Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 13 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: A nie mówiliśmy? (w sprawie Brazylii i Jaira Bolsonaro)

Lula (były socjaldemokratyczny prezydent Brazylii) w więzieniu

A NIE MÓWILIŚMY?

Można zgodzić się z wnioskami Jarosława Pietrzaka zawartymi w jego wnikliwym i gorzkim artykule pt. „Jair Bolsonaro i upadek Partii Pracowników" (https://strajk.eu/jair-bolsonaro-i-upadek-partii-pracownik…/):

„Strategia PT polegająca na tym, żeby rozwiązać problem biedy, nie dotykając problemu bogactwa, a więc nie antagonizując oligarchii, miała wysoką cenę. Rezygnując z zadania zmiany struktury brazylijskich stosunków władzy, ograniczając się głównie do usuwania i minimalizowania jej szkód, PT musiała się dostosować do obowiązujących w tej strukturze zasad postępowania i coraz bardziej upodobniła się do reszty klasy politycznej. Umaczała się w korupcji, a gdy mechanizm mensalão „się rypnął”, okazało się, że jest skazana na kupczenie stołkami w administracji i wielkich firmach państwowych w zamian za budowanie krótkotrwałych koalicji celem poparcia kolejnych reform. W tym procesie PT stopniowo spuszczała parę ze swoich ambicji i przesuwała się coraz bardziej w stronę neoliberalnego centrum. Dowód? Wiceprezydentem w drugiej administracji Rousseff mógł zostać taki neoliberał jak Michel Temer, jej późniejsza nemesis. Sukcesy programów takich jak Bolsa Familia i Fome Zero (Zero Głodu), zamiast stanowić punkt wyjścia do coraz odważniejszej polityki, okazały się górnym pułapem ambicji, z którego po cichu schodzono coraz niżej. Haddad miał wolę i energię odbić mocno w lewo, ale dla milionów pracujących i bezrobotnych Brazylijczyków było już too little too late – ich kredyt zaufania się wyczerpał.”

Od siebie możemy dodać, że już w 2003 r. przetłumaczyliśmy artykuł pod tytułem „XV Kongres IV Międzynarodówki: w drodze do Piątej „sui generis”? z pisma „Lutte de classe” (nr 73/2003, ss. 31-35), który rozwiewa wszelkie wątpliwości co do tego, że nie było innej drogi, że nikt nie dawał alternatywnej i realistycznej perspektywy dla oceny tego, co się działo w Brazylii na początku lat 2000 (patrz załączony artykuł).
 

Entuzjastycznie w tym czasie witany na forach tak w Porto Alegre, jak i w Davos, prezydent Lula był ulubieńcem wszystkich – w końcu jego nowocześni trockistowscy doradcy i współpracownicy przekonali, bez większego trudu, tego działacza związkowego, że lewicowość po Stalinie najlepiej wyraża się w obronie praw LGBT, dopiero których zagrożenie przez Bolsonaro stało się powodem dla głośnego krzyku lewicy o „faszyzmie”.

Programy typu „Zero głodu” („górny pułap ambicji” PT – jak pisze J. Pietrzak) jakoś przez kilkanaście lat nie przestawały być również „górnym pułapem ambicji” dla całej lewicy – nowoczesnej i niedogmatycznej, niezależnie od czasu czy kontynentu.

Kiedy lewica rewolucyjna rozchodziła się ze swą robotniczą bazą, nie był to problem – przynajmniej dla niej. Dziś mamy sytuację, w której lewica rozchodzi się nawet z szerokim proletariatem, pozostając twarzą w twarz ze swym prawdziwym, obnażonym elektoratem – drobnomieszczaństwem, które… skuteczniejszą obronę swoich interesów kosztem robotników i chłopów widzi w prawicowym populizmie.

Na to pracowaliście rzetelnie przez całe lata. Wasze bankructwo jest nie mniejsze niż to, jakie przeżywa Partia Pracowników (waszej ulubionej klasy pracowniczej, bo niby czemu Partia Robotników – miast i wsi?) w Brazylii.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

6 listopada 2018 r.

ANEKS

PIELGRZYMKA DO PORTO ALEGRE Kongres IV Międzynarodówki: w drodze do Piątej „sui generis”?

Według Francisa Vercammena, który na łamach „Inprekoru”[1] sporządził bilans XV Kongresu IV Międzynarodówki, nadeszła pora „nowej dynamiki i polityczno-organizacyjnej zmiany miejsc”. Nowej dynamiki, gdyż od poprzedniego kongresu sprzed ośmiu lat, „Czwórka” przezwyciężyła podobno „zejście do piekieł lat 1985-1995”. Zmiany miejsc, albowiem miałaby stanąć, po raz pierwszy od 1999 r. (data pierwszego wielkiego szczytu antyglobalizacyjnego w Seattle), w obliczu „odrodzenia się ruchu wyzwolicielskiego i jego niedawnej, spektakularnej dynamiki”.

Wydaje się więc, że na ostatnim kongresie zagościł optymizm. W opisie sytuacji międzynarodowej, nakreślonym przez IV Międzynarodówkę, dominowały superlatywy pod adresem ruchu antyglobalizacyjnego i antywojennego. Tę sytuację opisują takie wyrażenia, jak: „ruch ruchów”, „ogromna radykalizacja młodzieży”, „nowy etap”, „nowa dynamika”, „nowe walki”, „największe mobilizacje w historii”, „nowa faza, w której na porządku dnia staje radykalna odnowa aktywności, programu, strategii i organizacji ruchu robotniczego i społecznego”. Przymiotnik „nowy” jest odmieniany przez wszystkie przypadki, aby lepiej oddać charakter tego nowego okresu stawiającego nowe zadania, nowe wyzwania, w tym perspektywę nowej międzynarodówki, która przestanie być ową starą skórą skurczoną z powodu przykrawania i cerowania, a w której nowe pokolenie czułoby się zbyt skrępowane.
 

Zapewne, w zderzeniu między tym kongresem, który zgromadził około 200 delegatów, sympatyków i zaproszonych gości z czterdziestu krajów, a światowym forum społecznym w Porto Alegre, które zebrało „sto tysięcy delegatów, gdzie było reprezentowanych 125 krajów, w tym tysiąc delegatów ze Stanów Zjednoczonych (druga co do wielkości delegacja po Brazylii), 27.000 uczestników obozu młodzieżowego oraz ponad 4.000 akredytowanych dziennikarzy” (według liczb podanych w „Inprekorze” przez Salvatore Cannavo, członka Krajowego Komitetu Politycznego Partii Odnowy Komunistycznej Włoch i nurtu należącego do IV Międzynarodówki), „Czwórka” czuje się malutka. Jej kongres był przekładany z różnorakich powodów, przede wszystkim, ze względu na to, że jej ramy organizacyjne i polityczne stają coraz luźniejsze. Rozkład geograficzny tej organizacji jest niestabilny. Kto jeszcze wchodzi w jej skład? Kto już wypadł ze struktur? Istnieją niezależne sekcje krajowe (jak, np., LCR we Francji), albo takie, które tworzą nurt działający w większej organizacji (jak, np., Bandiera Rossa we włoskiej PRC). Są sekcje krajowe, które rozpadły się, tzn. na terenie jednego kraju istnieje wiele nurtów należących do „Czwórki” (np., w Niemczech), albo wiele nurtów działaczy będących członkami „Czwórki” w łonie organizacji większych (w Hiszpanii). Są wreszcie grupy działaczy i sympatyków w łonie innych organizacji, albo którzy pozostają w bezpośrednim kontakcie. Ogólnie rzecz biorąc, jest zapewne tyle samo grup sympatyków (najczęściej są one owocem minionych rozłamów), co sekcji należących wciąż jeszcze do Międzynarodówki Pierre’a Franka i Ernesta Mandela (obu już nie żyjących).

Niewątpliwie, jeśli porównać słabe liczebnie jądro trockistowskie na poziomie światowym (nawet jeśli dorzucić do tego to, co pozostało z „Czwórki”, która zjednoczyła się pod koniec II wojny światowej, nurty, które nigdy do niej nie należały, bądź już nie należą) z obszernym konglomeratem złożonym z tych, którzy utrzymują, że są „przeciwko globalizacji”, szale wydają się przechylać na jedną stronę. Ale czy można stawiać na szalach jednej wagi wielkie demonstracje o cechach karnawału organizowane przez ruch antyglobalizacyjny oraz rewolucyjne i komunistyczne perspektywy trockizmu?
 

Ruch ruchów”: pod szyldem apolityczności

Niektóre ze zgromadzeń ruchu antyglobalizacyjnego miały charakter masowy, zebrały wielu młodych ludzi, szczególnie studentów, niekiedy przyciągały dziesiątki tysięcy pracowników i działaczy związkowych pod sztandarami konfederacji. To jest fakt niezaprzeczalny.
Ale pozostają jeszcze wybory polityczne większości tych, którzy ten ruch tworzą. Można je poznać po stosowanej terminologii.
Kto mówi „ruch społeczny”, wybiera nie powiedzenie „partia” czy „organizacja”, które to pojęcia nabrały nieprzyjemnego brzmienia dla ucha uczestnika wydarzeń w Seattle czy w Genui. A IV Międzynarodówka obstaje przy swoim podkreślając, że podejście „partyjniackie” sprowadziłoby rozdział, odcinanie, ograniczenia, a nawet gangrenę tam, gdzie należałoby się otworzyć i zebrać razem!

Kto mówi „ruch społeczny” wybiera także nie powiedzenie „robotniczy” czy „pracowniczy”, a tym bardziej „rewolucyjny”. Burżuazja zajęła się „kwestią społeczną”, uprawiała rządowe, i nie tylko, akcje charytatywne (dzisiaj mówi się „humanitarne”) między innymi po to, by usunąć grunt spod nóg rewolucjonistów.

Kto mówi „ruch społeczny” nie brudzi sobie rąk polityką. A jednak takie figury polityczne, jak Lionel Jospin, François Hollande, Jean-Pierre Chevènement, czy przyjaciele Jacques’a Chiraca, zaznaczyli swą obecność na kilku szczytach antyglobalizacyjnych. Jeden z przyjaciół Chiraca przez dłuższy czas przewodniczył ATTAC-owi, aby następnie ustąpić miejsca przyjacielowi Roberta Hue. A szefowie konfederacji związkowych, tacy Coferati czy Bernardowie Thibault, też nie są politycznymi dziewicami. Thibault chętniej mobilizuje aktywistów CGT, aby obnażali „rynki finansowe” Brukseli, niż przyczynia się do poszerzania ich możliwości skutecznej odpowiedzi na ataki francuskich pracodawców. I nie bądźmy zbyt pochopni w wychwalaniu internacjonalizmu tych panów. Widzieliśmy, między innymi, związki amerykańskie, które w Seattle broniły „przedsiębiorstw amerykańskich”...

Ten „ruch”, to „no global”, ukształtował się stopniowo wokół krytyki, która wcale nie chce być radykalną krytyką społeczeństwa kapitalistycznego. Winnym nędzy na świecie i wojennemu barbarzyństwu nie jest system kapitalistycznego wyzysku, ale „neoliberalizm” (nawet nie imperializm, najwyższe stadium kapitalizmu) wprowadzony najpierw w Stanach Zjednoczonych i w Anglii pod egidą Reagana i Thatcher. Ten imperializm o nowej twarzy, który upowszechnił wolny przepływ kapitałów na całym globie, zdławił ubogie narody ciężarem długów, wywarł nacisk na pracowników krajów bogatych, zaczął obnażać jako dyktaturę rynków finansowych, na początku lat osiemdziesiątych, jeden z nurtów ekonomii Trzeciego Świata. Nie jest to obraz fałszywy, tyle, że unika on wskazywania palcem i zwalczania koncernów i rządów narodowych (jakże często kierowanych przez lewicę), które wszędzie gnębiły ludzi pracy. I nie bez powodu, obnażanie liberalizmu nie jest wszak zajęciem niewinnym. Za tym obnażaniem kryje się myśl, że państwa narodowe są jakoby przygniecione dyktaturą „rynków”. Lepsza polityka światowego kapitalizmu jest więc możliwa. Jak gdyby dyktatura abstrakcyjnych rynków finansowych nie była właśnie dyktaturą wielkich koncernów, które się jakoś nazywają i są wspomagane, ekonomicznie i militarnie, przez swoje państwa narodowe. Jak gdyby Renault, Peugeot, TotalFinaElf, szczodrze wspomagane, także metodami mafijnymi, przez wierzchołki aparatu państwa w celu położenia łapy na naszej planecie (jak to ujawnia proces koncernu Elf), nie były wrogami, których należy zwalczać. Nie tylko raz lub dwa razy do roku na jakimś zgromadzeniu w jakiejś wielkiej stolicy świata, ale tam, gdzie ma miejsce bezpośredni wyzysk, w metropoliach, gdzie znajduje się ośrodek ich działalności, najpierw i, przede wszystkim, dzięki połączeniu i zorganizowaniu pracowników wyzyskiwanych przez te firmy, a którzy mieliby wreszcie możliwość zabezpieczenia się przed szkodami, a nawet ostatecznego wykorzenienia przyczyn dominacji nad nimi.

W istocie rzeczy, obnażanie „neoliberalizmu”, dyktatury rynków, które dominuje w ruchu antyglobalizacyjnym jest programem „radykalnej” i „krytycznej” socjaldemokracji ograniczającej swe ambicje do chęci wywierania presji na instytucje państwowe lub finansowe imperializmu, do żądania, by chciwość została opodatkowana, a barbarzyństwo powstrzymane... Ale jak to zrobić? Funkcjonariusze ruchu jakoś nie chcą tego powiedzieć. A kiedy towarzysze z IV Międzynarodówki twierdzą, że włączając się bez reszty w ruch antyglobalizacyjny znajdują się „w samym sercu walki z kapitalizmem”, to tak właśnie nie jest!

Zapewne, skrajna lewica powinna solidaryzować się z tymi, którzy głoszą, że „świat nie jest towarem”. A także przyczyniać się, w miarę swoich sił, do sukcesu takich zgromadzeń. Ale nie powinni jednocześnie zapominać, że powinni tam wnosić własne idee, własny program. I nie poczuwać się zobowiązanymi do samocenzurowania się. I nie rozstrzygać z góry, że program rewolucyjnego proletariatu nie zaistnieje na tych spotkaniach!

Ruch walki „sui generis”?

IV Międzynarodówka popełnia poważny błąd zakładając w swoim działaniu, że tylko ona, wśród wielu składowych – stowarzyszeń, związków czy instytucji politycznych – tego „ruchu ruchów”, chce go tworzyć rezygnując z walk politycznych... Chyba, że poczuje się przyparta do ściany! „Naszym zamiarem nie jest krótkoterminowe forsowanie rozwiązań polityczno-organizacyjnych po to, aby przedestylować ruch alterglobalizacyjny według linii podziału, które już są dostrzegalne w celu narzucenia siebie jako organizacji politycznej. Wręcz przeciwnie, powinniśmy go tworzyć, wzmacniać, jako ruch walki sui generis”. IV Międzynarodówka już prowadziła, w latach 1952-1968, politykę entrystyczną „sui generis” w partiach komunistycznych (a to „sui generis”, jej swoistość polegała na politycznym roztopieniu się w nich). Czy obecnie wybiera taki sam typ uczestnictwa w „ruchu ruchów społecznych”? Kropki są postawione nad „i” w sposób nie pozostawiający wątpliwości: „W takiej formacji rewolucyjni marksiści nie uprawiają <<entryzmu>> w tajnym lub ujawnionym celu jak najszybszego przejścia do <<partii rewolucyjnej>> typu awangardowego, która przyjęłaby program rewolucyjny. Są tam współinicjatorami, współorganizatorami, współkierownikami tej przewidywanej szerokiej i masowej partii antykapitalistycznej po to, by dzielić doświadczenia obecnych i przyszłych walk, by postępować naprzód razem ku masowej partii antykapitalistycznej, zdolnej do walki o socjalizm.”

Nowa międzynarodówka?

Na płaszczyźnie organizacyjnej, działacze i sekcje IV Międzynarodówki chcą porzucić swoją starą organizację dla obietnic ruchu alterglobalizacyjnego.

IV Międzynarodówka nie jest „światową partią rewolucji socjalistycznej (cel, jaki sobie postawiła w momencie swoich narodzin), ani nawet centralnym ośrodkiem takiej przyszłej partii”. „Ruch ruchów” ma stać się w określonej przyszłości taką międzynarodówką. „Ta nowa międzynarodówka, lub przynajmniej pierwszy krok w kierunku jej utworzenia, wyjdzie z nieokreślonych głębi obecnych ruchów i mobilizacji. Nie będzie podobna do żadnej dotychczasowej, a już na pewno nie będzie przypominała międzynarodówek marksistowsko-rewolucyjnych typu partyjniackiego. Będzie <<spontaniczną>>, masową odpowiedzią...”

To dokładnie w takiej optyce „Czwórka” zmieniła swe zapisy statutowe. Stare pochodziły z 1974 r. i, w pierwszym akapicie, zapewniały, że „Czwarta Międzynarodówka (światowa partia rewolucji socjalistycznej) składa się z działaczy, którzy przyjmują i stosują jej zasady i jej program. Organizując się w sekcje krajowe, są oni zjednoczeni w jedynej organizacji światowej kierującej się zasadami i praktyką centralizmu demokratycznego.” To ostatnie wyrażenie stało się ostatnio nieprzyzwoitym słowem! Tylko nie centralizm demokratyczny! Natychmiast to wykreślić!

Zapewne moglibyśmy się cieszyć z faktu, że towarzysze z IV Międzynarodówki wreszcie doprowadzą do uzgodnienia swych zasad ze swoją praktyką. Że przyznają w końcu, że nie są ani jedynym, ani, tym bardziej, jedynym nieomylnym przywództwem. A właśnie tak twierdzili przez całe dziesięciolecia, prowadząc jednocześnie praktykę równie autorytarną, co omylną, która przyczyniła się do utrzymania się poza „Czwórką”, lub do wykluczenia z niej, wielu trockistowskich tendencji rewolucyjnych na świecie. W ten właśnie sposób „Czwórka” podzieliła się na cały szereg nurtów, organizacji, które skądinąd powielały, każda na swoim szczeblu i w mniejszej skali, te same błędy polityczne i organizacyjne.

Jest faktem, że centralizm demokratyczny, jakby nie był niezbędny w przypadku partii i międzynarodówki rewolucyjnej klasy robotniczej, nie mógł pozostać zasadą kierującą międzynarodowym zgrupowaniem trockistów po śmierci Trockiego. Nikt nie miał takich kompetencji i nie cieszył się takim kredytem zaufania, aby mógł narzucić cokolwiek innym. Można by sobie pogratulować tego, że towarzysze z „Czwórki” nareszcie to uznali. Niestety, wydaje się, że dzisiaj służy im to tylko do dokonania zasadniczej zmiany kursu! Aby dostosować się do modnego trendu (utrata socjalistycznego drogowskazu, który skądinąd opłakują!) Ich zaklinanie się, że odżegnali się od „sekciarskiego samochwalstwa”, od „zachowań partyjniackich”, od „dogmatycznych analiz” i od „nieomylności kierownictwa” nie wróży nic dobrego!

Brazylia: mydlenie oczu pozorną dyskusją

Jest wielce znaczące – i dramatyczne – że to nowe wyznanie „antyautorytarnej” i „demokratycznej” wiary służy akurat do usprawiedliwienia tego, że bez dyskusji pozostawiło się sprawę faktu, że pewien „towarzysz” został... ministrem! Tak się składa, że w rządzie Luli, w Brazylii. I nie wyciągnęło się z tego żadnych wniosków, może poza tym, że każdy dokonuje sam swoich wyborów („Nie uzurpujemy sobie prawa do prawienia morałów”, pisze François Sabado w „Rouge” z 23 stycznia 2003 r.), i że zadaniem Międzynarodówki będzie skorzystanie z nadarzającego się doświadczenia! („Jaki by nie był końcowy efekt, [doświadczenie] przyniesie nam bogactwo nauk wartościowych dla lewicy radykalnej i rewolucyjnej na świecie.” Należy poszukiwać tego, „co jest nowe i mogłoby, z tego tytułu, wzbogacić refleksję strategiczną”. Rewolucjoniści nie mają „recepty”, by twierdzić, że wiedzą, „jaki powinien być następny krok”, możemy przeczytać w „Inprekorze”).

Sytuacja jest zawsze nowa. Lecz stosunki klasowe cechują się pewną stałością, podobnie jak społeczny charakter państwa, niezależnie od koloru, z jakim obnosi się dany rząd. Program rewolucyjny nie jest zbiorem recept. Lecz organizacja rewolucyjna, nawet słaba, ma jakieś doświadczenie i powinna mieć kilka zasad przydatnych dla wzbogacenia refleksji dokonywanych przez jej sekcje.

A klasa robotnicza ma dramatyczne doświadczenie z rządami, które się do niej odwołują po to, by ją zdradzić, z partiami robotniczymi od dołu, ale mieszczańskimi u góry, którą klasa dominująca wykorzystuje dla zarządzania jej sprawami, kiedy trzeba narzucić pracownikom ofiary. Dotyczy to zarówno pierwszego uczestnictwa socjalistycznego w rządach (w przypadku niejakiego Milleranda), na początku stulecia, co wywołało skandal w całym ruchu socjalistycznym tego okresu, jak i zdrady przy okazji I wojny światowej. Dotyczy też uczestnictwa partii komunistycznych w rządach po II wojnie światowej, aby móc wezwać ludzi do „zakasania rękawów”, jak i wejścia Francuskiej Partii Komunistycznej do rządu Jospina, co skończyło się totalną utratą zaufania klasy robotniczej. Nie mówiąc już o polityce stalinowskiej partii komunistycznej w Hiszpanii, w 1936 r., i wielu innych, których historię powinni znać działacze trockistowscy.
 

Precedens sekcji cejlońskiej
 

IV Międzynarodówka ma zresztą własne doświadczenie związane z wejściem, w 1964 r., swojej sekcji cejlońskiej, LSSP (Socjalistyczna Partia Cejlonu), do „lewicowego” rządu na Cejlonie. Wtedy „Czwórka” nie zaakceptowała tego kroku.

Oportunizm sekcji cejlońskiej i jej podążanie w ślad za partią burżuazyjną, SLFP – Sri Lanka Freedom Party – pozornie lewicową ze względu na jej nacjonalizm i opozycyjną w stosunku do partii reprezentującej burżuazję kompradorską, były, w dużej mierze, wynikiem ogólniejszej polityki IV Międzynarodówki wobec drobnomieszczańskich partii nacjonalistycznych w Trzecim Świecie. Ale kiedy, w 1960 r., parlamentarzyści trockistowscy posunęli się do przegłosowania votum zaufania i budżetu rządu, jaki stworzyła SLFP, ich postawa została potępiona przez Międzynarodówkę.
 

Ale nie na tyle mocno, żeby odwieść kierownictwo LSSP od popierania, w następnych wyborach, Zjednoczonego Frontu Lewicy utworzonego wokół tej samej SLFP. Następnie, „potem jak LSSP nie tylko pomogła w wyborach, ale i politycznie pomogła SLFP (Sri Lanka Freedom Party) w utworzeniu rządu, wypracowała ona kurs taktyczny w stosunku do nowego rządu...”, który polegał na „popieraniu wszelkich postępowych akcji rządu [...] bronieniu rządu SLFP przed sabotażem UNP i sił reakcji [...] niezłomnym opieraniu się wszelkim zakusom dowolnego sektora, by odebrać masom to, co już zdobyły”, jak głosiła LSSP w 1962 r. A w kwietniu 1964 r., LSSP negocjował już w sprawie swego wejścia do rządu owej zjednoczonej lewicy.
 

Nie czekając na kolejny krok wynikający z owej strategii, kierownictwo Międzynarodówki potępiło LSSP „stwierdzając, że akceptacja takiej polityki stanowiłaby zdradę”, jak pisał Pierre Frank w swej historii IV Międzynarodówki. Zerwanie między „Czwórką” a jej sekcją cejlońską zostało dokonane. „Niestety, na Cejlonie trockizmowi został zadany poważny cios”, podsumował Pierre Frank.
 

Partie zbyt młode, by zdradzić?
 

Abstrahując nawet od różnic sytuacji, kiedy czytamy w dzisiejszym „Inprekorze”, że „działacze Demokracji Socjalistycznej (tendencji w PT, będącej brazylijską sekcją IV Międzynarodówki) uznali, że nie mogą uchylać się od rządowych odpowiedzialności, które im przypadły w udziale” pod pretekstem, że należeli oni do autorów sukcesu wyborczego Luli i że ich własne tezy kierunkowe otrzymały 15% głosów podczas ostatniego Kongresu PT, mamy nieprzyjemne poczucie déjà vu.
 

Uczestnictwo w rządzie byłoby więc usprawiedliwione, według „Inprekoru”, faktem, że partia Luli należy do tych nowych partii lewicowych, zbyt młodych, by mieć własną tradycje zdrady, jak to ma miejsce w przypadku socjaldemokracji i stalinowców. W kierowniczych instancjach PT „wewnętrzna demokracja pozostaje wciąż znacząca”, zapewniają nas! Jednak wartość nie zależy od liczby lat. Fakt, że senator Heloiza Helena, członkini Demokracji Socjalistycznej, stała się obiektem procedury dyscyplinarnej w PT z tego powodu, że odmówiła poparcia w wyborze na przewodniczącego Senatu oficjalnego kandydata rządu, a mianowicie dawnego prezydenta Republiki, José Sarneya, wiele mówi o tej wewnętrznej demokracji.
 

I jeśli Międzynarodówka nie wie jeszcze, „jaki powinien być następny krok” towarzyszy brazylijskich, może już zacząć opłakiwać starych ministerialnych manipulantów zanim jeszcze dojdzie do krwawych represji! Do przeprowadzenia reformy rolnej, aby wykiwać Ruch Bezrolnych, Lula wybrał na ministra Miguela Rossettę jednocześnie oddając finanse Banku Narodowego dawnemu prezesowi Banku w Bostonie. Dwa wywiady Miguela Rossetty, udzielone wysokonakładowej prasie brazylijskiej, zostały opublikowane w „Inprekorze” jako dokumenty. Jakże są wymowne! Zapytano mianowicie ministra o notę w której potępił, jako „przekraczające demokratyczne granice manifestowania”, złupienie budynku INCRA (Instytutu Reformy Rolnej) przez członków Ruchu Bezrolnych, których gniew wybuchł z powodu zbyt długiego oczekiwania na spełnienie obietnic. Czy najście terenów prywatnych także jest „brakiem poszanowania dla konstytucji?”, pytała dalej dziennikarka. „Do władzy sądowniczej należy określenie tego, co jest legalne, a co nie”, brzmiała odpowiedź ministra. Sam był w stanie jedynie dywagować o różnicy między „zajęciem” a „najściem” ziem. „Zajęcie” dotyczy sytuacji, kiedy ludzie bez ziemi okupują nieużytki, wyjaśnia. „Ale kiedy MST wchodzi na ziemie rolne, czy wtedy jest to najście?” Odpowiedź ministra: „To właśnie potwierdził wyrok sądu”. Minister reformy rolnej, który ma rozdawać bezrolnym nieużytki, i minister sprawiedliwości, który ma chronić właścicieli ziemskich na ich żyznych gruntach!
 

Być ministrem w dzisiejszym świecie
 

Przyjmowanie obowiązków w radzie nadzorczej burżuazji brazylijskiej, jaką jest rząd, to nie tylko błąd, to zdrada interesów robotniczych i ludowych – niezależnie od tego, czy kieruje nim, czy też nie, dawny przywódca robotniczy. Mieliśmy już kiedyś do czynienia z innym dawnym robotnikiem, przywódcą wielkiego strajku, który doszedł do władzy w Polsce! I z innymi przywódcami związku zawodowego „Solidarność”, przedstawianego przez trockistowską partię skrajnej lewicy jako prototyp „otwartego” i „demokratycznego” związku zawodowego, biorącymi udział w rządzie. Najgorsze jest to, że w świetle tego, co zostało napisane i przedyskutowane w „Czwórce”, przeczuwa się już coś na kształt dumy z faktu, że ma się wreszcie możność „wziąć się za bary” z „nowymi zadaniami”. Przeczuwa się (i tym lepiej, jeśli się mylimy), że to doświadczenie, które dyskwalifikuje trockistów, jawi się, przeciwnie, niektórym z nich jako dowód, że mogą sobie policzyć punkty za politykę otwartości wobec „radykalnej” i „antykapitalistycznej” lewicy, która jest przyszłością świata! Co więcej, przypadek brazylijski miałby do zaoferowania tej radykalnej lewicy robotniczej, o której możemy gdzie indziej tylko pomarzyć, „produkt fuzji sui generis teorii marksistowskiej i wrażliwości chrześcijańskiej (...) wyraz niezależności polityki pracowników (...) ukoronowanie stulecia wysiłków pracowników brazylijskich, mających na celu wypracowanie wyrazu własnej polityki”, jeśli wierzyć Michelowi Löwy w jego niedawnym artykule witającym wybór Luli.

Pielgrzymowanie do Porto Alegre było modne na lewicy, i to nie tylko tej „100% na lewo”, celem wzięcia udziału w lekcji „demokracji uczestniczącej”! Począwszy od kierownictwa ATTAC aż do kierownictwa Francuskiej Partii Komunistycznej, przechodząc przez kierownictwo rządowej lewicy kawiorowej, nie zapominając o kilku ministrach Chiraca, cały ten wielki świat raczył się tam przemieścić, wykazując jednak więcej przenikliwości niż trockiści. Dla nich wszystkich, oczywiście, Lula reprezentuje sobą szacowną kartę uprawniającą go do rządzenia Brazylią. Albowiem, jeśli mamy do czynienia z jakąś nowością dzisiaj, to jest nią prędkość, z jaką socjaldemokracja przejmuje pole opuszczone przez ruch stalinowski w celu wywierania wpływu i sprawowania kontroli nad ruchem robotniczym, niezależnie od tego, czy byłaby to stara socjaldemokracja, która tylko trochę podretuszowała swą urodę (poprzez uczestnictwo w ruch antyglobalizacyjnym i antywojennym), czy pozornie nowa socjaldemokracja będąca fuzją starych nurtów trzecioświatowych i lewicowo-chrześcijańskich.

Co najbardziej niepokoi, gdy IV Międzynarodówka mówi o wzbogaceniu swej „refleksji strategicznej”, jaką daje jej doświadczenie brazylijskie, to słowa Alaina Krivine’a czy Oliviera Besancenota, które padły w ciągu ostatnich miesięcy, odwołujące się do przykładu Porto Alegre i jego rady miejskiej kierowanej przez tendencję w PT pod nazwą Demokracja Socjalistyczna, jako do potwierdzenia tezy, jakoby trockiści byli gotowi przyjąć ich część odpowiedzialności, w tym odpowiedzialności rządowych! Zapewne, dorzucają, będzie to miało miejsce w konkretnych okolicznościach, w walkach itd. Mając to na uwadze, nie należy dziś dyskutować o okresie rewolucyjnym czy przedrewolucyjnym, a trzeba dyskutować o aktualnym świecie, o ramach, w których rozkwita dzisiejsza „lewica radykalna”, to znaczy radykalna w... składaniu obietnic przez ministrów.

Pokusa socjaldemokratyczna ciągle aktualna

Oczywiście, ani na szczeblu narodowym, ani międzynarodowym, nowe partie nie narodzą się dzięki zwykłemu dodawaniu działaczy, jednego do drugiego. Pokazuje to historia ruchu robotniczego. Ale głoszenie wszem i wobec „podejścia otwartości, dialogu, współpracy i przegrupowania na bazie jednościowej” nic nie znaczy, jeśli abstrahować od okoliczności, od konkretnych organizacji, od celu, jaki chce się osiągnąć i od programu, jakiego chce się bronić. Można przyłączyć się do wielu ludzi, rozstać się z wieloma innymi, ale po co? „Nieomal od dziesięciu lat, IV Międzynarodówka działa, wraz z innymi nurtami nie-sekciarskiej radykalnej lewicy, na rzecz przegrupowania antykapitalistycznego, szerokiego i pluralistycznego w celu zwalczenia hegemonii lewicy socjalliberalnej”, odpowiada ona dzisiaj. Ta perspektywa nie jest wspólna dla wszystkich rewolucyjnych trockistów. Szczególnie dzisiaj, kiedy działacze i organizacje trockistowskie mają kilka atutów, nawet jeśli sytuacja międzynarodowa jest trudna dla pracowników i dla klas ludowych całego świata.

Uchwały ostatniego kongresu IV Międzynarodówki przyznają to na swój sposób. Optymizm panuje. Ale tylko fasadowy i daleki od pełni szczęścia. Podkreśla się fakt, że prowadzona jest ofensywa ekonomiczna imperializmu przeciwko pracownikom i ludziom biednym. Również ofensywa wojenna. Imperializm nie ma wielu dróg do wyboru. I, prawdopodobnie bardziej niż kiedykolwiek, proletariacki program i perspektywy rewolucyjne są dziś niezbędne.

Wybór należy do towarzyszy z IV Międzynarodówki.

Wybór między drogą rewolucyjną, która akurat w tym okresie może uzyskać oddźwięk w spauperyzowanych masach, a pokusą socjaldemokratyczną, która wciąż czyha, by dopaść znienacka!

9 maja 2003 r.

(tłumaczenie ex-GSR za: „Lutte de classe”, nr 73/2003, ss. 31-35; tekst tendencji mniejszościowej Lutte Ouvrière pt. ”XVe Congrès de la IVe Internationale: Vers une cinquième <<sui generis>>?” Tytuł polski nadany przez GSR.)

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Ochotnik