Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 18 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Krety i mole historii

enjoy.png

„Dobro wspólne charakteryzuje się długą i niejednorodną tradycją w obszarze myśli społeczno-politycznej i etyki. Na ogół nie było ono kojarzone z marksizmem, będąc raczej wytworem myśli idealistycznej i funkcjonując jako normatywny cel istnienia wspólnoty politycznej, z uwagi na który ludzie wstępują ze sobą w trwałe i uporządkowane relacje społeczne. Tak rozumiane dobro wspólne obecne jest w filozofii polityki Platona, Arystotelesa, Tomasza z Akwinu, a współcześnie dyskutowane jest w kręgach myśli komunitarystycznej i republikańskiej.
 
Dyskusje te przenika problem relacji dobra jednostki względem dobra ogółu, wspólnoty czy państwa. Zwolennicy dobra wspólnego usiłują wykazać, że między tymi poziomami nie zachodzi sprzeczność, wręcz przeciwnie – poziom wspólnotowy służy zachowaniu, zabezpieczeniu, poszerzeniu wolności indywidualnej, której nie należy utożsamiać z niczym nieskrępowaną anarchią, ale dostrzec jej wzajemny, uspołeczniony sens” (Łukasz Moll, Filozoficzne i polityczne źródła marksizmu dobra wspólnego, „Przegląd Filozoficzny. Nowa seria” nr 4/2018, s. 313).
Z logiki formalnej wynika, że z fałszywej przesłanki można jednak wyciągnąć prawdziwy wniosek. Dowodzi tego Łukasz Moll w cytowanym powyżej tekście. Trzeba tylko wyłuskać z błędnej otoczki zdrowe jądro. Dziełu udowodnienia, że idealistyczna perspektywa wymaga jedynie kosmetycznego podrasowania, aby była zgodna z materializmem i marksizmem, poświęcona jest praca Łukasza Molla:
 
„Z perspektywy marksistowskiej, skoncentrowanej na antagonizmie klasowym, takie ujęcie dobra wspólnego jest co najmniej podejrzane, ponieważ jawi się jako kolejne wcielenie koncepcji solidaryzmu, która w imię wspólnego interesu narodu, państwa czy wspólnoty legitymizuje i naturalizuje podziały klasowe. Jednak ów transcendentny cel istnienia państwa okazuje się – z perspektywy marksizmu dobra wspólnego – jedynie zamaskowanym dobrem publicznym, do którego nie daje się sprowadzić dobro wspólne. To ostatnie marksiści skłonni są ujmować w sposób konsekwentnie materialistyczny, kładąc nacisk na wspólnotową formę procesu produkcji i zachowując antagonizm między pracą żywą a kapitałem. Dobro wspólne nie jest zatem w tym ujęciu ideologią rugującą konflikt klasowy w imię wspólnej pracy dla wspólnego celu, z której poszczególne klasy czerpią zróżnicowane korzyści. Nie ma tu miejsca na transcendentną instancję – państwo, czyli sferę tego, co publiczne – które jedynie regulowałoby społeczeństwo obywatelskie (to, co prywatne), zapewniając sprawiedliwą redystrybucję dóbr i interwencję widzialnej pięści aparatu państwowego w wypadku kryzysów niewidzialnej ręki rynku. Marksistowskie dobro wspólne w założeniu wyłamuje się z alternatywy tego, co prywatne i tego, co publiczne. Skoro nie jest ani jednym, ani drugim, to czym jest?” (tamże).

See video

 
Przy odrobinie dobrej woli wszystko da się uzasadnić, już Róża Luksemburg pisała, że papier jest cierpliwy.
 
W starożytności wykluczano niewolników ze wspólnoty wolnych obywateli. Natomiast sami obywatele byli przeważnie samowystarczalni pod względem gospodarczym (domus – gospodarstwo domowe). Ci, którzy nie mieli takiej możliwości, byli utrzymywani przez miasto-państwo.
 
W ten sposób Platon mógł skonstruować swoje państwo komunistyczne… dla elity. Każdemu według jego potrzeb. Idea słuszna, tylko precz z totalitarnym Wielkim Kwantyfikatorem! Dla Platona więc „każdy” znaczyło „nie każdy”.
 
Rozpatrując przeszłe koncepcje filozoficzne nie należy traktować ich twórców jak idiotów, którzy specjalnie chcieli rozwijać koncepcje idealistyczne w odróżnieniu od materialistycznych, ponieważ taki mieli uświadamiany interes klasowy. Przeciwnie, rozpatrując realistycznie swoje społeczeństwa i traktując siłę roboczą swoich niewolników czy poddanych chłopów, nie traktowali ich jako odrębne podmioty, ale jako część swego „domostwa” – jednostki ekonomicznej.
 
Idealistyczna perspektywa wynikała z rzeczywistej sytuacji społecznej bezpośrednich wytwórców. Przy takim oglądzie społeczeństwa nie razi przekonanie, że wolne podmioty (jednostki-obywatele) nie znajdują się w jakimś nieprzezwyciężalnym antagonistycznym konflikcie. Wręcz przeciwnie, ich działania dopełniają się, a podstawą harmonii jest poczucie pewnego nadmiaru bogactwa, które przychodzi naturalnie jak dar Natury. Bezpośredni wytwórca nie odróżnia się od owej Natury, jest jej naturalnym dopełnieniem, jak zwierzęca siła pociągowa.
 
Harmonia interesów ma więc charakter rzeczywisty, a nie idealistyczny – przy takim podejściu.
 
Niby drobna poprawka, ale istotna. Łukasz Moll traktuje podejście marksistowskie jako zastaną perspektywę ideologiczną, konkurencyjną wobec idealizmu. Tymczasem, perspektywa materialistyczna (przeczuwana w odniesieniu do kwestii społecznych, ale mająca odniesienie głównie do zagadnień przyrodniczych) w dziejach dopiero walczy o swoje miejsce w umysłowym przyswajaniu świata.
 
Pogardliwe traktowanie Hegla jest o tyle nie na miejscu, że Marks cenił zdolność tego filozofa do uchwycenia istoty mechanizmu dziejowego, zaś „postawienie z głowy na nogi”, czyli materialistyczne ujęcie tego mechanizmu było możliwe dopiero dzięki odkryciu prawdziwej podstawy reprodukcji społeczności ludzkiej w wyzysku bezpośredniego producenta, a który dopiero w kapitalizmie pojawił się jako osobny podmiot faktycznie pozbawiony podmiotowości.
 
Dopiero kapitalistyczne stosunki społeczne pozwoliły na zauważenie problemu bezpośredniego producenta i na zrozumienie mechanizmu tworzenia cywilizacji z jej kulturą. Dopiero od tego odkrycia i w odniesieniu do niego ma sens mówienie o materialistycznym pojmowaniu dziejów.
 
Z tego punktu widzenia MDW nie przestaje być koncepcją idealistyczną. Jawi się raczej jako próba odtworzenia takiego pojmowania struktury i mechanizmu społecznego, z jakim mieliśmy do czynienia niegdyś, przed Marksem, jedynie z marksistowskim słownictwem.
 
Wspólnota jest tu przeciwstawiona państwu. Wspólnota jest inaczej strukturą aklasową, albowiem obejmuje grupy społeczne znajdujące się w jednakowym położeniu względem kapitału. Jest to przekonanie płynące z tradycji źródeł koncepcji MDW, które zresztą Ł. Moll przywołuje. W odróżnieniu od Marksa, który analizuje funkcje państwa jako konkretnego tworu mającego swoje przyczyny historyczne, przedstawiana koncepcja krytykuje państwo z perspektywy idealnej wspólnoty. Jeżeli Marks oceniał minione formacje z punktu widzenia aktualnego kapitalizmu, to MDW (w ślad za swoimi „źródłami i składowymi”) opiera swą krytykę kapitalizmu na podstawie wyobrażonej wspólnoty, dla której nie ma przesłanek we współczesnym kapitalizmie.
 
„Transcendentny cel istnienia państwa”, jak pisze Łukasz Moll, okazuje się „jedynie zamaskowanym dobrem publicznym, do którego nie daje się sprowadzić dobro wspólne”.
 
Nieważne, że utrzymujący się dość długo ideał wspólnoty opartej na zasadzie religijnej okazał się ostatecznie nie do utrzymania (został rozsadzony wewnętrzną sprzecznością) w związku z ewolucją relacji wyzysku, która w kapitalizmie po prostu wybuchła po odrzuceniu przez Rewolucję Francuską ostatnich zasłon skrywających jej wstydliwą tajemnicę. Zasada równości i demokracji unicestwiła sztuczkę związaną z wykluczeniem ze społeczeństwa klas wyzyskiwanych, których pozycja była znaturalizowana dzięki pracy na styku z przyrodą. W miarę, jak praca produkcyjna odrywała się od przyrodniczych korzeni, coraz trudniej było zamykać oczy na samodzielną podmiotowość jej wykonawców.
 
„Dobro wspólne” w rozumieniu MDW przywraca naturalistyczne rozumienie stosunków międzyludzkich, abstrahując od konkretności aktualnych sprzeczności systemu kapitalistycznego, które pozostają do rozwiązania.
 
Jeżeli u Marksa mamy wymóg, aby o podziale decydował interes klasy wytwórców, bezpośrednich producentów, to MDW postuluje – podobnie jak rozwiązania socjaldemokratyczne – moc decyzyjną całego, niezróżnicowanego społeczeństwa, chociaż podstawą takiej możliwości jest względna obfitość dóbr materialnych pierwszej potrzeby. Nic się nie zmieniło od czasów starożytności, kiedy to harmonia społeczeństwa wolnych obywateli opierała się na niezauważalnej pracy części wykluczonej ludzkości.
 
Odwoływanie się do automatyzacji, o której rozmyślał Marks w Grundrisse, jako do usprawiedliwienia zasadności takiego rozwiązania, jest przyznaniem się do tego, że problemu tego nowoczesna lewica nie postrzega w kategoriach społecznych, ale… w technicznych. Stalinizm to czy kapitulanctwo?
 
Na tym tle bardzo charakterystyczne jest postulowanie wspólnoty dóbr przez warstwy społeczne, które historycznie nie są powiązane z żadną formą pozyskiwania bogactwa – ani poprzez posiadanie siły roboczej zatrudnionej w produkcji dóbr materialnych, ani w postaci kapitału pozwalającego na roszczenie sobie prawa do przejmowania własności wytworzonych dóbr.
 
„[…] za to, co wspólne (the co-mmon) – pisze Ł. Moll – uznamy relację, w jaką wchodzą ze sobą wspólne zasoby (co-mmon goods/the co-mmons), kolektywne praktyki uwspólniania (co-llective co-mmoning), które organizowane są przez co-mmonerów (gmin, pospólstwo), wytwarzających wspólne bogactwo (co-mmonweal) i chroniących je przed grodzeniami (enclosures of the co-mmons), mając na uwadze dobro wspólne (co-mmon good) w postaci rzecz-pospolitej (co-mmonwealth)” (tamże, s. 313-314).
 
I dalej:
 
„[…] cechy zaobserwowane w przypadku dóbr naturalnych, które ze względu na wagę, jaką odgrywają w reprodukcji człowieka, nie mogą podlegać grodzeniom, które wykluczałyby pewne grupy bądź jednostki z ich użytkowania, zostały następnie dostrzeżone w ‘ekosystemach ludzkich’, takich jak dostęp do dóbr kultury” (tamże, s. 315).
 
Trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym sformułowaniu chodzi nie tyle o „wywłaszczenie” kapitalistycznych wywłaszczycieli w interesie bezpośrednich producentów, ale o zapewnienie sobie prawa do korzystania z dóbr, które „ze względu na wagę, jaką odgrywają w reprodukcji człowieka, nie mogą podlegać grodzeniom, które wykluczałyby pewne grupy bądź jednostki z ich użytkowania”. Te „grupy bądź jednostki” to przecież nie kapitaliści! Kapitaliści nie potrzebują gwarancji „dobra wspólnego”, biorą swoje, bo mają prawa własności!
 
Chodzi więc o inne grupy, ciekawe jakie? Czyżby nie o osławioną klasę średnią, klasę kreatywną, kognitariat czy jak go zwał? Bo jakież inne zasady mogłyby zapewnić owym grupom bezpośredni (na zasadach komunistycznych) udział w produkcji dóbr materialnych wytwarzanych przez robotników? Nawet, a nawet tym bardziej po obaleniu kapitalistów, bezpośrednim dysponentem tych dóbr pozostałaby klasa robotnicza.
 
Należy więc zabezpieczyć sobie na porewolucyjną przyszłość ubezwłasnowolnienie klasy robotniczej, tak aby nie mogła ona dysponować swoim produktem, aby nie mogła „ogrodzić” produktu pracy swoich rąk.
 
Podejście Marksa do zasad komunizmu ukazuje drogę, która w zgodzie z prawidłowościami konkretnej formacji, prowadzi do socjalizmu i komunizmu. Ta koncepcja zakłada pewną drogę, która jest nie mniej ważna od celu, ponieważ znosi sprzeczności, nie tylko antagonizm, istniejące w społeczeństwie. Sprzeczność istnieje obok podstawowego antagonizmu. I widzimy na przykładzie lewicy, że problem ten już dziś dręczy wielu. A jest ich tak wielu, ponieważ ewolucja społeczeństwa ludzkiego odrywa coraz szersze społeczności od dostępu do darmowych zasobów przyrody. Przyroda jest zawłaszczana wciąż dzięki przemysłowi. Społeczeństwo jest wywłaszczone przez kapitał, który przemocą usankcjonowaną historycznie wziął przyrodę w swe władanie. Klasa robotnicza, dzięki włączeniu w proces bezpośredniej produkcji, jako jedyna może realnie wywłaszczyć kapitalistów i przejąć zarządzanie produkcją w interesie całego społeczeństwa.
 
Wymaga to jednak zniesienia i klasy robotniczej poprzez przemienienie się w nią całego społeczeństwa, tak aby nikt nie był robotnikiem jako pozycją społeczną.
 
MDW jest wyrazem niewiary w drogę wskazaną przez Marksa, odzwierciedla niepokoje „kognitariatu”, który nie chce stracić uprzywilejowanej pozycji w stosunku do robotników. Dlatego, aby użyć wyrażenia S. Žižka, kognitariat woli już sprawną biurokrację, która będzie trzymała robotników za mordę i nie dopuści, aby to oni dysponowali produktem (wartością dodatkową). Historyczne doświadczenie uczy, że z eksploatatorskimi klasami i para-klasami panującymi można się dogadać. Warunkiem jest podkręcenie śruby bezpośredniemu producentowi w celu wyduszenia z niego wartości dodatkowej, której obfitość pozwoli na harmonię społeczeństwa komunistycznego… w rozumieniu Platona.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
10 lutego 2019 r.

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Towarzysz Lenin oczyszcza ziemię ze śmieci