Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 26 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Bajka o żelaznym wilku i inne pouczające historie

książka.jpg

Książka prof. Marii Hirszowicz pt. „Pułapki zaangażowania: Intelektualiści w służbie komunizmu”, stanowiąca próbę wieloaspektowego i pogłębionego, a więc najpełniejszego, rozliczenia wymienionego w tytule środowiska z przeszłością, ukazała się prawie 20 lat temu.

Prof. Hirszowicz tak ujmuje powody ówczesnego zaangażowania – swojego i kolegów: „Za wiarą w komunizm kryły się różne motywacje. Sympatia do komunizmu wynikała często z faktu, że ruch ten wydawał się zaspokajać indywidualne interesy, a zarazem służyć zbiorowości, z którą jednostka czuła się związana. W innych przypadkach przyjęcie komunistycznej ideologii odzwierciedlało wspólne wielu ludziom pragnienie politycznej identyfikacji w imię wyższej sprawy i potrzebę służenia celom transcendentnym, wychodzącym poza przyziemność. W jeszcze innych zasadniczy wpływ miała indoktrynacja. Wśród potrzeb określających intensywność ideologicznego zaangażowania znajdujemy więc zarówno dążenie do zbawiania świata, jak i własne interesy, zarówno potrzebę aktywnego uczestnictwa w masowych ruchach, jak i chęć oportunistycznego dostosowywania się do funkcji pełnionych w organizacjach społecznych, zarówno poczucie obowiązku działania na rzecz innych, jak i dążenie do uczestniczenia w przywilejach i korzyściach, jakie daje władza” (M. Hirszowicz, Pułapki zaangażowania: Intelektualiści w służbie komunizmu, Wydawnictwo SCHOLAR, Warszawa 2001, s. 9).
 
 
Nie mamy powodu, aby nie wierzyć pani profesor, w końcu opisuje też i swoje własne doświadczenie. Warto zauważyć, że poza motywacją wynikającą z interesowności i oportunizmu, które zawsze dotyczą jakiejś części społeczeństwa i grają na korzyść grup społecznych „trzymających władzę”, podkreśla się tu „pragnienie politycznej identyfikacji w imię wyższej sprawy i potrzebę służenia celom transcendentnym”. Jest to motywacja abstrahująca od politycznych i partyjnych programów, które przecież stanowiły istotę sporów na lewicy przed i po Rewolucji.
 
Wybiegając do przodu i mając świadomość, że M. Hirszowicz ostatecznie kaja się za to zaangażowanie, nie jesteśmy zdziwieni, iż linia tłumaczenia i obrony przebiega właśnie w tym miejscu – intelektualiści zaangażowali się, ponieważ dotarło do nich, że nurt reprezentowany przez partię Lenina wykazał empirycznie swoją rację. Sami uznali swoją pokorę wobec demokracji burżuazyjnej za przejaw naiwności. Później znowu okazało się, że padli ofiarą naiwności. Tym razem ponoć naiwnie wierzyli, że opowiadają się za „wyższą sprawą”, która usprawiedliwia brutalność metod.

See video

 
 
W pewnym sensie, można powiedzieć, że mało znaczące jest to, że intelektualiści nie „załapali się” ani na poparcie Rewolucji, ani na „niezbrukanie” stalinizmem. Z perspektywy, jaką przyjmują intelektualiści (wyidealizowane wyobrażenie o „wyższej sprawie” i o „transcendentnych celach”), zawsze będą się mijać z rzeczywistością. Walka klasowa nie przebiega w tych kategoriach.
 
Stalinizmem nie dali się omamić ci, którzy trzymali się konkretnych programów politycznych – czy to przeciwnicy Rewolucji i bolszewików, czy to ci bolszewicy, którzy trzymali się programu robotniczego. Nie żadnych wyobrażeń o jakiejś idealnej „Sprawie”, ogólnohumanistycznej i transcendentnej…
 
Biorąc to pod uwagę, można zauważyć charakterystyczną nieobecność krzyczącą ze stronic tej książki. Tak bardzo przywykliśmy przyjmować jako rzecz oczywistą całkowitą rozłączność między ideologią komunistyczną a rzeczywistym ruchem robotniczym.
 
Stalinizm przyzwyczaił nas do porozumiewawczego przymrużenia oka w tej kwestii. W duchu II Międzynarodówki, klasę robotniczą zastąpiło jednolite klasowo społeczeństwo pracowników najemnych – klasa pracownicza. Klasa robotnicza była tylko ideologicznym instrumentem legitymizacji władzy biurokracji, która w innym przypadku nie miałaby żadnego tytułu do sprawowania swego mandatu przeciw nie przezwyciężonego zagrożenia recydywą panowania burżuazji i kapitału.
 
Roczniki urodzone w okresie przejściowym z biurokratyczną degeneracją i później postrzegają ruch robotniczy jako romantyczną przygodę, do której wzdychają jak do artystycznego kina rodem z Mosfilmu… Dziś prawdziwych robotników już nie ma…
 
W książce M. Hirszowicz nie ma też ustosunkowania się do kwestii biurokratycznej manipulacji sprawą robotniczą. Interesuje ją wyłącznie manipulacja sumieniem i sercem warstwy byłych apologetów biurokracji partyjno-państwowej.
 
Kwestię sprzeciwu wobec władzy biurokratycznej z perspektywy słabej, ale niemniej istniejącej opcji prorobotniczej, M. Hirszowicz kwituje krótko i jednoznacznie: „W odróżnieniu od ludzi typu Djilasa lub Deutschera rewizjoniści w większości przypadków nie byli jednak w stanie przeciąć pępowiny łączącej ich z komunistyczną strukturą władzy. Coraz bardziej świadomi wynaturzeń uformowanego przez stalinizm systemu wierzyli przez długi czas w możliwość jego odnowy za pomocą działań w obrębie partii, której część stanowili. Szukali alternatywy nie poprzez powrót do kapitalistycznego modelu gospodarczego i oparcie się na zasadach demokracji parlamentarnej, ale poprzez rozwijanie demokracji wewnątrzpartyjnej i instytucji przedstawicielskich ludzi pracy – rad robotniczych, związków zawodowych, stowarzyszeń i samorządów lokalnych. Swój udział w partii nowego typu traktowali jako szansę walki o taki właśnie kierunek zmian – to zaś utrzymywało ich w kręgu wpływów komunistycznej wiary” (tamże, s. 27).
 
Opcja biurokratyczna jest utożsamiona po prostu z nurtem prorobotniczym – swoje wyobrażenia o „wyższej sprawie” i o „transcendentnych celach”, intelektualiści uprawiający apologię partii w okresie stalinizmu narzucają jako istotę perspektywy lewicowej. Nawet jeśli takie widzenie sprawy przywiodło ich do bezbronności wobec stalinowskiej demagogii. Stalinizm przywdział kostium ideologii ogólnohumanistycznej, maskując otwarcie antagonistyczny charakter sprzeczności klasowej, która dzieli realne społeczeństwo, a nie „złych” od „dobrych”, która opiera program polityczny na percepcji interesów, a nie na moralności, która gorzej od tej pierwszej chroni przed moralnym skundleniem – jak tego dowiodła historia opisywana przez prof. Hirszowicz.
 
Faktyczna identyfikacja z rzeczywistym ruchem robotniczym nigdy nie pozwoliłaby na sformułowania celu tego ruchu jako, za przeproszeniem, „pragnienia politycznej identyfikacji w imię wyższej sprawy i potrzebę służenia celom transcendentnym”. A przecież tego typu usprawiedliwienie dla grzechów młodości przewija się stale we wspomnieniach ludzi, których cechą charakterystyczną jest pozostawanie w mainstreamie, niezależnie od zmiennej koniunktury politycznej, jak nie w kraju, to za granicą.
 
W takim rozumieniu walki klas i ruchu robotniczego (ostatecznie uznanego za przypadkową cechę lewicowości) kryje się cały komplet zarzutów wobec marksizmu i koncepcji komunistycznego ruchu robotniczego. Uzasadnia ono nawet interpretację marksizmu jako poglądu quasi-religijnego.
 
Wedle tych, którzy przystąpili do ruchu robotniczego kierując się swoimi wyobrażeniami o jego istocie i celach, angażując się w działania systemu, których całkiem słusznie się wstydzili, i którzy tym łatwiej opuścili jego szeregi, kiedy okazało się, że król jest nagi, a tajemnica Poliszynela została ujawniona, ci działacze partii szczebli lokalnych, którzy przystąpili do ruchu kierując się całkowicie odmiennymi, robotniczymi przesłankami, stali się nagle, z dnia na dzień, z prześladowanych prześladowcami, autentycznymi stalinowcami. Praktycznym kryterium piętnowania stalinizmu okazało się przywiązanie do zasad walki robotniczej.
 
W celu uwiarygodnienia tego zabiegu należało odpowiednio „ustawić” teorię marksizmu. Tym zajęła się sowietologia opierająca się na „nawróconych” byłych stalinowcach – wiarygodnych znawcach tematu, bo od wewnątrz.
 
Tymczasem M. Hirszowicz bardzo trafnie opisuje faktyczne powody, dla których idea komunistyczna zyskała tak wielki oddźwięk wśród inteligencji i intelektualistów, którzy wcześniej, dopóki nie stała się zasadą realnie istniejącego państwa z jego prerogatywami i atrybutami władzy, nie byli skłonni masowo utożsamiać się z marksizmem, choć odczuwali niejaką skłonność do oddawania się misji chrześcijańskiego miłosierdzia… wśród lumpenproletariatu i prostytutek. Trudno nie zauważyć, że Karol Marks nie przystawał do obrazu takiego wzorcowego działacza ruchu robotniczego. Na całe „szczęście”, masowe partie robotnicze, które zaczęły powstawać na początku XX wieku i stwarzać potwierdzoną historycznie perspektywę wsiąknięcia w system władzy, przyciągały także ludzi, którzy niekoniecznie byli obarczeni brakiem osobistego taktu i duchem nieprzezwyciężalnego sekciarstwa. Wnieśli oni umiar i takt do ruchu robotniczego, co z miejsca podniosło jego poziom, czyniąc go kompatybilnym z instytucjonalnymi pozycjami społeczeństwa burżuazyjnego, do zajęcia których, pod ich przywództwem, pretendował.
 
Stawiając kropkę nad „i” – masowy akces intelektualistów do ruchu robotniczego pojawił się z chwilą, gdy „praxis” rewolucyjna wraz z powodzeniem gospodarki planowej, na tle brutalnej faszyzacji demokratycznego społeczeństwa burżuazyjnego i najgłębszego kryzysu kapitalizmu, objawiła swą niezaprzeczalną i, wydawało się, niezachwianą przewagę. Masowy akces jest niezawodnym wskaźnikiem sukcesu, obiektywnego i subiektywnego.
 
Przenosząc model radziecki na kraje, które zostały włączone do obozu „realnego socjalizmu” po II wojnie światowej, niewiele zostało w nim do przeniesienia z pierwotnych założeń Rewolucji i Lenina. Niemniej, ci, którzy odnosili się do tych korzeni, po śmierci Stalina, stali w sposób dla nich oczywisty na pozycjach prorobotniczych i antybiurokratycznych. W samej partii (post)stalinowskiej, ten sposób myślenia i ta tradycja ideowa służyła jedynie jako pusta treściowo legitymizacja sprawowania władzy. Nad rozmiękczaniem robotniczej istoty teorii i programu leninowskiego, opartego na teorii Marksa, pracowały pokolenia karierowiczów partyjnych w ZSRR, których pragmatycznym oczekiwaniom biurokratycznym neomarksistowskie koncepcje, czyniące z marksizmu-leninizmu religijną ideę wiekuistego i powszechnego szczęścia połączonego z końcem historii, dawały podbudowę teoretyczną.
 
Taka interpretacja marksizmu, zapoczątkowana w II Międzynarodówce, kiedy to teoria wyzwolenia klasy robotniczej rękami tej klasy została zastąpiona ogólną teorią wszystkiego, jak leci, i co wydaje się akurat nośne i modne w społeczeństwie burżuazyjnym, właśnie podoba się intelektualistom wszystkich krajów i łączy ich. Taki „marksizm” odstręcza robotników, ale co to obchodzi biurokrację i jej apologetów… Biurokracja jest szczęśliwa, jeśli ma intelektualistów za sprzymierzeńców. A jeśli ci odwracają się od niej, usiłuje jak najprędzej dostosować się do ich ulubionych koncepcji.
 
Tymczasem, przywiązanie do treści prorobotniczych w KPZR było obiektywną przesłanką trzymania się pozorów przywiązania do „tradycji leninowskich” w partiach krajów satelickich wobec Moskwy. W ZSRR autentyczna rewolucja proletariacka przeorała świadomość społeczną i pozostawiła niezatarty ślad, a wśród stalinowców przetrwało przywiązanie do tej tradycji jako fundamentu nowego ustroju. W tym tkwi zasadnicza różnica między współczesną sceną polityczną w Rosji a lewicą w pozostałych krajach byłego bloku, zwłaszcza w tych, gdzie ustrój został narzucony bez takiego gruntu czy zdarzeń, które mogłyby odwoływać się do podobnego nastroju mas.
 
W warunkach monopolu partyjnego, sama partia była zbiorowiskiem koncepcji, których stopień rozbieżności dawał prawo do określania ich jako partie w partii. Frakcje walczyły między sobą zaciekle, ale na zewnątrz zachowywały pozory jedności. Nie dawały w ten sposób możliwości rozładowywania kryzysów politycznych poprzez choćby pozorowaną – na zachodnią modłę demokratyczną – zmianę. Zmiany ekip rządzących w PZPR były z mety odczytywane przez społeczeństwo jako nieskrywana kpina z jakichkolwiek demokratycznych reguł. Odcięcie działaczy partyjnych od społeczeństwa i troska o własne kariery (zagrożone, jeśli popełni się błąd odstępstwa od usankcjonowanej wersji ideologii, czyli postawi się poza ochroną ze strony zwierzchników) nie pozwalały na prawidłową ocenę sytuacji i racjonalne działanie.
 
Z biegiem czasu, w miarę jak odwołania do robotniczej istoty programu walki z biurokracją zaczęły wśród opozycji zanikać, analogiczne frakcje w PZPR również zaczęły tracić na znaczeniu – przestały być niezbędne dla równoważenia tego odłamu opozycji antybiurokratycznej. Ewolucja zachodziła stopniowo – tendencja prorobotnicza i odwołująca się do tradycji Lenina nie miała poparcia wśród zachodniej lewicy, nastawionej na tzw. nowe ruchy społeczne i krytycznej wobec niedemokratycznej polityki bolszewików zwalczających oddolne, spontaniczne działania anarchistów czy robotników działających, np. w ruchu komitetów fabrycznych.
 
W ich percepcji, w najlepszym wypadku, Rewolucja zapoczątkowała tendencje oddolne i superdemokratyczne, które bolszewicy z Leninem na czele zaczęli szybko zwalczać, prowadząc do zalążków przyszłej władzy totalitarnej.
 
Chociaż robotnicy zostali przez opozycję zdetronizowani jako rdzeń sprzeciwu wobec biurokracji, wszelkie poważne akty sprzeciwu w krajach obozu pozostały wynikiem akcji robotników. W tym przypadku, jak historia pokazuje, pacyfikacja nie polegała na mniej lub bardziej dotkliwych dolegliwościach związanych z ograniczeniami w dostępie do przywilejów związanych ze statusem intelektualisty, ale na bezpośrednim zagrożeniu życia. Protesty pozarobotniczych kręgów społeczeństwa nigdy nie były w stanie zagrozić władzy biurokracji. Stąd, mimo wrogiego stosunku tzw. opozycji demokratycznej do klasy robotniczej jako takiej, ucieleśnionej choćby w postawie świeckiego świętego opozycji demokratycznej, Jacka Kuronia (najbardziej lewicowego wśród opozycjonistów systemu), poważna walka z biurokracją nie była wyobrażalna bez udziału robotników. Robotnicy zostali przez opozycję demokratyczną potraktowani nie jako klasa-podmiot, ale jako instrument osiągnięcia celów sprzecznych z interesem klasy robotniczej.
 
Świadomy aparat ideologiczny PZPR i okołopezetpeerowski, mimo swego wykształcenia w temacie, nie odwoływał się do klasy robotniczej. W tym czasie ćwiczył krytykę bolszewizmu z pozycji ogólnodemokratycznych, zapożyczonych od zachodniej lewicy znajdującej się na drodze do pozycji sowietologicznych. Polska lewica okołopartyjna dołączyła do tego szlusu po stromym stoczu antykomunizmu (zastępując antybiurokratyzm antykomunizmem).
 
Skamieliną po tym okresie „burzy i naporu” jest zdecydowana odmowa zauważania problematyki biurokracji przed nestorów aparatu ideologicznego PZPR. Rzecz szła i idzie, wedle nich, wyłącznie o demokrację.
 
W ten sposób, również nieśmiała, okołopartyjna opozycja wobec wynaturzeń ustroju dołączyła do dzieła zafałszowania problemu, czyli przyjęcia jego analizy na wzór tego, jak to robi M. Hirszowicz.
 
*
 
Od tego wypadu w przyszłość, wróćmy do sukcesu stalinizmu wśród „zaczadzonych” intelektualistów. M. Hirszowicz widzi ten proces w latach 30. minionego wieku, niemniej grunt pod ten sukces był przygotowany już wcześniej, na początku XX wieku, kiedy partie socjaldemokratyczne zaczęły się instytucjonalizować w społeczeństwie burżuazyjnym. Wszystko byłoby jak najlepiej na tym najlepszym ze światów („marsz przez instytucje” mógłby się rozpocząć pół wieku wcześniej), ale Wielka Wojna pokrzyżowała niejako te plany i pogrzebała nadzieje.
 
Bezpardonowe dyskusje teoretyczne i organizacyjne w łonie ruchu robotniczego w przededniu I wojny światowej zarysowały kontury jego przyszłego podziału. Wynik wojny i wybuch rewolucji rosyjskiej podział ten przypieczętował. Już wówczas ujawniło się, że socjaldemokracja zasadniczo szukała możliwości wkomponowania się w perspektywę postępu dziejowego, wiązanego – jako obiektywna, liniowa tendencja historyczna – z rozwojem społeczeństwa burżuazyjnego, w którym rozwój sił wytwórczych i dobrobytu szedł w parze z demokratyzacją społeczeństwa i temperowaniem nierówności społecznych. Linia bolszewików kreśliła natomiast heretyczne wizje odstępstwa od liniowego postępu w postaci Leninowskiej teorii imperializmu, chociaż Lenin nie odrywał w żaden sposób perspektywy zmiany rewolucyjnej od konieczności uczestnictwa w tejże rewolucji krajów wysokorozwiniętego kapitalizmu, ba, czynił z tego udziału warunek konieczny powodzenia przedsięwzięcia.
 
Ironia historii powiązała jednak prymitywny schematyzm następstwa faz rozwoju społeczno-gospodarczego z dziedzictwem leninizmu, za sprawą powrotu Stalina do opartych na podstawach ówczesnego pojmowania naukowości w kategoriach pozytywizmu, koncepcji II Międzynarodówki. W międzyczasie spluralizowały się bowiem obowiązujące kanony naukowości, za czym Stalin i jego doradcy najwyraźniej nie nadążali. Ale mniejsza o to.
 
Krótki okres międzywojenny, z doświadczeniem Wielkiego Kryzysu i niestabilnością polityczną, sprzyjał poszukiwaniu rozwiązań w oglądaniu się na model radziecki i sięganiu do rozwiązań ekonomistów związanych z nurtem socjalistycznym, opartych na sposobach radzenia sobie z największymi bolączkami kapitalizmu, w tym za pomocą interwencji państwa w gospodarkę. Burżuazyjne Niemcy, kraj pokonany w Wielkiej Wojnie, wtrącony w otchłań chaosu gospodarczego, i stojący na krawędzi wybuchu rewolucji proletariackiej, musiał poradzić sobie z oboma problemami naraz. Burżuazja (wspierana przez socjaldemokratów) posiłkowała się dostępnymi obu tym siłom sposobami. Demokratyczna socjaldemokracja zachowała się biernie w obliczu odwołania przez burżuazję do narzędzia autorytarnego populizmu, mającego na celu stłumienie oporu robotniczego.
 
Był to czas, w którym osiągnięty niewiarygodnym kosztem sukces rewolucji rosyjskiej święcił propagandowe tryumfy i wzniecał autentyczną trwogę wśród politycznych przeciwników. Siłę przekonywania zachował zasadniczo nurt narodowy, w przeciwieństwie do hasła demokracji, które w warunkach międzywojnia nie było w stanie przykryć krzyczącej rozbieżności między formą a treścią.
 
Intelektualiści, którzy przyłączali się do ruchu robotniczego wprowadzali do niego swoje wyobrażenia o nowoczesnym i postępowym społeczeństwie, niespecjalnie licząc się z poziomem kulturowym mas. Największe pole do popisu mieli oni w samej Rosji Radzieckiej, wywołując skądinąd niekiedy nieprzychylne reakcje samego Lenina.
 
To, co udało się wypunktować w polemice z rewizjonizmem przed wojną jako wypaczenie myśli Marksa, obecnie wdarło się przebojem wraz z poputczikami rewolucji. Aspiracje związane z nieograniczonymi możliwościami w nowym, tworzonym od postaw społeczeństwie, wolnym od przesądów starego ładu, pomogły zastąpić perspektywę ascetycznego programu wyzwolenia klasy robotniczej od wyzysku związanego z kapitalistycznym sposobem produkcji przemysłowej perspektywą niczym nie ograniczonej wolności, swobody od wszelkich konieczności i powszechnego szczęścia.
 
W sytuacji, kiedy sukces gospodarki radzieckiej opierał się na kontynuacji wyzysku siły roboczej z towarzyszącym temu brakiem wolności znanym z czasów caratu, propagandowy wydźwięk akcesu intelektualistów kształtujących opinię międzynarodową był dla biurokracji radzieckiej na wagę złota.
 
Intelektualiści mieli w większości przypadków świadomość sprzeczności między deklaracjami ideologicznymi i propagandą a smutną rzeczywistością, jednak szli na niezbędny, ich zdaniem, kompromis z sumieniem, ponieważ zdawali sobie sprawę z fundamentalnej, ontologicznej rozbieżności między swoimi ideami a realnym światem. Realny świat jest o wiele brzydszy od tworzonego przez nich, ale w jego brzydocie i brutalności było coś, co pociągało swoją determinacją i zdeterminowaniem, które dawało poczucie zakorzenienia, niedostępnego dla tego, kto przemierza świata nie tykając nogą ziemi. Prymitywna, pierwotna i naiwna siła robotników, którzy chwilę temu byli ciemnymi chłopami, budziła chorobliwe, romantyczne skojarzenia, którym można się było poddać z pełnym poczuciem swojego braku sprawstwa (i – odpowiedzialności).
 
Kiedy po II wojnie światowej Związek Radziecki poszerzył obszar swego panowania, sukces miał jeszcze większą siłę przekonywania. Jak pisze M. Hirszowicz, „ideologia komunizmu” jako wiara „osiągnęła swe apogeum w dwudziestopięcioleciu 1930-1955”, po którym nastąpił okres schyłku, zakończony ostatecznym załamaniem na przełomie lat 80. i 90. XX wieku i zadaje pytanie o to, dlaczego „wielu intelektualistów padło ofiarą fabrykowanego przez stalinizm oszustwa?” (s. 13).
 
Z tego, co powiedzieliśmy wyżej, odpowiedź jest dość jasna – socjaldemokracja, czyli reformizm w ruchu robotniczym, nie stanowił w owym czasie alternatywy dla ruchu rewolucyjnego. Faszyzm jako ten nurt, który podjął otwarte wyzwanie, określił się w odniesieniu do komunizmu jako narodowy socjalizm właśnie, nie zaś jako narodowy komunizm, co jest charakterystyczne.
 
Narodowy komunizm pojawił się z chwilą, kiedy skostniały i skompromitowany nurt komunistyczny przestał być wyzwaniem i zagrożeniem dla kapitalistycznego ładu.
 
Można sformułować tezę, że sowietologiczna koncepcja zwalczająca ideologię komunizmu opiera się na interpretowaniu doktryny stworzonej przez intelektualistów na potrzebę uzasadnienia niewczesnego akcesu do ideologii, która w żaden sposób nie uzasadnia w kategoriach klasowo-warstwowych takiego akcesu we względnie masowej skali.
 
Sama Hirszowicz pośrednio zwraca uwagę na tę kwestię, kiedy odrzuca proponowane przez F. Fureta utożsamienie reżymu faszystowskiego z komunizmem, uważając je za uproszczenie. Wskazuje przy tym na różnice między systemem stalinowskim a reżymem, który powstał w Europie Wschodniej po II wojnie światowej. Krytykuje również St. Courtois: „Nawet w swej najbardziej radykalnej postaci propagowana przez Stalina ideologia nigdy (…) nie nawoływała otwarcie do fizycznej eksterminacji kapitalistów, nawet jeśli ją stosowała w praktyce, tym bardziej zaś do masowego terroru czy do krwawych rozpraw z opozycją polityczną w łonie partii. Była to ideologia odwołująca się do ogólnoludzkich wartości (…)” (tamże, s. 17). I kontynuuje: „W Chinach, gdzie liczba ofiar sięgała milionów nieodmiennie podkreślano potrzebę reedukacji kapitalistów (…)” (tamże, s. 18). Wyjątkiem był Pol Pot, którego zbrodnie – o dziwo! – przez całe lata uchodziły uwagi świata – dodaje nieco ironicznie. Do tej postaci moglibyśmy dorzucić długą listę „naszych sukinsynów”…
 
Jeżeli przyjrzeć się sine ira et studio zasadniczym wątkom „druzgocącej” krytyki komunizmu, to z pewnym zdziwieniem zauważymy, że w miarę upływu czasu nacisk przesuwa się z kwestii ofiar systemu stalinowskiego na kwestie zasadniczych rozbieżności światopoglądowych. Wiąże się to z osłabieniem oddziaływania idei socjalistycznej.
 
Dla lewicowych niegdyś intelektualistów zasadniczym problemem był problem moralny kryjący się za wyznawaną przez nich ideą postępu społecznego. Akceptując z punktu widzenia ideologicznego perspektywę socjalizmu, choćby i niekonsekwentnego wobec kapitalizmu, nie ma innego ostatecznie odróżnienia między socjalizmem a komunizmem, jak tylko różnica drogi dojścia do celu.
 
Dlatego komunizmowi należy przypisać cechę nieautentyczności, hipokryzji wyrażającej się w głoszeniu haseł, które nie wyrażały nawet przez moment prawdziwych intencji komunistów. Jedyną pewną cechą komunistów jest ich nieporównywalne nawet z Dżyngis Chanem parcie do okrucieństwa. Cała reszta jest inżynierią społeczną i zręczną agitką. Komuniści nienawidzą robotników, jak i wszystkich innych, i nie dopuszczają żadnych innych sposobów komunikacji tak z przeciwnikami, jak i zwolennikami, jak strzał w tył głowy.
 
Uwiedzeni komunistycznym sukcesem intelektualiści dali się oszukać, brudząc sobie ręce wspólnictwem w jawnej, bądź co bądź, zbrodni, usprawiedliwiając się wiedzą z zakresu socjologii oraz psychologii społecznej, że świat rzeczywisty odbiega od idealnego, istniejącego wyłącznie w głowach intelektualistów. Realizm polega na przyznaniu nieuchronności tego, co konieczne.
 
W miarę, jak do mainstreamu coraz bardziej należało odżegnywanie ideologii komunistycznej od wszelkiej czci, przestano się powoływać nawet na uzasadnione argumenty, które uwypuklają kwestię, że w walce klasowej działają dwie strony, a trudno udawać, że strona antykomunistyczna była strona inicjującą agresję. Odpowiedzialność za zbrodnie już w tej ideologicznej zabawie nie obciąża obu stron konfliktu, a nawet surowość władzy radzieckiej nie usprawiedliwi to, że była wymuszona zagraniczną interwencją czy, później, stałym zagrożeniem zewnętrznym, które mogło rozgrywać i wspierać wewnętrzną opozycję.
 
Po raz kolejny intelektualiści nie stanowią czynnika racjonalizującego dyskusję merytoryczną, ale angażują się w jednostronną wizję, która zadaje gwałt istocie tego, co nazywamy rozumowym podejściem do analizy danego problemu. To sprawia, że praktyczne opowiedzenie się warstwy intelektualistów w żaden sposób nie stoi w opozycji do przynależnego dowolnej innej grupie społecznej wyboru politycznego w zależności od tak czy inaczej zracjonalizowanego interesu materialnego tej grupy.
 
Zasadniczym elementem wstydu jest ostatecznie to, że intelektualiści, którzy „dali się uwieść”, uznali, że nie dotyczy ich kwestia organizacji władzy. Skoro władza twierdzi, że represje są konieczne, to widocznie tak jest i kropka. Dopóki nie wpływa to negatywnie na możliwość prowadzenia prac badawczych, kwestia nie dotyczy intelektualistów, którzy przecież normalnie stronią od polityki.
 
Problem w tym, że rzeczywistość była i jest inna. Problem wstydu za stalinowską przeszłość dotyczy intelektualistów, którzy aktywnie uczestniczyli w polityce, na swoim, mniej lub bardziej, wąskim odcinku.
 
W rzeczywistości, intelektualiści szukający usprawiedliwienia dla swojego „ukąszenia” nie są ofiarami, lecz aktywnymi wspólnikami stalinizmu. Mniejsza o to, że często byli młodzi i faktycznie brakowało im opieki mądrzejszych, choć bynajmniej nie arogancji – już wtedy! Faktycznie, nierzadko dali się uwieść nie tyle ideologii, co poczuciu władzy, niezasłużonej osobiście przewagi, którą zostali skorumpowani.
 
M. Hirszowicz odrzuca łatwe tłumaczenie o nieświadomości zbrodni stalinizmu – większość osób ówcześnie zaangażowanych wiedziała w jakimś stopniu o tych zbrodniach, ale wolała udawać, że nic nie wie. W odwróceniu się od reżymu zasadniczą rolę odegrał inny czynnik: fakt, że nagle wszyscy zdali sobie sprawę, że dokoła wszyscy wiedzą, że oni wiedzą… Chruszczow wywołał ten efekt swoim referatem. Tajemnica Poliszynela nikogo nie kompromituje, bo zawsze można udać, że się nie wie. Zerwanie tajemnicy Poliszynela powoduje, że brak odpowiedniej reakcji powoduje utratę twarzy przed innymi, głównie przed środowiskiem spoza kręgu wspólników zbrodni, przed szeroką publicznością, przed którą dotychczas uchodziło się za jakiś autorytet.
 
Osoby, które dotyczy książka M. Hirszowicz, to nie są tłumy nieświadomych ludzi, dalekich od władzy, choćby na szczeblu lokalnym. To są osoby, które z racji swoich funkcji obiektywnie, aktywnie szkodziły innym, w czysto ludzkich kategoriach, choćby uzasadniane to było walką, która faktycznie toczyła się w tamtym okresie – choć zasadnicza płaszczyzna tej walki przebiegała zupełnie gdzie indziej. Tam, gdzie umieszczali ją bolszewicy, ale kto by o tym pamiętał? Walka toczyła się wszak w mgławicowej sferze „wyższej sprawy” i „transcendentnych celów”, a robotnicy w ogóle nie byli tu problemem – ich alienacja, a alienacja intelektualistów…!
 
Z punktu widzenia maksymalizacji efektów ekonomicznych także trud kreatywny daje większe korzyści niż praca niewykwalifikowana – tak przynajmniej twierdzi marksista prof. Aleksander Buzgalin.
 
Niepostrzeżenie marksizm został zastąpiony mieszaniną przedmarksowskich koncepcji, w których główną rolę odgrywały motywacje miłosierdzia i humanizmu. Rewolucyjny bolszewizm został zastąpiony tą samą papką rozmydlonego, ogólnospołecznego socjalizmu, która zastąpiła już teorię Marksa w II Międzynarodówce.
 
Już sam fakt rozbieżności między głoszonymi ideałami a rzeczywistością, w której brali udział, bez wątpienia dawał intelektualistom do myślenia. Zwłaszcza, że byli to ludzie myślący. W Polsce odmienne poglądy funkcjonowały żywo w społeczeństwie, sam stalinizm trwał ledwie 5 lat i nie miał szans, aby zdążyć wytworzyć ciszę, jeśli tylko była ona niechciana. Mówienie w tym kontekście o oszustwie jest samooszustwem. Osoby, o których mowa stykały się z przeciwnikami politycznymi, których przekonywały do swoich idei, a więc znały ich poglądy choćby w jakimś stopniu. Walka na idee, które licytują się w zakresie dobra, jakie niosą, nie prowokuje do zmiany poglądów.
 
Referat Chruszczowa spowodował, że stosunek sił obu systemów uległ odwróceniu – w medialnej propagandzie, która zastąpiła program robotniczy. Argumenty merytoryczne straciły na wadze, ponieważ ośrodek ciężkości został przeniesiony na kwestię użycia przemocy, odrzucając argumentację dotychczasową o konieczności dziejowej owej przemocy ze względu na wymogi walki klasowej. W ten sposób załamał się filar, na którym opisywani przez M. Hirszowicz intelektualiści opierali swe niepewne usprawiedliwienie dla przemocy, którą swym akcesem uzasadniali. Poza wiarą w biurokrację, intelektualiści nie posiadali żadnego innego odniesienia ideowego. Co nie znaczy, że takiego nie było. I to takiego, które wyjaśniało obiektywnie mechanizm przemocy biurokratycznej. Ale ten mechanizm nie odwoływał się do „transcendentnych celów”, a „wyższa sprawa” nie odwoływała się do wartości ogólnohumanistycznych.
 
W sto lat po fakcie, kiedy lewica osiągnęła stan krytyczny, prawica ujawnia, że bynajmniej nie chodzi w krytyce komunizmu o stosunek do demokracji.
 
Krytyka lewicy, w ujęciu prawicowym, nie sprowadza się i nie koncentruje się na krytyce metod opartych na przemocy. Taki kierunek ataku jest cechą charakterystyczną dla zwalczania komunizmu przez tzw. demokratyczną lewicę, ponieważ ten aspekt jest najwyraźniejszą linią oddzielającą demokratyczną lewicę od „totalitarnego” komunizmu. Poza tym, poststalinowcy zasadniczo niczym programowym nie odróżniają się od posttrockistów, a może i nawet lewicy burżuazyjnej. Z punktu widzenia opcji robotniczej, wszystkie te propozycje są propozycjami ulepszania kapitalizmu, z którym lewica potrafiła się ułożyć w okresie 30 lat powojennej prosperity.
 
W przeciwieństwie do lewicy, która nie chce nawet słuchać o kwestii robotniczej, prawica jest zainteresowana istotną, klasowym aspektem odróżniającym ją od lewicy. Dla lewicy demokratycznej, wyznacznikiem różnicy z prawicą jest także kwestia przemocy (faszyzm). Faszyzm pełni dla niej tę samą funkcję, co przemoc rewolucyjna. Jest cechą odróżniającą „porządną” lewicę typu socjaldemokratycznego od ekstremów po obu stronach sceny politycznej.
 
Co z tego, że „porządna” lewica nie odżegnuje się od popierania przemocy, jeśli tylko służy ona zaprowadzaniu… demokratycznych porządków.
 
I tak, np. prof. W. Roszkowski (w książce Communist Crimes) powołuje się na całe multum artykułów prawnych spisanych na przestrzeni minionych 100 lat przez demokratyczne instytucje „wolnego świata” w celu „ucywilizowania” metod prowadzenia wojny. Co wolno, czego nie wolno walczącym stronom. I, jak pisze, bynajmniej nie naiwnie, ale szczerze, prof. Roszkowski, strony konfliktów nagminnie łamią te zapisy. Tyle że zwycięzców nikt nie sądzi…
 
Dlatego, należy najpierw sprowadzić podsądnego do roli pokonanego, aby można go było osądzić… sprawiedliwie.
 
W roli podsądnego występuje dziś komunizm.
 
Paradoksem jest, że dopiero dążenie prawicy do przeprowadzenia sądu nad ideologią komunizmu, pozwala na powrót na wokandę dyskusji o treści myśli komunistycznej, treści teorii Marksowskiej. Problem ten nie zasłania już problematyka przemocy, nie różnicuje w żaden sposób całego spektrum nurtów politycznych.
 
Prawdziwa bowiem linia podziału nie przebiega zgodnie z linią przemocy, ale zgodnie z przedstawieniem celów rewolucji i z określeniem podmiotu rewolucji. Prawica, w komunizmie nie zwalcza aspektu przemocy, ale ustosunkowuje się do niego w aspekcie sprzeciwu wobec jego ogólnofilozoficznych założeń, stawiając sprawę w kategoriach sporu cywilizacyjnego. Rzecz rozgrywa się w kategoriach stosunku do wolności, a nie do demokracji.

Tego wyzwania nie jest w stanie podjąć lewica demokratyczna, ponieważ jej pojmowanie wolności jest pozbawione wymiaru ogólnofilozoficznego, posiada jedynie aspekt pragmatyczny, pochodny w stosunku do demokracji.
 
Stąd jej bezradność tak w stosunku do odradzającej się myśli komunizmu Marksowskiego, jak i recydywy skrajnej, konserwatywnej prawicy. Tymczasem, jest to tradycyjne pole konfliktu między komunizmem a elitarystycznym konserwatyzmem społecznym.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski4 luty 2019 r.

See video

Społeczność

front