Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 106 gości.

Wojciech Białowąs: Ruch robotniczy w Stanach Zjednoczonych

iww_logo.jpg

Jakakolwiek próba przeanalizowania historii, a także stanu obecnego, ruchu pracowniczego w USA nieubłaganie prowadzi do stwierdzenia wielu podobieństw z sytuacją w Polsce. W obu krajach bogate robotnicze tradycje ulegały na przestrzeni kolejnych dekad całkowitemu zubożeniu, degrengoladzie, tracąc swój pierwotny radykalizm, a także mozolnie wypracowaną liczebność.
 
 
Przykrym faktem jest, że w kraju, w którym swoją genezę ma międzynarodowe święto klasy robotniczej – Święto Pracy, odsetek uzwiązkowienia wynosi zaledwie 12% (Workers Vanguard nr 929, 30 stycznia 2009 r ). Warto więc przybliżyć w tym momencie przyczyny takiego stanu rzeczy. Zarówno oficjalna polityka państwa, rozgrywające się procesy historyczne, działalność biurokratycznej wierchuszki związków zawodowych, a także kondycja i ukierunkowania ideowe różnego rodzaju partii mających się za lewicowe miały i nadal mają wymierny wpływ na kształt ruchu robotniczego za oceanem.
 
 
Jak już wspomniałem, USA jest krajem o bogatej tradycji walk klasowych między kapitałem a pracą.
Warto nadmienić chociażby o szeroko zakrojonej kampanii mającej na celu usankcjonowanie 8 – godzinnego dnia roboczego, czego punktem kulminacyjnym były tragiczne wydarzenia na chicagowskim placu Haymarket w pierwszy dniach maja roku 1886.
 
 
Również kolejne święto ruchu pracowniczego – Międzynarodowy Dzień Kobiet, obchodzony 8 marca, ma swoje korzenie w Stanach Zjednoczonych. Tego dnia na ulice Nowego Jorku wyszły setki kobiet, pracownic przemysłu tekstylnego, w proteście przeciw fatalnym warunkom pracy, zatrudnianiu dzieci oraz patriarchalnemu braku równouprawnienia. Obydwa te wydarzenia wywarły ogromny wpływ na świadomość ruchów robotniczych w innych krajach.
 
 
 
 
Sytuacja taka musiała doprowadzić do reakcji. Podstawową siłą napędzającą reakcyjną machinę jest, w myśl teorii marksistowskiej, państwo ze swoim aparatem represji. Nie inaczej było w przypadku USA. Antyzwiązkowy, antypracowniczy klimat towarzyszył ruchom robotniczym w Stanach Zjednoczonych na całej przestrzeni ich historycznej a także współczesnej działalności. Warto jednak wspomnieć o kilku faktach, wydarzeniach, procesach, w których to państwo ujawnia swoją prawdziwą naturę strażnika interesów kapitału w sposób krystalicznie czysty i jednoznaczny.
 
 
Rok 1905 to nie tylko okres wybuchu rewolucji w Rosji, ale także data założenia rewolucyjnego związku zawodowego w USA – Robotnicy Przemysłowi Świata (IWW). Wsławił się on swoją antywojenną działalnością po wybuchu I WŚ. Skłoniło to militarystyczną elitę kraju, której zamiłowanie do przelewu niewinnej krwi nie minęło zresztą do tej pory, do wydania odpowiednich ustaw mających za zadania rozprawić się z antypaństwowym i niepatriotycznym elementem. Podstawową tezą ustaw była całkowita penalizacja jakichkolwiek krytycznych poglądów w stosunku do rządu amerykańskiego.
 
 
Kraj, który rzekomo tak umiłował wolność słowa i demokrację, karał za ową wolność słowa 20 – letnim więzieniem. Rozpoczęła się szaleńcza nagonka na związkowców, działalność których określono mianem „spisku przeciwko interesom gospodarczym”. Na tej podstawie aresztowano tysiące członków IWW, a następnie umieszczono w obozach koncentracyjnych rozmieszczonych na pustyni. Powszechna była również cenzura związkowych publikacji, które zostały napiętnowane jako „niepatriotyczne”. Kolejnym ciosem wymierzonym w IWW był powojenny okres maccartyzmu, który stanowił skrajny przykład zoologicznego antykomunizmu prawicowych elit. Wszystkie te oficjalne, państwowe działania w „demokratycznym” kraju doprowadziły do redukcji liczby członków związku z 50tys. w roku 1912 do zaledwie 2tys. obecnie.
 
Przełomowym wydarzeniem w historii ruchu robotniczego na ziemiach amerykańskich był okres Wielkiego Kryzysu. Sytuacja, w której całe masy proletariatu tracą pracę i pogłębiają się w niewyobrażalnej nędzy ekonomicznej i społecznej, będąc spychanymi na sam margines, stanowi obiektywne warunki do wzmożenia walki klasowej. Wzrost radykalizmu robotników w tamtych latach również musiał spotkać się z adekwatną reakcją elit. Należało uratować system kapitalistycznego wyzysku, przerzucając koszty na barki społeczeństwa, a jednocześnie stworzyć iluzję narodowej zgody i mitycznego dialogu społecznego rzucając przy okazji sfrustrowanym klasom nieco ochłapów z pańskiego stołu. Znakomicie sprawdziła się w tej roli polityka Nowego Ładu forsowana przez Demokratów na czele z prezydentem Rooseveltem.
 
 
Co ciekawsze, do koalicji robotników z kapitalistami w ramach walki z kryzysem nawoływali nie tylko Demokraci, ale również biurokracja związkowa z CIO (Kongres Organizacji Przemysłowych) oraz ówczesna partia komunistyczna zdominowana przez stalinowców (z całą pewnością było to pokłosie stalinowskiej koncepcji frontów ludów i jawnego wyrzeczenia się jakiejkolwiek rewolucyjności). Owocem owej pokryzysowej polityki było ustanowienie pewnych zmian w prawodawstwie pracy, czego bezpośrednim skutkiem była tzw. ustawa Wagnera z roku 1935.
 
 
Głównym katalizatorem do szybkiego uregulowania kwestii związkowej przez ówczesną elitę polityczną była fala strajków, która przetoczyła się przez kraj rok wcześniej. Rząd chcąc skanalizować wzrost radykalizmu wśród robotników, którzy coraz częściej zwracali swój wzrok w stronę „czerwonych” przywódców ruchu, rozpoczął podporządkowywanie związków państwu i Partii Demokratycznej. Konsekwencją takiego stanu rzeczy był wzrost ugodowości oraz biurokracji wśród wierchuszki związkowej a także trwałe podkopanie wpływów radykalnie lewicowych, rewolucyjnych.
 
 
 
 
Eugene Debbs (1855-1926)Eugene Debbs (1855-1926)Mówiąc o represyjnej postawie państwa kapitalistycznego wobec ruchu robotniczego nie sposób nie wspomnieć o jednej z ikon walki pracowniczej. Eugene Debbs swoją działalnością wywarł duży wpływ na proces budzenia proletariackiej świadomości wśród mas amerykańskiego społeczeństwa.
 
 
 
Był jednym z założycieli IWW, a także tworzył sieć związkową w niezorganizowanych dotychczas sektorach przemysłu. Jego zdolności oratorskie pozwoliły mu przekonywać do rewolucyjnego programu tłumy nowych zwolenników, co znalazło swój wyraźny oddźwięk w rosnącej liczbie głosów oddawanych na Nową Socjalistyczną Partię Ameryki. Debbs startował również w wyborach prezydenckich.
 
 
Od razu w oczy rzuca się ogromny progres poczyniony zaledwie na przestrzeni 12 lat. W 1900 roku zdobył 90 tysięcy głosów, natomiast w 1912 liczba ta wyniosła już 900 tysięcy, co stanowiło 6% ogółu. Okres następujący po wyborach był czasem przedwojennej mobilizacji społeczeństwa. Debbs jako zajadły przeciwnik amerykańskiego imperializmu i militaryzmu, a także zwolennik i propagator idei rewolucji bolszewickiej, dawał wyraz swoim poglądom w licznych przemówieniach. Szczególnie jedna z nich zapadła dość mocno w pamięci władz państwowych – wygłoszona w 1918 roku w Canton, w stanie Ohio.
 
 
Rewolucjonista trafił do sądu, a sędzia dzierżąc w ręku tak potężną broń jaką była uchwalona w 1917 roku poprawka do Ustawy o Szpiegostwie, która mówiła o tym, że „kiedy Stany Zjednoczone są w stanie wojny, celowa wypowiedź pisana lub mówiona oraz publikacja jakiejkolwiek nielojalnej, obelżywej lub napastliwej opinii o formie rządu Stanów Zjednoczonych, Konstytucji Stanów Zjednoczonych, Siłach Zbrojnych Stanów Zjednoczonych, fladze Stanów Zjednoczonych, mundurze Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych, a także każda wypowiedź mająca na celu wywołanie pogardy, lekceważenia, zniewagi lub krytyki” są  poważnym przestępstwem zagrożonym karą 20 lat w więzieniu, skazał Debbsa na dziesięcioletnie wakacje za kratami. Sytuacja taka nie przeszkodziła jednak w prowadzaniu dalszej działalności, czego udowodnieniem był kolejny start w wyborach – tym razem z więziennej celi.
 
 
Osiągnął tym razem swój największy sukces, zdobywając w 1920 roku niemalże milion głosów. Jego niezłomna wiara w powodzenie walki robotniczej, prowadzonej przez niego na różne zresztą sposoby, krystalizuje się w ponadczasowym stwierdzeniu, które swego czasu wypowiedział: „wolę już głosować za czymś, czego chcę, choć tego nie otrzymam, niż za czymś, czego nie chcę, lecz będzie mi dane.”
 
 

 
Powojenną historię ruchu robotniczego nie sposób analizować w oderwaniu od zmian jakie zaszły w stopniu rozwoju środków wytwórczych oraz sposobów produkcji, co z kolei miało ogromny wpływ na całą ideologiczną i prawną nadbudowę. Zniszczenia będące konsekwencją II WŚ doprowadziły do destrukcji środków produkcji. Sytuacja taka stworzyła znakomite warunki do powtórnej kumulacji kapitału, co uwidoczniło się kolejną rewolucją przemysłową i procesem industrializacji.
 
John Maynard KeynesJohn Maynard Keynes
W kwestiach ideologicznych do głosu doszedł keynesizm, w dużej mierze jako wentyl bezpieczeństwa przed wzrostem radykalizmu wśród klas pracujących i wyzyskiwanych.Nie można bowiem ignorować znaczącego wpływu rosnącego w siłę  imperium radzieckiego na świadomość warstw robotniczych. Wszystkie te czynniki doprowadziły do swoistego spełnienia socjaldemokratycznych marzeń o skutecznej symbiozie pewnych zasad kapitalizmu i socjalizmu, co znalazło swój praktyczny wydźwięk w koncepcji „welfare state”, czyli państwie dobrobytu.
 
 
Ukonstytuowała się nowa forma organizacji zatrudnienia, zwana systemem produkcji Forda. Charakteryzował się on maksymalnym podziałem pracy, przydzielaniem pracowników do bardzo konkretnych zadań. Zmieniał także znacząco rolę zakładu pracy w życiu robotnika.
 
 
Fabryka organizowała czas wolny, zapewniała rozrywki, stanowiła miejsce zawiązywania nowych więzi, tworzyła solidarność między pracownikami. Ważną kwestią była również stałość zatrudnienia, a co za tym instytucjonalizacja kwestii klasowych sprzeczności między kapitałem a pracą. Nastąpił wzrost liczby członków związków zawodowych, które skupiały w latach pięćdziesiątych 35% zatrudnionych (Workers Vanguard nr 929, 30 stycznia 2009 r.). Spory na linii zarząd – pracownicy rozwiązywano coraz częściej w obecności strony rządowej w tzw. komisjach trójstronnych, co zresztą było pokłosiem ustawy Wagnera. Żyjąc w tamtych czasach z pewnością można by było wychwalać zrodzony po wojnie ład. Robotnicy doznali znacznego wzrostu stopy życiowej, zaczęto wysłuchiwać, w sposób mniej lub bardziej uważny, ich propozycji i żądań, państwo zapewniało im stabilne i w miarę pewne zatrudnienie.
 
 
Jednak z perspektywy czasu ten idylliczny obraz ulega zaciemnieniu. Punktem wyjścia do wyciągnięcia odpowiednich wniosków jest uznanie keynesizmu i zrodzonego na jego podstawie państwa dobrobytu za efekt uboczny powojennego stanu gospodarki a nie za prawdziwy kierunek w rozwoju kapitalizmu wynikający z praw historii. Innymi słowy „welfare state” było jedynie chwilowym stanem mającym głównie na celu uśpienie klasy robotniczej, stworzenie fałszywego obrazu kapitalizmu z ludzką twarzą a także skuteczną bronią, zarówno ekonomiczną jak i ideologiczną, w zimnowojennym starciu dwóch imperiów. Gdy proces swobodnej akumulacji kapitału dobiegł końca, gdy stopa zysku z ponoszonych inwestycji zaczęła spadać, a gospodarki świata zachodniego popadły w tzw. stagflację rozpoczął się błyskawiczny proces demontażu państw opiekuńczych. Keynes został wysłany na śmietnik historii, natomiast do głosu zaczęły dochodzić poglądy neoklasyków z austriackiej szkoły ekonomii, które to stały się fundamentem dla zrodzenia się ideologii neoliberalizmu
 
 
. Ukonstytuowanie się poglądów Miltona Friedmana i spółki podcięło skrzydła ruchom związkowym, pracowniczym nie tylko w USA, ale wszędzie tam, gdzie neoliberalizm zdobył ideologiczną hegemonię (czyli także w Polsce). Przyszło to o tyle łatwo, ponieważ główne związki zawodowe, zrośnięte często personalnie i finansowo z Partią Demokratyczną, w wyniku okresów Nowego Ładu oraz państwa dobrobytu uległy całkowitej degeneracji, biurokratyzacji a ich przywódcy zatracili klasową świadomość na rzecz dążenia do dialogu społecznego i ugodowości w stosunku do szefów, dyrektorów, zarządów etc.
 
 
Rozpoczął się odpływ robotników, spadł poziom uzwiązkowienia, spotęgowany dodatkowo przez wzrost elastycznych form zatrudnienia, antypracowniczą retorykę w mainstreamowych mediach, liberalizację prawa pracy a także szeroki proces deindustrializacji wywołany alokacją kapitału. Globalizacja spowodowała bowiem migrację środków produkcji do skupisk taniej siły roboczej, dlatego też stanowiska produkcyjne amerykańskich firm znalazły nowe, przyjazne dla siebie środowisko, głównie w krajach Azji Południowo – Wschodniej. Zaostrzyło to zdecydowanie odwieczny spór między pracą a kapitałem, w którym to oczywiście coraz większą przewagę zdobywał kapitał. Wielkoprzemysłowi pracodawcy otwarcie dążyli do klasowej konfrontacji mając świadomość swojej siły przeciwstawionej słabości związków.
 
 
 
 
Za przykład mogą posłużyć wydarzenia z kopalni boraksu Rio Tinto znajdującej się w małym mieście Boron. W roku 1974 odbył się tam 132 – dniowy strajk górników, podczas którego na porządku dziennym były aresztowania, pobicia a nawet oddawanie strzałów w stronę robotników. Całkowicie zdradziecka postawa związkowej góry doprowadziła do złamania masowego protestu, czego konsekwencją była utrata 400 miejsc pracy. Klęska była typowym przykładem ugodowości a także brakiem pracowniczej solidarności na poziomie międzyzakładowym. Szefostwo Rio Tinto zatrudniło całą armię łamistrajków, którzy w żaden sposób nie zostali powstrzymani przed wchodzeniem i wychodzeniem z kopalni.
 
 
Co więcej – cały wydobyty boraks trafiał następnie bezproblemowo na rynek dzięki transportom z doków, w których pracowali dokerzy należący do tego samego związku, do którego należeli strajkujący górnicy. Innymi słowy, związkowa biurokracja posiadała dwa znakomite narzędzia, aby powstrzymać dystrybucję produktu i tym samym uczynić walkę robotników skuteczną, jednak z żadnego z nich nie skorzystała. Porażka niestety niczego nie nauczyła wysokiej rangi działaczy pracowniczych, bowiem w roku bieżącym w Rio Tinto wybuchł kolejny strajk. Spółka wymyśliła nowy układ zbiorowy, obcinanie płac w dowolnym momencie, przekształcanie pełnoetatowych miejsc pracy na niepełny etat a także reorganizowanie godzin pracy poprzez chociażby przymus brania nadgodzin.
 
 
Reakcja zarządu na strajk była identyczna jak niecałe 40 lat temu. Zatrudniono łamistrajków a także wynajęto prywatnych ochroniarzy. Wydobyty przez nich boraks wypływa z portu w statkach załadowanych przez dokerów. Oczywiście nie muszę wspominać, że należących do tego samego związku, co górnicy.
 
Niszczycielską działalnością wykazało się także szefostwo związkowe jednego z filarów amerykańskiego kapitalizmu – przemysłu motoryzacyjnego. W 1979 roku biurokraci United Auto Workers (Zjednoczeni Robotnicy Samochodowi) podpisali porozumienie z władzami Chryslera. Ugody, na jakie się zgodzili, doprowadziły do tego, że firma pozostała nieuzwiązkowiona, co pozwoliło jej zwiększyć rentowność kosztem pracowników. Dziesiątki tysięcy straciło pracę, a ci, którzy pozostali, zostali popędzani do ciągłego zwiększania wydajności. Szef UAW otrzymał w nagrodę miejsce w radzie nadzorczej Chryslera. Warto nadmienić, że Wielka Trójka przemysłu motoryzacyjnego w USA (GM, Chrysler, Ford) w ciągu ostatnich 25 lat zlikwidowała 700 tys. miejsc pracy, przy okazji znacząco uszczuplając liczebność United Auto Workers.

W ślady swoich poprzedników poszedł obecny szef UAW – Ron Gettelfinger. Poparł on niedawno pakiet pomocowy rządu amerykańskiego w wysokości 25 miliardów dolarów, którego realizacja wiązała się jednak z restrukturyzacją firm. W 2007 roku chwalił ponadto nowy układ zbiorowy, który obniżał płace dla nowo zatrudnionych aż o 50% a ponadto zabierał im tradycyjną opiekę zdrowotną na przyszłej emeryturze.
 
Dzięki tym reformom kapitaliści zaoszczędzili 10 mld dolarów na samych pensjach a także 30 mld dolarów na świadczeniach medycznych dla emerytów. Jakby tego było mało, Gettelfinger z wielką satysfakcją stwierdził, że już niedługo wyeliminowana zostanie przepaść w kosztach pracy między Wielką Trójką a nieuzwiązkowanymi zakładami motoryzacyjnymi poprzez wyeliminowanie układów zbiorowych. Takich właśnie liderów doczekała się klasa robotnicza w Ameryce.
 
Ważną tendencją panującą w ruchu związkowym jest również rosnący szowinizm. Zjawisko takie zaprzecza jakiejkolwiek internacjonalistycznej łączności uciskanych robotników w różnych częściach świata. Brak solidaryzmu międzynarodowego z pewnością nie polepsza sytuacji pracowników, raczej osłabia ich pozycję w starciu z kapitałem (bądź co bądź w dzisiejszych czasach całkowicie globalnym). Tworzy się natomiast złudne poczucie więzi między amerykańskim pracownikiem a amerykańskim przedsiębiorcą w walce o amerykańskie miejsca pracy w amerykańskich fabrykach. Jest to pierwszy krok do pójścia na ustępstwa względem warunków narzucanych przez właścicieli środków produkcji.
 
Powrócę w tym momencie do kopalni Rio Tinto, bowiem posłuży mi ona jako klasyczny przykład amerykańskiego szowinizmu wierchuszki związkowej. Biurokraci z Międzynarodowego Związku Dokerów i Magazynierów (odpowiedzialnego za strajk) jako głównego argumentu w swojej protestacyjnej retoryce użyli odwołania się do kategorii narodowościowych. Zauważyli, że Rio Tinto jest międzynarodowym konglomeratem powstałym na kapitale brytyjskim i australijskim, dlatego też w swoich ulotkach narzekali na to, że „cudzoziemska spółka atakuje amerykańskich robotników”.
Ulotka Federacji Pracy hrabstwa Los Angeles również wpisała się w ten szowinistyczny ton. Utrzymana w kolorach flagni narodowej głosiła, że „brytyjska spółka chce wziąć naszych robotników głodem”. Wystosowała również przesłanie: „nie zdołacie wziąć głodem pięknej Ameryki”.
 
 
Zupełnie tak, jak gdyby brytyjski kapitalista był gorszy od tego lokalnego, amerykańskiego. Pikanterii całej sprawie dodają liczne głosy wsparcia dla strajku górników płynące z całego świata, od Turcji, po Australię.
 
Jak zatem widać, pomimo tak różnorodnych warunków gospodarczych panujących w USA i Polsce, obecna kondycja ruchu robotniczego, a także jego bogata historia, są kwestiami z pewnością łączącymi  polską i amerykańską klasę pracującą. Zarówno robotnik z Nowego Orleanu jak i Wrocławia ma podobne problemy w walce o swoje prawa.
 
 
Ugodowość związkowych przywódców, rozrost wszechobecnej biurokracji, szowinizm (a w polskich realiach narodowo – katolicka tradycja Solidarności) a także zmasowane ataki kapitału i państwowego aparatu represji stanowią niezbity dowód, że tylko proletariacka, rewolucyjna partia ludzi pracy oraz uświadomionych przedstawicieli innych klas społecznych może stanowić skuteczną alternatywę dla obecnego marazmu.
 
 
Zarówno polskiego, amerykańskiego jak iogólnoświatowego.
 


 
 

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

rot front