Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 26 gości.

Józef Dietzgen: Religia socjaldemokracji. Sześć kazań. (1870-1875) [Kazanie IV]

Religia to opium ludu - plakat z Leninen [kadr]

KAZANIE TRZECIE: http://www.1917.net.pl/node/23405
 
IV.
 
1.
 
W rzeczywistości jest klechowskim wybrykiem zwracanie się do moich towarzyszy z wysokości ambony. Ambona, chrześcijaństwo i religia były często wykorzystywane do służenia tak wielu oszukańczym celom, że przyzwoitemu człowiekowi nieprzyjemnie jest się z nimi stykać. Musimy jednak zbliżyć się do nich, aby całkowicie te rzeczy wyeliminować. Jeśli chcesz wyrzucić awanturnika ze świątyni, musisz go najpierw objąć - to jedna z sensownych sprzeczności życia.
 
Nie jest niezwykłym zjawiskiem w historii, zobaczyć jak jedna rzecz przekształca się w inną, zachowując tą samą nazwę. Dla niedoświadczonego zmieniona nowa rzecz jest łatwo przedstawiana jako stara znajoma. Tak jest w przypadku ambony, chrześcijaństwa i religii. Jest to konserwatywna sztuczka, która wywołuje wiele zamieszania w umysłach ludzi. Nawet wśród naszych towarzyszy są tacy, którzy dali się na to złapać. Mówią: Chrystus był pierwszym socjalistą. Jednak socjalizm i chrześcijaństwo różnią się od siebie jak dzień od nocy. Oczywiście, istnieją między nimi podobieństwa. Ale pokaż mi coś, do czego nie można znaleźć żadnej analogii! Co się całkowicie różni? Dzień i noc mają to wspólnego, że obie są okresami czasu. Diabeł i archanioł mają tę samą naturę, choć jeden jest czarno-, a drugi białoskóry, jeśli obaj twierdzą, że mają jakąś skórę. Podstawową umiejętnością naszego umysłu jest sprowadzenie różnorodności pod jedną ogólną rubrykę. Chociaż chrześcijaństwo i socjalizm mogą mieć pewne punkty wspólne, to jednak jest prawdą, że ten, kto myli Chrystusa z socjalistą, jest z pewnością niebezpiecznym bałwanem. W rzeczywistości nasza wiedza jest jednostronna, gdy opiera się tylko na tym, co zjawiska mają ze sobą wspólnego. Musimy również spojrzeć na ich zróżnicowanie. Nie to, co socjalista ma wspólnego z chrześcijaninem, ale to, co odróżnia go od chrześcijanina, jest przedmiotem naszych rozważań.
 
Chrześcijaństwo zostało ostatnio uznane za religię niewolniczą. Wydaje mi się to bardzo trafną oceną.
 
W rzeczy samej, wszelka religia jest niewolnicza, ale chrześcijaństwo jest najbardziej niewolniczą spośród nich. Weźmy pierwszą lepszą chrześcijańską formułkę, z którą spotykamy się w drodze. Przy drodze stoi krzyż z napisem: „Zlituj się, łaskawy Jezu! Święta Maryjo, módl się za nami.” Mamy tu nadmierną pokorę chrześcijaństwa w całej jego nędzy. Ci bowiem, którzy budują całą nadzieję na litości, są istotami nędznymi. Ci, którzy rozpoczynają życie z wiarą w Wszechmogącego Boga, i płaszczą się przed losem i siłami natury, w swoim żałosnym uczuciu niemocy jęczą o miłosierdzie, są wszystkim tylko nie wydajnymi członkami współczesnego społeczeństwa. Kiedy widzimy, że współcześni chrześcijanie postępują inaczej, że stawiają czoło burzy i odważnie stają w obliczu niebezpieczeństwa, że aktywnie usiłują usunąć nieszczęście, to czynią to tylko z powodu ich odejścia od chrześcijaństwa. Chociaż nadal zachowują swoje miano, swoje książeczki do nabożeństwa i swoje niepokoje, są w swoich poczynaniach i działaniach doskonałymi antychrystami. My, niereligijni socjaldemokraci, musimy być w pełni świadomi tego położenia. Chcemy być świadomie i celowo, w teorii i praktyce, energicznymi przeciwnikami tej nieśmiałej i nabożnej pokory.
 
Zakorzenione w ciele, jak stary Adam, jest katastrofalne, ludzkie usposobienie ku uwiecznianiu rzeczy, które miały służyć tylko pewnym warunkom. Bezwładność i samolubstwo łączą się, aby przemilczeć, zaprzeczyć lub pogodzić się z sprzecznością pomiędzy chrześcijańską pogardą wobec doczesnego życia a radosną, żmudną aktywnością, która wyróżnia obecne pokolenie. Chrześcijaństwo chce rezygnacji, a nowoczesne życie chce, abyśmy pracowali z pełną siłą dla zaspokojenia naszych materialnych potrzeb. Zaufanie do Boga jest najważniejszą cnotą chrześcijańską, podczas gdy pewność siebie, jego całkowite przeciwieństwo, jest niezbędna do osiągnięcia sukcesu. Ci, którzy odważą się włożyć w usta chrześcijaństwa maksymę: „Ufaj Bogu, ale nie ukrywaj swoich talentów”, przez co mają zamiar przekazać, że praca nie jest rzeczą niechrześcijańską, ale przeciwnie - chrześcijańskim nakazem, to niedorzeczni sofiści. Praca w sensie chrześcijańskim różni się całkowicie od pracy nowoczesnej i prawdziwej. Chrześcijanin pracuje dla Nieba, krzyżuje swoje ciało i podporządkowuje mu swoją pasję. A gdy pracuje na swój codzienny chleb, to tylko na takie utrzymanie, aby przedłużyć swoje cierpienia na tym padole łez, aby być godnym prawdziwego życia wiecznego. „Kto kocha swoje życie, straci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na wieki wieczne” (J 12,25). Niebiańska wieczność jest celem chrześcijanina; ziemski świat jest celem rozsądnych ludzi.
 
Doktordozent Daniel Schenkel z Heidelbergu, jest oburzony twierdzeniem, że istotą chrześcijaństwa jest negacja tego świata. „Czy to prawda”, powiada, „że chrześcijaństwo nie uważa tego świata za godne, anie jedynie potencjalne, miejsce dla religii - tego świata, o którym mówi Ewangelia: tak Bóg kochał Swój świat, że zesłał Jego jednorodzony Syn. Czy pierwotni chrześcijanie wyrzekli się świata? Czyż nie oczekiwali raczej, że Chrystus pojawi się ponownie na ziemi i zastąpi stary, zgniły porządek rzeczy nowym?” Tak mówi się sofistyczny mądrala, który nie bardzo dba o spójne rozumowanie, ale za to bardzo o kompromis między miałkim racjonalizmem i religią chrześcijańską. Czy też odczuwa potrzebę zwodzenia innych, jeśli nie samego siebie? Czy nie wie, że chrześcijaństwo ma dwa światy, jak Prusacy, jeden biały, a drugi czarny? Piękny świat rzeczywistości chrześcijanin zamalował na czarno. Jego blaski są tylko pokusami diabła; jego praca jest przekleństwem; jego miłość jest grzesznym pożądaniem; Ciało jest znużeniem ducha; ciało jest nędznym ścierwem. Jak zaklęty książę tkwi w dzikiej bestii, tak biały świat chrześcijańskiej wyobraźni żyje w tej czarnej rzeczywistości. Aby ocalić nas od tego świata, Bóg posłał Swego Syna, który prowadzi nas do niebiańskiego świata chrześcijaństwa. Składa się z materii duchowej, która jest tak samo możliwa jak żelazne drwa. Jego mężczyźni i kobiety są bez płci; jego ciała nie ciążą; jego praca jest bezbolesna. Z pewnością pierwotni chrześcijanie mieli pragnienie wyrzeczenia się świata. Oczekiwali ponownego pojawienia się Jezusa w każdej chwili; oczekiwali zniszczenia świata i nastania zagłady. „Moje królestwo nie jest z tego świata”.
 
Jednak fantastyczne zbawienie chrześcijaństwa, którego celem jest usunięcie trudów tego świata nie przez energetyczną pracę, ale przez wiarę i zaufanie, nie może powstrzymać na zawsze zmysłowego pragnienia przyjemności materialnego życia. Heretycy, reformatorzy, protestanci, starokatolicy, unitarianie i wyżsi krytycy przyczynili się do zwycięstwa oczernianej i zniesławianej prawdy nad pobielanymi kłamstwami religijnej wyobraźni. Jak dotąd my, socjaliści, zgadzamy się z postępowcami. Ale protestujemy przeciwko temu tchórzostwu, które trzyma się starej nazwy i stara się ukazać odejście od wiary jako powrót do prawdziwego chrześcijaństwa. Konieczne jest zdyskredytowanie nazwy, aby zlikwidować samą rzecz.
 
Religia kapitalistów jest tak samo niejednoznaczna i sprzeczna jak ich polityczna ekonomia, wolność, równość i braterstwo. Farsa wyrzeczenia świata, odgrywana przez grubego mnicha, jest kontynuowana przez dobrze odżywionego burżuj. A najbardziej absurdalne jest to, że postępowiec pozostaje daleko za mnichem, który przynajmniej był świadomy surowego charakteru religii. Letnie i mdłe chrześcijaństwo współczesnych hochsztaplerów uważa się za jedyny autentyczny towar. Starzy przywódcy chrześcijaństwa, Święci Kalendarza, manifestowali prawdziwą pogardę dla świata i jego przyjemności; kochali życie pustelnika, nosili włośnicę, umartwiali swoje ciało i karmili się korzeniami i ziołami. Ich życie stanowiło dowód ich doktryny: „Bóg jest duchem”. Nasi współcześni krzyżowcy przewracają stronę do miejsca, gdzie jest napisane: „On stał się ciałem i zamieszkał między nami”. Bez wątpienia zarodek dwuznaczności i bezsensownej sprzeczności od początku tkwi w chrześcijańskich doktrynach. Apostołowie i ojcowie kościoła czasami ustępowali przed opinią publiczną. Nauczali, jak wypędzać pożądanie małżeństwem, a Szatana Belzebubem. Z niektórych fragmentów można wywnioskować, że modlitwa i post były najwyższymi chrześcijańskimi obowiązkami, podczas gdy z innych fragmentów można wyciągnąć przeciwny wniosek, że Pan nie znajduje przyjemności w ofierze. Chrześcijaństwo, nie będąc ponad naturą, nie może zrezygnować z radości życia i musi zakończyć się kompromitacją i besztaniem. Przenikliwemu socjaldemokracie drzewa nie zasłonią lasu. Istotą chrześcijaństwa jest wstrzemięźliwość na tym świecie i słodkości w Niebie.
 
Doktryna, która przez stulecia rządziła narodami i kontynentami, z pewnością ma historyczne znaczenie. Ale przyznawszy to, musimy odrzucić jej roszczenie do wiecznego panowania. Dobro, które zawiera chrześcijaństwo, jak na przykład umartwianie ciała jako środek przeciwko żądzy nieślubnej lub braterstwo człowieka przeciwko narodowej zawiści, jest chętnie akceptowane przez socjaldemokrację. Potępiamy wszelki szowinizm, który jednak zazwyczaj wspiera Kościół chrześcijański. Jednak nie możemy uważać tej prawdy za boską i świętą.
 
Z tą różnicą między prawdą religijną a świecką dochodzimy do punktu, który istotnie odróżnia socjalistę od chrześcijanina. W celu jego wyjaśnienie chciałbym prosić was, moi przyjaciele, o poświęcenie mi uwagi na jakiś czas.
 
Prawda jest bez wątpienia prawdą! Ale w swojej religijnej formie jest jednostronna, bezduszna i nietolerancyjna. Weźmy na przykład zasadę ludzkiego braterstwa. Jest to odwieczna prawda, tj. ludzką potrzebą jest żyć razem. Towarzyskość jest częścią ich natury, muszą się wzajemnie miłować; a gdy nie potrafią tego zrozumieć, cierpi ich własny dobrobyt i szczęście. Gdy jednak religijny wierzący podejmuje tę zasadę, gdy chrześcijanin nakazuje: Kochaj bliźniego swego jak siebie samego, wtedy czyni to z taką żarliwością, że pozbawia zasadę sensu. Kiedy zostanie uderzony w prawy policzek, ma mu również nadstawić lewy. Kiedy głosi miłość, wyklucza nienawiść. Z drugiej strony socjalizm nie tylko głosi miłość ludzkości, ale opiera się na niej. Antyreligijna, rozumna miłość ludzkości wie, jak się ograniczyć; nie przesadza, ani nie wyklucza jej antytezy: nienawiści, ale uświęca ją, ponieważ jest środkiem tymczasowo niezbędnym. My także pragniemy kochać wroga i czynić dobro temu, który nas nienawidzi, ale nie dopóki nie leży rozbrojony na ziemi. Tymczasem śpiewamy z Herweghem:
 
Miłość nie może zbawić nas,
Nie może wyratować.
Twych, nienawiści, sądów czas,
Ty możesz nas rozkować.
 
Dopóki krzepka nasza dłoń,
Niech miecza się nie wstydzi.
Kochaliśmy już dość, już dość
I pora nienawidzić.
 
2.
 
Pytanie, z którym mamy do czynienia, dotyczy różnicy między prawdą religijną i świecką. Aby żyd nie biegał brudnym, Mojżesz przepisał czystość jako prawo. Czystość jest koniecznym wymogiem; jest oczywistością. W swej religijnej formie osiąga jednak uroczysty bezruch, zostaje przywiązane do czasu, miejsca i liczby; określa, kiedy, w jaki sposób i jak często należy się myć. Prawda religijna jest wiążącym nakazem; świecka nauka i swobodne korzystanie z wody oczyszcza bardziej dokładnie niż ten nakaz. W nauce atom jest tak samo wartościowym przedmiotem jak gwiaździste niebo. Nie ma ustalonej przepaści w nauce pomiędzy godnymi i niegodnymi przedmiotami, a w naukowej etyce żadnej między dobrem a złem. Wszystkie rzeczy i cechy są użyteczne i odpowiednie; czyste i nieczyste, miłość i nienawiść, uciecha i wyrzeczenie - wszystko jest mniej więcej względne w zależności od czasu i warunków. Wolność naukowa, podporządkowująca wszystkie rzeczy i cechy ludzkim celom, jest całkowicie antyreligijna. Prawda religijna polega właśnie na tym, że wynosi ona naturalne cechy ponad naturę, że oddziela je od żywego strumienia ludzkiego postępu i ogranicza je do zatęchłej sadzawki.
 
W określaniu powszechnej i świeckiej prawdy jako "naukowej", chciałbym przypomnieć wam, przyjaciele i towarzysze, że prawdę naukową nazywa się świecką i powszechną. Trzeba o tym pamiętać, widząc, że powstało naukowe kapłaństwo wspomagające religijne kapłaństwo. Zniszczenie oczywistego przesądu byłoby łatwą sprawą, gdyby dualistyczna gmatwanina nie szukała luk w nauce, by złożyć tam jaja. Takie luki można znaleźć szczególnie w dziedzinie dotyczącej epistemologii, teorii metody poznania. Lapończyk lub mieszkaniec Ziemi Ognistej jest terroryzowany przez potężne zjawiska naturalne, a profesor przez cudowne działanie ludzkiego umysłu. Oświeceni wolnomyśliciele, którzy łatwo rezygnują z chrześcijaństwa i religii w ogólności, wciąż tkwią w pułapkach i sidłach przesądów, o ile nie rozróżniają wyraźnie religijnej i świeckiej prawdy i dopóki nie pewni, co jest organem prawdy lub na czym polega zdolności poznania. Po ucieleśnieniu wszystkiego, co duchowe, profesorom nic nie zostało, jak tylko uduchowić własny zawód, naukę. Biorą wiedzę akademicką za coś innego, na przykład od wiedzy chłopa, farbiarza czy kowala. Naukowe rolnictwo przewyższa tradycyjne rolnictwo tylko dlatego, że jego zasady lub jego znajomość tzw. praw przyrody są uogólnieniami bardziej uniwersalnymi. Różnią się one jednak od siebie w stopniu, a nie w istocie, jak na przykład ćwiartka roślin strączkowych od ćwiartki grochu. Nie możemy szukać po omacku beztreściowej różnicy między szlachetną nauką a powszechnym zrozumieniem, jeśli chcemy obalić twierdzenia arystokracji intelektu. Nasi przeciwnicy mogą z oburzeniem protestować przeciwko tak brutalnym poglądom demokratycznych wyrównywaczy, którzy nawet odmawiają uznania rozróżnienia intelektualnego. Jednak, tak jak stara walka z arystokracją nie miała na celu dyskredytować ich chwalebnych przodków, tak my nie mierzymy w intelekt intelektualistów. Sprzeciwiamy się jedynie materialnym przywilejom, do których rycerscy rabusie i akademickie gryzipiórki sobie roszczą prawo. Ponieważ nie można brutalnie zmusić ludu do wytwarzania bogactwa, uczeni satelici naszych władców oszukują go cudami pracy intelektualnej. Wyróżniająca się i lukratywna pozycja profesora, a także zyski pracodawcy, są chronione pod fałszywym pretekstem, że praca intelektualna jest o wiele wyższa i jest dziesięciokrotnie bardziej produktywna niż praca fizyczna. Ponieważ my, socjaldemokraci, traktujemy takie domniemania z pogardą, nazywa się nas „bluźniercami sztuki i nauki”. Mamy najgłębszą pogardę dla sztywnej frazeologii „kultury i nauki” i dla gadaniny dyplomowanych fagasów, którzy, jak pogańscy kapłani z ich podstawową wiedzą o naturze, wykorzystują swój pozorny idealizm, by utrzymać lud w ciemnocie. Współczesna dualistyczna wiara w świat naukowego i etycznego ducha, który ma przewyższać świat powszedni, a zatem panować nad nim, jest niczym innym jak odrodzonym przesądem ziemskiego i niebiańskiego życia. Profesorowie, którzy potrzebują wsparcia religii, przekształcają Królestwo Boże w królestwo ducha naukowego. Ponieważ Pan Bóg znajduje swoją antypodę w diabłach, tak też pobożny profesor swojego przeciwnika w materialiście.
 
Materialistyczna koncepcja świata jest tak stara jak religijna niewiara. Oba zostały rozwinięte w XIX wieku z ich surowej formy do naukowej precyzji. Ale nasi uczeni naukowcy tego nie rozumieją, ponieważ czują, że ich pozycja społeczna jest zagrożona przez demokratyczne tendencje tkwiące w materializmie. Feuerbach mówi: „Cechą charakterystyczną profesora filozofii jest to, że nie jest filozofem, i odwrotnie - cechą charakterystyczną filozofa jest to, że nie jest profesorem filozofii”. Dziś jesteśmy o krok dalej. Nie tylko filozofia, ale i ogólnie nauka pozostawiła w tyle swoich oficjalnych rzeczników. Nawet tam, gdzie na katedrze mamy materialistycznych profesorów, przylegają do nich nienaukowe uciążliwości religijne w postaci idealistycznych pozostałości, niczym kawałki skorupki jaja do świeżo wyklutego ptaka. Co więcej, jedna jaskółka wiosny nie czyni, a prawdziwie naukowy pogląd profesora nie może zmazać plamy, która kala całą klasę. Dopóki klasy średnie i ich przywódcy musieli wypełniać misję cywilizacyjną, ich akademie były żłobkami nauki. Od tego czasu historia posunęła się naprzód, a walka o wyższą cywilizację podjęła klasa robotnicza, najniższa warstwa ludzkiego społeczeństwa. Pomimo tej historycznej zmiany, starzy, marniejący władcy czynią wielkie wysiłki, aby zachować swoją władzę i oczekują wsparcia akademickich dostojników, zamieniając w ten sposób "wolnych naukowców" w dobrze opłacanych adwokatów broniących konającej sprawy.
 
Socjalistyczne żądanie bardziej sprawiedliwej i ludowej dystrybucji dóbr ekonomicznych może być zrealizowane tylko przez demokrację, przez rząd ludu, który nie tolerują rządów kliki, która pod pretekstem intelektualnej wyższości stara się przywłaszczyć lwią część bogactwa społecznego. Aby ograniczyć ten arogancki egoizm do rozsądnych granic, konieczne jest jasne zrozumienie relacji między umysłem a materią. Filozofia jest zatem przedmiotem, który ściśle dotyczy klasy robotniczej. Nie oznacza to oczywiście, że każdy człowiek pracy powinien starać się zapoznać z filozofią i zbadać związek między ideą a materią. Z faktu, że wszyscy jemy chleb nie wynika, że musimy rozumieć mielenie mąki i wypiek. Ale tak jak my potrzebujemy młynarzy i piekarzy, klasa robotnicza potrzebuje też zapalonych uczonych, którzy mogą podążać krętymi drogami fałszywych kapłanów i obnażyć ich sztuczki. Robotnicy fizyczni nie doceniają w wystarczającym stopniu realnej wartości pracy umysłowej. Ich zdrowa nieufność wobec czołowych pismaków społeczeństwa burżuazyjnego prowadzi ich zbyt daleko. Widzą, jak wiele złego dzieje się pod płaszczykiem pracy umysłowej i dlatego skłonni są nie doceniać pracy umysłowej i przeceniać pracę fizyczną. Temu brutalnemu materializmowi należy przeciwdziałać. Wigor fizyczny, przewaga cielesna zawsze była prerogatywą klas pracujących. Jednak z powodu braku tężyzny umysłowej do tej pory były one przechytrzane. Wyzwolenie klas pracujących wymaga od nich, aby pojęły wiedzę stulecia. Samo uczucie oburzenia wobec niesprawiedliwych warunków, w których cierpimy, nie umożliwi uwolnienia klasy robotniczej, niezależnie do przewagi liczebnej i fizycznej. Muszą dostać się do zbrojowni intelektu. Ze wszystkich jej broni teoria poznania lub teoria nauki, czyli rozumienie naukowego sposobu myślenia, jest uniwersalną bronią przeciwko wierze religijnej wypierającą ją z jej ostatnich ukrytych zakamarków.
 
Wiara w bogów i półbogów, w Mojżesza i proroków, wiara w papieża, w Biblię, w kajzera, w jego Bismarck i jego rząd, w skrócie, wszystkie wierzenia w władzę, znajdują konkretną i ostateczną ripostę w nauce umysłu. Dopóki nie odkryjemy, jak i gdzie powstaje mądrość, jesteśmy narażeni na niebezpieczeństwo bycia łatwo okpionymi. Jasne pojęcie, jak powstają myśli, stawia nas w punkcie, który uniezależnia nas od Boga, od ksiąg i od ludzi. W rozwiązaniu dualizmu umysłu i materii teoria naukowego sposobu myślenia niszczy ostatni filar, który wspiera społeczeństwo podzielone na władców i władanych, na ciemięzców i ciemiężonych.
 
Nie sądzę, że w tym miejscu właściwym byłoby, aby wikłać głębiej w dyskusję na temat teorii umysłu. Ograniczę się do stwierdzenia niektórych jej najbardziej oczywistych i niepodważalnych twierdzeń, aby móc sprzeciwić się domniemaniu klas panujących, które, pod przykrywką pracy umysłowej, starają się oddalić oskarżenie o wyzysk ludu. Socjalistyczny atak na ich pozycję gospodarczą lub klasową napełnia ich fanatyczną furią. Nie są zatem w stanie zapewnić koniecznej bezstronności w badaniu dziedzin, które mogą powodować zmiany społeczne. Nauce umysłowej i społecznej trudno spotkać się ze zrozumieniem publiczności, która za sprawą uprzywilejowanej pozycji związanej z posiadaniem jest zainteresowana zatrzymaniem koła cywilizacji. Taka nauka apeluje tym bardziej do rozsądnej postawy nieposiadających, wydziedziczonych i uciskanych.
 
Ad rem! Duch nie jest ani zjawą, ani tchnieniem Boga. Idealiści i materialiści zgadzają się, że duch należy do kategorii „rzeczy doczesnych”, rezyduje w ludzkich mózgach i nie jest niczym innym jak abstrakcyjną ekspresją, kolektywnym rzeczownikiem wyrażającym myśli, które istnieją jednocześnie i podążają za sobą w organicznej kolejności. Jeśli duch rozumiany jest jako nic innego, niż inne określenie dla naszej mocy myślenia, kto mógłby następnie zaprzeczyć temu paradoksalnemu, ale empirycznemu twierdzeniu, że praca umysłowa jest wysiłkiem cielesnym? W ten sposób wprowadzam was do dość trudnego rozdziału sprzeczności. Tak jak linia i punkt są tylko matematycznymi koncepcjami, tak samo sprzeczności nie są rzeczywistymi rzeczami, lecz logicznymi drobiazgami i mają tylko wartość względną i porównawczą. Względnie wielki jest mały, a mały - wielki. W tym sensie możemy powiedzieć, że materia i umysł, podobnie jak wszystkie przeciwieństwa, są logicznie, ale nie tak naprawdę, w opozycji do siebie, ponieważ wszystkie przeciwieństwa są takie tylko w porównaniu. Nasze ciało jest tak blisko związane z naszym duchem, że praca fizyczna jest absolutnie niemożliwa bez współpracy ducha. Nawet najprostsza praca niewykwalifikowanego robotnika wymaga współpracy umysłu. I odwrotnie, wiara w metafizykę lub bezcielesną pracę duchową jest absurdem. Nawet najczystszy wysiłek umysłowy jest niewątpliwie wysiłkiem ciała. Cała ludzka praca jest zarówno umysłowa, jak i fizyczna. Z moich poprzednich wykładów wynika co najmniej tyle, że myśli nie tylko pochodzą z mózgu, a zatem subiektywnie pochodzą z materii, ale że zawsze i wszędzie mają jakąś namacalną rzecz jako swój przedmiot. Materia mózgowa jest podmiotem myśli, nieskończony materiał świata jest jej przedmiotem.
 
Umysł i ciało pragną produkować, aby przynosić owoce. Dlatego też praca intelektualna musi się zmaterializować, a praca cielesna uduchowić. Analiza produktu pracy nigdy nie wskaże, ile wkładu wniósł umysł, a ile ciało, ponieważ działają razem w bliskim towarzystwie, a nie w izolacji od siebie. Pewna praca może być scharakteryzowana, zarówno jako umysłowa, jak i fizyczna, jednak produkt tworzy zarówno umysł, jak i ciało. Ich wkład w całość nie może być rozdzielony. Kto mógłby wskazać w ogródku warzywnym, jakie części roślin pochodzą z łopaty, ramienia ogrodnika, gleby, deszczu i nawozu? Zawsze wydawało mi się jałowym i marnym dążenie do podziału produktów pracy według czynników, które się do nich przyczyniły. Jest to perwersyjna myśl burżuazyjna, której nie można spełnić i która prowadzi w praktyce do wręcz przeciwnego rezultatu. Pomysł ten wydaje się być rezultatem tej głównej perwersji, która chce przekształcić człowieka w niezależnego producenta, który uwolniony od wszelkich społecznych więzów, powinien konkurować z innymi jednostkami i realizować w ten sposób fantastyczne ideały wolności osobistej. Ale wy, moi przyjaciele, doskonale wiecie, że wszystkie działania w świecie kapitalistycznym są w rzeczywistości wykonywane wspólnie. Intelekt dziennikarski pracuje dla przemysłowców, a przemysłowcy produkują płótno dla dziennikarzy, agentów policyjnych, pucybutów itp. Jeden za wszystkich. Nikt nie szuka swojego ostatecznego spełnienia we własnym produkcie, każdy poszukuje produktów wszystkich innych, które są dostarczane przez światowy rynek i znajdują swoją realizację w postaci pieniędzy. Jeśli oceniamy wkład każdego członka naszego społeczeństwa według pieniędzy, które otrzymuje, to akcjonariusze musieli wnieść olbrzymią ilość pracy społecznej.
 
Praca jednostki i rodziny, praca fabryki i całego społeczeństwa jest organizmem, którego każda część wnosi wkład do całości. Wkładu każdego organu nie można mechanicznie zważyć ani zmierzyć. Socjalista zdaje sobie sprawę, że robotnicy są organami procesu pracy. Całkowicie porzucił mizerną ideę indywidualizowania i dzielenia produktu komunistycznego i płacenia każdemu według jego zasług. Obecne społeczeństwo, ze swoją niezrozumiałą zasadą suum cuique (każdy dla siebie) i groteskową sprawiedliwością, działa tak nierozsądnie jak człowiek, który darzy oko nadmierną troską, jednocześnie całkowicie zaniedbując nogę. Tak jak inżynier ostrożniej obchodzi się z jego najmniejszymi śrubami niż z jego wielkim kołem, tak też my pragniemy, aby produkt pracy społecznej był podzielony zgodnie z potrzebami społecznymi, aby silni i słabi, sprawni i niezdarni, praca umysłowa i fizyczna, wszyscy o ile są ludźmi, pracował i cieszyli się w ludzkiej wspólnocie.
 
Ten cel, moi towarzysze, jest przeciwny religii.
 
I nie tylko przez formalnej, pospolitej religii kapłaństwa, ale także najbardziej oczyszczonej i wysublimowanej religii fachowej mętnych idealistów. Od czasu opublikowania pierwszej części mojego kazania kilka osób zbeształo mnie za to, że zbytnio dałem się porwać mojej krytyce. Nasz przyjaciel Schafer z Frankfurtu uważa, że potępiam Jezusa za błędy jego wyznawców. Zrobili z Jego nauki to, czego Mistrz nigdy nie zamierzał; dlatego powinniśmy rozróżniać między idealnym, prawdziwym chrześcijaństwem a zdegenerowanym. Moja krytyka wobec nadmiernej chrześcijańskiej pokory nie była uzasadniona, ponieważ sam Pan był na tyle odważny, aby wygonić przekupniów ze świątyni.
 
Na to chciałbym odpowiedzieć: chrześcijaństwo dąży do boskiej kontroli nad światem. Cóż za próżne przedsięwzięcie! Chrześcijaństwo jest kontrolowane wbrew swojej woli i pragnieniu przez naturę rzeczy. „Dlatego jest tak pełne kompromisów”, dlatego apostoł, z całym swoim pragnieniem celibatu, musi pozwolić na małżeństwo, dlatego chrześcijański brak oporu, który nakazuje obnażyć lewy policzek, gdy prawy został uderzony, zostaje zmieciony przez oburzenie uderzonego. Ale widzicie, to nie jest konsekwencja, ale niespójność chrześcijaństwa, ponieważ kładzie ono szczególny nacisk na konieczność bezwzględnej rezygnacji, na cierpliwość baranka prowadzonego na rzeź. Taka pokora z pewnością ma swoje granice, ale pogląd, że rewolucyjny przewrót był częścią boskiej misji, jest ponad wszelką wątpliwość całkowicie obcy duchowi chrześcijaństwa, chociaż możemy znaleźć tu i ówdzie nieistotny przykład, z którego można wywnioskować coś przeciwnego. Czy Chrystus naprawdę miał na myśli lub chciał takiej pokory, nie potrafię powiedzieć. W końcu dlaczego takie pytanie powinno nas interesować? Prawda świecka i prawdziwa nie opiera się na osobowościach. Opiera się na przedmiotach zewnętrznych; jest obiektywne. Nie ma roszczenia do słuszności, ponieważ pochodzi od wielkiego mistrza. Możemy najwyżej powiedzieć, że mistrz wziął ją pod uwagę, ponieważ była słuszna. I właśnie w tym tkwi błąd i przesąd, których winien jest nasz przyjaciel Schafer, i które każe mi z oburzeniem uderzać w ambonę, ponieważ ludzie są pełni czci dla bohaterów i nie mogą porzucić ich wiary w autorytet i ich bałwochwalstwa wielkiego ducha.
 
Wielcy ludzie, którzy niosą latarnię wiedzy, z pewnością zasługują na wszelką cześć, ale tylko o tyle, o ile ich nauki opierają się na rzeczywistości.
 
KAZANIE PIĄTE: http://www.1917.net.pl/node/23409

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Pokój i ziemia