naszego kontynentu „nie śpiewa się kolęd” (w czym nie ma nic dziwnego, gdyż jest to typowo polski zwyczaj, wywiedziony ze słowiańskiego Święta Godowego i umieszczony w ramach tradycji początkowo noworocznej), a „kościoły są puste” (rzeczywiście pustoszeją, ale to, zarówno na Zachodzie, jak i nad Wisłą, „zasługa” szeroko pojętego kleru, który swoim obłudnym postępowaniem, zwłaszcza żądzą władzy i pieniędzy, do wiary ludzi zniechęcił). W ustach człowieka desygnowanego na premiera dużego (jak na warunki Starego Kontynentu) państwa, słowa o rechrystianizacji Europy brzmią dziwacznie, bulwersująco, a nawet groźnie; no i stanowią zaprzeczenie postanowień Soboru Watykańskiego II, który zerwał z sojuszem tronu z ołtarzem, czyli z próbami wpływu Kościoła katolickiego na procesy polityczne (w Polsce bardzo NIE wyszło, zwłaszcza po 1989 roku). Nie wiadomo, jak pan Morawiecki chce dzieło tejże rechrystianizacji prowadzić; może militarnie, z pomocą rozbrojonego i pozbawionego kompetentnej kadry dowódczej wojska Antoniego Macierewicza… a może przez danie zachodnim partnerom chrześcijańskiego przykładu moralnego?
 
W tym drugim wypadku Polska musiałaby być chrześcijańska. A nie jest. Nasza religijność, zwłaszcza w wersji radiomaryjnej i tej głoszonej przez większość hierarchów kościelnych oraz sporą część duchowieństwa, a jednocześnie lansowana przez PiS-owską tudzież skrajną prawicę, to w istocie niby-katolicki taliban, czyli tępy, bezmyślny fundamentalizm religijny, stanowiący całkowite wypaczenie nauk Chrystusa – vide Różaniec do Granic (modlitwa przeciwko przyjęciu w Polsce głodujących ludzi) czy różaniec o moralną odnowę Roberta Biedronia. Jezus głosił miłość, przebaczenie i tolerancję, polscy kato-talibowie wykorzystują pseudoreligijne hasełka do szczucia jednych ludzi przeciwko drugim, a prawica – do zwiększenia swojej władzy. Za taką „rechrystianizację”, jak sądzę, Europa polskiemu wrogowi ludu, pachołkowi finansjery serdecznie podziękuje.
 
Tekst z bloga: wrogkapitalizmu

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Ernst Thälmann - Sohn seiner Klasse