Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 23 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Zemsta dialektyki

hegel.jpg

 
ZEMSTA DIALEKTYKI?

Z twierdzeniem Jana Sowy o tym, iż w Europie Środkowowschodniej nie mieliśmy do czynienia z żadnym komunizmem, można się w pełni zgodzić. Powody, dla których antykomunistyczna propaganda jednak ochoczo i gorliwie wierzy na słowo propagandzie radzieckiej, że było inaczej, są oczywiste. Zrównanie idei komunizmu z rzeczywistością nazizmu ma na celu uzupełnienie oskarżenia socjalizmu o brakującą argumentację. Podobnie jak nie ma rzetelnej oceny faszyzmu i nazizmu, tak nie ma rzetelnej oceny socjalizmu. Jeśli natomiast chodzi o ideę komunizmu, to gorliwe przytaknięcie, że została ona wcielona w życie w systemie stalinowskim, skutecznie neutralizuje potrzebę obiektywnej, naukowej refleksji nad tą ideą.

Prawicowa propaganda antykomunistyczna nie ma jednak większego znaczenia dla samego socjalistycznego ruchu rewolucyjnego. Zaś rozumowe, naukowe wywody Jana Sowy mające na celu ukazanie płytkości prawicowych insynuacji w tym względzie są zasadniczo w beznadziejnej sytuacji, jeśli ich adresatem jest prawicowy odbiorca. Co więcej, sposób rozumowania Jana Sowy, skądinąd w istocie nie odbiegający od typowych dla lewicy klisz, uniemożliwia przezwyciężenie tego impasu. Ocena osiągnięć rewolucyjnego ruchu robotniczego pozostaje problematyczna w łonie samej lewicy, a bez tego prawica ma ułatwione zadanie i nie musi się szczególnie silić na subtelności.
 
 
Jan Sowa pokusił się o pogłębione przedstawienie koncepcji komunistycznej Marksa i Lenina i o porównanie jej z rzeczywistością realnego socjalizmu i z kapitalizmem (wykład pt. „Czy komunizm się wydarzył?”; https://www.youtube.com/watch?v=Bh3kVtJQTIw). Zainteresowani mogą się zapoznać z tym wykładem. Dla nas ważne jest to, że w typowy dla współczesnej lewicy sposób, Jan Sowa przedstawia realizowaną przez Lenina politykę porewolucyjną jako przeciwstawną jego własnej, przedrewolucyjnej koncepcji zgodnej z wizją Marksa. Podkreślając wagę faktu, że rewolucja socjalistyczna wybuchła w kraju peryferyjnym, współczesna lewica uzasadnia zerwanie ciągłości teoretycznej między Marksem a Leninem. Widząc w pewnej, swoistej interpretacji marksizmu uzasadnienie własnych (partykularnych, o czym niżej) postulatów pod adresem kapitalizmu. Lewicy zależy na zachowaniu elementów teorii Marksa, ale przy jednoczesnym odrzuceniu odium ciągnącym się za próbą realizacji społeczeństwa bezklasowego w wykonaniu rewolucjonistów rosyjskich. Odrzucenie realnego socjalizmu nie sprowadza się jednak wyłącznie do kwestii zbrodni stalinowskich, choć kwestia ta stanowi preferowane alibi dla całych pokoleń lewicowych antykomunistów.
 
 
Kładąc nacisk na stalinizm, lewica antykomunistyczna przemyca odrzucenie nie pasujących jej konstytutywnych elementów teorii Marksa.
 
 
W przypadku Jana Sowy uwidocznia się to jako oskarżenie bolszewików o podjęcie wysiłku rewolucyjnego w kraju zacofanym (wbrew przewidywaniom Marksa), a następnie – skoro już podjęli – o odstąpienie od realizacji zasad komunizmu w społeczeństwie nieprzygotowanym do tego, w warunkach kulturowego braku gotowości mas na sprostanie wyzwaniom związanym z nowymi stosunkami społecznymi.
 

Charakterystyczne dla lewicy antybolszewickiej jest wszak pomijanie milczeniem ważnego, historycznego faktu, iż rewolucjoniści z krajów jak najbardziej przygotowanych do przewrotu o charakterze socjalistycznym nie podjęli stosownego wysiłku rewolucyjnego, na jaki było stać bolszewików. Jeżeli kiedykolwiek, to tylko w obliczu wojny światowej taki wysiłek miał rację bytu i stosowną nośność ideową przekonującą masy społeczne. Pomijanie rozliczenia z tym faktem jest logicznie wytłumaczalne jedynie, jeśli zakłada się jako rzecz samooczywistą (którą zakładali już teoretycy II Międzynarodówki i czemu dawali wyraz w polemikach, np. z Różą Luksemburg), że tradycyjny, Marksowski projekt komunistyczny jest z zasady utopijny.
 

Przyjęcie tego rewizjonistycznego, funkcjonującego w ruchu w sposób nie do końca wyartykułowany, argumentu uzasadnia wystarczająco możliwość przemilczania faktu historycznego. W ten sposób działanie bolszewików nagle zawisa w powietrzu stając się czymś czysto arbitralnym i nieuzasadnionym teoretycznie. Taka interpretacja działania bolszewików ma jednak u podłoża jako konieczny warunek (ciche) założenie o tym, iż projekt komunistyczny jest utopijny. O takiej opinii świadczy postawa odcinania się od akcji rewolucyjnej przez kierownictwo partii socjaldemokratycznych nadających ton ówczesnemu ruchowi robotniczemu. Wahanie, ale później przystąpienie do działania w warunkach rozwiniętego kapitalizmu byłoby uzasadnionym działaniem, tak jak w Rosji do rewolucji przyłączyły się różne siły niekoniecznie sojusznicze w stosunku do bolszewików.
 
Reszta tylko wynikała z tego świadomego, ANTYMARKSOWSKIEGO wyboru socjaldemokratycznych rewizjonistów, którzy kierowali partiami robotniczymi.
 
Odstąpienie przez bolszewików od programu realizacji zasad komunizmu po pierwszym okresie wojny i interwencji było podyktowane warunkami, w jakich przyszło bolszewikom walczyć o przetrwanie osiągnięć Rewolucji Październikowej. TYLKO W OCZACH NIEPRZYCHYLNYCH BOLSZEWIKOM MOŻE TO ŚWIADCZYĆ O ODSTĄPIENIU OD TEORII MARKSOWSKIEJ. Brak upierania się przy tych rozwiązaniach był wszak wyrazem realizmu teoretycznego i praktycznego. Cokolwiek by w tej sytuacji zrobili bolszewicy, byłoby argumentem przeciwko nim. Kryje się za tym jedyny logiczny postulat przeciwników – bolszewicy nie powinni byli odpowiadać na sytuację rewolucyjną, na wzór swoich współtowarzyszy na zachodzie Europy, którzy jednak nie mają dla swojego zachowania żadnego apriorycznego alibi w teorii marksistowskiej. Wynik 1:1.
 
 
Nienawiść lewicy do komunizmu i bolszewizmu jest więc wyłącznie resentymentem wynikającym z nieczystego sumienia i projekcją własnej nieadekwatności teoretycznej.
 
Okres stabilizacji systemu stalinowskiego i pozór sukcesu w budowie nowego systemu, któremu Lenin nie dawał wszakże szans bez podniesienia poziomu kulturalnego mas i bez przewodnictwa klasy robotniczej pod postacią dyktatury proletariatu, sponiewierał antybolszewickich renegatów do granic odporności psychicznej. Niepowodzenie projektu budowy socjalizmu w jednym, zacofanym kraju czy nawet w pewnej peryferyjnej enklawie dało lewicowemu antykomunizmowi możliwość odbudowy pewności siebie i dania upustu resentymentowi, którego nie zneutralizował nawet spektakularny upadek tzw. komunizmu.
 
Lewica antykomunistyczna uzasadnia swoją niechęć do bolszewików odrazą do systemu stalinowskiego, który był konsekwencją rewolucji w warunkach wrogiego otoczenia i peryferyjności w systemie globalnym, a nie jego przyczyną. Czyli jest argumentem ex post. Dlatego też koniecznym (dla zachowania pozorów) okazuje się przeprowadzenie dowodu nie tylko na ciągłość między Leninem a Stalinem, ale i na nieciągłość między Marksem a Leninem. To ostatnie – jeśli chce się zachować jakieś teoretyczne podstawy lewicowości, zwłaszcza jeśli tożsamość lewicowa jest aktualnie równie słabo formalnie zdefiniowana, co klasa w „Kapitale” Marksa.
 
Odrzucenie przez lewicę podejścia bolszewickiego i konsekwencji teorii ekonomicznej i społecznej Marksa skutkuje w praktyce albo lewicowym antykomunizmem, albo akceptacją biurokratycznie zdegenerowanego/zdeformowanego państwa robotniczego, w którym dynamikę ufundowaną przez bolszewików zastąpiono biurokratyczną stabilizacją status quo. W ten sposób, ta część lewicy (większościowa) zastąpiła trockistowskie pojęcie zdegenerowanego/zdeformowanego państwa robotniczego kategorią „państwowego kapitalizmu”, rozumiejąc pod tym pojęciem to, co Jan Sowa ujął jako „developmentalistyczny projekt peryferyjny”.
 
Paradoksalnie, antykomunistyczna lewica przeżywa w tej kwestii pełną konwergencję z ideologami biurokracji partyjno-państwowej, dla których „epitet” kapitalizmu państwowego zamienia się cudownie w jedyny możliwy komplement. Udana czy nieudana próba wyrwania regionu wschodnioeuropejskiego z zacofania na warunkach podporządkowania międzynarodowemu kapitalistycznemu podziałowi pracy jest jedynym tytułem do chwały dla biurokracji i fundamentem „myśli teoretycznej” jej byłych propagatorów i dzisiejszych apologetów. To zwalnia ich skutecznie z obowiązku rozwijania marksizmu i usprawiedliwia ich roszczenia do badania go niczym skamieliny lub zastępowania dowolnymi, modnymi trendami nowolewicowymi, w których nie ma śladu marksistowskiej teorii kierującej ruchem robotniczym przed I wojną światową, a która wciąż stanowi podstawę antykomunistycznych oskarżeń wobec bolszewików. Z poststalinowcami kontynuującymi tradycje biurokratyczne, współczesna, nowoczesna lewica – o dziwo – nie ma kłopotów. Dziwne jest to jednak tylko, jeśli pominiemy powinowactwo między biurokracją a antykomunizmem, na które wskazywaliśmy wyżej.
 
Biurokrację i antykomunistów łączy opinia, że projekt komunistyczny jest utopijny.
 
Oczywiście, chodzi o ten projekt, który istniał w rewolucyjnym ruchu robotniczym i opierał się na marksizmie.
 
Przy takim obrocie sprawy, trudno jednak nadal, zachowując spójność logiczną, utrzymywać, że Lenin rozchodził się z Marksem.
 
Od czego jednak kreatywność intelektualna?
 
Wystarczy zinterpretować Marksa w duchu myślicieli, których w swoim czasie Marks ostro zwalczał i uznać tę interpretację za jedynie słuszną wykładnię marksizmu.
 
W przypadku rozpatrywanych tu poglądów Jana Sowy, mamy próbę teoretycznego uzasadnienia koncepcji okołomarksistowskich, krążących na lewicy.
 
Jedną z takich koncepcji, które stały się w sytuacji narastającego kryzysu kapitalizmu po upadku tzw. realnego socjalizmu (czyli utrzymujących go samofinansujących się peryferii), jest pogląd o tym, że u Marksa komunizm oznacza likwidację pracy jako takiej.
 
Pojawia się tu kolejny argument przeciwko modelowi radzieckiemu, a mianowicie propagowany przez system stalinowski rzekomy kult pracy. Przy okazji, pracę rozumiało się głównie jako robociarski z gruntu trud fizyczny, nie doceniając pracy intelektualnej uważanej za coś mniej ważnego. Oczywiście, jest to argument, który odgrywa rolę w oskarżaniu systemu o brak efektywności, jako że niedocenianie pracy kreatywnej zemściło się jakoby przegraną w rywalizacji o efektywność ekonomiczną z kapitalizmem.
 
Warto wziąć pod uwagę, że jeśli uważa się za jedyny model dostępny krajom peryferii – model nadrabiania historycznie narosłych, gospodarczych zaległości i niekonsekwentne nastawienie na autarkię i brak kapitalistycznej konkurencji, to trudno oczekiwać od pracy kreatywnej kraju peryferyjnego innej roli niż roli wydrenowanego mózgu. Tym bardziej w postulowanej jako świetne rozwiązanie sytuacji, gdyby z powodu braku jakichkolwiek ograniczeń o charakterze autarkicznym, kraje te włączyły się do rywalizacji z innymi krajami w podobnej sytuacji o status drenowanego. Na lewicy antykomunistycznej wciąż pokutuje lansowany przez demokratyczną i liberalną opozycję najczęściej wywodzącą się z kręgów aktualnego lub byłego aparatu partyjno-państwowego mit o tym, że w kapitalizmie nawiązywalibyśmy wyłącznie do najlepszych jego stron, a który to mit został brutalnie zmieciony przez realia transformacji ustrojowej. Jak widać, jego rezydua pokutują jednak nawet u takich przenikliwych krytyków Balcerowicza czy Mazowieckiego, jak Jan Sowa.
 
Odrzucając utopijną ideę komunistyczną, nowoczesna lewica nawiązuje do propozycji Marksa dotyczącej zniesienia pracy najemnej w gospodarce odrzucającej reguły towarowo-pieniężne. Nawiązanie jest jednak dość niekonsekwentne i szczególne. Ujawnia przy okazji niechciane konsekwencje teoretyczne.
 
Marksowi chodziło o zniesienie alienującej pracy opierającej się na naturalnym przymusie zabezpieczenia warunków bytu. W rozwiniętym społeczeństwie, w którym relacje między człowiekiem a przyrodą są zapośredniczone przez instytucje społeczne, możliwe jest, aby ta praca była wykonywana przez specjalną armię zatrudnionych, którym produkt ich pracy jest odbierany mocą niepisanych społecznie (i pisanych indywidualnie w kapitalizmie) umów społecznych i dzielony między pozostałe, niezatrudnione w produkcji grupy. Ta praca była „skazana” w komunizmie nie tyle na zniesienie, co na sprawiedliwe rozłożenie pomiędzy wszystkich członków społeczeństwa. W efekcie taka praca zajmowałaby nie więcej niż 2 godziny dziennie, a resztę można by było poświęcić na zajęcia rozwijające osobowość człowieka.
 
Jan Sowa sięga, oczywiście, do tych fragmentów pisarstwa Marksa, w których rozpatruje on zastąpienie pracy ludzkiej pracą maszyn, co – wzorem filmów science fiction – ma rozwiązać skutecznie i raz na zawsze problem. Pełna automatyzacja zapewne jest możliwa, niemniej nie rozwiązuje ona podstawowego problemu, który się z produkcją materialną wiąże, a mianowicie problemu redystrybucji dochodu i dochodów.
 
Pozostawimy ten problem jednak na boku, ponieważ – jak się wydaje – Jana Sowy nie interesuje ten motyw w głębszym ujęciu i to, z punktu widzenia lewicy współczesnej, zasadnie. Zasadnie, oczywiście, z pozycji tych grup społecznych, które nie są zatrudnione w sektorze produkcji. Problem tradycyjnie rozumianej klasy robotniczej wydaje się rozwiązany zanim jeszcze postawiono kwestię. Robotyzacja, a w przyszłości możliwa automatyzacja, rozwiązuje problem uciążliwości pracy, natomiast problem redystrybucji ujmują regulacje społeczeństwa, które oddają dyspozycję produktem pracy w ręce ciał reprezentujących interesy całego społeczeństwa, a ściślej mówiąc – wszystkich lub pewnych grup społecznych. Bezpośredni producent ma tyle do powiedzenia na ten temat, co i do tej pory, czyli – niewiele. Dezalienacja jego osoby ma dokonywać się więc w sferze odrębnej od sfery pracy. Wartość jego pracy – przy rosnącej automatyzacji – staje się coraz niższa, a więc produkt wytworzony dzięki połączeniu jego pracy z pracą maszyny, i dostępny dla społeczeństwa – coraz wyższy. Robotnik (bezpośredni producent) jest więc „zrównany” (ściślej mówiąc – zdegradowany) z maszyną, co stanowi solidny fundament pod jego trwałą alienację.
 
Nie ma to jednak większego znaczenia, ponieważ problem jest w skali społeczeństwa nieznaczący – taka mniejszość niekulturowa, nieseksualna…, a więc nieistniejąca w praktyce.
 
Okazuje się jednak, że akurat ten element nie jest utopijny, ponieważ utrwala sytuację, którą znamy z dzisiejszego społeczeństwa. Zaś o koncepcji Marksa podzielenia się tą pracą nikt już nie pamięta. Nie ma takiej konieczności ze względu na znikomą szkodliwość społeczną takiego stanu rzeczy.
 
Drugim argumentem za nie zajmowaniem się kwestią bliżej jest to, że w przypadku pracy nieprodukcyjnej, korzystne algorytmy podziału dochodu i dochodów wynikają ze sztucznych, cywilizacyjnych kryteriów. Prawne tytuły do puli dzielonej wartości dodatkowej zawsze są korzystniejsze niż wynikające z arbitralnych, jednostkowych decyzji dysponentów środkami produkcji. Kryterium jest bowiem „wartość” pracy, jej użyteczność społeczna, a nie jej wartość wymienna ustalana na wolnym rynku.
 
Jak pogodzić odrzucaną i wyśmiewaną przez Marksa koncepcję „wartości pracy” (czy pokrewną koncepcję czynników produkcji) z jego koncepcją wartości siły roboczej? To zadanie pozostawiamy nieskończonym możliwościom kreatywnych umysłów, których nie brakuje na współczesnej lewicy.
 
Poddajemy jednak Janowi Sowie pod uwagę takie zagadnienie, jak zastanowienie się nad kwestią postawioną przezeń – kwestią zniesienia pracy. Jeżeli Marks traktuje wszystkie rodzaje pracy jako równorzędne, bez wyszczególniania pracy produkcyjnej, to co rozumie pod postulatem zniesienia pracy?
 
Skoro praca twórcza jest celem i sensem istnienia człowieka, to jak Marks może wzywać do zniesienia tego typu pracy? A to właśnie sugeruje poszukiwanie przez choćby Jana Sowę inspiracji w koncepcji automatyzacji pracy. Już samo to spostrzeżenie PRZEKREŚLA MOŻLIWOŚĆ INTERPRETOWANIA TEORII MARKSA JAKO TEORII ZRÓWNUJĄCEJ WSZYSTKIE RODZAJE PRACY, czyli też przypisywanie wszelkiej pracy cechy czynnika alienującego.
 
Możemy, z pewną dozą nieśmiałości, przyjąć, że praca twórcza NIE JEST PRACĄ. W tym znaczeniu oczywiście. Ale jeśli nie jest nią w tym szczególnym, przynoszącym korzyści materialne znaczeniu, to… nie jest nią przecież w ogóle.
 
Oczywiście, możemy uściślić, że chodzi o pracę najemną. A wówczas mamy postulat zniesienia stosunku najemnictwa. W jaki jednak sposób będzie wówczas wyliczany udział (pracy) każdego z członków społeczeństwa we wspólnym produkcie? Jaki będzie tytuł osoby nie zatrudnionej w sektorze produkcyjnym do udziału w podziale dóbr materialnych i to jeszcze dóbr pierwszej potrzeby? Wymiana rynkowa, którą tak kochają współcześni lewicowcy-antykomuniści, może doprowadzić do niesatysfakcjonującej proporcji, nie uwzględniającej aspiracji przedstawicieli pracy kreatywnej.
 
Z rynkowego punktu widzenia, roszczenia oparte na „wartości” pracy nie mają sensu. Wartość (wymienną) tej pracy nadaje rynek, który traktuje wszystkie typy pracy jako równorzędne, a jedynym kryterium jest indywidualny popyt na dany produkt (materialny czy duchowy). Społeczeństwo wolnych wytwórców (inna nazwa społeczeństwa komunistycznego czy bezklasowego) jest więc głęboko sprzeczne z aspiracjami kreatywnej nowoczesnej lewicy. Biorąc to pod uwagę, przy ocenie projektu bolszewików, należałoby więc wziąć pod uwagę opór nie tylko i nie przede wszystkim kapitalistów. Mamy takie głębokie podejrzenie, że Lenin, mówiąc o kulturalnym zacofaniu mas rosyjskich, miał na myśli niekoniecznie wyłącznie masy chłopskie i robotnicze.
 
Jeżeli więc ktoś wysuwa tezę o nieciągłości teoretycznej między Marksem a Leninem, a dostrzega ciągłość między koncepcją Lenina a biurokratycznym modelem Stalina, powinien wziąć pod uwagę, że modna kastracja marksizmu nie musi być oparta na rzetelności teoretycznej ani historycznej.
 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
6 kwietnia 2019 r.

Społeczność

Obama rev