Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 33 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Różne podejścia analityczne mają prawo do istnienia, ale niekoniecznie mają wiele wspólnego z marksizmem

1917 Russian Revolution - Lenin.jpg

Już, już chcieliśmy odpowiedzieć Łukaszowi Mollowi na jego tekst o „marksizmie dobra wspólnego”, a tu nagle nasz autor wypalił prosto między oczy Adamowi Leszczyńskiemu, co sądzi o jego interpretacji marksizmu. Zgadzamy się z nim co do tego, że nigdy dość krytyki chamskiej reinterpretacji Marksa w wykonaniu „Krytyki Politycznej”. Śmieszne jest jednak to, że w gruncie rzeczy interpretacje Molla i Leszczyńskiego w tej kwestii… schodzą się.
 
W końcu to ta sama formacja ideowa. W ramach której zdarzają się rozbieżności co do szczegółów.
 
Oburzenie Molla w sprawie potraktowania górników przez A. Leszczyńskiego wynika z… sentymentu i niczego więcej. Niestety, argument wrażliwości serca nie jest argumentem naukowym, ani nawet racjonalnym.
 
Wśród tzw. nowej radykalnej lewicy jednak tego typu argumenty urastają do rangi poważnych, a to z racji przyjętej przez nich perspektywy analitycznej. „Mała Ojczyzna”, mnogość perspektyw, racje konkretnych, jednostkowych lub mniejszościowych aktorów, wszystkie one przeobrażają interpretację historii aż staje się ona niemożliwa do racjonalnego zrozumienia jako pewna całość wyrażona w tendencji i, co ważne, wyrażona w postaci stanowiska partyjnego (w rozumieniu Marksa i Lenina).
 
Jasne, taka całościowa perspektywa grozi popadnięciem w heglizm, w determinizm, schematyzm itd., a za tym także w stalinizm i wszystkie wynikające z tego skutki w postaci masowych mordów, które mają rzekomo źródło w niepohamowanym pędzie do władzy, osobowych cechach charakteru przywódców bolszewickich itp. banialuki.
 
Jednym słowem – cały ten postmodernistyczny śmietnik, którego głównym przesłaniem i celem politycznym jest przekonanie lewicy o tym, że żywiołowe ruchy społeczne to współczesne wcielenie „dobrego dzikusa”, który inspiruje żerujących na nich politykierów żarliwością naiwnej, spontanicznej, ludowej, czystej (niepotrzebne skreślić, brakujące dodać) moralności.
 
Taka jest istota burżuazyjnej lewicy ukształtowanej przez środowisko wywodzące się z kręgów tzw. opozycji demokratycznej, aktualnie dzięki kroplówce wskrzeszanej w postaci czy to poronionej partii RAZEM (zastąpionej partią WIOSNA), czy projektu „Krytyka Polityczna”. Niemniej, gdyby nie było podatnego gruntu na lewicy zapatrzonej w zachodnie – skądinąd bankrutujące ostatecznie na naszych oczach – wzorce, takie projekty nie miałyby żadnego wpływu, pozostając całkowicie oderwanymi od realiów polskiej gospodarki czy stanu społeczeństwa.
 
Główną tezą, na której opiera się „Krytyka Polityczna” (wyrażana już wcześniej dobitnie przez Sławomira Sierakowskiego) w odniesieniu do interpretacji Marksa, została w inkryminowanym tekście A. Leszczyńskiego wyrażona następująco:
 
„Cały proces dziejowy – mówi Marks – podporządkowany jest idei postępu. Zmianom w technologii produkcji i podziale pracy odpowiadają (u Marksa) nowe formy społeczne. Ponieważ cała historia ma predeterminowany charakter, postęp jest z definicji czymś godnym pochwały: przybliża ludzkość do socjalizmu, który u Marksa był zwieńczeniem i końcem dziejów.
 
Dlatego właśnie mógł on pochwalić rewolucję mieszczańską, kiedy obalała feudalną arystokrację. Można także pochwalić imperializm, jeżeli wyrywa masy ludzi na świecie ze stanu, który filozof dosadnie nazwał ‘idiotyzmem życia wiejskiego’. Marks jak mało kto wierzył w transformacyjną moc kapitalizmu” (A. Leszczyński, Czy lewica powinna zamykać kopalnie? Marks powiedziałby „tak”, www.krytykapolityczna.pl)/.
 
Marks jest tu przedstawiony jako tępy prekursor Stalina (skądinąd w omawianej kwestii Leszczyńskiemu niedaleko do Stalina, krew z krwi, kość z kości). Powołanie się na Marksa jest potrzebne w celu neutralizowania lewicy. Metoda działania kliki zgromadzonej wokół „KP” jest wyraźna nie od dziś – stała się jasna już od momentu, kiedy jej pierwszym ruchem na lewicowej szachownicy było wydanie książki Slavoja Žižka Rewolucja u bram, od której publikujące ją środowisko natychmiast odcięło się w ostrych słowach, aby nie stracić pozycji „salonowej lewicy”. Taki sam cel przyświeca odwoływaniu się do Marksa.
 
Pozorny paradoks wyraża się w tym, że Ł. Moll, oburzając się na Leszczyńskiego w konkretnej sprawie, recytuje dokładnie to samo, co Leszczyński (i wielu jemu podobnych, z którymi mamy „przyjemność” na co dzień). Porównajmy:
 
Leszczyński: „Mamy tu więc kult pracy fizycznej, zwłaszcza tej brudnej i niebezpiecznej, jako pracy ‘prawdziwej’ (w odróżnieniu od nieprawdziwej i gorszej, czyli umysłowej i biurowej)” (tamże).
 
A to już Ł. Moll:
 
„Najnowsze tendencje przeobrażające świat pracy prowadzą marksistów dobra wspólnego do wniosku o konieczności przeformułowania rozumienia pracy – ścisłe oddzielenie pracy produkcyjnej od nieprodukcyjnej czy reprodukcyjnej jest już nie do utrzymania. Nieodzowna dla przetrwania kapitału jest nie sama praca nazywana reprodukcyjną, ale także uznanie jej za takową, tzn. za pracę nie do końca ‘prawdziwą’, a w związku z tym nieopłaconą lub słabo opłaconą (np. w postaci warunkowych świadczeń socjalnych, zapomóg, stypendiów). Dowartościowanie reprodukcji umożliwia stawianie alternatywnych, tj. niekapitalistycznych żądań i aspiracji w zakresie tego, co należałoby uznać za produktywne, a zatem i użyteczne. Co istotne, to sam kapitał poprzez postępujące utowarowienie dąży do poszerzenia zakresu pracy produkcyjnej – kolejne aktywności, które uchodziły za zewnętrzne wobec kapitału, podpadają coraz częściej pod ten czy inny reżim wyzysku, czy to poprzez objęcie ich stosunkiem pracy najemnej, zastąpienie prac w gospodarstwie domowym zewnętrznymi usługami, czy narzucanie miary produktywności (np. w pracy akademickiej). I tak jak kapitał posiada swoje wzorce reprodukcji stosunków społecznych, tak i dobra wspólne potrzebują w tym samym celu commoningu, który zapewnia nie tylko odtworzenie określonego dobra, ale i relacji, w których jest ono współprodukowane. Redefinicja pracy, za jaką opowiadają się marksiści dobra wspólnego, prowadzi wprost do przemyślenia tego, czym jest klasa robotnicza i czym jest bogactwo” (Ł. Moll, Filozoficzne i polityczne źródła marksizmu dobra wspólnego, „Przegląd Filozoficzny. Nowa seria” nr 4/2018, s. 317).
 
Warto może, koledzy, uznać, że coś jest na rzeczy i że A. Leszczyński jest tylko bardziej konsekwentny w wyciąganiu wniosków? Moll zapomniał napisać, że jego rozumowanie nie obejmuje wyjątku, jakim jest górnictwo? A na jakiej to racjonalnej przesłance miałby A. Leszczyński przyjmować ten wyjątek?
 
Leszczyński wyciąga wnioski następujące:
 
„Morał: zero sentymentów, panie i panowie. Górnikami tracącymi pracę – a stracą ją prędzej czy później – musi się zająć opiekuńcze lewicowe państwo. Zasługują na wszelką pomoc. Płacz za zamkniętymi kopalniami prowadzi nas jednak donikąd. Biedroń w sprawie kopalń ma rację. Aż dziwne, że nikt tego nie powiedział przed nim. Dodam jeszcze na koniec, że w czasach wielkiego przemysłu nikt go nie idealizował. Przeciwnie, pracę w fabryce uważano za monotonną, otępiającą i fizycznie wyniszczającą. Wątpię, czy wielu dzisiejszych prekariuszy chciałoby się zamienić na los robotnika przy taśmie – albo górnika. Wolą ich wielbić z bezpiecznej odległości” (A. Leszczyński, Czy lewica powinna…, op.cit.).
 
Leszczyński słusznie wykazuje, że za ujęciem się za górnikami przez niektórych lewicowców stoi wyłącznie sentyment i brak refleksji.
 
A przecież, gdyby interpretować Marksa w duchu Marksa, odpowiedź byłaby dość logiczna i bynajmniej nie sentymentalna.
 
Marks nie idealizował pracy w fabryce, chociaż był to dla niego, jak najbardziej, przejaw burżuazyjnego postępu. Miał jednak do tego kapitalistycznego stosunku produkcji, opartego na wyzysku, postawę równie wrogą, jak do wyzysku pracy chłopa w azjatyckiej wiosce. To powinno nas natchnąć myślą, że z tym wpieraniem Marksowi apoteozy burżuazyjnego postępu à la Sierakowski czy Leszczyński jest coś nie tak.
 
Oczywiście, nie należy upraszczać. W porównaniu z sytuacją chłopa w azjatyckiej, ale i w rodzimej, europejskiej, wiosce, robotnik miał możność poszerzenia swoich horyzontów, zetknąć się z ludźmi o innych życiowych doświadczeniach, mógł liznąć podstawowej edukacji itp. składowych demokracji, jakby nie była ona formalistyczna.
 
Porównanie między chłopem azjatyckim a europejskim czy amerykańskim robotnikiem wychodzi jeszcze korzystniej, skoro porównanie dotyczy różnych systemów. „Naukowo rzetelne” odniesienie powinno być dokonywane w ramach jednej formacji, żeby warunki były jednorodne.
 
Mniejsza, Marks niezbyt się takimi rzeczami przejmował. Przeskakiwał ponad epokami i porównywał niekompatybilne. Zgodnie z heglowskim hochsztaplerstwem, które jakoś w tym wypadku nie przeszkadza nadzwyczajnemu profesorowi, A. Leszczyńskiemu.
 
Pozytywny stosunek Marksa do rewolucji burżuazyjnej i postępu, jaki ona przynosiła, nie przekładał się na pozytywny stosunek do samej burżuazji, co usiłuje nam wmówić „KP”. Z motoru postępu staje się ona szybko jej hamulcowym. Rewolucja burżuazyjna jest bowiem wyrazem postępu na pewnym etapie rozwoju społecznego, postępu względnego, bynajmniej nie absolutnego, jak to chcą nam wmówić nowolewicowcy.
 
Warto zauważyć, że górnictwo było i jest szansą przezwyciężania owego „idiotyzmu życia wiejskiego”, na które zwracali uwagę Marks i Engels, a tymczasem krytyka Leszczyńskiego jest krytyką z pozycji… obrony właśnie tego reakcyjnego, wiejskiego stylu życia.
 
W typowy dla utopizmu sposób, A. Leszczyński dostrzega postęp w harmonijnym połączeniu „dobrych” stron różnych systemów. Taka utopia jest możliwa tylko w odniesieniu do nielicznej elity; w miarę przesuwania się w dół po drabinie społecznej, konieczności systemowe (dominującego systemu) dochodzą do głosu z siłą wodospadu. Tego uczy nas aktualny kryzys kapitalizmu, to zrozumieli już mieszkańcy miast prowincjonalnych, którzy nie mogą doszlusować do stylu życia mieszkańców metropolii dodatkowo posiadających skądinąd… domki na wsi.
 
Tzw. nowa (nie zawsze radykalna) lewica z mocą zwraca uwagę na obronę ekologii, ochronę tradycyjnych stylów życia (w skansenach leżących poza Europą, ale i w szczególnie cennych z punktu widzenia środowiskowego obszarach naszego kontynentu; także w odniesieniu do kwestii tzw. chust islamskich…) Elitarny punkt widzenia, który reprezentuje lewica burżuazyjna, polega na zręcznym połączeniu troski o ekologię, zapewniającą elicie dostęp do „dziewiczej" przyrody, w skład której wchodzą również tradycyjne formy osadnictwa, z delokalizacją przemysłu niezbędnego dla zapewnienia owej elicie dostępu do wygód związanych z cywilizacją.
 
Jasne jest, że „uwolniony” od „idiotyzmu” życia na kopalni górnik nie będzie miał dostępu do dochodów, które pozwolą mu na dostęp do dóbr nowoczesnej cywilizacji. Wepchną go natomiast do skansenu, w którym nie ma możliwości organizacji wspólnego oporu, jaką dawały efekty burżuazyjnej rewolucji przemysłowej w czasach Marksa i w czasach wznoszącej się fali ruchu robotniczego.
 
Właśnie ta szansa jest istotą postępowości rewolucji burżuazyjnej, a nie ona sama w sobie, jak to schematycznie i po stalinowsku ujmuje elitarna i burżuazyjna lewica w osobach swoich najsprawniejszych przedstawicieli, którzy mamią pozostałych lewicowców miazmatami swoich reakcyjnych interpretacji marksizmu.
 
Lewica jest podatna na manipulacje tego typu, ponieważ łyka jak miód twierdzenia o przeżytku antagonizmu wskazanego przez Marksa czy o konieczności przeformułowania definicji pracy produkcyjnej, w myśl której praca tzw. kreatywna wykonywana przez elitę staje się synonimem pracy produkcyjnej par excellence, zastępując podstawową relację między pracą produkcyjną w zakładach przemysłowych a kapitałem.
 
Powojenny okres prosperity kapitalizmu uwiarygadniał do pewnego stopnia tezę o przezwyciężeniu kapitalizmu, a co za tym stoi – o utracie przez pracę produkcyjną w przemyśle swojego znaczenia, w tym w walkach społecznych. Transformacja ustrojowa w krajach byłego obozu socjalistycznego i kryzys kapitalizmu, który jest wprost drugim następstwem tej transformacji, falsyfikuje tezę o przezwyciężeniu kapitalizmu, a więc i tezę o zmianie podstawowego antagonizmu między pracą produkcyjną w przemyśle a kapitałem.
 
Podkreślmy – jeżeli sfalsyfikowana została teza o przezwyciężeniu kapitalizmu, to jego podstawowy antagonizm też nie został przezwyciężony, co wynika z samej istoty systemu kapitalistycznego, a nie z dogmatyzmu lewicy robotniczej. Mogą się zmieniać przejawy tego antagonizmu, ale nie jego istota.
 
Reinterpretacja Marksa w duchu przyjmowanym przez Ł. Molla jest reliktem epoki, która żyła w przekonaniu o przezwyciężeniu kapitalizmu – bez udziału rewolucji proletariackiej, z racji samego niezakłóconego procesu wewnętrznego rozwoju kapitalizmu. To twierdzenie pozostaje głównym argumentem o słuszności taktyki socjaldemokratycznej i jej wyższości nad rewolucyjnym ruchem robotniczym. Życie sfalsyfikowało to aroganckie twierdzenie, ale większa część lewicy nie może wyzwolić się od stereotypu. Szczególnie mocno się to uwidocznia w przypadku lewicowych intelektualistów, którzy muszą doszukać się jakiegoś naukowego przejścia od jednego podejścia do drugiego.
 
Życie społeczne nie czeka na zapóźnionych. Sprzeczności kapitalizmu, podobnie jak sprzeczności nacjonalistyczne, które odżyły po upadku „realnego socjalizmu”, ujawniają się z siłą wybuchową. Lewica radykalna nie nadąża.
 
Historia wraca do punktu, w którym została zamrożona przez proces stalinowskiego opanowania ruchu robotniczego. Niestety, zbiegło się to z wykorzystaniem przez burżuazję i kapitał broni polegającej na faszyzacji sceny politycznej. Obie tendencje pozbawiły ruch robotniczy przywództwa marksistowskiego.
 
Współczesny ruch robotniczy jest pozbawiony głowy i kręgosłupa.
 
W pewnym sensie nie sposób mu więc uciąć tej pierwszej, ani przetrącić tego drugiego. Niemniej, mała to pociecha.
 
Ruchowi brakuje sił intelektualnych, które mogłyby odrodzić jego siłę i podjąć na nowo projekt socjalistyczny. Nie jest takim projektem postnowoczesny, reakcyjny socjalizm lewicujących elit postnowoczesnych.
 
Nie jest takim projektem odradzanie stalinizmu, nawet w jego poststalinowskiej postaci. Chociaż nurt ten przechowuje do pewnego stopnia przywiązanie do ruchu robotniczego, jednak jest obarczony tradycją stalinowskiej deklaratywności, za którą nie idzie rzeczywiste oparcie na ruchu robotniczym, ale manipulacja nim w celach pragmatycznych. Pragmatyzm w polityce jest dopuszczalny, ale obiektywnie brakowało sprzyjających okoliczności oparcia tego pragmatyzmu na spójnej wizji programowej. O brak subiektywnych szans postarał się sam Stalin, utożsamiający się z antybolszewicką linią biurokratyczną.
 
Realia „budownictwa socjalizmu” kierowały przywódców pierwszego państwa robotniczego w stronę odstępowania od projektu Marksowskiego na rzecz realizacji interesów biurokracji partyjno-państwowej, która szukała możliwości adaptacji do otaczającego i bezwzględnie działającego systemu kapitalistycznego. Sprawy te analizowaliśmy już nieraz w naszych artykułach.
 
Współcześnie, jedynym modelem, do którego można się realnie odwoływać, pozostaje ZSRR i doświadczenie państw „realnego socjalizmu”. Należy odwoływać się do tego dziedzictwa – po Marksowsku – krytycznie. Stalinowska tradycja polityczna nie sprzyja krytycyzmowi w tym znaczeniu. Sprzyja ona natomiast manipulacji spontanicznymi ruchami społecznymi, która to manipulacja dokonuje się pod płaszczykiem fałszywego korzenia się przed mądrością tłumu (wielości).
 
Widzimy to dziś na przykładzie tego, co się dzieje z ruchem Żółtych Kamizelek. Głosy sugerujące „uczenie się” od nich są fałszywe, ponieważ z góry zakładają, że ruch ten będzie musiał (obiektywnie) ewoluować w lewo. Nawet gdyby to była choćby w części prawda, to CO na lewicy czeka tych ludzi, poza całkowitym chaosem ideowym i programowym?
 
Aktywiści skłaniający się ku lewicy będą musieli przejść pranie mózgów, które wyruguje z nich wszystko to, z czym przyszli, na rzecz apriorycznych schematów zrodzonych z doświadczeń biurokratycznych lub socjaldemokratycznych. Nie sprawi to, że odrodzi się ruch robotniczy, ani że lewica nabierze sprawności.
 
Zmiana jakościowa powinna dokonać się na lewicy. To lewica społeczna czy rewolucyjna powinna przejść katharsis, odrodzenie, to ona powinna pożegnać się ze swoimi przesądami, stereotypami i schematyzmem.
 
Należy wyciągać wnioski z takich polemik, jak ta, którą przedstawił Ł. Moll w odniesieniu do tekstu A. Leszczyńskiego. Czyli – Łukaszu, czas na wnioski!
 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
 
10 lutego 2019 r.

Społeczność

BLOOD