Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 25 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Dlaczego i dla kogo marksizm utracił atrakcyjność?

Marxism11.jpg

Od samego swego początku teoria marksizmu nie była tylko i przede wszystkim programem walki o bieżące interesy świata pracy. Takich programów w dziejach ruchu robotniczego powstało wiele i nadal przejawiają się one w strategii i taktyce aktywności związkowej i organizacyjnej ludzi pracy najemnej.
 
Marksizm natomiast od początku był polemiką z panującym światopoglądem, ze współczesną filozofią dziejów i teorią stosunków społecznych. Marks jedną nogą wciąż pozostawał na intelektualnym gruncie świata naukowego. Sprawa o tyle interesująca, że budując swoją intelektualną koncepcję wokół pojęcia dialektyki, w sporze (a jednoczesnym związku)  z Heglem, wyznaczał pewną tendencję metodologiczną w nauce, która przeciwstawiała się wyłaniającej się, pozytywistycznej tendencji, a która miała zdominować naukę w nadchodzącym wieku.
 
Pozytywizm w nauce wywoływał, oczywiście, odruch sprzeciwu, który wyrażał się w rozkwicie koncepcji irracjonalistycznych, mistycznych, religijnych, estetyzujących, idealistycznych. W przeciwieństwie do marksizmu (czy do heglizmu), tendencje te były jednowymiarowe, albowiem nie postrzegały jedności pozornych przeciwieństw. W tym sensie marksizm był obiecującą teorią naukową, tym bardziej pociągającą, że dawał wyjaśnienie i zrozumienie ograniczonego charakteru pozornych sprzeczności mieszczańskiej umysłowości. Działo się tak ze względu na metodę dialektyczną, która w rękach (a właściwie – głowach) różnych myślicieli przystających do marksizmu zyskiwała sobie znaczenie coraz bardziej niezależne od drugiego filaru koncepcji Marksa, czyli od roli ruchu robotniczego. Warto dodać, że – ze szkodą dla głębi teorii.
 
Jednym słowem, marksizm był w czasach odhumanizowanego pozytywizmu i sentymentalnego psychologizmu atrakcyjną propozycją dla myślących intelektualistów.
 
Akces do piewców ruchu robotniczego – z racji jego sukcesów politycznych – wydawał się nieuciążliwą transakcją wiązaną.
 
Ponieważ heglizm nie był dobrą przepustką do XX-wiecznego świata nauki, marksizm samodzielnie torował sobie drogę do akademii oraz kreował własny nimb dostojeństwa. Posiłkował się w tym dziele autorytetem sukcesu pierwszego kraju budującego socjalizm i siłą ruchu robotniczego w krajach kapitalizmu. Była to jednak wciąż bardzo naskórkowa zdobycz, łatwo utracalna wraz z nieuchronnym podkopaniem świeżego autorytetu przez, np. kompromitację stalinowskiego, autorytarnego systemu państwowego. Nad marksizmem akademickim wisiał wciąż, jak miecz Damoklesa, wydany w swoim czasie wyrok na heglizm.
 
Upraszczające interpretacje rozwoju dziejowego, uwiarygadniane przez stalinowską wykładnię materializmu historycznego, które początkowo, dzięki swojej prymitywnej prostocie, zyskiwały sobie powszechne, bezrefleksyjne uznanie, stały się z kolei źródłem zawstydzenia, tym bardziej, że zbiegały się z trudnościami budownictwa socjalizmu w jednym kraju. Marksizm akademicki został sprowadzony do statusu przyczynku do koncepcji socjologicznej w ulepszonej, autorskiej interpretacji Maxa Webera. W dziedzinie emancypacyjnej, marksizm akademicki zlał się w jedno z liberalizmem, dając nową definicję lewicowości, abstrahującą od klasycznej kwestii struktury produkcyjnej społeczeństwa.
 
Równolegle do procesów zachodzących na zachodniej lewicy, marksizm „rewizjonistów” w krajach realnego socjalizmu uległ podobnej ewolucji upodobniającej go do nauki zachodniej. Zamiast podjęcia oryginalnego trudu myśli marksistowskiej, związanego z ruchem robotniczym (co stanowi o wybitnej oryginalności tej teorii), nacisk „rewizji” został położony na kwestie narodowe. Charakterystyczne dla „rewizjonizmu” jest bowiem odwoływanie się do koncepcji ucisku narodowego. Zarówno wcześnie, jak i późno „nawróconym” na demokrację poststalinowcom odwoływanie się do znajomej lewicy zachodniej kwestii ucisku ze strony narodu silniejszego wobec narodów mniejszych wydaje się stanowić niezbędne, historyczne alibi dla swego karierowiczostwa z minionego okresu.
 
Akces do marksizmu jawi się bowiem jako akces do postępowej i obnażającej korzenie wyzysku koncepcji Centrum i Peryferii. Tak jak niegdyś, pierwsi „rewizjoniści” uskarżali się na „ukąszenie heglowskie” i ogólnie zbyt dobre serce, które zostało zwiedzione współczuciem do próżniaczej klasy panującej „realnego socjalizmu”, tak ich późne dzieci, w swej dziecięcej naiwności sądziły, że naród Wielkiego Brata, bezczelnie wyzyskujący Naród Polski, czyni to tylko chwilowo, powołując się na to, że buduje lepszą przyszłość, w której zwróci z nawiązką swój dług.
 
Można powiedzieć, że tę ewolucję ideologiczną (i alibi) „poststalinowcy” zawdzięczają poniekąd posttrockistom, którzy w ramach zachodniej Nowej Lewicy właśnie taki model imperialistycznego ZSRR otoczonego uciskanymi narodowo państwami „obozu socjalistycznego” upowszechniali – tworząc swoiście spójną koncepcję sowietologiczną. Dziś obstają przy niej nadal, chociaż ZSRR się rozsypał, albowiem nie posiadają żadnej, poza tym, koncepcji mogącej spójnie objaśnić wydarzenia końca XX wieku i katastroficzne perspektywy świata na progu XXI wieku.
 
Problem zastępowania perspektywy biurokratycznej przez narodową datuje się zresztą nie od czasów Nowej Lewicy, ale można by go wywieść, przy odrobinie złej woli, od niekonsekwencji Trockiego, czy nawet Lenina.
 
W ten sposób jednak odsuwa się kwestię robotniczą, zastępując ją kwestią narodową, zaś kwestie społeczne, które w optyce ruchu robotniczego mają charakter antagonizmu klasowego, zostają zneutralizowane w taki sposób, że perspektywa socjalistyczna zostaje zastąpiona perspektywą walki bieżącej o interesy ekonomiczne niezróżnicowanego klasowo społeczeństwa. Czyli odrzucona zostaje płaszczyzna teoretyczna, która została stworzona przez Marksa w odróżnieniu od aktywności innych grup politycznych jego czasów. Jeżeli natomiast perspektywa socjalistyczna zostaje przez część lewicy w jakimś stopniu deklaratywnie zachowana, to nie odróżnia się ona od socjaldemokratycznej koncepcji pierwszeństwa ruchu (dowolnych, nowych ruchów społecznych) przed celem.
 
*
 
Okres po II wojnie światowej pozwolił krajom II i III Świata reprodukować swoje niekapitalistyczne stosunki produkcji, co spowodowało, że ściśle kapitalistyczne, przyspieszone różnicowanie społeczeństw w skali globalnej było hamowane. Stosunkowo niewielka grupa krajów wysokorozwiniętych mogła cieszyć się swoim przywilejem. Dziś upowszechnienie stosunków kapitalistycznych spowodowało ujednolicenie modelu zróżnicowania społecznego, przez co musiało się również wrócić zróżnicowanie społeczne w krajach rozwiniętych w postaci dla nich drastycznej. Można by rzec, iż II i III Świat wspólnie robiły co mogły, aby utrzymać możliwość wyzysku „otoczenia  niekapitalistycznego” przez kraje imperialistyczne. Racjonalizując i planując swoją gospodarkę łagodziły skutki eksploatacji pasożytniczej krajów kapitalizmu rozwiniętego. Do czasu, aż wyczerpały swoje możliwości nasycenia nienasyconego potwora.
 
Spłycenie różnic społecznych w krajach rozwiniętych pozwoliło na upowszechnienie klasy średniej i stworzenie złudzenia na trwałość wspólnoty interesów wszystkich grup społecznych pracowników najemnych. Po pyrrusowym (i niezupełnie chcianym przez ideologów Zimnej Wojny) zwycięstwie kapitalizmu nad „komunizmem” okazało się, że skończył się okres „łatwej i naiwnej ofiary” imperialistycznego wyzysku (abstrahujemy tu od samoświadomości biurokracji „realnego socjalizmu”).
 
Gospodarcza koncepcja liberalizmu nie ma problemu z dopuszczeniem do wyrównania się naczyń połączonych globalnego kapitalizmu kosztem własnej klasy średniej. Warunkiem jej utrzymania jest kontynuacja wyzysku mniej rozwiniętych rywali. Jednak tam opór stawia rodzima klasa kapitalistów, którą stworzył upadek realnego socjalizmu. Upadek nadzoru nad rodzimą gospodarką i wzrost zróżnicowania społecznego powoduje jednak wszędzie wzrost nacisku na władze w celu przeciwstawienia się dalszej degradacji życia. Młoda burżuazja też potrzebuje wsparcia. Takie jest obiektywne podłoże wzrostu nastrojów nacjonalistycznych na świecie. Narodowe burżuazje znalazły się w sytuacji (niechcianej) rywalizacji. Jeżeli nie ma możliwości nielimitowanego wyzysku otoczenia, konieczny jest wzrost wyzysku własnej klasy robotniczej, a w przypadku jej braku – zmniejszenia konsumpcji klasy średniej. Albowiem konieczne jest zwiększenie własnej stopy zysków, czyli ograniczenie finansowania państwa i jego sfery socjalnej. Kapitaliści stoją u steru gospodarki i dlatego decydują arbitralnie, na jaki poziom wydatków mogą sobie pozwolić, aby zachować pokój społeczny, a jednocześnie wygrać rywalizację ekonomiczną na rynku światowym.
 
Jeżeli nie istnieje perspektywa rewolucyjna, zarówno klasa średnia, jak i klasa robotnicza muszą się podporządkować własnej burżuazji i stanąć solidarnie u jej boku, aby pokonać konkurencyjną burżuazję wraz z konkurencyjnym narodem. Ta walka przejawia się w ogromnie zróżnicowany sposób – od konkurencji w ramach Unii Europejskiej (z wierzchu leniwej, podskórnie – bezwzględnej), czy w postaci „walki cywilizacji”, oczywiście zachodniej, z „barbarzyńskim” islamem. Przejawia się też w próbie zyskania przewagi nad konkurencją dzięki podporządkowaniu sobie zasobów Rosji – obłędne i irracjonalne sankcje służą wyłącznie zaszachowaniu konkurencji i uniemożliwieniu jej nawiązania relacji gospodarczych z Federacją. Wzajemnie się blokują, i to skutecznie, jednocześnie zarzynając kurę znoszącą złote jajka!
 
Solidarność klasy średniej i klasy robotniczej jest wymuszona przez burżuazję, natomiast bez tej kontroli przeradza się w sprzeczność interesów: klasa średnia w takiej liczbie, jaka została wytworzona przez powojenny okres prosperity, jest zbyt dużym obciążeniem. Jest zresztą nieracjonalna z punktu widzenia wolnokonkurencyjnego kapitalizmu, a jej krótkotrwała racjonalność była uzasadniona jedynie faktem, że klasa pracowników produkcyjnych, podwyższając swój poziom życia, mogła opłacić usługi klasy średniej (edukacja, medycyna, wypoczynek itp.) Teraz tak liczebna klasa średnia traci rację bytu. Tylko zwiększenie wyzysku klasy robotniczej może pozwolić na opłacenie wymagań klasy średniej, ale to jest akurat chwilowo nieracjonalne z punktu widzenia kapitalisty. Postępuje więc proces dochodzenia do nowej równowagi, wymuszany przez wolny (i jakże racjonalny!) rynek.
 
Twierdzenia o harmonii interesów społecznych ogółu pracowników najemnych przeciwko kapitalistom jest więc bzdurą. Świadczą o tym nastroje nacjonalistyczne, ksenofobiczne, które wbrew potocznej opinii nie dotyczą jedynie warstw robotniczych, ale obejmują całość społeczeństw – inaczej tylko są uzasadniane. Jeśli chodzi o rządy, to także rozchodzi się o delikatne kwestie utrzymywania pozorów jedności unijnej i nie danie się sprowokować w sytuacji, w której wyłamujący się kraj biorący udział w rozpętywaniu wojny w Afryce Północnej mógłby stać się ofiarą nagonki pozostałych „humanitarnych” wspólników zbrodni. Rządy są osamotnione w swej walce o optymalne zarządzanie interesami „swoich” kapitalistów, wbrew ich pozbawionej odruchów solidarności prywacie. W pewnym sensie muszą się nawzajem wspierać (spierając się), sprawiając wrażenie, że bez nich rozsypie się ład europejski czy światowy. Tylko to je utrzymuje przy władzy. Inaczej padłyby ofiarą walki wewnętrznych grup kapitałowych, które mają różne nieformalne powiązania międzynarodowe. Polityka daje rządom władzę nad tymi grupami, bo mogą one metodami dyplomatycznymi uzyskać to, co nieco ryzykowniej byłoby uzyskać rozpętaniem kolejnej wojenki lokalnej, jak to praktykowano skutecznie w niedalekiej przeszłości.
 
Rządy krajów rozwiniętych mają więcej do stracenia, więc usiłują grać ostrożnie, w przeciwieństwie do Polski czy Węgier, które z kolei sądzą, że mają niepowtarzalną szansę ugrania czegoś rozbijając kruchą równowagę. Zapewne nie bez racji. Z naszego punktu widzenia jednak nie jest to żadna pociecha, ponieważ przybliża nas to do nieobliczalnego w skutkach konfliktu. Brak alternatywy rewolucyjnej jest katastrofą dla świata.
 
Podsycanie nacjonalizmów, nieważne czy małego, czy dużego narodu, jest w tych warunkach zdradą nie tylko ideałów rewolucyjnych, ale i szaleństwem politycznym.
 
*
 
Rzut oka na programy partii i ugrupowań, które brały udział w wyborach parlamentarnych w 2015 roku, pozwala zaobserwować podział polityczny, na który analitycy bynajmniej nie zwracają naszej uwagi. Podział ten może jednak mieć rosnące znaczenie w przyszłości.
 
Zaczynając od zwycięskiej partii, nie sposób nie zauważyć, że PiS stawiał wówczas jako jeden z zasadniczych punktów swego programu reindustrializację kraju. Ustami Pawła Szałamacha głosił: „Etap wzrostu gospodarczego opartego na długu dobiega końca. Kraje, które nie przyjmą do wiadomości faktu, że źródłem bogactwa jest zdolność do wytwarzania złożonych dóbr, ugrzęzną w pułapce niskich pensji i nieproduktywnych usług. Polska potrzebuje dziś recepty na szybki i stały wzrost gospodarczy, prowadzący do tworzenia nowych miejsc pracy, realizowany przez wzrost konkurencyjności oraz dynamiczną przedsiębiorczość” (……………………………………………..).
 
I dalej: „Uprzemysłowienie było i jest kluczem do rozwoju, choć przemysł ma różne znaczenie na różnych jego etapach. Co więcej, usługi – które dostarczają gros miejsc pracy – będą tym bardziej wartościowe im bardziej będą uzupełniać wytwarzanie dóbr. PiS oraz Zjednoczona Prawica uważają, że Polska, aby się rozwijać, musi pogłębiać współzależność przemysłu i usług.
 
(…)
 
Stawiamy na przemysł, ponieważ uważamy, że:
·        przemysł jest i jeszcze długo pozostanie podstawą eksportu i dźwignią nadwyżki handlowej;
·        przemysł daje podstawę wzrostu produktywności;
·        to firmy przemysłowe są fundamentem wydatków na B+R i środowiskiem innowacji.
·        Polska powinna odejść od modelu konkurowania za pomocą niskich kosztów płac, ponieważ zawsze znajdzie się kraj, w którym pracownicy będą akceptowali niższe płace. Musimy wykorzystać obecną przewagę w postaci płac w taki sposób, aby na niej zbudować przewagę konkurencyjną, czyli wytwarzanie innowacyjnych towarów wysokiej jakości” (s. 70)
 
Nie był to, oczywiście, punkt jedyny, ani nawet wybity jako zasadniczy punkt programu. Niemniej ważny jest sposób uzasadnienia dążenia do reindustrializacji, a mianowicie podkreślenie, że „źródłem bogactwa jest zdolność do wytwarzania złożonych dóbr”, w przeciwieństwie do „nieproduktywnych usług”.
 
W kontekście dalszego uzasadnienia tej oceny, można zinterpretować program PiS jako program zbudowania niezależności kraju gwarantowanego silnym przemysłem, bez którego przynależność do kapitalistycznego Centrum pozostaje zależna od kaprysu krajów hegemonicznych i od koniunktury ekonomicznej.
 
W przeciwieństwie do tego, program PO oraz programy pozostałych partii określanych zbiorczą nazwą „lewicy”, skupiają się na podziale korzyści wynikających z niekwestionowanej przynależności do grupy państw tzw. Centrum.
 
Jak by nie patrzył, postawienie kwestii przez PiS to przyznanie racji Marksowi. Zasadniczym i autonomicznym źródłem bogactwa jest materialna zdolność wytwórcza. Prawica narodowa postrzega współczesny świat w kategoriach konfliktu i to bynajmniej nie wyłącznie konfliktu ideologicznego, ale przede wszystkim mającego charakter materialnego interesu narodowego. Ten konflikt nie wynika ze sprzeczności dwóch wrogich systemów ideologicznych, ale jest sprzecznością, antagonizmem wewnątrzkapitalistycznym.
 
Oczywiście, prawica nigdy nie stwierdzi tego w taki sposób. Jednak, jeśli przyjrzeć się programom czy wypowiedziom programowym ugrupowań i partii prawicowych, to widać wyraźnie, że – w odróżnieniu od „lewicy” w wyżej zaprezentowanej konstelacji – prawica dostrzega konflikt, ponieważ właśnie ma problem z antagonizmem klasowym. Tymczasem „lewica” problemu tego nie ma, ponieważ dawno już rozwiązała go w ramach antykomunistycznego rewizjonizmu.
 
*
 
Obchodzenie tego antagonizmu klasowego odbywa się u prawicy w sposób niezbyt oryginalny: w przypadku ugrupowania Kukiz ’15 czy Samoobrony, mamy oskarżenia pod adresem polityki neokolonialnej stosowanej wobec Polski. Dla stronników Kukiza diagnoza jest równie prosta, co prostacka: wszystkiemu winna jest klasa polityczna wraz z partyjną oligarchią, które niszczą kraj od 25 lat.
 
Partia obecnie rządząca nie demonstruje tak jawnie kwestii pozycji Polski w międzynarodowym kapitalistycznym podziale pracy, gdyż byłoby to posunięcie niedyplomatyczne. Niemniej, sens wypowiedzi programowych jest jasny – Polska musi szykować się do niewypowiedzianej wojny gospodarczej wszystkich przeciwko wszystkim. W tej wojnie stanowisko wobec Rosji odzwierciedla typową postawę w podobnej konfiguracji – utrzymywanie wrogości wobec Rosji służy łagodzeniu i kamuflowaniu sprzeczności interesów między rzekomymi partnerami, którzy tak naprawdę są związani siecią powiązań gangsterskich, a nie wzajemną sympatią i poszanowaniem.
 
W przeciwieństwie do prawicy narodowej, nowa „lewica” (centrum i prawica liberalna) przyjmują, że Europa może kontynuować swój bezkonfliktowy rozwój, który uważają za sprawę naturalną, co zostało udowodnione za pomocą obalenia „ideologii komunizmu” z jej aksjomatem konfliktu klasowego. Tę postawę w wyborach odzwierciedlają wypowiedzi programowe obracające się wokół postulatów, jak skonsumować wyniki gospodarki skazanej na sukces. W odróżnieniu od programu PiS, programy „lewicy” porażają brakiem refleksji, wiarą w faktyczny Fukuyamowski koniec historii, w  którym problemy wynikają jedynie z braku wyobraźni i niedoskonałości moralnej polityków, a nie z obiektywnych uwarunkowań.
 
Politycy PO dają pokaz takiej wyobraźni, wyliczając, co tylko zrobią, jeśli tylko dorwą się do żłobu. Wydaje się, że jedynym ograniczeniem jest fantazja polityków. Nowoczesna czy Zjednoczona Lewica nie różnią się od PO pod tym względem. Jedyny antagonizm, to przeciwieństwo między obywatelami a politykami, którzy stoją między obywatelami a ideałem sprawnego państwa. Sprawnego, oczywiście, dla obywateli, w imię obywateli, na rzecz obywateli itd., itp. Jedyne lekarstwo, to kontrola obywateli nad państwem: „Rząd musi zyskać możliwość sprawniejszego rządzenia: przeprowadzimy głęboką reorganizację struktur centralnych, by móc sprawnie podejmować i wdrażać decyzje. Wprowadzimy też rozwiązania outsourcingowe i centralizację zakupów, by obniżyć koszty działania administracji” – obiecuje program Nowoczesnej (s. 583). Jednym słowem, jesteśmy wedle Nowoczesnej w pełnym społeczeństwie komunistycznym, gdzie rzecz idzie jedynie o doskonaleniu zarządzania rzeczami, a nie o rządzenie ludźmi. Pozostałe partie, od Razem do PO, kierują się identycznym widzeniem świata.
 
Różnica z PiS i pozostałymi partiami narodowej prawicy polega na przezwyciężeniu infantylizmu i umiejętności dostrzeżenia faktycznych problemów. Dla rzekomej „lewicy” wszystko sprowadza się do problemu technicznego, a bezkonfliktowość gwarantuje nasze uczestnictwo w strukturach rozwiniętego świata. Prawica narodowa postrzega natomiast świat w kategoriach walki między interesami poszczególnych „jednostek obrachunkowych”, czyli narodów. Dlatego jej stanowisko jest bardziej realistyczne, chociaż diagnoza konfliktu pozostaje błędna.
 
Jak wspomnieliśmy wyżej, schyłek PRL cechował się ewolucją biurokracji i jej aparatu ideologicznego w kierunku rozwiązań socjaldemokratycznych, czyli tych, które dziś odzwierciedlają się w stanowiskach partii centrowych. Zarówno biurokracja partyjno-państwowa, jak i „opozycja demokratyczna”, uznały bankructwo wyznawanej wcześniej ideologii. W przeciwieństwie do koncepcji narodowych, opcja socjaldemokratyczna negowała zasadnicze znaczenie konfliktu jako istotnego czynnika dynamiki społecznej. Charakterystyczne jest to, że ewolucja tzw. opozycji demokratycznej zachodziła stopniowo. Nie od razu odrzucono koncepcję konfliktu, niemniej przeniesiono tę koncepcję najpierw na teren narodowy, nawiązując do tradycji ruchu robotniczego pod zaborami i do szerszych tradycji narodowych. Kwestię robotniczą rozwiązano więc zgodnie z tradycją – poprzez zastąpienie jej brakiem suwerenności narodowej. W następnym kroku odrzucono konieczność konfliktu, przechodząc na pozycje solidaryzmu społecznego – ewolucja dawała alibi dawnym i świeżym kadrom biurokracji partyjno-państwowej i jej aparatu ideologicznego. Taki (narodowy) był nieuchronny kierunek ewolucji wszelkiej maści marksistów, którzy chcieli dotrzymać kroku współczesności. Paradoksalnie, część z nich, nie chcąc zrezygnować z poważnej refleksji nad sprzeczną rzeczywistością, znalazła przystań w prawicowej, antykomunistycznej narracji nacjonalistycznej, „komunizm” utożsamiając z biurokracją. Od radykalnej lewicy tendencja ta różniła się doszukiwaniem się biurokratyzmu już u zarania systemu radzieckiego, co było ustępstwem na rzecz prawicy. Warto jednak zauważyć, że radykalne odmiany marksizmu również ewoluowały w kierunku upraszczania sprzeczności klasowej do fazy solidaryzmu społecznego, przykrytego jedynie  niechęcią do kapitału korporacyjnego, co niebezpiecznie zbliża  się do sytuacji analogicznej do tej, jaka miała miejsce przed I wojną światową – co robić w obliczu faktów, które bez cienia wątpliwości dowodzą, że wielki kapitał jest jednak wewnętrznie skonfliktowany wedle podziałów narodowych? Odrzucając antagonizmy wewnątrz jednolitego w obliczu wyzysku pracy najemnej społeczeństwa, ruch robotniczy staje przed „prawdziwym” problemem, który był (rzekomo) maskowany podziałami klasowymi, a mianowicie przed problemem podziałów narodowych.
 
W obliczu takiego dylematu, nie ulega wątpliwości, że proporcja internacjonalistów do nacjonalistów w ruchu robotniczym nie będzie się dziś różniła od tej, jaka się ujawniła w przededniu I wojny światowej.
 
Do pewnego stopnia zdajemy sobie sprawę z tego, że postrzeganie sprzeczności wewnątrzkapitalistycznych jest również skutkiem działania, na progu transformacji, w łonie prawicy narodowej ewoluujących marksistów, odrzucających cyniczną i pozbawioną kręgosłupa ideowego biurokrację. Podobnie, jak lewica rewolucyjna jest traktowana jako wyrzutek na dzisiejszej lewicy, populistyczno-nacjonalistyczna prawica nie pasuje do nowoczesnego wizerunku prawicy liberalnej. Stąd ich taktyczny sojusz na nierównych zasadach. Stąd ich taktyczne sojusze i dziś.
 
Tę ostatnią kwestię dobrze ilustruje przykład ruchu JOW-ów. Zaangażowane w nim frakcje lewicy postbiurokratycznej tak pragmatycznie charakteryzują przyjętą i możliwą do przyjęcia przez ogół społeczeństwa wizję świata: „Przełom, czyli zawarcie i uwiarygodnienie nowej umowy społecznej, może się w tej sytuacji dokonać wyłącznie dzięki ponadpartyjnym i obywatelskim inicjatywom” (s. 605). W warunkach kryzysu kapitalizmu „koniecznym elementem nowej umowy dla Polski musi być pakt pomiędzy pracodawcami a pracownikami oraz między drobnymi przedsiębiorcami, korporacjami i pozostałymi podatnikami, z jednej strony, a państwem z drugiej” (s. 606). W przeciwnym wypadku grozi Polsce społeczny bunt.
 
„Jako społeczeństwo dysponujemy potężnymi zasobami kapitału społecznego i kulturowego…”, co daje podstawy do optymizmu, że może się udać.
 
„Idąc tą drogą dokończymy pokojową rewolucję wolnościową, którą rozpoczęliśmy ćwierć wieku temu. Obranie tego kierunku musimy traktować jako cel nadrzędny – polską rację stanu.
 
(…)
 
Konsekwentnie stosując odpowiednie narzędzia zmian, przeskok z biedy w zamożność, z biurokracji w normalność, z korupcji w praworządność stanie się wreszcie osiągalny. Nastał moment, w którym polscy pracownicy, polscy pracodawcy i polscy wyborcy – wszyscy bezpartyjni obywatele Polski – będą mogli przywrócić godność sobie i swojemu państwu” (s. 606).
 
Program zrozumiały dla populistycznej prawicy, jednak co może dziwić, to fakt, że pod tym programem podpisywali się rzekomi marksiści, usiłujący nadawać polskiej lewicy wzorzec z Sevres uprawiania marksizmu.
 
Podobnie jak PiS, reszta narodowej prawicy zdaje sobie sprawę z uwarunkowań współczesnego kapitalizmu i z miejsca w nim Polski: „Małe i średnie polskie firmy potrzebują szczególnego wsparcia, aby sprostać konkurencji z globalnymi zagranicznymi graczami, dlatego trzeba dbać o ich promocję i możliwości inwestycyjne oraz zapewnić im warunki dynamicznego rozwoju. Dodatkowo powinniśmy wspierać budowę Polskich Firm Globalnych, ich eksport i międzynarodową ekspansję” (s. 607).
 
Biorąc pod uwagę, że w tym kręgu znalazły formę przetrwalnikową niedobitki postbiurokratycznego aparatu ideologicznego, trudno  nie zauważyć, że potwierdzają one naszą diagnozę odnośnie stanu świadomości marksistów porównywalna ze stanem poprzedzającym I wojnę. Świadomość globalnej rozgrywki gospodarczej jest tu wyraźna. Przewidywalne, zdecydowane i nacjonalistyczne postawy również.
 
Szeroko rozumiana lewica pod tym względem prezentuje wdzięk debila.
 
Postbiurokratyczny marksizm ex-aparatu partyjnego znajduje swoje usprawiedliwienie w lansowaniu koncepcji, iż biurokracja realnego socjalizmu nie stanowiła wrogiej reakcji na dążenia emancypacyjne klasy robotniczej, ale obiektywny i konieczny etap budowania wychodzenia z zacofania gospodarczego na obszarze Europy Wschodniej. Tak rozumiana koncepcja kapitalizmu państwowego stanowi pomost między pozornym marksizmem biurokracji a prawicowym, populistycznym nacjonalizmem. Ta obiektywistyczna, pozbawiona wstydliwych, antynaukowych, ideologicznych elementów koncepcja ma swoja podbudowę w teoretycznej pracy prof. J. Ładosza „Tezy o socjalizmie”, która została twórczo rozwinięta i praktycznie wcielona w życie przez  jego uczniów.
 
Niezależnie od stosunku do biurokracji, od uznawania bądź nie jej sprawczej roli w dziejach ruchu robotniczego, całość nurtu postbiurokratycznego przyjmuje, że regionowi przyszło nadrabiać opóźnienia cywilizacyjne w tragicznych warunkach, posługując się mitem klasy robotniczej jako motywacją konieczną dla realizacji pragmatycznego celu, jakim była modernizacja kraju. Wypaczenia krajowego stalinizmu były spowodowane obiektywnymi warunkami, w których przyszło realizować tę misję. Wypaczenia były w tej sytuacji  nieuchronne, zaś ideologia robotnicza odgrywała rolę przykrywki dla neutralizacji odczucia braku suwerenności narodowej w obliczu hegemonii ZSRR. Ideologia odgrywała więc rolę i negatywną, i pozytywną zarazem – na pewno jednak nie była czymś, co należało przyjmować na serio.
 
W odróżnieniu od tego punktu widzenia, stalinizm i biurokracja radziecka mają odmienny charakter. Są one związane więzią bardziej bezpośrednią z zaczynem całego problemu, a mianowicie z Rewolucją Październikową. W tym miejscu przebiega linia oddzielająca możliwość wpisania nurtu postbiurokratycznego w struktury polityczne współczesnego, burżuazyjnego państwa polskiego od koncepcji politycznej Lenina (ale i Róży Luksemburg), która zwracała się przeciwko pragmatyzacji teorii Marksa i wyrzucenia z niej koncepcji emancypacji klasy robotniczej w opozycji do pozostałej części społeczeństwa klasowego.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski, 19 lipca 2018 r.
 
 

Społeczność

Lenin 666