Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 12 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Prekursorzy i epigoni

pzpr_sztandar_0.jpg

Pisząc ćwierć wieku temu swoje tezy o socjalizmie, prof. Jarosław Ładosz dawał wyraz poczuciu „głębokiego kryzysu ruchu i idei socjalizmu w ogóle, na całej planecie” (J. Ładosz, Socjalizm dziś (tezy), s. 1).
 
Punktem wyjścia i motywacją dla swoich rozważań uczynił prof. Ładosz zasadnicze pytanie, które – w oczach lewicy – do dziś nie straciło na aktualności: „dlaczego lewica nie była w stanie wysunąć programu realnej i porywającej masy alternatywy?”
 
Podejście lewicy do tego pytania-problemu jest dwutorowe, przynajmniej od czasu początku ruchu społecznego, jakim była Solidarność, a która doprowadziła do logicznego zakończenia ideologicznych przesileń, nieustannie dojrzewających w okresie PRL. Dla aparatu ideologicznego PRL, desperacja bijąca z tak postawionej kwestii kryzysu „ruchu i idei” wynika z utraty instytucjonalnego oparcia przez ten właśnie nurt tradycji lewicowej, związany z „realnym socjalizmem”. Wszystko się zawaliło, ponieważ aparat utracił swoje państwo ucieleśniające ramy interpretacyjne ideologii, stojące na straży niedopuszczania takiego chaosu ideowego, który by istnieniu tego państwa zagrażał. Poza państwem socjalistycznym, jakim by ono nie było, nie ma skutecznej ideologii, tak jak poza kościołem nie ma zbawienia.
 
Dla lewicy kwestionującej system biurokratyczny „realnego socjalizmu”, zagadnienie państwa socjalistycznego w jego biurokratycznym kształcie nie stanowiło i nie stanowi problemu. Co więcej, upadek „zdeformowanego państwa robotniczego” czy państwa rządzonego przez „totalitarną partię komunistyczną” jest i był powodem dla zadowolenia, albowiem (teoretycznie) dawał zielone światło dla zaistnienia w świadomości społecznej innych wersji lewicowego programu.
 
Oba nurty przez niemal 30 lat konkurowały na niwie politycznej, usiłując wcielić w życie swoje koncepcje w warunkach demokratycznej rywalizacji o dusze Polaków. Wzajemne relacje między oboma nurtami zmieniały się w zależności od politycznej koniunktury, ewoluując w zasadniczym zrębie w pewną postać koncepcji konwergencyjnej. Koncepcje „nowolewicowe” musiały uznać fakt, że upadek „realnego socjalizmu”, zamiast wzmocnić, bardzo osłabił ich oddziaływanie na świadomość społeczną, co wpłynęło na złagodzenie ich krytycyzmu wobec PRL.
 
 Z drugiej strony, ewolucja aparatu ideologicznego partyjno-państwowej biurokracji, idąca w kierunku socjaldemokracji jeszcze w PRL, wpłynęła na podatność owego aparatu „postkomunistycznego” na koncepcje „nowoczesnego socjalizmu”, czyli na wpływ ewoluującej myśli socjaldemokratycznej, w której ramach zmieściły się ostatecznie rozmyte formacje posttrockistowskie, doszlusowujące do tzw. nowej radykalnej lewicy na Zachodzie, opierającej się na bazie tzw. nowych ruchów społecznych.
 
Oba nurty, wychodzące z przeciwstawnych sobie pozycji politycznych, spotkały się na bazie miejsca zwolnionego przez przesuwającą się na prawo socjaldemokrację nowego, po Bad Godesberg chowu. Jak to się stało, że owi śmiertelni, wydawałoby się, wrogowie zeszli się w wyniku doświadczenia transformacji? To pytanie leży u podłoża pytania postawionego ćwierć wieku temu przez prof. J. Ładosza o przyczyny braku alternatywy, która byłaby zdolna porwać masy.
 
Najprostsza odpowiedź na to pytanie dziś, w odniesieniu do stanu aktualnego, opiera się na zdroworozsądkowym oglądzie sytuacji: trudno, aby porwała masy koncepcja łącząca w sobie dwie ideologie, które przez dekady przeżywały schyłek i traciły poparcie społeczne, każda na swój rachunek i niezależnie od siebie. Przechodzenie na pozycje socjaldemokratyczne było podyktowane rachubą, że tylko ta formacja ideowa w międzyczasie zyskiwała i to zyskiwała schodząc coraz wyraźniej z radykalizmu na rzecz wewnętrznego oswojenia w ramach kapitalizmu. Obecnie jednak załamuje się i ta ostatnia nadzieja lewicy burżuazyjnej. Jak zawsze, klęska własnej formacji oznacza dla jej reprezentantów zagrożenie dla idei w ogóle, klęskę w skali planetarnej i w ogóle powód do czarnej rozpaczy i bezalternatywnego, desperackiego poparcia dla niej w imię mniejszego zła – w obliczu nadciągającej fali faszyzacji, ofensywy autorytarnej i populistycznej prawicy itd., itp.
 
Oba nurty mają interes w tym, aby swoją klęskę przedstawić jako wynik sprzężenia obiektywnych prawidłowości dziejowych z subiektywnymi wyborami programowymi, rozstawiając akcenty tak, aby odpowiedzialność zepchnąć poza siebie. Przyjrzyjmy się, w jaki sposób realizuje ten zamysł formacja postpezetpeerowska.
 
*
 
W 2015 r., po klęsce SLD w wyborach do Sejmu, Włodzimierz Luty wylicza powody, dla których Sojusz „oraz jego poprzedniczki (PZPR i Klub Lewicy Demokratycznej w Sejmie kontraktowym, SdRP)” zostali utożsamieni z formacją restauracji kapitalizmu w Polsce.
 
Słusznie przypomina, że transformację zapoczątkowała „ustawa Wilczka” z grudnia 1988 r., a więc jeszcze przed upadkiem PRL. „Plan Balcerowicza” i kolejne ustawy deregulacyjne i prywatyzacyjne były uchwalane przez Sejm z ochoczym udziałem tzw. postkomunistów, a pakiet reform gospodarczo-ustrojowych był „następnie konsekwentnie wdrażany od 1993 r. przez SLD” (W. Luty, Krótka historia restauracji kapitalizmu w Polsce, www.smp.edu.pl, s. 2).
 

  1. Luty retorycznie pyta: „Czy uczestnicząc w restauracji kapitalizmu w Polsce, SLD mógł jednocześnie osłabiać i wzmacniać pozycję ekonomiczną ludzi żyjących z pracy rąk własnych, osłabiać i wzmacniać organizacje związkowe w prywatyzowanych zakładach pracy, pogłębiać i niwelować różnice w podziale dochodów, powiększać i ograniczać obszary ubóstwa i wykluczenia społecznego?” (tamże, s. 11)

 
I sam sobie odpowiada: „Logicznie jest to niemożliwe” (tamże).
 
Wynika stąd, że postpezetpeerowska lewica powinna wziąć stronę tych, którzy na transformacji ustrojowej, przygotowanej i zapoczątkowanej przez aparat biurokracji partyjno-państwowej PRL, tracili. Czyli – powinna wziąć ich w obroną przed samą sobą. Czy jest to logicznie możliwe? – odpowiedź pozostawmy W. Lutemu.
 
Taki zabieg pozostaje jednak w zasięgu możliwości aparatu ideologicznego. Pod jednym wszakże warunkiem. Aparat biurokratyczny musiałby się zrzec resztek władzy po to, aby nie firmować restauracji kapitalistycznej. Na istniejący potencjał zaufania społecznego wskazuje 40-procentowe poparcie w wyborach następujących po tym, jak ujawniły się pierwsze skutki programu prokapitalistycznego, po fali strajków lat 1991-92.
 
Jednak aparat postpezetpeerowski nie był zdolny do realizacji tego sprytnego manewru z powodów nader prozaicznych – nie miał najmniejszego zamiaru wyrzec się korzyści z nomenklaturowego uwłaszczenia, który gwarantowały układy okrągłostołowe i okołookrągłostołowe. Gwarancje, jak to bywa między gangsterami – niezbyt pewne, a więc wymagające zabezpieczenia z pozycji siły, czyli utrzymania na okres uświęcenia własności prywatnej jakiegoś efektywnego zakresu władzy państwowej.
 
Jakie wnioski wyciąga z tego W. Luty? „SLD, zajmując się restauracją kapitalizmu w Polsce, przestał programowo i politycznie odpowiadać na potrzeby tych, którzy na tej restauracji tracili. Niestety, byli to z reguły ci, którzy w przeszłości stanowili bazę materialną i społeczną lewicy” (tamże, s. 11).
 
Jest to znakomity przykład analizy jednostronnej, więcej zamazującej niż odsłaniającej, albowiem autor nie ukazuje na czyje potrzeby (i interesy) SLD – i aparat postpezetpeerowski – programowo i politycznie odpowiadali. Tkwi tu niewypowiedziane założenie, iż interesy aparatu postpezetpeerowskiego są pośrednią formą przedłużenia systemu sprawiedliwości społecznej, nawet jeśli tylko w formie wirtualnej, na zasadzie: to, co uratujemy przed zewnętrznymi w stosunku do nomenklatury kapitalistami, pisze się na konto przyszłego systemu sprawiedliwości społecznej. Zmarginalizowani i tak nie są w stanie przejąć majątku popeerelowskiego, więc lepiej, jeśli przejmiemy go my.
 
Oczywiście, tego wątku w ogóle nie ma w analizie W. Lutego. Brakuje analizy klasowej, która ukazywałaby, że trudno, aby interesy tracących ekonomicznie w wyniku transformacji ustrojowej reprezentowali ekonomiczni beneficjenci owej transformacji. Trudno jednak, aby było inaczej w tradycji postbiurokratycznej, w której szampana klasa robotnicza pije ustami swoich przedstawicieli. Nie ma tu, w tej analizie, żadnego poczucia dysonansu poznawczego.
 
W konsekwencji, jak to wyżej zauważyliśmy, analiza W. Lutego więcej zamazuje, niż objaśnia. Precyzując pojęcie bazy społecznej lewicy, W. Luty również ahistorycznie i nie całkiem precyzyjnie wskazuje na „głównie klasy pracownicze”, które „przeszły na stronę konserwatywno-narodowej i populistycznej prawicy”.
 
„Klasa pracownicza” jest bazą społeczną socjaldemokracji i tych odłamów niegdyś radykalnej lewicy, która konsekwentnie przez ostatnie dziesięciolecia przesuwały się na miejsce ewoluującej na prawo socjaldemokracji. Na stronę populistycznej prawicy (częściej wstrzymując się od korzystania z demokracji wyborczej) przeszły natomiast te grupy społeczne, które już wcześniej zostały odepchnięte przez tzw. nową radykalną lewicę jako właśnie autorytarno-konserwatywne i nie pasujące do polityki akcesu do tzw. nowych ruchów społecznych.
 
Nie jest więc tak, że SLD nie zyskało poparcia tej bazy w efekcie braku radykalizmu w żądaniach społecznych. To, co nazywa się „klasą pracowniczą” stanowi odłam społeczeństwa, który jest zasadniczo przeciwny radykalizmowi społecznemu w rozumieniu tradycyjnym. Interesy tej bazy społecznej nie są nawet związane z tradycyjnie rozumianym reformizmem socjaldemokratycznym. Reprezentuje ona postawę oderwaną od postulatu zmiany systemu gospodarczego, domagając się jedynie przesunięć w sferze podziału wtórnego. SLD, jak i cały PRL – odrzucany przez tę bazę, reprezentuje w oczach „klas pracowniczych” niepotrzebny balast powrotu do alternatywnego w umiarkowanym stopniu i mniej efektywnego systemu ekonomicznego, do którego to powrót nie stanowi warunku koniecznego dla zwiększenia dochodu do podziału. Wręcz przeciwnie, interesy tej „klasy” są związane z sukcesem kapitalistów w dziele wymuszania na peryferiach systemu nadzwyczajnej wartości dodatkowej. A to, z kolei, nie ma nic wspólnego z efektywną gospodarką własną, za to wiele z podwieszeniem pod gospodarki najskuteczniej eksploatujące siłę roboczą krajów podporządkowanych.
 

  1. Luty odwołuje się więc do bazy społecznej socjaldemokracji, pomijając tradycyjną bazę komunistycznego ruchu robotniczego, która dawała aparatowi biurokratycznemu PRL i innych krajów „realnego socjalizmu” legitymizację jej władzy. Strajki 1991-92 wskazują na fakt, że to ta tradycyjna, robotnicza baza dawała możliwość oparcia się w dziele zatrzymania kapitalistycznej restauracji w kraju. Problem w tym, że celem SLD i aparatu postpezetpeerowskiego nie było wcale zahamowanie procesu restauracji kapitalizmu, który wynikał wprost z jej ewolucji zachodzącej jeszcze w okresie PRL.

 
Co więcej, takie „krytyczne” analizy mają ideologiczny, jasny cel – usiłują przywrócić wiarygodność ex-aparatu tuszując jego zamysł polityczny przez samokrytykę, która kieruje refleksję z analizy klasowej, ukazującej świadomy wybór klasowy aparatu, na kategorię samobójczej głupoty politycznej, udając, że mieliśmy u progu transformacji do czynienia z naiwnymi kretynami politycznymi, a nie z twardymi, świadomymi stawki, graczami biurokratycznymi, którzy skutecznie grali o swój i niczyj więcej interes ekonomiczny. Domniemana głupota ma nas przekonać, że mieliśmy do czynienia z głupią dziwką, a nie z wyrachowaną kurwą polityczną.
 
To, co niedopowiedziane w artykule W. Lutego, to faktyczna rozbieżność interesów między tzw. klasą pracowniczą, obejmującą ogół ludzi pracy najemnej (kategoria nader pojemna, aż do przekraczania granic operacyjności tego pojęcia), która zasadniczo popierała transformację ZGODNIE ZE SWYM INTERESEM WARSTWOWYM, a klasą robotniczą, która WBREW SWEMU INTERESOWI KLASOWEMU, a w wyniku zdrady tego interesu przez biurokrację, poparła demokratyzację systemu na warunkach burżuazyjnych – z braku lewicowej, robotniczej, alternatywy dla socjaldemokratycznej indoktrynacji, którą od 1956 r. sączyła w nią konsekwentnie rodząca się „demokratyczna opozycja”, wiarygodna dzięki wrogiej robotnikom postawie biurokracji partyjno-państwowej.
 
„Kulturalna” część „klasy pracowniczej” konsekwentnie kieruje się w wyborach politycznych kryterium demokracji, która – w warunkach kapitalizmu – oznacza zwiększony wyzysk sektora produkcyjnego i, co za tym idzie, zwiększenie środków na wtórny podział dochodu i dochodów na zasadzie arbitralnej właściciela lub organu, do którego delegowano uprawnienia właścicielskie.
 
Ostatecznie, dochodzimy do wniosku, że zachowanie SLD i aparatu partyjno-państwowego PRL było podyktowane racjonalnymi rachubami, obliczonymi na poparcie ze strony elektoratu właściwego socjaldemokracji. Pretensje W. Lutego o to, że ten aparat nie opowiedział się za interesami tych, którzy w efekcie transformacji stracili najwięcej (czyli robotników przemysłowych i rolnych – pracowników PGR) zakrawa na śmieszność. Manewr mający na celu włączenie Polski w kapitalistyczny podział pracy zakłada bowiem – tak w teorii, jak i w praktyce marksizmu – intensyfikację wyzysku tej klasy, a nie jej promowanie w ramach stosunków kapitalistycznych. Aparat biurokratyczny PRL i jego polityczny wyraziciel – SLD, nie mogli postąpić inaczej bez narażenia się na utratę wszystkiego w imię utopijnych zasad, które już dawno przestały być jego zasadami.
 
Artykuł swój W. Luty kończy znamiennym wyznaniem socjaldemokratycznej wiary: „W praktyce SLD również wybrał rolę ‘restauratora kapitalizmu’ , a nie jego reformatora, jak czyni to lewica w ‘starej’ Europie, dbając o swoją bazę społeczną, i dlatego przestał być partią lewicową [podkreśl. EB i WB]” (tamże, s. 12). Ostatecznie więc, nie mając większego wyboru jako autor nie potrafiący przekroczyć ograniczeń politycznych Sojuszu, Luty daje wyraz swej nadziei: „Czy SLD może, podobnie jak socjaldemokracja ‘starej’ Europy, stać się partią reform polskiego kapitalizmu? Tak, pod warunkiem, że rozprawi się krytycznie ze swą przeszłością ‘partii restauracji kapitalizmu’ i spróbuje intelektualnie i politycznie skonfrontować się z nowymi lewicowymi reformatorami kapitalizmu, których dziś reprezentują partie PODEMOS w Hiszpanii czy SYRIZA w Grecji [nasze podkreślenie]” (tamże, s. 12).
 
Mamy dziś koniec 2017 roku. Możemy więc śmiało powiedzieć, że nadzieje W. Lutego na szansę przywrócenia wiarygodności SLD dzięki podążaniu tą sama drogą, co chociażby grecka Syriza, sfalsyfikowały się niemal na samym starcie.
 
*
 
Beznadziejna sytuacja niedobitków ideologicznego aparatu postpezetpeerowskiego, stanowiących część lewicy burżuazyjnej (prokapitalistycznej) w Polsce, popycha ich nie tyle do krytycznego przewartościowania pozycji ideologicznej, które czynią z nich orędowników transformacji systemowej, co do przewartościowania wcześniejszych pozycji ideologicznych, sięgających jeszcze deklaratywnych manifestów epoki PRL.
 
Ideolodzy postpezetpeerowscy i SLD-owscy nie widzą dla siebie innej możliwości ruchu do przodu, jak tylko przyjęcie „reformowanych”, tj. po Bad Godesbergowskich pozycji socjaldemokratycznych. W związku z tym usiłują wypracować sobie wiarygodność dzięki krytycznemu przewartościowaniu ideologicznej historii „realnego socjalizmu”.
 
Znamiennym przykładem takiego przewartościowania jawi się artykuł F. Ratkowskiego w „Zdaniu” – opiniotwórczym piśmie tej formacji . Głównym motywem przewodnim tych analiz jest zaprzeczanie opozycyjności obu systemów politycznych okresu powojennego na rzecz stwierdzenia, że były to dwa modele „jednolitej cywilizacji przemysłowej”. Autor przyjmuje więc za swoje analizy sowietologiczne, które dowodzą, za Marcusem, że system radziecki nie ma nic wspólnego z marksizmem, zaś współczesny kapitalizm różni się zasadniczo od tego, który analizował Marks.
 

  1. Ratkowski snuje analogie między „nową klasą” („grupa czy zgoła klasa, jaka ukształtowała w Rosji swoje wyraziste miejsce w strukturze społecznej, w klasycznym kapitalizmie mieści się gdzieś pomiędzy owym kapitałem a proletariatem. To ludzie pracujący, uzależnieni od dochodów wydzielonych im przez ukształtowane przez system instytucje – nie tylko państwo z wojskiem, sądownictwem i policją, ale także szkolnictwo i naukę, konglomerat bankowy czy, lepiej, finansowy itp.” (Filip Ratkowski, „Klasa polityczna” – nowe zwierzę w ogródku, „Zdanie. Pismo Stowarzyszenia ‘Kuźnica’” nr. 3-4/2017, s. 29).

 
I dalej: „W Europie byli właściwie długo niezauważalni…” z winy … geniuszu Marksa, którego wpływ na socjologię i politologię sprawił, że taki byt nie ma prawa bytu – nie mieści się w klasowej, dwubiegunowej strukturze społecznej.
 
„Konsekwencją procesu historycznego, właśnie nieuchronnej konwergencji systemowej miałoby być wyłanianie się nowego społeczeństwa przemysłowego” (tamże, s. 30). Wedle R. Arona, pisze Ratkowski, Europa nie dzieli się na bloki – socjalistyczny i kapitalistyczny, ale razem stanowi jednolitą cywilizację przemysłową.
 
Summa summarum, wniosek dla polskiej lewicy, nawiązującej do ideologicznych korzeni aparatu ideologicznego PRL, jest taki, że w koncepcji Marksa tkwi zasadniczy feler: „Dżilas [pozostający wciąż w okowach ideologicznych systemu] opisywał otaczającą go rzeczywistość, zauważał nową warstwę właścicieli ‘posiadającą wszystkie cechy poprzednich klas rządzących’” (tamże, s. 31). Argumentacja autora idzie w kierunku wykazania, iż błędność (tzn. radykalizm Marksa, a za nim – rewolucjonistów) była niezbędnym nawozem historii, która w bólach rodziła nowy, postkapitalistyczny ład społeczny.
 
„Zdaniem Dżilasa, korzenie nowej klasy sięgają partii bolszewickiej, która wedle Lenina miała stanowić ‘wyjątek w historii ludzkich społeczeństw’ – związek zawodowych rewolucjonistów, którego zadaniem jest zmienić świat – tymczasem ‘partia przeobraziła się w tradycjonalistyczną oligarchię nowej klasy – przyciągając tych, którzy pragną zostać jej członkami, a gnębiąc tych, którzy wyznają jakieś ideały” (tamże, s. 31).
 
Bolszewicka biurokracja wywodzi więc swój rodowód od swej carskiej odpowiedniczki. Zbędne jest tu dodawanie, że w takiej optyce kompletnie nie na miejscu są jakieś bujdy o klasie robotniczej, o dyktaturze proletariatu, która pełniłaby inną rolę niż legitymizację siania terroru w społeczeństwie przynaglonym do sprostania przyspieszonemu tempu przemian cywilizacyjnych.
 
I tak, dla Dżilasa istniały jeszcze „daleko idące odrębności między kapitalistyczną a socjalistyczną biurokracją”. Jednak Ratkowski wyzwolił się z tego ideologicznego zaślepienia i zauważa, że „… jest już dziś jasne, że kluczowe dla zachodniego świata organizacje gospodarcze – banki, instytucje ubezpieczeniowe, koncerny paliwowe etc. dawno utraciły swój prywatny charakter i stały się łatwym łupem dla administracji” (tamże, s. 31).
 
W ten sposób, mamy możność przekonać się, że „realny socjalizm” nie był ani  nieudaną próbą wcielenia w życie (utopijnego) zamysłu, ani ślepym zaułkiem ewolucji. Był natomiast jak najbardziej prawidłową drogą, choć ukrytą dla naiwnej świadomości nienaukowej, która w krajach zacofanych prowadziła do równoległego z kapitalizmem rozwoju i nadrabiania historycznych zaległości. Jednym słowem – do konwergencji obu w jeden system postkapitalistyczny.
 
W ten sposób, ruch robotniczy, oparty na marksistowskiej teorii nie tyle został pokonany, zagoniony w kąt, gdzie oczekiwałby na lepszą koniunkturę polityczną i historyczną, ale został zgrabnie sprowadzony do nicości, albowiem tak naprawdę NIGDY, nawet w czasach Marksa, nie był niczym więcej jak chytrą sztuczką Ducha Dziejów, który wykorzystał go do realizacji swego historycznego zamysłu nie mającego  nic wspólnego z poważnie wysuwanymi przez Marksa postulatami rewolucyjnymi.
 
Jednakże ten naddatek rewolucyjności był niezbędny, aby – jak w przypadku Rewolucji Francuskiej zbudować system, który z góry dalece nie dorównywałby swemu idealnemu pierwowzorowi, ale mający nad nim tę przewagę, że jest REALISTYCZNY, pragmatyczny, możliwy do implementowania w rzeczywistości, ba, wręcz naturalny i spontaniczny, realizowany w drodze dochodzenia do głosu i przezwyciężania wewnętrznych sprzeczności procesu.
 
Z punktu widzenia PRL-owskiej biurokracji i jej (krytycznych?) apologetów, koncepcja ta ma jeszcze jedną, kolosalną zaletę – całkowicie idealizuje i nadaje biurokracji partyjno-państwowej szlachetną patynę bytu zgodnego w swym ruchu z nieubłaganymi prawidłowościami procesu historycznego. Ba, uzasadnia i usprawiedliwia późniejszy, już po upadku „realnego socjalizmu” kierunek ewolucji biurokracji w samouwłaszczającą się nomenklaturę – obiektywny, dziejowy proces kształtowania się rodzimej burżuazji w warunkach kapitalizmu państwowego i peryferyjnego.
 
Nie było więc alternatywy dla kapitalistycznej restauracji i być nie mogło. Przyjęcie socjaldemokratycznej wizji programowej sprawiło, że i ta niedogodność ideologiczna uległa złagodzeniu – kapitalizm tak naprawdę jest współcześnie postkapitalizmem, a więc honor biurokracji został tym samym uratowany, chociaż poza jej ideowymi pogrobowcami psu z kulawą nogą na tym honorze nie zależy, a szczególnie już uwłaszczonej nomenklaturze.
 
W ćwierć wieku po Tezach prof. J. Ładosza, wyrok jego uczniów i spadkobierców brzmi: alternatywy nie było i być nie mogło. To, co jeszcze w Tezach Ładosza brzmi jak krzyk rozpaczy, u jego epigonów przeobraziło się w butne samozadowolenie i spełnione samousprawiedliwienie.
 
Refleksje Ratkowskiego schodzą się w niektórych przypadkach z tezami prof. Ładosza. To od J. Ładosza W. Luty przejął tezę o tym, że Bernstein ma dziś rację. Teoria wartości oparta na pracy spełniła bowiem rolę mobilizacyjną w stosunku do klasy robotniczej, w warunkach konieczności zebrania wszystkich sił dla podjęcia i skutecznego prowadzenia rywalizacji z systemem kapitalistycznym w ramach wspólnego celu modernizacyjnego. Na tę subtelność analizy prof. Ładosza zwrócimy uwagę, kiedy będziemy rozpatrywać treść jego Tez, odkrywając w nich fundament późniejszych dywagacji jego uczniów i spadkobierców. Na tym bowiem przekonaniu o przykrej, ale koniecznej z dziejowego punktu widzenia, pozytywnej roli okresu stalinizmu, który najlepiej i najskuteczniej wyzwolił potencjał mobilizacyjny tkwiący w ideologii komunistycznej, zasadza się oryginalność koncepcji formacji ideowej reprezentowanej przez prof. Ładosza. Ten fundament daje mu prawo i możliwość krytyki późniejszej linii politycznej i gospodarczej władz PRL oraz perspektywę, z której restaurację kapitalizmu w Polsce ocenia on jako klęskę idei i ruchu.
 
To, co dla epigonów jest zamkniętym rozdziałem i – jak to ujmuje W. Luty – stawia wyłącznie problem skutecznego włączenia się w reformowanie kapitalizmu, dla prof. Ładosza było jeszcze związane z troską o zaprzepaszczenie szansy historycznej, ze świadomością niepowodzenia programu, którym nie będzie zarządzała świadoma swej roli i funkcji awangarda ideowa. Nic nie wskazuje w tekście prof. Ładosza, żeby tkwił on w przekonaniu o chytrości Ducha Dziejów, który w zastępstwie partii-awangardy dokona całej roboty historycznej.
 
To, co u Ładosza jest wyrazem cofania się, realistyczną perspektywą długiego marszu wstecz, zanim rozpocznie się drgnięcie do przodu, dla jego epigonów brzmi jak hałaśliwe: „Alleluja! I do przodu!”


*
Skonstatowawszy dramatyczny kryzys w skali planetarnej, prof. Ładosz, nie poddając się atmosferze przygnębienia, przystępuje do ustalenia, co da się z teorii socjalistycznej jeszcze uratować.
 
Wycofując się na z góry wybrane pozycje, odpuszcza to, co w jego przekonaniu jest nie do obrony, wskazując na utopijność założonej wcześniej idei socjalizmu, którą dostrzega w nasileniu „tendencji do traktowania socjalizmu jako obecnego od zarania ludzkości ‘ideału’… U jej podstaw – idealizm historyczny, a nie materializm” (J. Ładosz, Socjalizm dziś (tezy), www.smp.edu.pl, s. 3). I wyjaśnia: „Marksistowskie rozumienie socjalizmu wyróżnia to, że – po pierwsze – postulowało przezwyciężenie sprzeczności na gruncie zachowania w pełni ogromnych cywilizacyjnych zdobyczy ekonomicznych, politycznych i kulturalnych kapitalizmu, jego efektywności gospodarczej, zdobyczy, którym wewnętrzne mechanizmy rozwoju kapitalizmu zagrażają. Po drugie – opieranie ruchu na odkrytych, obecnych i potęgujących się w łonie samego kapitalizmu siłach społecznych o masowym charakterze, zdolnych i nakłanianych mocą swego obiektywnego położenia do przeprowadzenia przewrotu. (…) Po trzecie – uznanie, że socjalizm jest jeden na świecie, ponieważ kapitalizm jest pierwszą formacją o wymiarze światowym” (tamże, s. 4). Podsumowując: „socjalizm nie może być przyniesiony masom w darze, może być tylko ich twórczością, ‘dziełem samych robotników’” (tamże, s. 4).
 
W sumie, mamy zgodną z marksizmem wykładnię rozumienia ruchu do socjalizmu, której jedynym szkopułem jest to, że brzmi niezwykle defetystycznie i nieprzekonująco w warunkach ruchu… od socjalizmu. A że jest to ruch nie „do”, ale „od” – sam prof. Ładosz podkreśla w pierwszych zdaniach swego tekstu.
 
Nie sposób nie zgodzić się z prof. Ładoszem w jego krytyce stalinowskiej wykładni materializmu historycznego, który zakładał nieubłagany ruch w kierunku wyznaczonym przez postępową linię rozwoju społecznego, ignorując – nierzadko z konieczności legitymizacyjnej – wszystko, co temu niezakłóconemu postępowi historii przeczyło.
 
Z drugiej strony, nie sposób też nie zauważyć, iż w konkretnej sytuacji historycznej (początku transformacji ustrojowej) szczególnego znaczenia nabiera nacisk na postulat pełnego zachowania „ogromnych cywilizacyjnych zdobyczy ekonomicznych, politycznych i kulturalnych kapitalizmu”. Ponieważ „realny socjalizm” nie zachowywał, nie tylko w pełni, ale nawet w znaczącym stopniu, owych zdobyczy, zaś w warunkach swego krachu nie był w stanie zachować choćby części zdobyczy kapitalizmu, nie trudno wywnioskować stąd, że na miano socjalizmu nie zasługiwał, a jego upadek był wydarzeniem zrozumiałym i historycznie uzasadnionym, chociaż… niepożądanym. Argumentów systemowych za owym „niepożądaniem” brak. Tę lukę zapełnia natomiast opis patologii transformacji, sprawiając nieodparte wrażenie, że transformacja byłaby całkiem pozytywnym zjawiskiem, gdyby została przeprowadzona do końca pod pełną kontrolą biurokracji partyjno-państwowej, która sam proces skądinąd zapoczątkowała. Warunkiem pozytywnej roli biurokracji w owym procesie byłoby zapewne oparcie się na naukowej i świadomej celów grupie wykształconych w marksizmie ideologów, którzy potrafiliby zapobiec samobójczej, żywiołowej polityce aparatu postpezetpeerowskiego, mającego wpływ na kształt modelu gospodarczego państwa.
 
Obietnica zawarta w pracy prof. Ładosza, a która nie doczekała się odzewu u odchodzącej biurokracji, uzasadniała swą wartość świeżością płynącą z antyortodoksyjności proponowanego marksizmu, uzasadnionej cytatami z klasyków o tym, że „komunizm nie jest dla nas stanem, który należy wprowadzić, nie ideałem, którym miałaby się kierować rzeczywistość. My nazywamy komunizmem rzeczywisty ruch, który znosi stan obecny. Warunki tego ruchu wynikają z obecnie istniejących przesłanek” (za Ładoszem, tamże, s. 4). Ponieważ nastąpił krach „realnego socjalizmu”, trudno o lepszą przesłankę „nierzeczywistości” minionego ruchu (nb. niezupełnie naukowo prowadząc rozumowanie wstecz do negowania kolejnych poprzednich przesłanek aż do dointerpretowania się słuszności zarzutów wobec marksizmu stawianych przez E. Bernsteina i jego spadkobierców. Świadczy to tylko o tym, że – wybiegając wprzód – krytyka marksizmu z pozycji socjaldemokratycznych prowadzi do… uznania słuszności pierwotnych zarzutów z pozycji „rewizjonizmu”. Nie wyjmiemy z worka niczego ponadto, co do niego wrzuciliśmy, choćbyśmy  nie wiadomo jak długo tym workiem obracali).
 
Dla prof. Ładosza „dzisiejszy kryzys socjalizmu świadczy o wyczerpaniu się, dezaktualizacji owego ‘modelu’. Odpowiedź na pytanie o nowy ‘projekt’ socjalizmu wymaga zbadania od nowa warunków nowego układu sprzeczności i sił na planecie – w tym obiektywnych wspólnych przyczyn rozpadu ‘realnego socjalizmu’” (tamże, s. 5). Brzmi to bardzo rozsądnie, niemniej wskazuje na całkowite rozejście się z istotą metodologii marksistowskiej. Prawdę mówiąc, faktycznie stanowi do pewnego stopnia kompromitację wypowiadającego taką opinię autora. Nie jest bowiem tak, jakoby świat stanął w miejscu w dniu 4 czerwca 1989 roku, bo tak zadekretowała pewna aktorka, i potem ruszył z miejsca po swoistym resecie systemu. Kryzys „realnego socjalizmu” był zjawiskiem rzeczywistym od kilku dekad, zaś od lat trzydziestych ub. stulecia system wszedł na jednokierunkowy tor zdążający w stronę owego kryzysu. Teorii i koncepcji tłumaczących ów tor kolizyjny nie brakowało, podobnie jak i wydarzeń, które były wynikiem splotu uwarunkowań wewnętrznych i zewnętrznych, wpływających na istotę realizowanego modelu socjalistycznego.
 
Jak wspomnieliśmy wyżej, krytyczne przewartościowanie modelu „socjalizmu realnego” tylko udawało, że opiera się na „zbadaniu od nowa warunków nowego układu sprzeczności i sił na planecie”, w istocie krytyczne przewartościowanie, podobnie jak przewartościowanie modelu gospodarczego, zostało dookreślone już w okresie wcześniejszym i stanowiło wyraz ustanowionej wcześniej preferencji ideowej i programowej przez biurokrację partyjno-państwową, która zmierzała do sięgnięcia po ostatnią rezerwę ideową i gospodarczą, czyli po model socjaldemokratyczny jako miarę z Sèvres dla wszelkich pomysłów reformatorskich.
 
Pragmatyczna do szpiku kości biurokracja nie potrzebowała uzasadnienia słusznego ideowo, zgodnego z kanonami odrzucającego stalinowską „ortodoksję” marksizmu, albowiem swój model docelowy – jak to wyżej pokazaliśmy – już miała. Aparatowi ideologicznemu nie pozostało więc nic innego, jak dorobić „słuszną” ideologię do faktycznych rozstrzygnięć biurokracji.
 
Tworzenie nowych teorii jest procesem długotrwałym i niepewnym; może nawet przynieść krytykę lub potępienie decyzji podejmowanych spontanicznie, w ramach logiki ewolucji aparatu biurokratycznego, przewidzianej wcześniej jako pewna potencjalność. Faktycznie, w sytuacji, kiedy bieg historii uległ przyspieszeniu, prof. Ładosz dzieli się z czytelnikiem problemami, na jakie napotyka w dziele krytycznej analizy owego procesu historycznego: „Na przeszkodzie teoretycznemu opanowaniu nowej rzeczywistości stoi to, że naukowy socjalizm (z ekonomią polityczną socjalizmu, z ‘budownictwem partyjnym’) uległ najgłębszej z całego marksizmu dogmatyzacji. (,…) Scholastyczny ‘naukowy socjalizm’ głosząc osiągniętą już wyższość socjalizmu usprawiedliwia zaniedbania badań aktualnego kapitalizmu” (tamże, s. 5).
 
Trudno w krótkim czasie nadrobić wieloletnie zaniedbania. W efekcie niemożności przeanalizowania zjawisk w globalnym kapitalizmie w świetle naprawionej metodologii marksistowskiej, koniecznym staje się nieco na wyrost odwracanie dotychczasowych ocen. To tłumaczy porzucenie spiskowej wizji kapitalizmu jako krokodyla czyhającego na chwilę nieuwagi swej ofiary i uznanie, że jest to system racjonalny, przewidywalny, albowiem nastawiony na pragmatyczną realizację i maksymalizację zysku, a więc wolny od przegięć ideologicznych właściwych „realnemu socjalizmowi” z konsekwencją w postaci izolacjonizmu, który wszak nie służy rozwojowi gospodarczemu. Gwarancją „dobroduszności” nowoczesnej wersji kapitalizmu jest to, że głównie jest on reprezentowany przez dominujące na scenie politycznej partie socjaldemokratyczne, które w praktyce osiągnęły wiele na drodze do przezwyciężenia wyczerpującej konkurencji gospodarczej w ramach różnych porozumień gospodarczych i politycznych, tworzących zupełnie nową strukturę współczesnego kapitalizmu, do której byłoby korzystnie się przyłączyć.
 
Na usprawiedliwienie naiwności aparatu ideologicznego PRL należy poczytać to, że także na Zachodzie zaawansowany był proces odchodzenia od „marksistowskiego dogmatyzmu” na rzecz czegoś w rodzaju „końca historii” przed Fukuyamą. Postulaty socjalne w warunkach „państwa dobrobytu” straciły charakter postulatów wymuszających inny system gospodarczy i stały się czynnikiem stabilizującym istniejący system, gdyż tylko jego trwanie zabezpieczało wtórny podział dochodu i dochodów wedle klucza pozycji w otwartej, czyli mobilnej strukturze hierarchii społecznej. Ograniczenie znaczenia i zasięgu sfery, w której podział dochodów odbywa się wedle kryterium ilości świadczonej pracy, spowodowało zanik świadomości zależności przyczynowo-skutkowej między własnym wkładem a efektem, na rzecz poczucia bezradności, której może zaradzić jedynie pogłębianie tych cech społeczeństwa, które leżą u podłoża jego obecnej struktury.
 
W pewnym sensie, domaganie się dochodu bez bezpośredniego związku z ilością świadczonej pracy jest spełnieniem postulatu komunistycznego, który głosi, że każdemu dane będzie według jego potrzeb. Jedynym, co pozostaje do wymuszenia, jest sprawienie, żeby świadczenia nadążały za „wciąż rosnącymi potrzebami społecznymi” i aby zniesione zostały jakiekolwiek relikty wykluczenia pod dowolnym względem. Bez wątpienia, kapitalizm wydawał się w takiej optyce bezwzględnie bliższy docelowemu systemowi bezklasowemu niż „realny socjalizm”. Zasadniczą różnicą był tu system ekonomiczny i jego efektywność, i ta kwestia stanowiła usprawiedliwienie dla wszelkich ustępstw na rzecz kapitalizmu jako takiego.
 
Zasadniczo więc, marksistowski do bólu postulat konkretności w badaniu zjawisk rzeczywistości, w warunkach transformacji ustrojowej przekładał się na zapomnienie wszystkiego, co na temat kapitalizmu głosił nie tylko Stalin, ale i… Marks. Znajdując uzasadnienie w historycznej tradycji ucieleśnionej w Bernsteinowskim „rewizjonizmie” i podprawionym twierdzeniem o przejściu kapitalizmu na jakościowo nowy stopień rozwoju.
 

  1. Ładosz występuje przeciwko uważaniu „materializmu historycznego” za uniwersalną, „marksistowską teorię rozwoju”, a nie przeciwko traktowaniu go jako „metodologii konkretnego badania rzeczywistości” (tamże, s. 5), co jest dyrektywą badawczą słuszną, aczkolwiek w świetle początkowych założeń Tez, wydaje się, iż jego koncepcja bliższa jest metodologicznemu pozytywizmowi niż materializmowi dialektycznemu.

 
O wątpliwościach w tej kwestii, porzuconych przez jego następców, świadczy fakt cytowania przez Profesora „Ideologii niemieckiej”: materialistyczną metodą uzyskać można „syntetyczne ujęcie najogólniejszych wniosków dających się wyabstrahować z rozważań nad historycznym rozwojem ludzkości.
 
Abstrakcje te w oderwaniu od rzeczywistej historii nie mają same przez się żadnej zgoła wartości. Mogą się one przydać jedynie do tego, że ułatwią porządkowanie materiału… Bynajmniej jednak nie dają one … recepty czy też schematu, według których dałoby się odpowiednio przykrawać epoki historyczne” (tamże, s. 5-6). Zaś dla prof. Ładosza „takim schematem kategorii i ich powiązań, do którego przykrawano rzeczywistość wtłaczaną w niezłomne fazy i podfazy marszu ku komunizmowi” (tamże, s. 6) stał się najzupełniej słusznie „dogmatyczny naukowy socjalizm”.
 
Jednak to narzędzie nie zostało zastąpione innym, lepszym, a które mogłoby choćby posłużyć za przyrząd do porządkowania materiału. Stąd niezbywalnie utopijne propozycje rozwiązań problemów, które zostały w ramach transformacji ustrojowej zdiagnozowane. Ale do tej kwestii dojdziemy w toku dalszej analizy pracy prof. Ładosza.
 
 
Obiektywne przyczyny kryzysu oraz pozytywne możliwości i formy socjalizmu w nowych warunkach historycznych – według J. Ładosza

Ambicją prof. J. Ładosza jest niewątpliwie takie wyjaśnienie przyczyn kryzysu „realnego socjalizmu”, które spełniałyby kryteria analizy marksistowskiej. Chodzi więc o taką analizę, która byłaby obiektywna i pozytywnie odpowiadałaby na jego własny postulat wyrzeczenia się ideologicznego (czytaj: dogmatycznego) zacietrzewienia). Z góry wykluczone są więc takie wyjaśnienia, które ocierają się o wyświechtane frazesy klasowe z minionej epoki, uznane za niegodne miana nauki. Ważne jest, aby podkreślić tę cechę analizy prof. Ładosza, gdyż wpisuje się ona w nastrój panujący w ówczesnych kręgach intelektualnych aparatu partyjnego, a przynajmniej tego jego odłamu, który pragnął uchodzić za wyraziciela świeżych i ożywczych prądów w myśli marksistowskiej. Obstawanie przy kategoriach klasowych spychało zwolennika tychże do szeregu tzw. betonu partyjnego.
 
I tak, prof. Ładosz stawia diagnozę: „U podstaw rozpadu ‘realnego socjalizmu’ leży niewątpliwie to, że nie potrafiono sprostać osiągnięciu wyższej niż kapitalizm wydajności pracy, tracąc definitywnie od lat 60. przewagę w tempie wzrostu produkcji i jej efektywności (…) Nastąpiła gruntowna zmiana w układzie sił politycznych w świecie, a kontrrewolucja jest tylko nieuchronnym dopasowaniem świata do nowego układu (…) Udział produktu narodowego brutto krajów socjalistycznych w produkcie światowym, który początkowo szybko narastał, zmniejszył się w dwudziestopięcioleciu poprzedzającym 1986 rok o ponad połowę w stosunku do najwyższego osiągniętego poziomu” (tamże, s. 7).
 
Z tego opisu wynika niewypowiedziana wprost, ale zawarta teza o tym, że początkowy, stalinowski okres PRL był najkorzystniejszym z punktu widzenia udziału krajów „realnego socjalizmu” w rosnącej produkcji światowej. Nie miała więc, z tego pragmatycznego punktu widzenia, większego znaczenia błędna ideologia, a nawet błędna metodologia tzw. naukowego socjalizmu, „idealistycznego” materializmu itd. Epigoni myśli programowej prof. Ładosza wypracowali nawet koncepcję, w której ten błędny charakter teorii marksistowskiej okresu stalinizmu miał swoją postępową rolę, albowiem spełnił funkcje mobilizacyjną w stosunku do mas społecznych, które w imię błędnych haseł walki klasowej z kapitalizmem i dzięki zasłonie ideologicznej spełnianej przez marksizm tego okresu dały się wyzyskiwać przez rodzimą biurokrację. Prof. Ładosz nie wyciąga jeszcze takiego wniosku, niemniej w późniejszym etapie biurokratycznego samousprawiedliwiania się pozytywnemu zweryfikowaniu ulega odrzucana przez Ładosza (tamże, s. 6) teza Wsiewołoda Wołczewa o „socjalistycznym okresie przejściowym” i jego koniecznodziejowym charakterze. Trudno bowiem dokonać tak imponującego skoku gospodarczego, osiągniętego kosztem klasy robotniczej, bez ideologicznego zneutralizowania jej ewentualnego buntu. Odejście od metod stalinowskich na rzecz coraz bardziej przypominających rynkowe formy wyzysku robotników spowodowało opór klasy robotniczej, przybierający charakter opozycji analogicznej do tej, jaka była typowa dla krajów kapitalistycznych, czyli bez uwzględniania alternatywy robotniczej, tj. dyktatury proletariatu. Opór wobec biurokracji stalinowskiej miał jeszcze postać nawiązującą do tradycji ruchu robotniczego. Jednak w miarę „socjaldemokratyzowania się” aparatu partyjno-państwowego, robotnicza, a więc i klasowa, istota protestu społecznego, która jeszcze przejawiała się w 1956 r., stopniowo zanikała, aby zatracić się całkowicie po 1968 r. Niemniej, co warte jest odnotowania, forma opozycji, bazująca na proteście robotniczym, choć wyprana z treści i istoty, odegrała decydującą rolę w ruchu wokół NSZZ Solidarność. Jest to najjaskrawszy przykład dowodzący, jaka grupa pracownicza ma zasadnicze znaczenie w kwestii skuteczności przejawów aktywności społecznej. Następne trzydzieści lat daremnej mobilizacji najszerszych warstw pracowniczych wokół walki o ich interesy udowodniło, że wybór bazy społecznej nie jest kwestią przypadku i bieżącej koniunktury. Przykład  trwającego od lat 60. spadku wpływów lewicy rewolucyjnej w walce prowadzonej przez tzw. nową radykalną lewicę oraz pogłębiająca się nieefektywność walki opartej na tzw. nowych ruchach społecznych stanowił dowód i ostrzeżenie dla lewicy byłych krajów tzw. realnego socjalizmu. Również względne poparcie przez część robotników, podatnych na hasła populistycznej prawicy, dopiero zdołało doprowadzić do spektakularnego wzrostu jej znaczenia politycznego.
 
Biurokracja nie mogła sobie pozwolić na odrzucenie frazeologii marksistowskiej, ponieważ stanowiła ona fundament legitymizacji jej pretensji do sprawowania władzy. Niemniej, przesuwając akcent na socjaldemokratyczny wariant koncepcji lewicowej, biurokracja poszukiwała alternatywnej legitymizacji, takiej, która wydawała się jej bezpieczniejsza niż ciągłe zagrożenie roszczeniami deklaratywnego suwerena. Podobnie, jak 100 lat wcześniej, u progu XX wieku, Marksowska teoria przypisująca klasie robotniczej szczególne i wyróżnione miejsce była rozmywana przez nowoczesną wersję starych, Proudhonowskich i Lassalle’owskich mrzonek o szerokim charakterze opozycji między większością społeczeństwa, przy przewadze warstw drobnomieszczańskich, a władzą wielkich kapitalistów, tak i pod koniec XX wieku nawiązano twórczo do tego antymarksowskiego w istocie swej programu.
 
Prof. Ładosz kontynuuje swoją diagnozę: „To w wyniku zmian w układzie wewnętrznych sił następował w krajach socjalistycznych spadek aktywności mas pracowniczych. Stalinowski biurokratyzm był do tego spadku dostosowany, miał go za przesłankę. Był wyrazem budowania socjalizmu dla mas od góry. To nie za Stalina, lecz za Breżniewa wprowadzono konstytucyjny zapis o kierowniczej roli partii (…), gdyż traciła tę rolę faktycznie, gdy sama przestawała być żywym ruchem politycznym mas” (tamże, s. 9). Antyrobotniczy charakter stalinizmu jest w tej optyce nieistotny, gdyż stalinizm spełnił swoją funkcję bycia motorem awansu cywilizacyjnego kraju, co jest najważniejszą jego funkcją historyczną i jedyną, która ma znaczenie w perspektywie dziejowej. Stanowił szansę sprostania wyzwaniu kapitalizmu, tak jak to było w ówczesnych warunkach możliwe. Pośrednio można stąd wyciągnąć wniosek o ambiwalentnym znaczeniu protestów robotniczych w okresie PRL. Opór przeciwko wyzyskowi tej klasy ma, jak się zdaje, charakter obiektywnie reakcyjny, bo prowadzący do przedłużenia zacofania kraju w stosunku do kapitalistycznego otoczenia. Gwoździem do trumny zaszarganej opinii klasy robotniczej, nie rozumiejącej zamysłu biurokracji, było poparcie dla antysystemowego ruchu Solidarności, nawet jeśli wyrazem wewnętrznych sprzeczności w świadomości społecznej robotników było hasło: „socjalizm tak, wypaczenia nie!” Nawet jeśli do ruchu Solidarności garnęli się przede wszystkim przedstawiciele inteligencji pracującej, nie wspominając już o milionowej masie członkowskiej PZPR. Nawet jeśli przywódcy Solidarności od początku traktowali robotników jako przedmiot reformistycznej gry z aparatem władzy, a nie jako podmiot walki z systemem.
 
Według J. Ładosza, „kraje socjalistyczne nie sprostały wyzwaniom tych procesów, zbagatelizowała je teoria. Socjalizm przyszłości jest niemożliwy bez przyswojenia sobie krytycznie wszystkich nowych obiektywnych zdobyczy kapitalizmu, dzięki którym wyrwał się on ze stagnacyjnego impasu” (tamże, s. 7). W niniejszych rozważaniach prof. Ładosza całkowicie brakuje odniesienia do realności postulatu przyswajania sobie „wszystkich obiektywnych zdobyczy kapitalizmu”. Co więcej, sugeruje on, iż brak tego przyswojenia jest winą leżącą wyłącznie po stronie „realnego socjalizmu”: „Stalina teoria dwóch rynków światowych miała pewne racjonalne przesłanki, gdy była formułowana (…) Teoria Stalina okazała się ‘hamulcem’ rozwoju, sprzyjała autarkii” (tamże, s. 7). Znajduje tu wyraz, po raz kolejny, przekonanie o zasadniczej nieantagonistyczności obu systemów ze względu na rzekomo dokonane już przekroczenie kapitalizmu na Zachodzie, co potwierdzał nie tylko autorytet takich myślicieli, jak R. Aron, ale i wielu nurtów radykalnej lewicy, czy – co decydujące – stanowisko odpowiednich partii eurokomunistycznych.
 
Jak się wydaje więc, z braku czasu, postulat zupełnie nowej analizy rzeczywistości w kategoriach Marksowskich został zastąpiony wymuszonym przyjęciem niesprawdzonych teoretycznie koncepcji politycznych, wypracowywanych ad hoc, w rytm potrzeb bieżącej polityki zwijającego się odłamu poststalinowskiego na Zachodzie, dostosowującego się do nowych realiów kryzysu państw biurokratycznych. Nigdy dość podkreślania, że wiarygodności owemu naiwnemu z perspektywy czasu przekonaniu o nieantagonistycznym podejściu przez system kapitalistyczny do pokonanych resztek systemu biurokratycznego, obarczonego jednak „grzechem pierworodnym” zakwestionowania „świętej własności prywatnej”, dodawał fakt zgodności w tym względzie nie tylko części sowietologów, ale i szerokiej lewicy – od socjaldemokracji poczynając, a na tzw. nowej radykalnej lewicy kończąc. Dla nich wszystkich prawdą niekwestionowaną była teza o gruntownym przeistoczeniu się systemu kapitalistycznego w postkapitalizm, w którym główną rolę odgrywa nie wyzysk klasy robotniczej, ale wyzysk skierowany przeciwko zdecydowanej większości sproletaryzowanego społeczeństwa zasilającego szeregi nowej „klasy pracowniczej”.
 
Fundamentem samousprawiedliwania się aparatu ideologicznego postpezetpeerowskiego jest odwoływanie się do autorytetu prof. Ładosza, który stwarza temu aparatowi alibi w postaci teoretycznego uzasadnienia dla odrzucenia dogmatyzmu i nienaukowości wraz z wynikającą stąd tezą, niewypowiedzianą przez Ładosza, ale dopowiedzianą już przez jego uczniów i epigonów, o błędności opartej na idealistycznych założeniach koncepcji historii jako dążeniu do socjalizmu i walce klasy robotniczej jako czynniku warunkującym owo dążenie. Nie tu miejsce na rozwijanie tej kwestii: faktyczne oparcie się Rewolucji Październikowej na przekonaniu o wyjątkowej i wiodącej roli klasy robotniczej w kształtowaniu wizji docelowego kształtu społeczeństwa i dyktaturze proletariatu jako narzędziu okresu przejściowego stoi w rozbieżności z biurokratyczną, antyrobotniczą polityką. Stalinowska biurokracja – „realistycznie” – przyjęła warunki, w których przyszło jej bronić własnego panowania w krajach „realnego socjalizmu”, stawiając na pierwszy plan kwestie państwa i jego aparatu. To przesunięcie akcentu z dyktatury proletariatu, traktującej państwo jako narzędzie, a nie wartość samą w sobie, na właśnie państwo, było istotą systemu biurokratycznego. Można polemizować, na ile taka postawa biurokracji partyjno-państwowej była wymuszona przez realia globalnej struktury świata, a na ile odpowiadała rzeczywistym interesom grupy biurokratycznej, której to interesy ulegały utrwaleniu i pogłębieniu w miarę rozwoju systemu, zlewając się z interesem tego systemu zawłaszczonego przez biurokrację. W każdym razie, złudzenia biurokracji były, w efekcie, tożsame ze złudzeniami systemu, zaś przesłanki, na których opierało się ideologiczne, robocze przyzwolenie wyrażane przez prof. Ładosza, okazały się całkowicie błędne.
 
Utożsamienie socjalizmu z systemem biurokratycznym skłania prof. Ładosza do takiej pesymistycznej, choć realistycznej, oceny sytuacji: „Klęska socjalizmu w ZSRR definitywnie wyklucza, na epokę, nowe rewolucje socjalistyczne w poszczególnych krajach i odtwarzanie – po zwycięskich rewolucjach w kolejnych krajach obozu – socjalizmu w nowej postaci” (tamże, s. 8). Krótko mówiąc, państwa pretendujące do socjalizmu zostałyby bezpardonowo zduszone militarnie. Zaś „światowy charakter procesu (…) oznacza stopniowość rozwijania socjalizmu nierównomiernie w poszczególnych krajach” (tamże, s. 8). W ten sposób zaznacza się wizja realizacji projektu socjalizmu w skali globalnej, polegającej na stopniowym dochodzeniu do wysokiego stopnia zaspokojenia potrzeb społecznych, co jest utożsamiane z pojęciem socjalizmu w kategoriach realistycznych, odpowiadających zamysłowi „rewizjonizmu” Bernsteinowskiego i modelowi socjaldemokratycznemu, w przeciwieństwie do oderwanych od materialistycznych przesłanek koncepcji wysuwanych przez bolszewików, w tym przez Lenina.
 
Dla prof. Ładosza wątpliwe są następujące przyczyny klęski socjalizmu:
 
– „zacofanie w punkcie wyjścia i przedwczesne podjęcie rewolucji (wysoka stopa akumulacji i wydatków militarnych”;
 
– „eksport rewolucji”, albowiem „rozpad zachodził jednakowo w krajach rozwiniętych, więcej niż średnio i w najbardziej ‘zacofanych’”;
 
– odrzucić należy pogląd, że „podstawową przyczyną klęski był eksport kontrrewolucji, obalenie socjalizmu, przeciwdziałania z zewnątrz. Truizmem jest, że one były i szkodziły. Lecz nie od początku znajdowały skuteczne oparcie w siłach wewnętrznych” (tamże, s. 8-9).
 
I, lustrzanie, J. Ładosz odrzuca przypisywanie „realnemu socjalizmowi” zasługi w dziedzinie powstania kapitalistycznych państw dobrobytu. Powołuje się tu na Marksa, który już w XIX w. pokazywał, że „kapitalizm musiał rozwijać ustawodawstwo pracy w biegu jego własnych klasowych sprzeczności” (s. 9). Ta teza uzasadnia teoretycznie przekonanie o braku antagonizmu między socjalizmem a kapitalizmem, wskazując na proces przechodzenia tego drugiego w pierwszy na podstawie własnego, spontanicznego ruchu wynikającego z własnych sprzeczności kapitalizmu, reprezentowanych przez różne, zantagonizowane siły społeczne, ale znajdujące rozwiązanie – jak można domniemywać – w ramach systemowych. Czyli – bez konieczności odwoływania się do rewolucji, przynajmniej w krajach rozwiniętych. W krajach zacofanych, rewolucja służy bardziej sprawie zdynamizowania przemian prokapitalistycznych poprzez mobilizację mas pracowniczych, skierowana jest przeciwko własnym siłom reakcji, w sposób ograniczony i wybiórczy wprowadzających stosunki burżuazyjne.
 
Taka jest obecnie, oparta na ideologii biurokratycznej, wykładnia interpretacyjna znaczenia Rewolucji Październikowej w Rosji, przejmowana przez lewicę postpezetpeerowską. Ze względu na utopijny charakter programu bolszewików, Rewolucja przerwała trend rozwojowy Rosji w kierunku wypracowania sobie słusznego miejsca w kształtującym się w wyniku wojny światowej, globalnym, kapitalistycznym podziale pracy. Przyjmując za słuszną tezę o koniecznym rozbudowywaniu osłon socjalnych w kapitalizmie, na mocy jego własnych sprzeczności, Rewolucja jawi się jako przeszkoda na tej drodze raczej niż jako siła mobilizująca. Oczywiście, ocena prof. Ładosza, jak i – póki co – jego uczniów jest w tej kwestii bardziej zniuansowana. Mogą oni, ostatecznie, zgodzić się z twierdzeniem o konieczności dziejowej Rewolucji jako siły mobilizującej przemiany modernizacyjne, chociaż należy to do zakresu zagadnień stricte politycznych wyborów na podstawie subiektywnej oceny sytuacji, a nie do zakresu badań naukowych opartych na wyzutym z ideologicznych naleciałości marksizmie.
 
Odrzucenie dziedzictwa Rewolucji Październikowej, ujawnione podczas konferencji rocznicowej organizowanej przez SMP w listopadzie 2017 r., nie koliduje z apologią władzy biurokratycznej w krajach „realnego socjalizmu” po II wojnie światowej. O ile Rosja carska miała perspektywy, żeby w wyniku I wojny światowej dołączyć do obozu zwycięskich państw, które będą mogły sfinansować swój awans cywilizacyjny dzięki uczestnictwu w podziale łupów po obozie przegranym, o tyle II wojna światowa nie dawała takiej możliwości wszystkim krajom, które znalazły się następnie w obozie socjalistycznym. W warunkach istnienia ZSRR i jego uczestnictwa w podziale łupów, realia polityczne były odmienne, co bywa udziałem krajów małych lub średnich w porównaniu z obecnymi przy stole wielkimi graczami. W tej konkretnej sytuacji politycznej, przyjęcie modelu radzieckiego oznaczało podjęcie ścieżki modernizacyjnej na aktualnych, jedynych możliwych, warunkach. Z taką oceną zgadzały się niekomunistyczne siły polityczne, które zaangażowały się w odbudowę Polski na tych właśnie podstawach. Była to też świadoma decyzja tych krajowych sił komunistycznych, które przeżyły pogrom przedwojennej KPP i nie były zdolne do oporu wobec modelu biurokratycznego, narzuconego z zewnątrz.
 
Nie wdając się w szczegóły, zbędne wobec ogólnych tez prof. Ładosza, wypada tylko powtórzyć, że z perspektywy aparatu postpezetpeerowskiego okres stalinizmu znajduje pełne rozgrzeszenie, zaś sprowadzenie jego istoty do zadania modernizacji kraju w wyniku rozwoju przemysłu nawiązuje do „obiektywnego” procesu modernizacyjnego, obejmującego na równi oba systemy polityczne. Z tego punktu widzenia nie ma sprzeczności między systemami. Od kapitalizmu oczekuje się włączenia w proces przechodzenia kraju na tory gospodarki rynkowej na zasadzie obopólnej korzyści, która wynika z podręczników do ekonomii kapitalizmu. Wszystko prawidłowo, tylko coś poszło nie tak.
 
 
Konsekwencje upadku „realnego socjalizmu”

„Tryumf imperializmu, kontrrewolucji bynajmniej nie jest ‘progiem nowej epoki’ (…) Nie otwiera drogi do ogólnoludzkiej harmonii i ‘normalności’. Przeciwnie – jest brzemienny w nowe kataklizmy, niesie nędzę i niewolę narodów i ludzi pracy (…) Lata ostatnich sukcesów kapitalizmu łączą się wszak z absolutnym zubożeniem trzeciego świata, a teraz i byłego świata socjalistycznego (…) Obalenie ‘komunizmu’ nie przynosi zmniejszenia wojennych budżetów USA ani NATO. Fala konfliktów narodowych, religijnych, pretensji terytorialnych dopiero wybucha” (tamże, s. 9-10) – pisze prof. Ładosz.
 
Procesy polityczne, które są odpowiedzią na owe zjawiska, stanowią normalny mechanizm dostosowawczy do nowej sytuacji: „Strojenie się partii prawicy w stare szaty nie ma perspektyw. I tam rozłamy i fuzje są nieuchronne w procesie dopasowywania się do nowej rzeczywistości. Występuje wyraźne niebezpieczeństwo pojawienia się prawicowych ‘potworów totalitaryzmu’ posługujących się demokratyczną i populistyczną frazeologią” (tamże, s. 10). Kapitalizm osiąga równowagę poprzez sprzeczności, tak więc dążenie do równowagi po likwidacji znaczącego elementu układanki, jakim był obóz socjalistyczny, będzie się dokonywało tą właśnie drogą. Dlatego też, zawodem dla prof. Ładosza była niezdolność aparatu postpezetpeerowskiego do utrzymania władzy i sterowania procesem transformacji w sposób niekolizyjny z kapitalizmem światowym. Program takiego „niekolizyjnego” kursu był wszakże przygotowany przez samego Profesora.
 
 
Perspektywy socjalizmu

Prof. Ładosz wychodzi od stwierdzenia, że „znoszenie własności prywatnej ma jednak szanse trwałości tylko wtedy i tam, gdzie globalnie i w poszczególnych dziedzinach przynosi ona wyższą wydajność i lepsze zaspokajanie społecznych potrzeb niż przy funkcjonowaniu własności prywatnej. Musi następować w warunkach planetarnej gospodarki, planetarnego podziału pracy, pogłębiając, a nie cofając w tej skali uspołecznienie procesów produkcji i wymiany. Dokonywać się więc musi stopniowo, w warunkach konkurencji i nie tylko z własnością prywatną, ale i konkurencji między różnymi formami własności uspołecznionej. Zwyciężanie nie w drodze apropriacji, lecz właśnie w konkurencji, to gwarancja faktycznego uzyskiwania wyższej efektywności. Dokonywać się więc musi w gospodarce mieszanej, w ramach stosunków rynkowych, w warunkach równoprawności w ekonomicznym współzawodnictwie ‘sektorów’ i form własności” (tamże, s. 10-11).
 
Ale też dodaje i uszczegóławia: „Socjalizm nie może opowiadać się za ‘równością szans’ sektorów i form własności. Pociągałoby to za sobą obowiązek reanimowania tych, które przegrają w konkurencji, (…) nie przesądzajmy dogmatycznie, które formy są wyższe” (tamże, s. 11).
 
W ten sposób prof. Ładosz zarysowuje warunki wyjściowe dla funkcjonowania zreformowanej gospodarki narodowej, jednocześnie deklarując, że „jeśli uspołecznione formy nie będą w stanie zwyciężać w ‘sprawiedliwej’ konkurencji, to nici z socjalizmu, nie będziemy go nasadzać na siłę” (tamże, s. 11).
 
Jeśli chodzi o uspołecznianie własności, to prof. Ładosz rozstrzyga sprawę w oparciu o abstrahującą od faktycznej rzeczywistości koncepcję uwolnienia się od doświadczeń przeszłości i zaczynania od resetu światopoglądowego: „Proces uspołeczniania własności dokonywać się musi przez rozwijanie inicjatywy i z inicjatywy samych wytwórców. To oni muszą akumulować środki na ten cel, organizować wspólne przedsiębiorstwa, uczestniczyć w ich zarządzaniu i współzarządzaniu nimi na wszystkich szczeblach, traktować je jak własne. Jesteśmy za różnorodnością form własności uspołecznionej, od międzynarodowej do drobnej. Jesteśmy przeciwko doktrynerskim koncepcjom nie tylko docelowego, globalnego upaństwowienia własności, ale i globalnego jej uspółdzielczenia czy powszechnego przekształcenia poszczególnych przedsiębiorstw w kolektywną własność załóg pracowniczych itp. (…) Kapitalizm wytworzył wielość form własności, nie ma podstaw, żeby socjalizm sprowadził wszystkie formy do jednej. Bogactwo jego form będzie niewątpliwie historycznie zmienne, określone będą zwyciężać w konkurencji i w poszczególnych dziedzinach i uzyskiwać dominację w przedsiębiorstwach o określonej skali produkcji” (tamże, s. 11).
 
Trudno oprzeć się pokusie przedstawienia pełnego opisu utopii prof. Ładosza: „Proces uspołecznienia własności produkcji nie musi, a w dzisiejszych warunkach nie może, przebiegać z rozmachem dopiero po obaleniu politycznej władzy kapitału przez socjalistyczny ruch polityczny. Może i musi być rozwijany w warunkach i ramach burżuazyjnego, demokratycznego porządku prawno-politycznego. W tych ramach wywalczyć można równoprawność sektorów. Nawet przy uzyskaniu większości parlamentarnej trzeba, w interesie zdrowego rozwoju gospodarki uspołecznionej, zachować równoprawność, nie dawać gospodarce uspołecznionej administracyjnych przywilejów, nie wyrywać jej sztucznie ze zintegrowanego świata, z rynku pieniężnego i kapitałowego. Jedyny przywilej uspołecznionej własności to wyłączenie jej z dziedziczenia i z podatku spadkowego” (tamże, s. 11).
 
Program prof. Ładosza miał ambicje propozycji pozwalającej na uporządkowane przegrupowanie w ramach systemu gospodarczego i politycznego. Warunkiem było jednak zachowanie pełni władzy przez aparat mający wykonać owo przegrupowanie, a być może nawet jej wzmocnienie ze względu na panujący w coraz większym stopniu chaos i rozprzężenie w społeczeństwie schyłku „realnego socjalizmu”. W przeciwieństwie jednak do Chin, gdzie aparat partyjno-państwowy nie liczył się z opinią zewnętrzną z powodu panowania nad sytuacją wewnętrzną, aparat PRL, po wyborach z 1989 r. stracił złudzenia i chęć walki. Najważniejszym jednak bodźcem dla porzucenia woli kontynuowania swoich rządów była perspektywa uwłaszczenia się na majątku uspołecznionym, póki jeszcze nie było za późno. Dlatego też program szczodrych ustępstw na rzecz równouprawnienia sektorów, proponowany przez prof. Ładosza, przeobraził się w niekontrolowane przez osiągającą ostatnie stadium degeneracji i rozkładu biurokrację, łaknącą załapać się na kawałki tortu, inaczej – sukna Rzeczypospolitej, rozkradanie przedsiębiorstw państwowych. Program prof. Ładosza został przez biurokrację odczytany jednoznacznie jako wyrok historii – jeżeli nie utrzymamy z zasady wszystkiego w garści, to rozdrapmy chociaż to, co się da – lepiej, żebyśmy to my rozkradli niż ci, co po nas przyjdą.
 
Program prof. Ładosza rozbił się o degenerację aparatu biurokracji partyjno-państwowej, w tym aparatu ideologicznego. Miał jednak jeszcze jedną słabość, tym razem doktrynalną – wcześniejsza była skutkiem niedocenienia stopnia demoralizacji aparatu. Nawet w przypadku zachowania zdyscyplinowania aparatu, jak to miało miejsce w przypadku chińskiej partii, nie ma mowy o kontynuacji procesu konwergencji obu systemów. System chiński jest systemem kapitalistycznym, a jego wytrzymywanie konkurencji z kapitalizmem jest okupione nie wzrostem dobrobytu mas chińskich, ale ich pogłębiającym się wyzyskiem, pokrytym fasadą nieprzyzwoitego bogactwa mniejszości korzystającej na transformacji kapitalistycznej.
 
Projekt prof. Ładosza nawet w najmniejszym stopniu nie brał pod uwagę niebiurokratycznej alternatywy dla kapitalizmu. Tymczasem, rzeczywiste uspołecznienie przedsiębiorstw państwowych, odziedziczonych po PRL, zapobiegłoby rozkradzeniu majątku przez uwłaszczającą się nomenklaturę. Ten potencjał tkwił w klasie robotniczej, zaś zadra, która pozostała, nakazuje dawać posłuch tym, którzy słusznie wytykają złodziejski charakter polskiej prywatyzacji, dokonanej przez biurokrację, której tytułu do dziedzictwa marksizmu i komunizmu nie odebrała ta klasa. Przykre, że ideologiczny stempel temu historycznemu rozkładowi dał program prof. Ładosza, uzasadniający po marksistowsku wyłączne biurokratyczne prawo do socjalizmu.
 
Alternatywa była. Siłą blokującą organizację klasy robotniczej na podstawie tradycji ruchu robotniczego, w opozycji do socjaldemokratycznego modelu manipulowania robotnikami, była ta sama biurokracja, która przystała już wcześniej do obozu socjaldemokracji, zgodnie z przemyśleniami i dyrektywami ideologów partyjnych. Ewolucja biurokracji partyjno-państwowej, od 1956 r., czyli końca epoki wiary w model stalinowski, szła w kierunku, w którym biurokracja rozwijała się spontanicznie, zgodnie z własnym interesem, czyli w kierunku modelu socjaldemokratycznego. Zarówno więc w aparacie poststalinowskim, jak i w łonie opozycji demokratycznej, wywodzącej się ze stalinowskiego aparatu władzy, jak i w samej socjaldemokracji, kolejne kroki milowe oznaczały kolejne etapy odcinania się od interesu klasy robotniczej. Dokonywało się to pod różnymi pozorami, ale kierunek w tych wszystkich formacjach był jeden i ten sam. Inną drogą, w tym samym kierunku, podążała ewolucja nurtów posttrockistowskich na Zachodzie. Tzw. nowa radykalna lewica jest z samej swej istoty formacją socjaldemokratyczną, niekiedy „po przejściach” burzliwej młodości.
 
Tradycja ruchu robotniczego pozostała więc osierocona, co przekłada się na dzisiejszy stan lewicy.
 
Prof. Ładosz nie unika wyciągnięcia odpowiedniego wniosku, który wprowadza jego koncepcję w ramy zacnych koncepcji mieszczących się w ramach lewicy burżuazyjnej: „Taka koncepcja wymaga ‘zrewidowania’ dogmatu o dyktaturze proletariatu jako niezbędnym wstępie do efektywnego uspołecznienia własności na znaczącą skalę. Jesteśmy za Bernsteinem dziś, choć nie miał on racji niegdyś [tzn. kiedy konieczna była mobilizacja klasy robotniczej dla osiągnięcia celu forsownej industrializacji i wejścia na ścieżkę modernizacji i awansu cywilizacyjnego – nasze przypomnienie]. Oczywiście, rząd socjalistycznej większości jest pożądany dla konstytucyjnego zagwarantowania efektywnego respektowania równoprawności ‘sektorów’, eliminacji prawnych i budżetowych przywilejów dla własności prywatnej” (tamże, s. 11-12). W ten sposób prof. Ładosz dba, w sposób biurokratyczny, o równowagę i harmonię między sektorami. Warunek – rząd socjalistycznej większości, a nie tylko stan pożądany, jak pokazało to dobitnie doświadczenie historyczne. Jak jednak osiągnąć rząd socjalistycznej większości, kiedy teoretycznie najbardziej zainteresowana siła – wedle prof. Ładosza – czyli biurokracja partyjno-państwowa jest gotowa oddać resztki socjalizmu za garść praw własnościowych do prywatyzowanej gospodarki?
 
W tej sytuacji rzeczywistej, choć niezaplanowanej przez Profesora, siłą rozpędu program zawiera jeszcze zalecenia obarczania własności uspołecznionej obciążeniami socjalnymi; koniecznością zagwarantowania w jej ramach udziału załóg i współwłaścicieli w zarządzaniu przedsiębiorstwami – co wcześniej i na Zachodzie zostało przetestowane jako posunięcia utrudniające sprawne, menedżerskie zarządzanie, czyli szykujące podłoże dla porażki w „równoprawnej” konkurencji z przedsiębiorstwami prywatnymi; czy rolą w zapewnianiu gospodarce miejsca w międzynarodowym, kapitalistycznym podziale pracy. Odrzucone zostało jako utopijne zalecenie marksizmu, aby wiązać socjalistyczne zarządzanie gospodarką z panowaniem klasowym robotników na szczeblu organizacji państwowej, czyli – dyktaturę proletariatu. Bez dyktatury proletariatu, zarządzanie na poziomie zakładu pozostanie nieszkodliwą wstawką do gospodarki kapitalistycznej, nie zmieniającą jej istoty.
 
Długie cofanie się, zanim nie nastąpi zmiana kierunku, oznacza także to, że „socjalizm musi (…) opowiedzieć się zdecydowanie za powszechną komercjalizacją wszelkich produkcyjnych, usługowych i handlowych przedsiębiorstw uspołecznionych (…) Przez komercjalizację rozumiemy zdecydowane zerwanie z nakazowo-rozdzielczym, centralistycznym systemem zarządzania uspołecznionymi przedsiębiorstwami, bez przywilejów dla prywatnych. (…) Komercjalizacja dokonywana być musi pod kątem zachowania i pomnażania substancji uspołecznionej własności w warunkach równoprawnej konkurencji, a nie pod kątem doktrynalnego niszczenia tej własności” (tamże, s. 13). Komercjalizacja nie oznacza jednak prywatyzacji sfery socjalnej (s. 25). Co jednak robić z naturalnym pędem do uwłaszczania się na majątku zakładów opieki zdrowotnej czy do prywatyzacji swych kwalifikacji i czasu pracy przez usługodawców? W atmosferze poluzowania przepisów prawnych, mających służyć sprawie uwłaszczania się nomenklatury, trudno oczekiwać, że luki prawne nie będą wykorzystywane przez każdego, kto tylko będzie się czuł na siłach spróbować swych umiejętności. Należy zauważyć, że prof. Ładoszowi nie chodzi o komercjalizację w odniesieniu do socjalnych funkcji przedsiębiorstwa, co także uderza głównie w przedsiębiorstwa uspołecznione, które takie funkcje spełniają.
 
Gwarancją równoprawności kredytowania gospodarki uspołecznionej, słusznie pisze J. Ładosz, jest zachowanie nadzoru państwa nad całością systemu bankowości. No chyba, że państwo jest kapitalistyczne, co oznacza, że bardzo szybko doprowadzi do „normalizacji” stosunków nadzoru, ustanawiając właściwą hierarchię podległości.
 
Podobnie utopijnie brzmią deklaracje o tym, że „ruch socjalistyczny musi być promotorem obrony i rozwoju samorządu pracowniczego w przedsiębiorstwach wszystkich form własności” w warunkach regulacji ruchu siły roboczej przez rynek pracy z przewagą podaży. Prof. Ładosz nie bierze lub nie chce brać pod uwagę tego, że stan wyjściowy na dany moment, nawet jeśli wydaje się ukształtowany względnie korzystnie, podlega procesowi zmian w czasie, a te zmiany są kształtowane przez czynniki, które w danych warunkach administracyjnych i prawnych ulegają ewolucji i zmianie, nie trwają raz zadane. Tak jest z postulatem nadzoru nad systemem bankowym przez państwo, którego faktyczna treść zależy od kształtu państwa sprawującego ów nadzór, czy z teoretycznymi gwarancjami dla praw pracowniczych w sytuacji rynku pracy z przewagą podaży, co po jakimś czasie może zmienić sytuacje pracowników diametralnie. Rachuby na żywiołowe kształtowanie się właściwych proporcji są idealizacją warunków doskonałej konkurencji, która oznaczałaby – gdyby była możliwa – stagnację systemu na zastanym poziomie. W niedoskonałej rzeczywistości, na warunki działania podmiotów na rynku wpływ wywierają czynniki pochodzące z zewnątrz, które kształtują przewagę konkurencyjną. Ta sytuacja jest nagminna w gospodarce rynkowej, a więc, skoro utrzymywanie równoprawności jest w systemie prof. Ładosza niedopuszczalne, to w krótkim czasie względna równoprawność sektora uspołecznionego czy robotnika na rynku z przewagą podaży, zostanie sprowadzona do sytuacji adekwatnie odzwierciedlającej strukturę przewag politycznych, bez możliwości powrotu do raz utraconej równowagi, albowiem państwo kapitalistyczne (a o takim można jedynie mówić w przypadku sytuacji potransformacyjnej) stoi administracyjnie na straży przywilejów klasy panującej. Samo istnienie „realnego socjalizmu” było jasnym dowodem na to, że w warunkach presji otoczenia kapitalistycznego o równoprawności gospodarki socjalistycznej nie ma mowy bez stałego wspierania jej metodami monopolu państwowego. Dopóki jednak działał centralizm w państwie i gospodarce, dopóty był on obarczany winą za niewykorzystanie korzyści z pełnego urynkowienia gospodarki. Problem jednak polega na tym, że przyjęcie kapitalistycznych reguł gry wymusza dostosowanie gospodarki do międzynarodowego rynku, a nie do warunków gospodarki zamkniętej. Sektor uspołeczniony musi konkurować nie wyłącznie z rodzimym sektorem prywatnym, ale z prywatnym sektorem całej gospodarki światowej. Konkurencja między krajowym sektorem prywatnym a zagranicznym, osłabiając, np. sektor krajowy, w niczym nie pomaga sektorowi uspołecznionemu w konkurencji krajowej.
 
 
Demokracja

Koncepcja prof. Ładosza głosi, że „ruch socjalistyczny przejmuje cały dorobek burżuazyjnej demokracji jako swoją własną tradycję rozwijaną konsekwentnie. Jego zadaniem nie jest odrzucanie tego dorobku na podstawie tego, że historycznie zrodzony został przez burżuazję, służył jej w walce z feudalizmem i skutecznie służy dziś utwierdzaniu politycznej władzy kapitalistów. Demokracja socjalistyczna dziedziczy hasła, idee i urządzenia burżuazyjnej demokracji. Stawia sobie zadanie obrócenia ich przeciw burżuazji, doprowadzenia jej haseł do zgodności z ich pojęciem, jej instytucji do zgodności z tymi hasłami. Dokonuje tego poprzez eliminację dominacji nad demokratycznymi instytucjami, nad administracją państwową potęgi pieniądza, ekonomicznej potęgi własności prywatnej, która umożliwia burżuazji uzyskiwanie monopolu władzy i kontroli nad procesem politycznym, nad wolą polityczną obywateli. Socjalistyczna demokracja ogranicza wpływ bogactwa na proces polityczny, zmierza do zapewnienia wszystkim równych warunków swobodnej działalności politycznej, możliwości skutecznego organizowania się politycznego, upowszechniania swoich przekonań.
 
Siła kapitału zadaje gwałt demokratycznym swobodom, narzuca swą wolę masom ludzi pracy jako ich własną wolę.” (tamże, s. 19).
 
Jeżeli urządzenie państwa burżuazyjnego, które proklamuje tego typu wartości demokratyczne, nie spełnia własnych deklaracji, to jest to podyktowane faktem, iż w państwie burżuazyjnym klasą panującą jest właśnie burżuazja, której interesy mają ostatecznie przewagę nad deklaracjami odnośnie demokracji. Jeżeli państwo przetransformowane w wyniku zmiany systemowej ma mieć charakter neutralny politycznie, to w rzeczywistości przybierze ono postać administratora działającego w interesie klasy silniejszej ekonomicznie. Interpretację demokracji będzie przeprowadzała klasa panująca. Jest to ABC marksizmu głoszącego, że stosunki ekonomiczne mają decydujący głos w rachunku sił między opcjami politycznymi. Jeżeli Ładosz głosi, iż, m.in. „socjalistyczna demokracja ogranicza wpływ bogactwa na proces polityczny”, to znaczy, że jest orędownikiem stosowania nagiego przymusu fizycznego dla przywoływania do porządku klasy kapitalistycznych właścicieli środków produkcji. Ciągle więc przewija się w jego rozumowaniu ciche założenie, że aparat postpezetpeerowski  nie odda władzy i że będzie to władza nie malowana, ale faktyczna, nie bojąca uciekać się do represji wobec przejawianego sprzeciwu.
 
I prof. Ładosz kontynuuje swą myśl: „Nie będzie jednak socjalizmu wnoszonego wbrew empirycznej woli mas, narzuconego im. Nie będzie trwałego rozwoju socjalizmu przy ograniczaniu demokratycznych swobód pod pretekstem tego, iż wykorzystywane są przez bogactwo. Procesy demokratyczne, rygorystyczne respektowanie prawa demokratycznie stanowionego, są niezbędne dla permanentnej legitymizacji władzy państwowej.” (tamże, s. 19). Pozostaje zaważyć, iż prof. Ładosz może mieć tylko nadzieję, że „bogactwo” dobrowolnie zrzeknie się wykorzystywania swej przewagi w systemie demokracji burżuazyjnej. Co więcej, prof. Ładosz wiąże ogromne nadzieje z instytucjami demokracji  burżuazyjnej w dziele ochrony zdobyczy socjalnych socjalizmu: „Konsekwentna obrona demokracji burżuazyjnej zwłaszcza w byłych krajach socjalistycznych staje się podstawowym narzędziem politycznym przeciwstawiania się grabieżczej restauracji kapitalizmu, obrony i rozwijania politycznych i socjalnych zdobyczy, które proklamował i realizował realny socjalizm, a które są przez restaurację odbierane.
 
Grabieżcy słusznie występowali przeciwko realnemu socjalizmowi w imię demokracji burżuazyjnej, lecz by przeprowadzić restaurację, sami muszą tę demokrację łamać i muszą się demaskować” (tamże, s. 19). Można by zrozumieć te uwagi w taki sposób, że demokracja burżuazyjna pozostała w oczach prof. Ładosza jedyną instancją zdolną do pohamowania nie tylko zagranicznych, ale i rodzimych grabieżców, rozkradających majątek narodowy. Złudne nadzieje! Zatomizowane podmioty demokracji burżuazyjnej, mające nadzieję na załapanie się na jakiś ochłap pozostały po podziale łupów przez możnych tego świata, nie są w żaden sposób zdolne stać się zbiorowym podmiotem zgłaszającym roszczenia do władania środkami produkcji. W ten sposób została przerobiona kolejna lekcja marksizmu, mówiąca o tym, że demokracja burżuazyjna, bez władzy ekonomicznej, pozostaje instytucją czysto fasadową, nominalną, bez żadnej mocy istotnego wpływu na rzeczywistość polityczną.
 
Jak na razie, grabieżcy „proklamują otwarcie, że nosicielem i gwarantem wolności człowieka, demokracji, jest tylko ‘klasa średnia’ i póki się tej klasy nie stworzy i nie umocni, opór ludzi pracy przeciw kapitalizmowi może być i musi być przełamywany siłą (…)” (tamże, s. 20). Prof. Ładosz i aparat biurokratyczny przyjmują to zastrzeżenie i biorą na siebie złamanie siłą oporu przeciwko kapitalizmowi. Mimo to, dla Ładosza walka o demokracje burżuazyjną – korzystną dla klasy średniej, opoki panowania  burżuazyjnego – staje się w danym momencie historycznym, mimo jego mrocznego charakteru, obowiązkiem wszystkich związanych i zainteresowanych zdobyczami socjalnymi. I chociaż ta demokracja akurat te zdobycze likwiduje poprzez klasowy system prawny, należy zmobilizować wszystkie siły społeczne w obronie tego, co można jeszcze u kapitalizmu wybłagać. „(…) obrona demokracji burżuazyjnej, praw politycznych i socjalnych w niej proklamowanych jest wspólnym zadaniem wszystkich odmian socjalizmu na świecie” – pisze dalej prof. Ładosz.
 
Swoje złudzenia prof. Ładosz podzielał wraz z większością lewicy, która bez żalu żegnała się z przywilejami socjalizmu w oczekiwaniu na dużo lepsze standardy socjalne Europy Zachodniej. Niepowodzenie w kreacji klasy średniej położyło także kres marzeniom o gwarancjach wolności człowieka i demokracji. Oczywiście, na przeszkodzie temu, aby wszystko potoczyło się jak z płatka, stanęła sytuacja, w której „(…) demokracja jest ograniczana przez autorytarne tendencje neokonserwatyzmu” i staje się „narzędziem obrony zagrożonych zdobyczy i praw socjalnych ‘państwa dobrobytu’”. Ba, „(…) konsekwentna obrona demokracji burżuazyjnej obrastała w elementy socjalistycznego wykraczania poza jej ramy” (tamże, s. 20).
 
Aparat biurokracji partyjno-państwowej przyjął zarzut dotyczący zasadniczych mankamentów demokracji w krajach „realnego socjalizmu”, konsekwentnie w pełni zastępując go demokracją burżuazyjną. W tej kwestii konsekwentnie zarzut uznaje za zasadny, przedstawiając tylko w ramach samusprawiedliwienia opieranie się na wadliwej z gruntu teorii nienawiści klasowej, którą jednak przezwyciężyła jako formacja i w której gorliwym zwalczaniu usiłuje odkupić swoje winy. Jeszcze u prof. Ładosza krytyka teorii klasowej cechuje się nieco większą subtelnością, skupiając swoje ostrze na „prostackim sprowadzaniu walki klas tylko do walki wielkich klas-monolitów” (tamże, s. 21).
 
Na tle tego, co zostało dotychczas przytoczone z rozważań prof. Ładosza, dziwić może jego pytanie o to, „czemu klasa robotnicza i chłopstwo w krajach socjalistycznych samobójczo wspiera restaurację kapitalizmu (bądź jej nie przeciwdziała), choć niesie to odczuwalne i głębokie pogorszenie jej położenia?” Odpowiedź na to pytanie jest w pewnym sensie prosta – z tego samego powodu, z jakiego prof. Ładosz opowiedział się za koniecznością zasadniczej zmiany niewydolnego systemu gospodarczego, osiągającego pułap swojej wydolności po dwóch dekadach nieudanych prób reformatorskich i ostatecznym ciosie zadanym przez wpadnięcie w pułapkę zadłużenia, co do znaczenia której zorientowano się w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Zdziwienie prof. Ładosza (i nie tylko jego) opiera się na fałszywym pojmowaniu robotników jako zbioru ludzi nie zdolnych do widzenia dalej niż wskazuje im czubek własnego nosa i kierujących się wyłącznie partykularnymi interesami jednostkowymi. Jako klasa mająca bezpośrednią styczność z procesami produkcji, robotnicy są w s tanie ocenić poziom niewydolności biurokratycznie zorganizowanego systemu produkcji i stwierdzić, czy przy nie zmienionych warunkach zarządzania tym majątkiem, gospodarka ma czy też nie ma szansy wyjścia z pułapki nieracjonalności.
 
Fałszywa pozycja odruchowego poczucia wyższości pozycji profesora, znającego zagadnienia z drugiej ręki, bo z książek, nad borykającym się na co dzień z idiotyzmami biurokratycznego zarządzania gospodarką robotnikami, skutkuje takimi pytaniami. Jeżeli profesor nie jest w stanie dać alternatywy dla systemu kapitalistycznego i zaleca swojemu aparatowi biurokratycznemu utopijne konstrukcje mające na celu reformowanie tego systemu, to nie powinien się dziwić nieodwołalnemu skreśleniu przez robotników gospodarki niezbywalnie, niereformowalnie niewydolnej – w przeciwieństwie do kapitalizmu, który w oczach Profesora jest systemem całkowicie podatnym na ewolucję w kierunku postępu cywilizacyjnego i socjalnego, siła własnego mechanizmu ewolucyjnego. Robotnicy nie znają się na zawiłościach politycznego matactwa uprawianego z hasłami demokracji na ustach i dlatego muszą tworzyć własne partie polityczne, które są od tego zadania. Natomiast nikt nie wie lepiej od robotnika, czy system gospodarczy jest, czy  nie jest wydolny, jest, czy nie jest reformowalny.
 
Nie bez znaczenia jest także zmiana w strukturze zawodowej. W skali gospodarki wysokorozwiniętego kapitalizmu, klasyczna klasa robotnicza traci na znaczeniu, co przekłada się na jej znaczenie i siłę polityczną. Z czego ta klasa zdaje sobie sprawę, szczególnie gdy: „w drugiej połowie XX w. zaszły w tym układzie głębokie zmiany i przesunięcia, najpierw ukryte, a dziś jawnie wylewające się. Kształtuje się nowy układ wymagający nowej strategii socjalizmu. Tymczasem marksizm zaniedbał głębokie, konkretne badanie tych zmian, zastygł w interpretowaniu ich pod stary schemat. Dziś możemy wprawdzie sporo powiedzieć o przyczynach dezintegracji starego układu, choć także raczej hipotetycznie, natomiast bardzo niewiele o długofalowych perspektywach jego ewolucji.
 
Klasa robotnicza w rozwiniętych krajach kapitalistycznych Europy, Ameryki Północnej i Japonii gruntownie zmieniła w drugiej połowie XX w. swoje oblicze.
 
Wywalczyła wiele zdobyczy. O masach pracowników najemnych tych krajów nie można już powiedzieć, że nie mają nic do stracenia prócz kajdan. Zgodnie z przewidywaniami rozrosła się ogromnie ilościowo. (…)
 
Jednakże w wielkim i małym przemyśle i usługach dominują w jej szeregach już nie ‘robole’, lecz wykształceni fachowcy z dyplomami, w tym technicy, inżynierowie, a nawet uczeni. Rewolucja naukowo-techniczna sprawiła, że rozwiniętego kapitalizmu nie cechuje już to, że z braku zawodu ludzi pracy najemnej uczynił zawód. To dziś z reguły margines. (…) Dziś jednak całe klasy pracowników najemnych rozwiniętych krajów kapitalistycznych stały się taką arystokracją. Nie robi się rewolucji, gdy rośnie stopa życiowa, a obalenie kapitalistów w jednym kraju musiałoby przynieść długotrwały spadek produkcji i wyrzeczenia nie doraźne, a na pokolenie co najmniej, na skutek zerwania głębokich, zintegrowanych zależności gospodarczych” (tamże, s. 28).
 
Przy takim opisie rekonstrukcyjnym współczesnej klasy robotniczej, a ściślej mówiąc szeroko rozumianej warstwy pośredniej, w ramach której klasyczna klasa robotnicza stanowi w wysokorozwiniętych krajach niewielki odłam, trudno dziwić się spadkowi jej bojowości. W Polsce, gdzie klasa robotnicza w klasycznym znaczeniu stanowiła jeszcze znaczącą silę, jej doświadczeniem było starcie z biurokracją, a  nie z kapitałem, zaś perspektywą przyszłości wydawał się zanik klasy robotniczej, roztopionej w nieantagonistycznej wobec kapitału grupie pracowników najemnych sektora nieprodukcyjnego, co głosili zarówno przedstawiciele opozycji demokratycznej, jak i rządzącej biurokracji, świadomość rewolucyjna robotników nie mogła się ukształtować. Walka z biurokracją była w oczach społeczeństwa, którego część nieodłączną stanowili robotnicy, walką o „normalność”, którą uosabiał „ normalny” mechanizm ewolucyjny systemu kapitalistycznego. W tej walce o wartości cywilizacyjne i narodowe klasa robotnicza  nie była samodzielnym podmiotem, a co najwyżej włączała się w tę walkę jako jednostki wśród wielu innych. System stalinowskiej biurokracji także wszystkimi siłami niszczył świadomość podmiotowości klasy robotniczej, zastępując ją poczuciem przynależności ogólnonarodowej, ogólnospołecznej. W sytuacji, kiedy bezpośrednim wrogiem  na poziomie świadomości społecznej (a nie klasowej) była biurokracja „realnego socjalizmu”. Wróg wroga tracił charakter zagrożenia. Trudność z dotarciem do robotników jako podmiotu świadomości rewolucyjnej uświadomili sobie już Kuroń wraz z Modzelewskim, wyciągając z tego wnioski i przerzucając się na pielęgnowanie zrewoltowanej świadomości społecznej i ograniczając rozwój świadomości robotniczej do poziomu tradeunionistycznego, do poziomu walki o bieżące żądania socjalne plus postulaty obce klasowej walce robotników, ale istniejące w socjalistycznej (PPS-owskiej) tradycji ruchu robotniczego. Te elementy szkolenia robotników odegrały niepoślednią rolę w kształtowaniu i uwidocznianiu się postaw robotników w okresie transformacji.
 
Aby zrozumieć istotę pytania zadawanego nie tylko przez prof. Ładosza, ale i wielu innych, zawiedzionych postawą robotników w okresie początku transformacji należy zadać sobie pytanie o to, co zyskaliby robotnicy popierając aparat postpezetpeerowski. Oceniając tę kwestię na podstawie programu prof. Ładosza, wyrażającego najbardziej lewicową i marksistowską opcję w aparacie biurokratycznym, robotnicy zyskaliby bez wątpienia naukowe uzasadnienie, dlaczego… nic nie dało się zrobić.
 
Powyżej wykazaliśmy utopijność planów zachowania równowagi międzysektorowej, przy nie mniej utopijnym założeniu zachowania władzy przez aparat biurokratyczny, który marzył już tylko wyłącznie o skorzystania z szansy uwłaszczenia się na majątku narodowym, zachowaniu wpływu w systemie politycznym dającego możliwość prawnego uregulowania świeżo nabytych praw własnościowych i uwolnieniu od odpowiedzialności za gospodarkę. Aparat był gotów na łamanie wszelkiego oporu przeciwko wprowadzaniu zmian prokapitalistycznych, więc robotnicy byliby zmuszeni do działania przeciwko aparatowi, którego bezwzględność i nieliczenie się z życiem robotników dowiedli w stanie wojennym. Wykorzystanie sprzeciwu klasy robotniczej w walce ideowej części aparatu ideologicznego biurokracji przeciwko odłamowi zdecydowanemu na uwłaszczenie się wymagałoby zorganizowanej i sprawnie działającej organizacji typu partii. Inaczej – jak pokazały to doświadczenia prób oporu wobec transformacji w Rumunii czy w ZSRR – zakończyłoby się to tragicznym awanturnictwem. Świadomość klasy dla siebie wymaga organizacji politycznej reprezentującej interesy klasy robotniczej, zaś tą organizacją nie była PZPR, a stan wojenny położył kres jakiejkolwiek szansie na ukształtowanie się takiej organizacyjnej alternatywy z lewa.
 
Prof. Ładosz częściowo sam odpowiada sobie na zadane pytanie. Struktura społeczna przesunęła się na korzyść drobnomieszczaństwa, zaś drobnomieszczanie to „wysokoopłacani ludzie pracy najemnej! Z pewnością tych grup nie pociągnie hasło socjalizmu zniesienia praw dziedziczenia, a nawet wprowadzenia przez socjalizm wysokiego, progresywnego podatku spadkowego.
 
Te procesy wyjaśniają, czemu (…) następowało osłabienie rewolucyjnego nurtu ruchu robotniczego, a współcześnie ruchu socjalistycznego w ogóle wśród pracowników najemnych w krajach rozwiniętego kapitalizmu”. I dalej: „(…) po dekolonizacji socjalizm robotniczy rozwijał się słabo, partie komunistyczne podlegały ciśnieniu o mocno chłopskim charakterze. Niepowodzenia i kryzys proklamowanej ‘niekapitalistycznej drogi rozwoju’ dały o sobie znać wcześniej niż kryzys realnego socjalizmu” (tamże, s. 29).
 
Drobnomieszczaństwo wraz z należącą doń warstwą zawodowych ideologów, czytaj: ludzi nauki, ale także tzw. klasa pracownicza, z powodów wymienionych wyżej przez prof. Ładosza, nie ma interesu w przeciwstawianiu się systemowi kapitalistycznemu. My, ze swej strony, dodajemy do tych przyczyn jeszcze jedną, wynikającą wprost z teorii wartości dodatkowej opartej na pracy, o której piszemy gdzie indziej. Aktywność rewolucyjna klasy robotniczej, a taką jest każda działalność wymierzona przeciwko kapitalistycznym stosunkom społecznym, niezależnie od mniej lub bardziej gwałtownego charakteru tej działalności, wynika z głębokich, strukturalnych związków łączących tę klasę z klasą kapitalistów w ramach stosunków produkcji. Tej teorii podporządkowana jest organizacja klasy robotniczej stanowiąca wyraz uogólnionej świadomości społecznej tej klasy w świadomość rewolucyjną. Bez takiej organizacji klasa robotnicza, jako skupisko jednostek, nie reprezentuje sobą, w sensie świadomościowym, wiele więcej, jak warstwa drobnomieszczańska.
 
Aktywność biurokracji wyrażała się przez cały okres przejściowy w zwalczaniu wysiłku organizacyjnego bolszewików dążącego do podnoszenia na wyższy poziom świadomości klasowej klasy robotniczej. Podmiotowość klasy robotniczej stała bowiem w bezpośredniej opozycji do drobnomieszczańskiego interesu warstwy biurokracji. Jeżeli coś się udało biurokracji „realnego socjalizmu” i wcześniej, to zmarnować 70 lat wysiłków i wyrzeczeń klasy robotniczej, aby stworzyć realną alternatywę dla systemu kapitalistycznego.
 
Prof. Ładosz, w zakończeniu swego tekstu pisze realistycznie: „Ważkim składnikiem nowego układu sprzeczności świata jest narastanie ‘problemów globalnych’, zagrażające cywilizacji ludzkiej w ogóle. (…) Kształtujący się nowy światowy układ globalny społecznych sił i nowe układy sił wewnątrz narodów stanowią źródło mistyfikujących haseł wysuwania się sprzeczności ogólnoludzkich ponad klasowe (…) Nosicielem tego, co ogólnoludzkie nie jest społeczeństwo w ogóle, ani też jakiś ‘średni’ interes kompromisowy klas w jego łonie, ani ‘stan średni’ w nim, lecz te klasowe siły i sojusze, które są w stanie skutecznie zachować i pomnażać zdobycze cywilizacji na gruncie alternatywnej w stosunku do istniejącej struktury życia społecznego (aktualna bowiem grozi ich zaprzepaszczeniem)
 
(…) Toteż jest konieczne, aby siły socjalizmu szukały kompromisów w szerokich sojuszach narodowych i międzynarodowych w rozwiązywaniu sprzeczności Północ-Południe (…) i nie stwarzając złudzeń, że owe kompromisy są rozwiązaniem pełnym” (tamże, s, 31-32).
 
Transformacja ustrojowa zilustrowała tezę o tym, w jaki sposób interes klasy robotniczej, najgłębiej osadzonej w strukturze stosunków produkcji społeczeństwa i podlegającej wyzyskowi u źródła bogactwa społecznego, skupia w sobie, niczym w soczewce, interes pozostałych warstw i grup, których interesy krótkofalowe mogą być sprzeczne z ich interesem istotnym, długofalowym, zasadniczym. Uderzenie w klasę robotniczą w ramach transformacji było najbardziej bezpośrednie, najbardziej bolesne i najwcześniej się ujawniające. Niemniej, uderzenie w interesy pozostałych grup społecznych, które wydawały się korzystać na transformacji, ujawniały się stopniowo, w miarę, jak system utrwalał i pogłębiał swoje panowanie. Taka jest odkryta przez Marksa prawidłowość kapitalistycznego systemu społecznego, która do dziś nie straciła swej aktualności.
 
*
 
Dyrektywa prof. Ładosza, aby analizować konkretnohistorycznie sytuacje po upadku „realnego socjalizmu” jest w istocie wezwaniem, aby udawać, że w refleksji społecznej nastąpił jakiś reet. Tymczasem, faktycznie maskuje się w ten sposób faktyczne dołączanie do istniejących już formacji ideowych. I tak, w okresie PRL, PZPR ewoluowała w stronę socjaldemokracji, w ramach niekonsekwentnego odcinania się od formacji stalinowskiej i poststalinowskiej.
 
Po transformacji, formacja poststalinowska – w przeciwieństwie do pozostałych – nie miała do czego nawiązywać, stąd pozór, że nastąpiła praca myślowa, która doprowadziła wszak do z góry oczekiwanych wyników, czyli do wybierania spośród istniejących ideowych formacji na lewicy: od socjaldemokracji po alterglobalizm. Samodzielności ta formacja nie wykazała.
 
Jest to proces szerszy, nie tylko polski. Wyraża się to w dopasowywaniu się poststalinizmu to tzw. nowej radykalnej lewicy, która w międzyczasie uległa upodobnieniu do socjaldemokracji, co mocno ułatwia zachodzącą symbiozę w ramach przesuwania się sceny politycznej na prawo.
 
Nurty poststalinowskie chowają się za plecami tzw. kulturalnych formacji lewicowych, nie obarczonych odium totalitaryzmu.
 
Poszukiwanie analiz, które miałyby dopiero od zera wyjaśnić sytuację formacji komunistycznych jest pretekstem dla ex-biurokracji, aby uzasadnić swój akces do transformacji kapitalistycznej (w ramach uwłaszczenia nomenklatury, jako normalny efekt prawidłowego i logicznego rozwoju formacji socjalistycznej, która w swej warstwie ideowej (ruch robotniczy) była utopijną mobilizacją mas, zaś prawidłowością historyczną była modernizacja zacofanej Peryferii Europy) lub kapitulację – w warstwie doktrynalnej – wobec innych formacji ideowych.
 
Formacja komunistyczna pozbawiła się swojej własnej doktryny teoretycznej, odsyłając do lamusa kategorie i koncepcje specyficzne dla komunistycznego ruchu robotniczego.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
18 grudnia 2017 r.
 
 
Tekst oryginalnie ukazał się na stronie Dyktatura Proletariatu
 

 
 
 
 

Społeczność

UPA