Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 9 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Tryptyk o swobodach obywatelskich vs. autonomia akademii

karl_marx_bicentenary.jpg

 Tekst pisaliśmy etapami, na gorąco, począwszy od dnia ogłoszenia informacji o ingerencji policji podczas konferencji w Pobierowie. Mogło się wydawać, że nasza teza z pierwszego odcinka o samowolnej nadgorliwości władz lokalnych była ryzykowna w sytuacji, kiedy całe niemal środowisko lewicowe gorączkowo upajało się martyrologią niesłusznie podejrzewanych o posiadanie przekonań marksistowskich naukowców (oczywiście, chodzi o tzw. dogmatyczny marksizm, ale któż by oczekiwał od policji i lokalnych kacyków rozróżniania takich subtelności!)

Nie minęły dwa dni, kiedy sam szef resortu nadzorującego policję, Joachim Brudziński, osobiście pofatygował się z przeprosinami wobec rektora Uniwersytetu w Szczecinie oraz samego organizatora konferencji, prof. Jerzego Kochana, uwiarygadniając ww. ryzykowną tezę.

Takie zachowanie władzy raczej nie należy do częstych, co świadczy o czymś. Przede wszystkim o wadze, jaką każda władza przywiązuje do niezwykle efektywnego narzędzia panowania ideologicznego, jakim jest, m.in. nauka zbrojna w autorytet instytucjonalny.

Społeczeństwo obywatelskie jest takiego autorytetu pozbawione. Dlatego też demokracja jako gwarant praw przysługujących obywatelom jest sprowadzana w naszej rzeczywistości do rangi deklaracji wartej tyle, co papier, na którym została ona wydrukowana. Prawdziwa władza przynależna suwerenowi, niezależnie od jej poszufladkowania na dowolną liczbę części o umownych relacjach wzajemnych, leży zupełnie gdzie indziej.

Czekamy na informacje o tym, że rodzimi Indignados odetną się od przeprosin szefa policji. Ale na taką informację nie liczymy – żeby było jasne.
 

I

Konferencją naukową w Pobierowie, poświęconą dorobkowi Karola Marksa, zainteresowały się władze kraju nad Wisłą. Niestety, zainteresowanie nie miało charakteru czysto poznawczego, co byłoby zrozumiałe w sytuacji władz zwalczających elity, które od czasów transformacji systemowej tuczą się na krzywdzie ludu. Władza nie przyjechała z długopisem w ręku, aby uczyć się zasad walki klasowej, ale nasłała funkcjonariuszy policji po to, aby spisywać dane uczestników – bynajmniej nie po to, by skorzystać później z kontaktu w celach korepetycji.
 
Sprawdzano raczej, czy przypadkiem uczestnicy konferencji nie głoszą haseł antynarodowych w myśl ustawy o IPN-ie. Jednym słowem, jakby to nie brzmiało paradoksalnie, represja była wymierzona w… ewentualną konkurencję na polu walki o dusze i umysły tego samego elektoratu. Nie od dziś wiadomo, że lewica, te wilki w owczej skórze, darmo rozdają opium (marihuanę) i podburzają zagubiony, ubogi duchem i bogobojny lud, co prostą drogą prowadzi do bezbożnego totalitaryzmu.
 
Taka przynajmniej jest aura wokół Karola Marksa i jakby oświecona lewica nie usiłowała przekonywać, że przecież nikt dotychczas nie przewyższył Marksa w apoteozie postępowej i rewolucjonizującej siły wytwórcze burżuazji czy że emancypacja klasy robotniczej oznacza ni mniej, ni więcej, tylko dążenie do swobodnego dostępu wszystkich obywateli (włącznie z Leszkiem Balcerowiczem – pracownikiem najemnym, a więc robotnikiem) do amerykańskiego stylu życia, władza wie swoje. Jej zdrowy, chłopski rozum podpowiada, że są to bujdy na resorach, ponieważ jeszcze tak w świecie nie było, żeby bogaty oddał coś biednemu dobrowolnie (lub bez nadziei na dobry PR). A więc używanie wielkiego kwantyfikatora w kwestii dostępu wszystkich do dobrobytu bez zmiany ustrojowej jest albo oszustwem, albo… niejawnym nawoływaniem do rewolucji.
 
Jakby nie było, zasadniczą troską radykalizującej lewicy jest to, aby nawet w informacji o tego typu wydarzeniu użyć jedynie słusznej formy genderowo-klasowej w odniesieniu do populacji dotkniętej ww. represją, a  mianowicie: naukowców i „naukowczyń”. Te ostatnie są sztandarowym przykładem klasowo-genderowej dyskryminacji, szczególnie w przypadku kolorowych naukowczyń lesbijek.
 
Z innej beczki – warto odnotować paradoksalny i komiczny fakt, że organizator wzmiankowanej konferencji naukowej, której patronuje Stowarzyszenie Marksistów Polskich, a który tak się obawiał ewentualnych represji w stosunku do uczestników listopadowej, rocznicowej konferencji poświęconej Rewolucji Październikowej, że proponował zastąpienie jej swoim wieczorem autorskim, stał się mimowolną przyczyną narażenia na stres koleżanek-naukowczyń. Ile razy można Wam, koledzy, powtarzać, że Warszawa jest jednak czym innym niż zachodniopomorskie zadupie, gdzie najprawdopodobniej jakiś lokalny przedstawiciel władzy gminnej, w swej politycznej nadgorliwości związanej z nadchodzącymi wyborami, chciał się odpowiednio „zasłużyć”. I stąd ta nadgorliwa czujność.
 
Morał z tej historyjki jest taki, że prawica jednak lepiej instynktownie rozumie Marksa niż lewica, która usiłuje na wszelkie sposoby, a już najlepiej na modłę naukową, rozmyć koncepcje Marksowskie w ogólnym postnowoczesnym bełkocie, który rzekomo ma jej gwarantować bezpieczeństwo w ramach ogólnoświatowego systemu odrzucającego zasady demokracji, tak jak ją rozumiała rewolucyjna i świadoma swej niezwyciężonej siły, wstępująca burżuazja.
 
Naukowcy i „naukowczynie” z SMP powinni zrozumieć, że niezależnie od tego, jak bardzo będą oni wciskać Marksa w kaftan bezpieczeństwa przykrojony na miarę współczesnej mody kształtowanej przez tęże naukę, niezależnie od tego, na jakie ustępstwa przekraczające granice zdrady ideałów społecznych marksizmu będą się decydowali, przyznając się do miana marksistów przyjmują na siebie piętno niezmywalnego grzechu pierworodnego, który tak dobitnie wytknął im A. Schaff.
 
Trochę myśleć, państwo naukowcy i „naukowczynie”!
 
II

Jak by nie patrzył, naukowej konferencji na dwóchsetlecie urodzin dr Karola Marksa w Pobierowie patronowało  Stowarzyszenie Marksistów Polskich. Przynajmniej tak stoi na oficjalnej stronie SMP.
 
Sądząc z programu konferencji, Stowarzyszenie nie odegrało jednak w organizacji czy przebiegu samego wydarzenia większej roli – w programie, poza Przewodniczącym SMP, nie znalazło się nazwisko żadnego z jakże aktywnych na poprzedniej konferencji członków Stowarzyszenia.
 
Obecnie, kiedy urażona niewinność w postaci organizatorów i uczestników wydarzenia (w dosłownym i przenośnym sensie) w Pobierowie została nieco ukojona przeprosinami ministra Brudzińskiego, nasuwa się kilka refleksji poczynionych już na spokojnie.
 
Poruszeni i oburzeni wydarzeniem świadkowie naoczni i nienaoczni podkreślają bezprecedensowy charakter pogwałcenia autonomii, jaką cieszą się uniwersytety od niepamiętnych czasów, w tym też w czasach, kiedy wkoło licznie płonęły stosy, a na nich czarownice i inni heretycy.
 
Wolność prowadzenia badań naukowych ma charakter wykluczający jakiekolwiek odstępstwa od zasady owej autonomii. W imię takiej zasady, nikomu jednak nie przychodzi na myśl, aby propagować prowadzenie badań nad filozoficznymi podstawami koncepcji społeczno-politycznej Adolfa Hitlera, tym bardziej w okrągłą rocznicę jego urodzin. Porównanie nie jest tak pozbawione sensu, jakby się mogło wydawać. Dla prawicy akademickiej myśl naukowa Karola Marksa nie istnieje. W tym sensie zrównanie Marksa z Hitlerem jest dla owej prawicy czymś absolutnie uzasadnionym i oczywistym. Marksizm, podobnie jak faszyzm, który był odpowiedzią na zagrożenie komunistyczne (analogicznym do współczesnego populizmu, który jest odpowiedzią na powtórzoną, tym razem farsową, historyjkę bezzębnej wersji walki klasowej w wydaniu genderowym), stanowi w tej optyce pewne zjawisko społeczno-polityczne nadające się do analizowania, ale bynajmniej  nie jako narzędzie badań czy teoria tłumacząca coś, czego „prawdziwa” nauka nie potrafiłaby wyjaśnić.
 
Dla współczesnych obrońców naukowości teorii Marksowskiej kryterium pozostaje nauka, tak jak ją definiuje współczesna praktyka akademicka. Marks jest uważany przez swych uczniów i admiratorów za sztandarowego orędownika ścisłości naukowej i trzymania się obiektywnych faktów. Jeżeli już jakiś uczony popuszcza wodzy wyobraźni naukowej, to odbywa się to na zasadzie interpretacji koncepcji Marksowskiej w świetle niekonwencjonalnych, a więc inspirujących (w przeciwieństwie do samego Marksa, którego jego uczniowie wpasowali w sztywny gorset kilku politycznie poprawnych sentencji nie wnoszących nic szczególnie nowatorskiego) do przeciwstawiania wniosków z takiego „ubogacenia” wnioskom wyciąganym przez samego delikwenta, czyli Marksa.
 
Jednym słowem, Marks nie stworzył własnych kryteriów naukowości w sensie, np. filozofii pozytywistycznej, ale uważa się, że spełnia kryteria tak pojmowanej naukowości. W ogóle, wydaje się, że Marks dla swoich zwolenników spełnia wszelkie możliwe zestawy kryteriów naukowości, jakie tylko wymyśli współczesna nauka. W przeciwieństwie do, np. teorii względności, nie stanowi ta teoria podobnego typu przełomu w myśleniu. Raczej już myśl Marksa da się interpretować w świetle różnorodnych systemów naukowych, odwołując się do jej zgodności z rzeczywistością, nawet jeśli współczesna nauka po Einsteinie kwestionuje możliwość ustalenia jednorodnego obrazu rzeczywistości. W tym znaczeniu myśl Marksa (który, pamiętajmy, bynajmniej marksistą nie był) pasuje do wszystkiego, czyli jest… do niczego.
 
Ale mniejsza o te filozoficzne rozważania. Przejdźmy do konkretów, jakie wynikają z obrony prawa marksistów do badania teorii Marksa dzięki odwołaniu do wolności prowadzenia badań naukowych w ogóle.
 
Jak już zauważyliśmy, badanie jakiejś koncepcji nie musi się wiązać z jej akceptacją. Czasami pobudką dla podjęcia takiego badania jest społeczne oddziaływanie danej koncepcji. Najczęściej jednak, jeśli się podejmuje kompleksowe badania nad jakimś myślicielem i zbiera wokół siebie badaczy zainteresowanych tą samą postacią, to bierze się to już raczej z sympatii dla wizji rzeczywistości propagowanej przez danego autora. Przykładem pierwszej postawy jest badanie koncepcji marksizmu przez jego przeciwników politycznych, np. L. von Misesa czy F. Hayeka. Badania prowadzone w ramach tego systemu są nawet dość ciekawe, bardziej ze względu na koncepcje autorskie, które się z tych rozważań wyłaniają niż ze względu na pogłębione zrozumienie podejmowanego tematu.
 
Również i współczesna lewica zajmująca się myślą Marksa idzie tym tropem, szukając powierzchownych i efektownych inspiracji koncepcją Trewirczyka, nie przejmując się zbytnio kłopotliwym dziedzictwem obejmującym polityczne wnioski Marksa.
 
 Pomińmy również i ten wątek. Albowiem zmierzamy w kierunku wskazania, że warunek wolności badań naukowych dotyczących czy to Hitlera, czy to Marksa, zawisł w istocie na powstrzymywaniu się od wyciągania politycznych wniosków, szczególnie wniosków pozytywnych. Przeczy to bowiem powadze i obiektywizmowi, które jako jedyne przystoją uczonemu.
 
Władza powinna ufać, że uczony godny tego miana ma pełną świadomość tego, iż jego badania nie służą praktyce, tym bardziej praktyce politycznej. Tak stoi w każdym wniosku grantowym przynależnym do dziedziny badań podstawowych. Znaczy się, wnioski może sobie wyciągać sam zainteresowany (tj. władza lub polityczni wywrotowcy – zależy od chęci), niemniej kandydat na badacza oświadcza, iż owe praktyczne wnioski nie są jego intencją.
 
I  na tym udawaniu obiektywizmu jednej strony i udawaniu, że w to wierzą – drugiej, opiera się dopuszczalność autonomii uczelni. Czyli na świadomym gentlemen’s agreement obu stron tego układu.
 
Powołanie Stowarzyszenia Marksistów Polskich na początku transformacji służyło zebraniu ludzi zainteresowanych badaniem marksizmu, któremu wówczas odmówiono wszelkiej wartości naukowej, czyli wykluczono sensowność prowadzenia badań nad samym zjawiskiem. Co więcej, skazaniu marksizmu na banicję sprzyjało wykluczenie z życia akademickiego części naukowców zajmujących się tą koncepcją.
 
III

Nie sposób nie zgodzić się z prof. Jerzym Kochanem, który w swoim oświadczeniu po wtargnięciu policji na teren ośrodka w Pobierowie, gdzie odbywała się konferencja poświęcona spuściźnie Karola Marksa, stwierdził, iż ocenia tę ingerencję jako zagrożenie dla wolności uprawiania pracy naukowej.

Nieco obiekcji mamy tylko do tego, co prof. Kochan rozumie pod stwierdzeniem, że zagrożone zostały elementarne swobody obywatelskie. Obywatele nie sprowadzają się do kadry naukowej. Elementarne swobody obywatelskie, na które powołuje się Jerzy Kochan, bywają zwyczajowo obwarowane różnymi warunkami, które są popierane przez demokratyczne środowiska, jak np. wystrzeganie się mowy nienawiści, rasizmu, dyskryminacji czy manifestowania pod symbolami totalitarnymi.

Problem z „elementarnymi swobodami obywatelskimi” właśnie polega na tym, że nie ma powszechnej zgody co do tego, jak powinno wyglądać odpowiedzialne z nich korzystanie. No cóż, demokracja ma historię dość zawiłą i niekoniecznie demokratyczną, zaś w wydaniu nowożytnym jest młodsza od autonomii uniwersytetów. Same uniwersytety wywodzą swoją swobodę działania nie tyle od zasad demokracji, co od zasad… elitaryzmu. Jako przybytki wywodzące się z przywilejów nadawanych wykształconej elicie umiejącej czytać i pisać (w odróżnieniu od reszty społeczeństwa), od początku cieszyły się uprawnieniami nie mającymi wiele wspólnego z równolegle istniejącym, brutalnym i mało swobodnym systemem społecznym.

Dlatego też logika wolności demokratycznych niekoniecznie pokrywa się z logiką swobód przynależnych akademiom.

Znajduje to wyraz w intuicyjnym wręcz, bo nieuświadomionym, głębokim przekonaniu o oczywistości prawa akademików do totalnej autonomii w kwestii tematyki i sposobu prowadzenia badań naukowych. W odróżnieniu od tego, co powiedzieliśmy wyżej o warunkowym charakterze praw demokratycznych.

Stąd nasza wątpliwość co do absolutyzującej tezy o naruszeniu elementarnych swobód demokratycznych. Dla władzy (a także dla wielu szczerych demokratów i przede wszystkim demokratów) badanie spuścizny K. Marksa już na starcie ociera się o nieodpowiedzialność. Szczególnie jeśli nie jest badanie przypominające wiwisekcję zakończoną utylizacją truchła przedmiotu badania, jak to miało nie tak dawno miejsce w przypadku różnych imprez, choćby na okoliczność uczczenia 100. rocznicy wybuchu Rewolucji Październikowej.

Władza sprawdziła, czy nie miał miejsca taki właśnie, „nieodpowiedzialny” sposób wykorzystania prawa do swobody demokratycznej. Samo badanie spuścizny Marksa (w odpowiedniej konwencji, najlepiej truchła) nie stanowi naruszenia demokratycznych zasad państwa prawa. Niemniej, w odróżnieniu od poprzednich konferencji w Pobierowie, tegoroczna odbywała się w dwusetną rocznicę urodzin Marksa, a wiadomo, że badacze spuścizny Adolfa Hitlera nie dokładają starań, aby swoimi konferencjami uczcić rocznicę jego urodzin. Taki gest wskazuje na brak obiektywizmu w badaniach naukowych, a przynajmniej na lekki „bias” w stronę „ojca duchowego” XX-wiecznego totalitaryzmu.

Ingerencja policji naruszała swobody przysługujące tradycyjnie akademii, ale niekoniecznie naruszała współczesne, zachodnie rozumienie demokracji: nie ma demokracji dla wrogów demokracji.

Oczywiście, sami jak najbardziej uważamy, że wtargnięcie policji na dowolną imprezę poświęconą myśli Karola Marksa jest skandalem. Jednak podejrzewamy, że niekoniecznie zgodziliby się z nami sami bohaterowie wydarzenia w Pobierowie.

Wracając pamięcią do ubiegłorocznej konferencji poświęconej rocznicy Rewolucji, stoi nam przed oczyma postawa szeroko rozumianej akademickiej części członków Stowarzyszenia Marksistów Polskich, którzy przez wiele miesięcy dawali do zrozumienia, że jako szczerzy demokraci uznają korzystanie z wolności demokratycznych w tej konkretnej sytuacji za rzecz nieodpowiedzialną. Co potwierdza naszą tezę o istnieniu niepisanych konwencji dotyczących uwewnętrzniania „racjonalnych” ograniczeń swobód demokratycznych.

Biorąc pod uwagę fakt, że organizatorzy z Pobierowa wybrali drogę powoływania się przede wszystkim na autonomię uczelni i tradycyjny przywilej swobody uprawiania nauki, a dopiero na drugim miejscu i nienachalnie dołączyli kwestię wolności obywatelskich, może to świadczyć o tym, iż intuicyjnie powołali się na argument mający bezwzględną przewagę pod względem mocy przekonywania.

Natomiast zachowanie przed i podczas SMP-owskiej konferencji o Rewolucji świadczy o tym, że akademicy nie mieli przekonania co do siły ewentualnej argumentacji opartej na powoływaniu się na wolności obywatelskie. Ba, nie mieli tego wewnętrznego przekonania o oczywistości zasady autonomiczności działań w ramach SMP.

W tym konkretnym przypadku potrafili oni odróżnić imprezę SMP (charakter aprobujący dla Rewolucji, wyrażający się w bezpośredniej deklaracji intencji organizatorów) od innych imprez poświęconych Wielkiemu Październikowi, w których także brali udział (o charakterze utylizacyjnym wobec ww. truchła), a które – dzięki takiej intencji – spełniały kryteria „odpowiedzialnej demokracji”.

Wnioski, które wynikają z tej lekcji są pouczające:

- pojęcie autonomii uczelni nie jest tylko podgrupą ogólnego zbioru pod nazwą „demokracja”, jak to sobie mogą wyobrażać nieuczeni w Piśmie. Powoływanie się na zasady autonomii akademii, niestety, nie poszerza w żaden sposób zakresu demokracji dostępnej 99% społeczeństwa – może się ono co najwyżej pocieszać, że korzysta z najszerszej demokracji w osobach swych akademickich przedstawicieli;

- samo Stowarzyszenie znajduje się w pozycji nieco „gorszego” brata formalnej organizacji akademickiej – i to mimo deklaracji misji SMP polegającej na prowadzeniu badań naukowych. Immunitet wynika ze ściśle zarachowanych certyfikatów, które potwierdzają wzajemny układ między państwem i jego organami a formalnie uznaną przez to państwo instytucją posiadającą licencję na powadzenie działalności naukowej. Jak by nie patrzył, aby państwo przestrzegało umowy, musi najpierw samo uznać licencję instytucji. SMP nie jest wpisane do rejestru instytucji naukowych, więc nie obejmuje go przywilej swobody akademickiej;

- stwarzanie pozorów akademickości Stowarzyszenia nie wprowadza w błąd ani władz, ani akademickiego kierownictwa Stowarzyszenia. Stowarzyszenie jest narażone na szykany wynikające z tej samej przyczyny, dla której po 7 latach spokojnego wymieniania się poglądami nt. Marksa, nagle rocznicowe zgromadzenie uczonych spotkało się z zainteresowaniem władz. Otóż zachwiane zostało poczucie „obiektywizmu”, które przystoi środowisku akademickiemu. W ten sposób, konferencja w Pobierowie postawiła się poza bezpiecznymi granicami swobody i autonomii związanej z prowadzeniem badań naukowych. Pokazała przechył, stając się imprezą nie jednoznacznie naukową, ale dwuznacznie polityczną. To zjawisko obrazuje różnicę między autonomią uczelnianą a wolnością demokratyczną we współczesnym państwie;

- powoływanie się na zasady demokracji nie służy badaczom pragnącym oddać się studiowaniu marksizmu. Pierwszą formą odebrania temu środowisku specyficznej i skutecznej ochrony było pozbawienie przedmiotu jego badań certyfikatu naukowości. Co zostało dokonane w ramach samorządności samego środowiska naukowego;

W tej sytuacji, zasadniczą sprawą dla badaczy spuścizny Marksa jest pozostanie w ramach społeczności uczonych, albowiem samo zdawanie się na wolności demokratyczne nie zapewnia poczucia bezpieczeństwa. Tym bardziej, że walka o poszerzanie swobód demokratycznych, prowadzona przez podmioty otwarcie rywalizujące ze sobą na niwie politycznej i nie mające interesu w utrzymaniu solidarności środowiska, wymaga o wiele większego stopnia umiejętności ekwilibrystycznych.

Jeżeli akademicy posiadają ambicje polityczne, narażają w jakiś sposób swój status w ramach akademii. Opłaca się im to jednak, ponieważ, z jednej strony, nierzadko posiłkują się nadużywaniem swojego immunitetu i autorytetu w walce politycznej. Nauka bowiem w naszych czasach, w ramach przesunięcia się środka ciężkości życia politycznego w stronę mniej lub bardziej szerokich mas społecznych (demokratyzacji), stała się cenionym narzędziem propagandy ze względu na swój tradycyjny, nie podlegający kwestionowaniu z braku kompetencji ewentualnych cenzorów, autorytet.

Akademicy o ambicjach politycznych wprowadzają jednak w sferze polityki ograniczenia związane z potrzebą utrzymania nienaturalnego w ramach polityki poziomu bezpieczeństwa. Ze względu na proces demokratyzacji, który do pewnego stopnia nie ominął i akademii, środowisko uczonych uległo znaczącemu poszerzeniu i polityzacji. Zasadnicze znaczenie ma więc kwestia uznania swego statusu akademika przez środowisko kolegów-uczonych. A ponieważ ewolucji (poszerzeniu) uległ także zakres i sposób ujmowania przedmiotu badań, kwestie te uległy też procesowi polityzacji. Obiektywizm naukowy ma w związku z tym nierzadko charakter konsensu wewnątrzśrodowiskowego.

Zasadniczą jednak rolą negatywną, z jaką można się zetknąć w przypadku naukowców z ambicjami politycznymi, jest wspomniana wyżej ta, że w walce politycznej stosują argument autorytetu wypracowanego na innym niż polityczny, gruncie. W pewnym sensie kłóci się to z procesem demokratyzacji, ponieważ przenosi zasadę elitaryzmu na płaszczyznę w nowożytności wywalczoną przez szerokie masy jako ich płaszczyzna bycia obywatelem, co przysługuje niezależnie od wykształcenia.

W życiu politycznym zanika potrzeba ostrego wyrażania przeciwieństw poglądów i uznawania tego za rzecz normalną, prowadzącą do polemik, a nie do dyskryminacji.

Materia życia jest bogatsza od wyobrażeń na jej temat, więc rozwiązanie problemu będzie polegało na wypracowaniu jakiegoś zwyczaju, który ulegnie utrwaleniu. Sądząc z tendencji, nie będzie to jednak proces prowadzący w kierunku poszerzania demokracji.

Teoretycznie, autorytet nauki „obiektywnie” spełnia funkcję porządkującą w kakofonii współczesnego życia politycznego. Z naszego punktu widzenia jednak nie ma przeszkód, aby taką funkcję pełniła swobodna ekspresja interesów politycznych. Panuje ślepe przekonanie, że wyborów dokonuje się na zasadzie racjonalnego rozumowania, chociaż takie przekonanie jest za każdym razem demaskowane jako kompletnie mijające się z rzeczywistością. Jest to szczególnie podejrzana koncepcja jeśli wziąć pod uwagę, że wysokie kompetencje umysłowe, niezbędne do poodejmowania racjonalnych wyborów, są monopolizowane przez elitę naukową. Opieranie racjonalności wyborów na podstawie wiary w tezy głoszone przez autorytet przypomina bardziej opieranie się na dogmatach kościelnych niż zasady demokracji.

W sporze nauki z demokracją obowiązuje więc zasada: tym gorzej dla demokracji!

 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
14-15 maja 2018 r.
 

                                                         

Społeczność

Niech żyje rewolucjca socjalisyczna